02-12-2018, 14:27
Zdezorientowany chodziłem przy ulicy jakiegoś nieznanego mi miasta. Zatrzymałem się i stwierdziłem, że pójdę tam jak najdalej za tamtą ulicę i most co, w którymś śnie niby też chciałem się tam dostać, a nie zdążyłem i się obudziłem. Biegłem, ze mną jeszcze dwóch było. Ponury wieczór zmieniał się w dzień. Dotarłem skraju polany opadającej w dół. Niedaleko był chyba las i jakieś rury lub tunel. Zwróciłem uwagę tym dwóm, że tam w dole idą jacyś dziwni ludzie. Wyglądali na prehistorycznych jaskiniowców, mieli ze sobą siekiery. Szybko się stamtąd oddaliłem zanim nas zauważyli. Dalej nie wiem czy to kontynuacja czy zdarzyło się wcześniej. Wychodzę na klatkę schodową i postanawiam pochodzić po mieszkaniach. Wchodzę pod trójkę i głos mi mówi, że to mieszkanie cioci chociaż tam wcale nie mieszka. W przedpokoju siedzą jacyś chłopacy i palą papierosy. Wychodzę i idę wyżej schodami. Chcę wejść do dziewiątki, bo tam jest ta ładna dziewczyna. Słyszę nadal rozmowy i śmiechy tych chłopaków z dołu. Zaczynam liczyć drzwi. Jak zwykle się powielają i nie są na swoim miejscu. Wybieram jedne, które wydają mi się dziewiątką. Wchodzę i już myślę, że w końcu udało mi się wejść do prawdziwego mieszkania. Widzę jednak inną dziewczynę, która często jeździła tym samym autobusem. Podchodzę do niej i chcę ją przenieść. W uczuciu jest jak kot. Zostawiam ją, bo i tak wyglądała na wyblakłe nagranie, nawet nie jak senna postać.





