29-11-2018, 19:41
Dzień 22
Postanowiłam sobie robić psi-balle do momentu, kiedy będę w stanie swobodnie, bez problemów i odczuwalnego oporu manipulować energią. Usiadłam na wygiętym pniu drzewa w miejscu, gdzie las był stosunkowo rzadki i dobrze oświetlony przez nieokreślone źródła na niebie i zaczęłam się bawić.
Bawić? To nie zabrzmiało zbyt dobrze, jak marnowanie dla zabawy cennej, mistycznej astralnej energii. Znacznie lepiej byłoby nazwać to treningiem, zwłaszcza, jeśli pisałam ten dziennik z myślą o przyszłych pokoleniach astralnych podróżników, czytających go i szukających w nim wskazówek. Zatem trenowałam. Po jakimś czasie pojawiła się myśl, że może to i tak nie miało znaczenia, skoro nikt i tak nie zdoła mojego dziennika przejrzeć. Uświadomiłam sobie, że tutejsze zabezpieczenia, te same, które chroniły umysły i terytoria Prawdziwych Ludzi przed sobą nawzajem, najprawdopodobniej równie skutecznie uniemożliwiały innym dostęp do jakichkolwiek moich zapisków, będących w końcu dziełem moich rąk. Nie byłam pewna, czy istniało jakieś sensowne i bezpieczne rozwiązanie tego problemu. Nie miałam ochoty całkowicie się odsłaniać. Mogłabym spytać o to Ireasza, ale jak na złość nigdzie go nie było. Tutaj chyba było z tym trudniej niż przy umawianiu się ze znajomymi na wspólne granie w MMO.
Szybko doszłam do wniosku, że tak może było lepiej. Czułabym się co najmniej dziwnie, gdyby Ireasz przyglądał się z boku moim zmaganiom z parującą z mojego astralnego ciała energią. Zdawałam sobie sprawę, że idzie mi to, delikatnie mówiąc, słabo. Czułam przepływ energii w ramionach, kiedy próbowałam skłonić ją do gromadzenia się wokół dłoni, ale wrażenie było słabe. Gdyby nie to, że jednak widziałam żółte światło wydobywające się ze skóry rąk, mogłabym uznać, że odczucia były jedynie wynikiem sugestii. Światło miało być potwierdzeniem, chociaż jednocześnie wydawało mi się, że przy tych ćwiczeniach bardziej istotne było skupianie się na tym, co CZUŁAM. Kiedy próbowałam robić to właśnie w ten sposób, mimowolnie napinałam się jak przy fizycznym wysiłku. Tutaj, w ciele astralnym, nie było to męczące, najwyżej po dłuższym czasie lekko niewygodne. I bezsensowne, zwłaszcza jeśli częściowo rozpraszało umysł.
Wykonałam pchnięcie, już w sposób prawie całkiem mentalny. Myślą i intencją wywołałam coś jakby falę, wypychającą energię z naczynia, którym w tym wypadku była moja uniesiona i wyciągnięta do przodu ręka. Chmura światła wypłynęła z dłoni, na razie jeszcze gęsta, mniej więcej skupiona w jednym miejscu , chociaż to mogło wkrótce się zmienić. Zdążyłam już się domyślić, że entropia w tym Fokusie jak najbardziej działała. Starałam się nie dopuścić do bezsensownego rozproszenia i zaczęłam poprzez intencję nadawać tej energii kształt. Było to trudniejsze niż w przypadku formowania kuli pomiędzy obiema dłońmi. Dolna część kuli, ta bliżej mojej ręki, była wyraźniejsza, od góry jej granice się rozmywały. Może dlatego, że łatwiej było mi skupić umysł (skupić swoje czucie?) bliżej ciała niż kilkanaście centymetrów wyżej w przestrzeni. Miałam spróbować przekonać samą siebie, że ta kula jest przedłużeniem mojej ręki? Może, biorąc pod uwagę, że jednak była to ręka astralna, takie założenie nie byłoby całkiem pozbawione sensu…
Pomyślałam znów o Ireaszu. Lekko irytowała mnie myśl, iż ten chłopaczek – tak, w końcu był ode mnie młodszy, teraz już przecież wiedziałam – miał w tym taką przewagę i w dodatku musiał być tego świadomy. Zupełnie szczerze mogłabym powiedzieć, że w żadnym wypadku nie chodziło tu o zazdrość. Odczuwałam raczej lekki wstyd i zażenowanie. Jeśli już miałabym być na kogokolwiek zła w tej sytuacji, to raczej nie na niego, ale na samą siebie. Że nie mogłam te parę lat wcześniej nawiązać skutecznego połączenia z tym światem.
Kula energii rozpadła się, pozbawiona mojej kontroli. Potrząsnęłam rękami, żeby się rozluźnić. Wyciągnęłam je przed siebie, zwrócone wnętrzami dłoni ku sobie, ale w odległości ponad pół metra. Zgromadziłam trochę energii przy prawej ręce, po czym posłałam nieforemną chmurę światła ku drugiej, pustej dłoni. Nie wyglądało to tak, jakbym przerzucała piłkę, światło rozmyło się raczej w długą smugę, w której środek o największym zagęszczeniu przemieszczał się mniej więcej z moją wolą. Efekt nawet mi się spodobał, mniej podobał mi się za to fakt, iż nie wyszło mi dokładnie to, co pierwotnie zamierzałam. W końcu to moja energia i mój umysł powinien ją KONTROLOWAĆ.
Przerwałam ćwiczenia jeszcze zanim utrata energii i tak by mnie do tego zmusiła. Wstałam i poszłam przed siebie, mając tylko niejasne przeczucie, że jestem coraz bliżej mojego astralnego domu. Sama nie byłam pewna, dlaczego tak kurczowo trzymałam się tej myśli. Przecież w każdym momencie mogłam bez problemu tam wrócić. Cholerny lęk przed opuszczeniem strefy komfortu… Nawet tutaj, w innym wymiarze, musiał infekować mój umysł.
Kątem oka prawie cały czas mogłam wychwycić tu i ówdzie jakiś ruch pomiędzy drzewami albo wśród liści paproci. Możliwe, że próby wyczulenia się na energię stopniowo wzmacniały wszystkie moje astralne zmysły, ale równie dobrze mogło to być skutkiem mnóstwa innych czynników – włącznie z możliwością rzeczywistego zwabienia do siebie większej ilości jakichś stworzeń, których aktywność teraz mogłam obserwować. Nie miałam pojęcia, czy wskutek moich wytężonych prób jeszcze przez jakiś czas nie ulatniała się ze mnie energia. Możliwe, że ciało astralne mogło się robić w jakiś sposób mniej szczelne. Arthurze Powell, łajdaku, musiałeś te swoje książki tak naszpikować dziwnymi pojęciami i teoriami, że teraz uczciwy astralny podróżnik nie może wyłapać pośród nich tej odrobiny sensu?! W każdym razie w wielu źródłach pojawiał się motyw stworzeń, jakichś larw, wampirów, pożywiających się na nieostrożnych bywalcach nieco mniej fizycznych wymiarów.
Na wszelki wypadek przystanęłam na chwilę, odwróciłam się i pogroziłam pięścią domniemanym pasożytom. Niech nie myślą sobie bezczelnie, że natrafiły na nieświadomą bezbronną ofiarę.
Do obecności dziwnych maszyn z tworzywa kamieniopodobnego z różnymi dodatkami przywykłam, podobnie jak do wszędobylskich Mechanicznych Grzybków. Normalnie mijając coś takiego przyjrzałabym się, może obeszła dookoła, i poszła dalej, chwilowo i tak nie mając z nich większego pożytku. Tylko tym razem nie było normalnie. Tym razem (dzięki niech będą wszystkim niepoznanym bogom!) mogłam w końcu dostąpić zaszczytu przyglądania się, jak ktoś to cudo obsługuje. Tych ktosiów było nawet czterech, widocznie po długim okresie nieurodzaju bogowie postanowili wykazać się hojnością. Niech znam łaskę panów… Do konstrukcji, w tym wypadku składającej się z ażurowo rzeźbionych jasnych kamiennych brył, tworzących krąg wokół większego elementu w centrum, podeszły cztery gobliny o szarej skórze, w wytartych strojach mechaników.
Takie miałam szczęście, że zobaczyłam wszystko, będąc jeszcze w stosownej odległości od czarnomagicznej maszynerii. Mogłam zatrzymać się przy niewysokim drzewie i na wszelki wypadek się za nim ukryć. Nic nie wskazywało na to, że ze strony goblinów cokolwiek mi grozi, ale jakoś pewniej się czułam, oglądając spomiędzy gałęzi, jak podchodzą do kręgu w sposób niezwykle synchroniczny, zajmując miejsca w czterech równomiernie rozłożonych na okręgu punktach. Każdy miał przed sobą jeden z tych rzeźbionych kamieni z ostrymi wierzchołkami – teraz policzyłam, że tych tworów w kręgu było osiem. Gobliny wzniosły ręce. Mogły w tej chwili wypowiadać dowolne słowa, dopóki nie podniosłyby głosu do krzyku, nie usłyszałabym ich z takiej odległości. Gobliny nie krzyczały, zapewne doskonale świadome, że nie jest to konieczne. Ażurowe bryły z jasnego kamienia uniosły się. Wszystkie osiem, nie tylko te, przy których stali ci dziwaczni astralni mechanicy. Przez chwilę wisiały w powietrzu, połączone z ziemią dynamiczną siatką morskozielonych wyładowań, po czym wróciły na miejsca, gasząc ten blask. Gobliny opuściły ręce. Pozostały na miejscach jeszcze kilka sekund.
W tym momencie miałam ochotę z całej siły plasnąć się w czoło. Zrobiłabym to, gdybym nie obawiała się, że w ten sposób mogę zwrócić na siebie uwagę. Idiotka. Dlaczego, do najjaśniejszego licha, nie przyszło mi do tej astralnej łepetyny, żeby wcześniej spróbować przejść na myślowidzenie. Najlepiej kiedy to dopiero się zaczynało. Przeczuwałam – a bogowie jedni wiedzą, że mogłam równie dobrzez zupełnie się w tym mylić – że akcja goblinów wywołała jakieś zmiany wewnątrz. W tym kodzie Matrixa, jak to Ireasz określił, w Strukturze. Jakiś rodzaj dowodu, że coś się stało, że to działanie miało sens i odniosło skutek. Nie musiałam nawet rozumieć stanu owej Struktury przed i po, żeby zauważyć prosty fakt zmiany o ile takowa nastąpiła. Teraz mogłam jedynie spróbować wyczuć energię w okolicy, ale to, co mogłam dzięki temu dostrzec, nie było nadzwyczajne. Wokół kamiennego urządzenia odczuwałam energię silniej i wyraźniej niż kilkanaście metrów dalej. Takiego efektu właśnie się spodziewałam i znów pomyślałam, że równie dobrze odczucia mogły wynikać z moich oczekiwań.
Bez problemu byłam w stanie przyjąć fakt, iż przebywałam świadomością w tej cudownej Krainie Czarów, ale nie dawało to żadnych podstaw do wiary w moje własne w owym świecie możliwości.
Myśli pobiegły swoimi ścieżkami, na chwilę pozbawione mojego świadomego dozoru, jakby obdarzone własnym niezależnym życiem. Z jakichś mroków pod czaszką wypłynęło niejasne przypomnienie, że już od około tygodnia przebywałam z dala od swojej enklawy. Myśl zatruła mnie lekkim niepokojem, ale czy to był powód, żeby wracać? Czyż nie pozostawiłam w astralnym domu cząstki swojego umysłu? A jeśli tak, mogłam załatwić sprawę tak, jak robi się to w Astralu.
Przymknęłam oczy i zaczęłam się koncentrować. Nie miałam w tym takiej wprawy jak Ireasz, do tej pory połączenia telepatyczne na większe odległości za każdym razem inicjowała Kiri. W końcu jednak zdołałam sięgnąć do swojej tulpy – albo to ona sama jakoś wyczuła moją potrzebę nawiązania komunikacji i sięgnęła do mnie.
- Coś się stało?- usłyszałam srebrny głos, którego brzmienie natychmiast przyniosło mi ulgę.
- To ja powinnam pytać – odpowiedziałam. W końcu nadeszła ta chwila, nareszcie to ja miałam kontrolować połączenie ze swoją podświadomością.
- Do usług – odrzekła z lekkim rozbawieniem Kiri, pokazując swoim tonem, w jak dużym poważaniu ma mój świeżo wykluty autorytet.
- Jesteś w domu?
- Uznaj, że mogę być.
Bezgłośnie jęknęłam.
- Bądź tak miła i sprawdź…
- Miła? JA?! Przykro mi, skoro jestem tobą, to może być niemożliwe.
- Niech cię diabli… Chcę po prostu wiedzieć, czy w domu wszystko w porządku.
- Niby co miałoby być nie tak? - zdziwiła się.
- Nie wiem… Chociażby te wszystkie astralne stwory, które tam siedzą… Nie zrównały domu z ziemią? Albo nie wysadziły kuchni?
- W kuchni jak zawsze Sodoma i Gomora.
- Hej! Organizujecie sobie orgię, a ja nie jestem zaproszona?!
- Zaproszona jesteś zawsze. To ty gdzieś przepadłaś na parę dni. Chciałaś świętego spokoju, to ci głowy nie zawracałam.
Podziękowałam jej i przerwałam połączenie. Zauważyłam, że stoję tuż obok kamiennej konstrukcji, rozmawiając musiałam bezwiednie przejść te kilka metrów. Pogładziłam ręką jedną z ośmiu brył. Szorstka powierzchnia była przyjemna w dotyku, wycięte w jasnym kamieniu wzory miały w sobie niezwykłą fraktalną regularność, widoczną dopiero z bliska. Cóż, w odmiennych stanach świadomości można wszędzie dostrzegać fraktale. Miałam wrażenie, że cała maszyna emituje lekkie żółtozielone światło, pojawiające się i znikające w krótkich pulsach. Wrażenie, jedynie wrażenie. W pełnym świetle nie mogłam stwierdzić na pewno. Gdyby zrobiło się nieco ciemniej… Czy tutaj kiedykolwiek zapada noc?!
Obeszłam kamienną konstrukcję dookoła. Na chwilę uniosłam ręce, podobnie jak wówczas gobliny, ale nie wywołałam tym żadnej reakcji. Podejrzewałam, że to musi działać podobnie jak te sztuczki driad z drzewami, powodujące natychmiastowe dojrzewanie owoców. Pewnie powinnam się rozluźnić, oczyścić umysł i dobrze by było znać jeszcze jakieś słowa mocy. Właściwych słów nie znałam, bo i skąd, ale koncentrować się zaczęłam jak tylko o tym pomyślałam. Ładnych odruchów warunkowych człowiek mógł tu nabywać, profesor Pawłow byłby dumny… Czułam energię, z tak bliska bardzo wyraźnie, tak bardzo, że mogłam uchwycić w tym coś więcej. Zmiany. Niecierpliwość.
Cofnęłam się i uniosłam brwi. To nie było moje własne uczucie. Wyczułam je w jakiś sposób w otoczeniu. Wyczytałam. Od tej maszyny? To żyło? Czuło, myślało? Spróbowałam opanować nagłe zdumienie i skoncentrować się bardziej. Sięgnąć do Struktury i poznać, z czym mam do czynienia.
- ird’ir- wyszeptałam. Bo podświadomie uznałam, że takie rzeczy się szepcze. Nawet jak i tak nie podziałają.
I miałam rację. Nie podziałało.
Błąd nie leżał po mojej stronie, słowa mocy musiały wywrzeć skutek, bo poczułam odpowiedź od świata. Brzmiała ona tak, że te słowa nie mogły działać na takie obiekty i przyszła do mojego umysłu w postaci lekkiego wstrząsu i oporu. Zanim zostałam całkiem wytrącona z koncentracji, do moich rozbudzonych astralnych zmysłów doszła kolejna fala tej niecierpliwości i oczekiwania. To narastało. Coś nadchodziło.
Cofałam się dalej. Uniosłam wzrok, w pewnej odległości pomiędzy drzewami dostrzegłam driadę. Kilka metrów dalej pojawiła się kolejna. One chyba też to czuły, możliwe, że nawet z większych odległości.
- To nie ja – zaczęłam się głupio tłumaczyć. Bo one mogły przybywać tu właśnie z powodu tej maszyny. Dlatego, że została uruchomiona.
A przybywały kolejne. Za sobą słyszałam kroki na leśnej ściółce. Nie starały się poruszać bezgłośnie, chociaż, tego byłam całkiem pewna, gdyby chciały, przyszłoby im to bez problemu. Nie odwracałam się, próbowałam utrzymać kontakt wzrokowy z tymi przede mną. Kątem oka widziałam, jak inna driada obchodzi łukiem maszynę i mnie, aby pojawić się z prawej strony pola widzenia.
- To gobliny – bąknęłam. Gdyby było trzeba, uniosłabym ręce do góry.
- ird’ir ste – powiedziała driada po mojej prawej, celując palcem mniej więcej w moim kierunku. To naprawdę było skierowane we mnie, nie w tę konstrukcję. I tu powinien nastąpić moment, kiedy poczułam brutalny gwałt na moim umyśle, wówczas zaczęłabym zaciekle się bronić, pokazując, co myślę o takim wtargnięciu do mojej jaźni bez mojej zgody. W idealnym scenariuszu moja obrona okazałaby się skuteczna i zdołałabym ów podstępny atak odeprzeć, budząc w otaczających mnie driadach zdumienie i podziw. W rzeczywistości skończyło się tak, że nic nie poczułam a driada uzyskała to, czego chciała, bo uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. To może było potwierdzenie, bo wszystkie driady od razu straciły mną zainteresowanie. Zatem zmieniłam zdanie. Jeśli w taki sposób mogłam być uniewinniona, niech wszystkie astralne istoty atakują mój umysł, śmiało, zapraszam. To znaczy nawet nie umysł. Jakąś powiązaną ze mną cząstkę kodu Matrixa. Struktury. Czegokolwiek. Nieważne.
Zdałam sobie sprawę, że być może moje pierwsze wrażenie dotyczące obserwujących mnie driad okazało się mylne. To, co w pierwszej chwili uznałam za zarzut i wrogość zdawało się być jedynie zaciekawieniem. Które teraz przeszło w oczekiwanie, kiedy przestałam być w centrum ich uwagi. Zaczęłam się powoli wycofywać i w tym momencie poczułam na twarzy pierwsze, na razie pojedyncze, krople deszczu. Byłam ciekawa reakcji leśnych nimf na deszcz, miałam wrażenie, że spadające na nie krople sprawiały im jakąś przyjemność. Gdybym mogła się teraz skoncentrować, spróbowałabym odczytać promieniujące od nich uczucia, byłam jednak na to zbyt rozproszona. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co zamierzałam zrobić, miałam ochotę zaśmiać się w duchu. Jak szybko człowiek może przywyknąć do nowych wygodnych możliwości! A zwyczajnie wnioskować z mowy ciała to już nie łaska… Jakoś dwadzieścia lat z kawałkiem tak żyłam, zanim skutecznie połączyłam się z Astralem.
Mogłabym dalej snuć te rozważania, upodabniając się do staruszki narzekającej, że kiedyś to były czasy, ale deszcz przybierał na sile. Nie byłam driadą i nie zamierzałam moknąć, siedząc tak jak one teraz na podkulonych nogach, odchylając głowę w tył z wyrazem rozkoszy na twarzy. Odsunęłam się od kamiennej konstrukcji i zaczęłam się rozglądać po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Kątem oka dostrzegłam ciemny kształt, sylwetkę jakiegoś stworzenia. Szybko spojrzałam w tamtą stronę. W oddali, pomiędzy drzewami dostrzegłam COŚ. Chyba centaura. Nie miałam pewności, dopóki Coś się nie poruszyło, na chwilę odwracając do mnie bokiem. Centaur zaczął szybko się oddalać, miękko uderzając kopytami o ziemię. Czy to było w jakiś sposób zaprogramowane, żeby uciekł, kiedy tylko go dostrzegłam, czy po prostu on także chciał się gdzieś ukryć przed deszczem – nie byłam pewna. Ale odruchowo zaczęłam biec w stronę, gdzie centaur zniknął mi z oczu, nie myśląc, czy to ma jakikolwiek sens. Nie widziałam go, umknął mi, mając przewagę zarówno odległości jak i szybkości. Drzewa ograniczały widoczność tam, gdzie może w innym wypadku zdołałabym coś zobaczyć. Po tym jak kilka razy skróciłam sobie drogę przez piąty wymiar, pomyślałam, że centaur w którymś momencie również mógł skorzystać z podobnego skrótu albo w inny sposób teleportować się w jakieś całkiem odległe miejsce.
Dlaczego właściwie go szukałam? Z ciekawości. W końcu był czymś nowym, z czym wcześniej nie miałam do czynienia. Sama jego ucieczka także mnie intrygowała. Spłoszyłam go? Driady ani żywiołaki nie bały się mojej obecności, ten tutaj też nie powinien się obawiać.
Deszcz padał już na dobre, ubranie miałam mokre, ociekające wodą włosy lepiły mi się do szyi i twarzy. Zacisnęłam pięści, kilka razy z rzędu przeskoczyłam przez piąty wymiar. Zastanawiałam się, czy to w jakichkolwiek sposób mogło mi pomóc. Może jakbym się nie zatrzymywała, ograniczając w ten sposób kontakt z otoczeniem, ale to też nie było rozwiązaniem. Moja świecąca astralna energia mogłaby pomóc? Nawet jeśli, pewnie nie na tym poziomie (braku) umiejętności.
Byłam gotowa w tym momencie wejść każdymi drzwiami do pierwszej napotkanej kamiennej ruiny. Do diabła z czarną dziurą, która tylko czekała na nieostrożny krok pechowego astralnego podróżnika. Świat nie podjął mojego odważnego wyzwania, nigdzie nie natknęłam się na żaden budynek z drzwiami, za którymi mogłabym się schować. Zatrzymałam się w końcu na skraju niskiego uskoku, przed parą wyższych, najprawdopodobniej dużo starszych niż pozostałe, wyschniętych i martwych drzew. Były od siebie oddalone o prawie trzy metry, ale lekko nachylały się ku sobie, ich gałęzie w większości wzajemnie się przeplatały. Wyglądało to trochę tak, jakby celowo splątano korony tych drzew w chaotyczny, trudny do rozwikłania węzeł tworzący łuk. Z mniejszych gałęzi zwieszały się wstążki, sznury koralików, piór, niewielkie metalowe elementy na nitkach i laleczki z gałęzi i trawy. Pozbawione kory gładkie pnie pokrywały runy i symbole, odciśnięte w drewnie i wypełnione niebieskim barwnikiem. Kiedy podeszłam jeszcze bliżej, znaki zaczęły lekko świecić. Zdecydowanie była to reakcja wywołana moim ruchem, bo efekt zniknął, kiedy cofnęłam się o krok. Odsłonięte korzenie tworzyły pomiędzy drzewami coś w rodzaju niskich stopni w dół, było to chyba jedyne w najbliższej okolicy wygodne zejście na ten nieco niżej położony grunt.
- Przekraczam bramę zaświatów – mruknęłam sama do siebie (i może trochę do również będącej mną Kiri), po czym zeszłam po prymitywnych stopniach na dół.
I wykrakałam. Naprawdę przekroczyłam jakąś granicę. Zanim stanęłam obiema stopami na niższym poziomie, poczułam coś podobnego jak przy przechodzeniu na mój teren. Las nagle zniknął, a przynajmniej tamten las, w którym przed chwilą byłam. Teraz przede mną rozciągała się łąka, mocno niejednorodna, od obszarów porośniętych wysoką trawą do prawie nagiej ziemi. Owa naga ziemia też nie była całkiem martwa, rosły tam częściowo skamieniałe rośliny o sztywnych liściach, gdzieniegdzie widziałam też drzewa. Te były inne od tych, które miała okazję widywać wcześniej, miały czarne pnie i niezwykle symetryczne gałęzie, tworzące kręgi, z których płynnie wyłaniały się żółtawe włókna i blaszki.
Szybko zerknęłam za siebie. Kwestie najważniejsze, czyli możliwość powrotu… W porządku. Widziałam za sobą tę bramę z drzew, przez którą tu przeszłam. Widziałam część tego urwiska, dalszy ciąg linii uskoku z obu stron ginął wśród gęstej szarawej mgły. Mogłam widzieć las, w którym wcześniej się znajdowałam, jedynie pomiędzy drzewami, jak przez otwarte drzwi. Spróbowałam nawet wejść w tę mgłę – wszak nie byłabym sobą, gdybym nie zbadała tego doświadczalnie – ale nie zdołałam dotrzeć do uskoku. Coś mnie zatrzymało, jakbym ugrzęzła w ścianie z półpłynnej gumy. Musiałam się cofnąć. Dla pewności spróbowałam w kilku miejscach, z takim samym rezultatem. Skoro drzwi nadal istniały, nie byłam tu uwięziona i nie miałam powodów, żeby wpadać w panikę. Mogłam cofnąć się w każdej chwili, ale teraz nie miałam na to ochoty.
Chyba o tym jeszcze nie wspomniałam, ale tutaj nie padało, co stanowiło niezaprzeczalną zaletę. Mogłam poczekać aż deszcz skończy się po drugiej stronie bramy. Nie musiałam czekać bezczynnie siedząc w miejscu, skoro już tu byłam, równie dobrze mogłam się rozejrzeć. Tu miałam dobry widok na znaczną odległość, bez problemu mogłam wrócić, raczej nie zdołałabym się zgubić, nawet jakbym się celowo postarała. Ale najpierw musiałam zrobić coś ze sobą.
Skoncentrowałam się i zrzuciłam z siebie całą tę wodę. Tak to się robi w Astralu, właśnie tak. Nawet, kiedy akurat nikt nie patrzy.
Postanowiłam sobie robić psi-balle do momentu, kiedy będę w stanie swobodnie, bez problemów i odczuwalnego oporu manipulować energią. Usiadłam na wygiętym pniu drzewa w miejscu, gdzie las był stosunkowo rzadki i dobrze oświetlony przez nieokreślone źródła na niebie i zaczęłam się bawić.
Bawić? To nie zabrzmiało zbyt dobrze, jak marnowanie dla zabawy cennej, mistycznej astralnej energii. Znacznie lepiej byłoby nazwać to treningiem, zwłaszcza, jeśli pisałam ten dziennik z myślą o przyszłych pokoleniach astralnych podróżników, czytających go i szukających w nim wskazówek. Zatem trenowałam. Po jakimś czasie pojawiła się myśl, że może to i tak nie miało znaczenia, skoro nikt i tak nie zdoła mojego dziennika przejrzeć. Uświadomiłam sobie, że tutejsze zabezpieczenia, te same, które chroniły umysły i terytoria Prawdziwych Ludzi przed sobą nawzajem, najprawdopodobniej równie skutecznie uniemożliwiały innym dostęp do jakichkolwiek moich zapisków, będących w końcu dziełem moich rąk. Nie byłam pewna, czy istniało jakieś sensowne i bezpieczne rozwiązanie tego problemu. Nie miałam ochoty całkowicie się odsłaniać. Mogłabym spytać o to Ireasza, ale jak na złość nigdzie go nie było. Tutaj chyba było z tym trudniej niż przy umawianiu się ze znajomymi na wspólne granie w MMO.
Szybko doszłam do wniosku, że tak może było lepiej. Czułabym się co najmniej dziwnie, gdyby Ireasz przyglądał się z boku moim zmaganiom z parującą z mojego astralnego ciała energią. Zdawałam sobie sprawę, że idzie mi to, delikatnie mówiąc, słabo. Czułam przepływ energii w ramionach, kiedy próbowałam skłonić ją do gromadzenia się wokół dłoni, ale wrażenie było słabe. Gdyby nie to, że jednak widziałam żółte światło wydobywające się ze skóry rąk, mogłabym uznać, że odczucia były jedynie wynikiem sugestii. Światło miało być potwierdzeniem, chociaż jednocześnie wydawało mi się, że przy tych ćwiczeniach bardziej istotne było skupianie się na tym, co CZUŁAM. Kiedy próbowałam robić to właśnie w ten sposób, mimowolnie napinałam się jak przy fizycznym wysiłku. Tutaj, w ciele astralnym, nie było to męczące, najwyżej po dłuższym czasie lekko niewygodne. I bezsensowne, zwłaszcza jeśli częściowo rozpraszało umysł.
Wykonałam pchnięcie, już w sposób prawie całkiem mentalny. Myślą i intencją wywołałam coś jakby falę, wypychającą energię z naczynia, którym w tym wypadku była moja uniesiona i wyciągnięta do przodu ręka. Chmura światła wypłynęła z dłoni, na razie jeszcze gęsta, mniej więcej skupiona w jednym miejscu , chociaż to mogło wkrótce się zmienić. Zdążyłam już się domyślić, że entropia w tym Fokusie jak najbardziej działała. Starałam się nie dopuścić do bezsensownego rozproszenia i zaczęłam poprzez intencję nadawać tej energii kształt. Było to trudniejsze niż w przypadku formowania kuli pomiędzy obiema dłońmi. Dolna część kuli, ta bliżej mojej ręki, była wyraźniejsza, od góry jej granice się rozmywały. Może dlatego, że łatwiej było mi skupić umysł (skupić swoje czucie?) bliżej ciała niż kilkanaście centymetrów wyżej w przestrzeni. Miałam spróbować przekonać samą siebie, że ta kula jest przedłużeniem mojej ręki? Może, biorąc pod uwagę, że jednak była to ręka astralna, takie założenie nie byłoby całkiem pozbawione sensu…
Pomyślałam znów o Ireaszu. Lekko irytowała mnie myśl, iż ten chłopaczek – tak, w końcu był ode mnie młodszy, teraz już przecież wiedziałam – miał w tym taką przewagę i w dodatku musiał być tego świadomy. Zupełnie szczerze mogłabym powiedzieć, że w żadnym wypadku nie chodziło tu o zazdrość. Odczuwałam raczej lekki wstyd i zażenowanie. Jeśli już miałabym być na kogokolwiek zła w tej sytuacji, to raczej nie na niego, ale na samą siebie. Że nie mogłam te parę lat wcześniej nawiązać skutecznego połączenia z tym światem.
Kula energii rozpadła się, pozbawiona mojej kontroli. Potrząsnęłam rękami, żeby się rozluźnić. Wyciągnęłam je przed siebie, zwrócone wnętrzami dłoni ku sobie, ale w odległości ponad pół metra. Zgromadziłam trochę energii przy prawej ręce, po czym posłałam nieforemną chmurę światła ku drugiej, pustej dłoni. Nie wyglądało to tak, jakbym przerzucała piłkę, światło rozmyło się raczej w długą smugę, w której środek o największym zagęszczeniu przemieszczał się mniej więcej z moją wolą. Efekt nawet mi się spodobał, mniej podobał mi się za to fakt, iż nie wyszło mi dokładnie to, co pierwotnie zamierzałam. W końcu to moja energia i mój umysł powinien ją KONTROLOWAĆ.
Przerwałam ćwiczenia jeszcze zanim utrata energii i tak by mnie do tego zmusiła. Wstałam i poszłam przed siebie, mając tylko niejasne przeczucie, że jestem coraz bliżej mojego astralnego domu. Sama nie byłam pewna, dlaczego tak kurczowo trzymałam się tej myśli. Przecież w każdym momencie mogłam bez problemu tam wrócić. Cholerny lęk przed opuszczeniem strefy komfortu… Nawet tutaj, w innym wymiarze, musiał infekować mój umysł.
Kątem oka prawie cały czas mogłam wychwycić tu i ówdzie jakiś ruch pomiędzy drzewami albo wśród liści paproci. Możliwe, że próby wyczulenia się na energię stopniowo wzmacniały wszystkie moje astralne zmysły, ale równie dobrze mogło to być skutkiem mnóstwa innych czynników – włącznie z możliwością rzeczywistego zwabienia do siebie większej ilości jakichś stworzeń, których aktywność teraz mogłam obserwować. Nie miałam pojęcia, czy wskutek moich wytężonych prób jeszcze przez jakiś czas nie ulatniała się ze mnie energia. Możliwe, że ciało astralne mogło się robić w jakiś sposób mniej szczelne. Arthurze Powell, łajdaku, musiałeś te swoje książki tak naszpikować dziwnymi pojęciami i teoriami, że teraz uczciwy astralny podróżnik nie może wyłapać pośród nich tej odrobiny sensu?! W każdym razie w wielu źródłach pojawiał się motyw stworzeń, jakichś larw, wampirów, pożywiających się na nieostrożnych bywalcach nieco mniej fizycznych wymiarów.
Na wszelki wypadek przystanęłam na chwilę, odwróciłam się i pogroziłam pięścią domniemanym pasożytom. Niech nie myślą sobie bezczelnie, że natrafiły na nieświadomą bezbronną ofiarę.
Do obecności dziwnych maszyn z tworzywa kamieniopodobnego z różnymi dodatkami przywykłam, podobnie jak do wszędobylskich Mechanicznych Grzybków. Normalnie mijając coś takiego przyjrzałabym się, może obeszła dookoła, i poszła dalej, chwilowo i tak nie mając z nich większego pożytku. Tylko tym razem nie było normalnie. Tym razem (dzięki niech będą wszystkim niepoznanym bogom!) mogłam w końcu dostąpić zaszczytu przyglądania się, jak ktoś to cudo obsługuje. Tych ktosiów było nawet czterech, widocznie po długim okresie nieurodzaju bogowie postanowili wykazać się hojnością. Niech znam łaskę panów… Do konstrukcji, w tym wypadku składającej się z ażurowo rzeźbionych jasnych kamiennych brył, tworzących krąg wokół większego elementu w centrum, podeszły cztery gobliny o szarej skórze, w wytartych strojach mechaników.
Takie miałam szczęście, że zobaczyłam wszystko, będąc jeszcze w stosownej odległości od czarnomagicznej maszynerii. Mogłam zatrzymać się przy niewysokim drzewie i na wszelki wypadek się za nim ukryć. Nic nie wskazywało na to, że ze strony goblinów cokolwiek mi grozi, ale jakoś pewniej się czułam, oglądając spomiędzy gałęzi, jak podchodzą do kręgu w sposób niezwykle synchroniczny, zajmując miejsca w czterech równomiernie rozłożonych na okręgu punktach. Każdy miał przed sobą jeden z tych rzeźbionych kamieni z ostrymi wierzchołkami – teraz policzyłam, że tych tworów w kręgu było osiem. Gobliny wzniosły ręce. Mogły w tej chwili wypowiadać dowolne słowa, dopóki nie podniosłyby głosu do krzyku, nie usłyszałabym ich z takiej odległości. Gobliny nie krzyczały, zapewne doskonale świadome, że nie jest to konieczne. Ażurowe bryły z jasnego kamienia uniosły się. Wszystkie osiem, nie tylko te, przy których stali ci dziwaczni astralni mechanicy. Przez chwilę wisiały w powietrzu, połączone z ziemią dynamiczną siatką morskozielonych wyładowań, po czym wróciły na miejsca, gasząc ten blask. Gobliny opuściły ręce. Pozostały na miejscach jeszcze kilka sekund.
W tym momencie miałam ochotę z całej siły plasnąć się w czoło. Zrobiłabym to, gdybym nie obawiała się, że w ten sposób mogę zwrócić na siebie uwagę. Idiotka. Dlaczego, do najjaśniejszego licha, nie przyszło mi do tej astralnej łepetyny, żeby wcześniej spróbować przejść na myślowidzenie. Najlepiej kiedy to dopiero się zaczynało. Przeczuwałam – a bogowie jedni wiedzą, że mogłam równie dobrzez zupełnie się w tym mylić – że akcja goblinów wywołała jakieś zmiany wewnątrz. W tym kodzie Matrixa, jak to Ireasz określił, w Strukturze. Jakiś rodzaj dowodu, że coś się stało, że to działanie miało sens i odniosło skutek. Nie musiałam nawet rozumieć stanu owej Struktury przed i po, żeby zauważyć prosty fakt zmiany o ile takowa nastąpiła. Teraz mogłam jedynie spróbować wyczuć energię w okolicy, ale to, co mogłam dzięki temu dostrzec, nie było nadzwyczajne. Wokół kamiennego urządzenia odczuwałam energię silniej i wyraźniej niż kilkanaście metrów dalej. Takiego efektu właśnie się spodziewałam i znów pomyślałam, że równie dobrze odczucia mogły wynikać z moich oczekiwań.
Bez problemu byłam w stanie przyjąć fakt, iż przebywałam świadomością w tej cudownej Krainie Czarów, ale nie dawało to żadnych podstaw do wiary w moje własne w owym świecie możliwości.
Myśli pobiegły swoimi ścieżkami, na chwilę pozbawione mojego świadomego dozoru, jakby obdarzone własnym niezależnym życiem. Z jakichś mroków pod czaszką wypłynęło niejasne przypomnienie, że już od około tygodnia przebywałam z dala od swojej enklawy. Myśl zatruła mnie lekkim niepokojem, ale czy to był powód, żeby wracać? Czyż nie pozostawiłam w astralnym domu cząstki swojego umysłu? A jeśli tak, mogłam załatwić sprawę tak, jak robi się to w Astralu.
Przymknęłam oczy i zaczęłam się koncentrować. Nie miałam w tym takiej wprawy jak Ireasz, do tej pory połączenia telepatyczne na większe odległości za każdym razem inicjowała Kiri. W końcu jednak zdołałam sięgnąć do swojej tulpy – albo to ona sama jakoś wyczuła moją potrzebę nawiązania komunikacji i sięgnęła do mnie.
- Coś się stało?- usłyszałam srebrny głos, którego brzmienie natychmiast przyniosło mi ulgę.
- To ja powinnam pytać – odpowiedziałam. W końcu nadeszła ta chwila, nareszcie to ja miałam kontrolować połączenie ze swoją podświadomością.
- Do usług – odrzekła z lekkim rozbawieniem Kiri, pokazując swoim tonem, w jak dużym poważaniu ma mój świeżo wykluty autorytet.
- Jesteś w domu?
- Uznaj, że mogę być.
Bezgłośnie jęknęłam.
- Bądź tak miła i sprawdź…
- Miła? JA?! Przykro mi, skoro jestem tobą, to może być niemożliwe.
- Niech cię diabli… Chcę po prostu wiedzieć, czy w domu wszystko w porządku.
- Niby co miałoby być nie tak? - zdziwiła się.
- Nie wiem… Chociażby te wszystkie astralne stwory, które tam siedzą… Nie zrównały domu z ziemią? Albo nie wysadziły kuchni?
- W kuchni jak zawsze Sodoma i Gomora.
- Hej! Organizujecie sobie orgię, a ja nie jestem zaproszona?!
- Zaproszona jesteś zawsze. To ty gdzieś przepadłaś na parę dni. Chciałaś świętego spokoju, to ci głowy nie zawracałam.
Podziękowałam jej i przerwałam połączenie. Zauważyłam, że stoję tuż obok kamiennej konstrukcji, rozmawiając musiałam bezwiednie przejść te kilka metrów. Pogładziłam ręką jedną z ośmiu brył. Szorstka powierzchnia była przyjemna w dotyku, wycięte w jasnym kamieniu wzory miały w sobie niezwykłą fraktalną regularność, widoczną dopiero z bliska. Cóż, w odmiennych stanach świadomości można wszędzie dostrzegać fraktale. Miałam wrażenie, że cała maszyna emituje lekkie żółtozielone światło, pojawiające się i znikające w krótkich pulsach. Wrażenie, jedynie wrażenie. W pełnym świetle nie mogłam stwierdzić na pewno. Gdyby zrobiło się nieco ciemniej… Czy tutaj kiedykolwiek zapada noc?!
Obeszłam kamienną konstrukcję dookoła. Na chwilę uniosłam ręce, podobnie jak wówczas gobliny, ale nie wywołałam tym żadnej reakcji. Podejrzewałam, że to musi działać podobnie jak te sztuczki driad z drzewami, powodujące natychmiastowe dojrzewanie owoców. Pewnie powinnam się rozluźnić, oczyścić umysł i dobrze by było znać jeszcze jakieś słowa mocy. Właściwych słów nie znałam, bo i skąd, ale koncentrować się zaczęłam jak tylko o tym pomyślałam. Ładnych odruchów warunkowych człowiek mógł tu nabywać, profesor Pawłow byłby dumny… Czułam energię, z tak bliska bardzo wyraźnie, tak bardzo, że mogłam uchwycić w tym coś więcej. Zmiany. Niecierpliwość.
Cofnęłam się i uniosłam brwi. To nie było moje własne uczucie. Wyczułam je w jakiś sposób w otoczeniu. Wyczytałam. Od tej maszyny? To żyło? Czuło, myślało? Spróbowałam opanować nagłe zdumienie i skoncentrować się bardziej. Sięgnąć do Struktury i poznać, z czym mam do czynienia.
- ird’ir- wyszeptałam. Bo podświadomie uznałam, że takie rzeczy się szepcze. Nawet jak i tak nie podziałają.
I miałam rację. Nie podziałało.
Błąd nie leżał po mojej stronie, słowa mocy musiały wywrzeć skutek, bo poczułam odpowiedź od świata. Brzmiała ona tak, że te słowa nie mogły działać na takie obiekty i przyszła do mojego umysłu w postaci lekkiego wstrząsu i oporu. Zanim zostałam całkiem wytrącona z koncentracji, do moich rozbudzonych astralnych zmysłów doszła kolejna fala tej niecierpliwości i oczekiwania. To narastało. Coś nadchodziło.
Cofałam się dalej. Uniosłam wzrok, w pewnej odległości pomiędzy drzewami dostrzegłam driadę. Kilka metrów dalej pojawiła się kolejna. One chyba też to czuły, możliwe, że nawet z większych odległości.
- To nie ja – zaczęłam się głupio tłumaczyć. Bo one mogły przybywać tu właśnie z powodu tej maszyny. Dlatego, że została uruchomiona.
A przybywały kolejne. Za sobą słyszałam kroki na leśnej ściółce. Nie starały się poruszać bezgłośnie, chociaż, tego byłam całkiem pewna, gdyby chciały, przyszłoby im to bez problemu. Nie odwracałam się, próbowałam utrzymać kontakt wzrokowy z tymi przede mną. Kątem oka widziałam, jak inna driada obchodzi łukiem maszynę i mnie, aby pojawić się z prawej strony pola widzenia.
- To gobliny – bąknęłam. Gdyby było trzeba, uniosłabym ręce do góry.
- ird’ir ste – powiedziała driada po mojej prawej, celując palcem mniej więcej w moim kierunku. To naprawdę było skierowane we mnie, nie w tę konstrukcję. I tu powinien nastąpić moment, kiedy poczułam brutalny gwałt na moim umyśle, wówczas zaczęłabym zaciekle się bronić, pokazując, co myślę o takim wtargnięciu do mojej jaźni bez mojej zgody. W idealnym scenariuszu moja obrona okazałaby się skuteczna i zdołałabym ów podstępny atak odeprzeć, budząc w otaczających mnie driadach zdumienie i podziw. W rzeczywistości skończyło się tak, że nic nie poczułam a driada uzyskała to, czego chciała, bo uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. To może było potwierdzenie, bo wszystkie driady od razu straciły mną zainteresowanie. Zatem zmieniłam zdanie. Jeśli w taki sposób mogłam być uniewinniona, niech wszystkie astralne istoty atakują mój umysł, śmiało, zapraszam. To znaczy nawet nie umysł. Jakąś powiązaną ze mną cząstkę kodu Matrixa. Struktury. Czegokolwiek. Nieważne.
Zdałam sobie sprawę, że być może moje pierwsze wrażenie dotyczące obserwujących mnie driad okazało się mylne. To, co w pierwszej chwili uznałam za zarzut i wrogość zdawało się być jedynie zaciekawieniem. Które teraz przeszło w oczekiwanie, kiedy przestałam być w centrum ich uwagi. Zaczęłam się powoli wycofywać i w tym momencie poczułam na twarzy pierwsze, na razie pojedyncze, krople deszczu. Byłam ciekawa reakcji leśnych nimf na deszcz, miałam wrażenie, że spadające na nie krople sprawiały im jakąś przyjemność. Gdybym mogła się teraz skoncentrować, spróbowałabym odczytać promieniujące od nich uczucia, byłam jednak na to zbyt rozproszona. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co zamierzałam zrobić, miałam ochotę zaśmiać się w duchu. Jak szybko człowiek może przywyknąć do nowych wygodnych możliwości! A zwyczajnie wnioskować z mowy ciała to już nie łaska… Jakoś dwadzieścia lat z kawałkiem tak żyłam, zanim skutecznie połączyłam się z Astralem.
Mogłabym dalej snuć te rozważania, upodabniając się do staruszki narzekającej, że kiedyś to były czasy, ale deszcz przybierał na sile. Nie byłam driadą i nie zamierzałam moknąć, siedząc tak jak one teraz na podkulonych nogach, odchylając głowę w tył z wyrazem rozkoszy na twarzy. Odsunęłam się od kamiennej konstrukcji i zaczęłam się rozglądać po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Kątem oka dostrzegłam ciemny kształt, sylwetkę jakiegoś stworzenia. Szybko spojrzałam w tamtą stronę. W oddali, pomiędzy drzewami dostrzegłam COŚ. Chyba centaura. Nie miałam pewności, dopóki Coś się nie poruszyło, na chwilę odwracając do mnie bokiem. Centaur zaczął szybko się oddalać, miękko uderzając kopytami o ziemię. Czy to było w jakiś sposób zaprogramowane, żeby uciekł, kiedy tylko go dostrzegłam, czy po prostu on także chciał się gdzieś ukryć przed deszczem – nie byłam pewna. Ale odruchowo zaczęłam biec w stronę, gdzie centaur zniknął mi z oczu, nie myśląc, czy to ma jakikolwiek sens. Nie widziałam go, umknął mi, mając przewagę zarówno odległości jak i szybkości. Drzewa ograniczały widoczność tam, gdzie może w innym wypadku zdołałabym coś zobaczyć. Po tym jak kilka razy skróciłam sobie drogę przez piąty wymiar, pomyślałam, że centaur w którymś momencie również mógł skorzystać z podobnego skrótu albo w inny sposób teleportować się w jakieś całkiem odległe miejsce.
Dlaczego właściwie go szukałam? Z ciekawości. W końcu był czymś nowym, z czym wcześniej nie miałam do czynienia. Sama jego ucieczka także mnie intrygowała. Spłoszyłam go? Driady ani żywiołaki nie bały się mojej obecności, ten tutaj też nie powinien się obawiać.
Deszcz padał już na dobre, ubranie miałam mokre, ociekające wodą włosy lepiły mi się do szyi i twarzy. Zacisnęłam pięści, kilka razy z rzędu przeskoczyłam przez piąty wymiar. Zastanawiałam się, czy to w jakichkolwiek sposób mogło mi pomóc. Może jakbym się nie zatrzymywała, ograniczając w ten sposób kontakt z otoczeniem, ale to też nie było rozwiązaniem. Moja świecąca astralna energia mogłaby pomóc? Nawet jeśli, pewnie nie na tym poziomie (braku) umiejętności.
Byłam gotowa w tym momencie wejść każdymi drzwiami do pierwszej napotkanej kamiennej ruiny. Do diabła z czarną dziurą, która tylko czekała na nieostrożny krok pechowego astralnego podróżnika. Świat nie podjął mojego odważnego wyzwania, nigdzie nie natknęłam się na żaden budynek z drzwiami, za którymi mogłabym się schować. Zatrzymałam się w końcu na skraju niskiego uskoku, przed parą wyższych, najprawdopodobniej dużo starszych niż pozostałe, wyschniętych i martwych drzew. Były od siebie oddalone o prawie trzy metry, ale lekko nachylały się ku sobie, ich gałęzie w większości wzajemnie się przeplatały. Wyglądało to trochę tak, jakby celowo splątano korony tych drzew w chaotyczny, trudny do rozwikłania węzeł tworzący łuk. Z mniejszych gałęzi zwieszały się wstążki, sznury koralików, piór, niewielkie metalowe elementy na nitkach i laleczki z gałęzi i trawy. Pozbawione kory gładkie pnie pokrywały runy i symbole, odciśnięte w drewnie i wypełnione niebieskim barwnikiem. Kiedy podeszłam jeszcze bliżej, znaki zaczęły lekko świecić. Zdecydowanie była to reakcja wywołana moim ruchem, bo efekt zniknął, kiedy cofnęłam się o krok. Odsłonięte korzenie tworzyły pomiędzy drzewami coś w rodzaju niskich stopni w dół, było to chyba jedyne w najbliższej okolicy wygodne zejście na ten nieco niżej położony grunt.
- Przekraczam bramę zaświatów – mruknęłam sama do siebie (i może trochę do również będącej mną Kiri), po czym zeszłam po prymitywnych stopniach na dół.
I wykrakałam. Naprawdę przekroczyłam jakąś granicę. Zanim stanęłam obiema stopami na niższym poziomie, poczułam coś podobnego jak przy przechodzeniu na mój teren. Las nagle zniknął, a przynajmniej tamten las, w którym przed chwilą byłam. Teraz przede mną rozciągała się łąka, mocno niejednorodna, od obszarów porośniętych wysoką trawą do prawie nagiej ziemi. Owa naga ziemia też nie była całkiem martwa, rosły tam częściowo skamieniałe rośliny o sztywnych liściach, gdzieniegdzie widziałam też drzewa. Te były inne od tych, które miała okazję widywać wcześniej, miały czarne pnie i niezwykle symetryczne gałęzie, tworzące kręgi, z których płynnie wyłaniały się żółtawe włókna i blaszki.
Szybko zerknęłam za siebie. Kwestie najważniejsze, czyli możliwość powrotu… W porządku. Widziałam za sobą tę bramę z drzew, przez którą tu przeszłam. Widziałam część tego urwiska, dalszy ciąg linii uskoku z obu stron ginął wśród gęstej szarawej mgły. Mogłam widzieć las, w którym wcześniej się znajdowałam, jedynie pomiędzy drzewami, jak przez otwarte drzwi. Spróbowałam nawet wejść w tę mgłę – wszak nie byłabym sobą, gdybym nie zbadała tego doświadczalnie – ale nie zdołałam dotrzeć do uskoku. Coś mnie zatrzymało, jakbym ugrzęzła w ścianie z półpłynnej gumy. Musiałam się cofnąć. Dla pewności spróbowałam w kilku miejscach, z takim samym rezultatem. Skoro drzwi nadal istniały, nie byłam tu uwięziona i nie miałam powodów, żeby wpadać w panikę. Mogłam cofnąć się w każdej chwili, ale teraz nie miałam na to ochoty.
Chyba o tym jeszcze nie wspomniałam, ale tutaj nie padało, co stanowiło niezaprzeczalną zaletę. Mogłam poczekać aż deszcz skończy się po drugiej stronie bramy. Nie musiałam czekać bezczynnie siedząc w miejscu, skoro już tu byłam, równie dobrze mogłam się rozejrzeć. Tu miałam dobry widok na znaczną odległość, bez problemu mogłam wrócić, raczej nie zdołałabym się zgubić, nawet jakbym się celowo postarała. Ale najpierw musiałam zrobić coś ze sobą.
Skoncentrowałam się i zrzuciłam z siebie całą tę wodę. Tak to się robi w Astralu, właśnie tak. Nawet, kiedy akurat nikt nie patrzy.





