19-08-2018, 13:50
# Znów urywki niestety. Bo z przewlekłego przemęczenia nie mam czasu porządnie zapisać.
Kłóciłam się z babcią o mój ewentualny powrót na uczelnię. Używałam tych samych racjonalnych argumentów co w rzeczywistości, ale to nic nie dawało. Byłam zmęczona kłótnią.
Później babcia stwierdziła, że musi wyciągnąć mi spod skóry ten odłamek. Pociągnęła moją rękę, wzięła nóż i przecięła mi skórę. Zaczęła płynąć czarna skażona krew.
Byłam częścią drużyny, jak w jakiejś grze w trybie kooperacji. Szłam przez częściowo zrujnowane korytarze, gdzie pod ścianami, częściowo przenikając te ściany, leżały przewrócone, zniszczone meble i inne, mniejsze obiekty. Spora część otaczającego mnie otoczenia miała metaliczny brązowy kolor. Ja szłam pierwsza, przodem, tak, że nie widziałam reszty osób z drużyny. Wyczuwałam tylko ich obecność. Możliwe, że tylko ja byłam graczem a oni botami. Weszłam do pomieszczenia na końcu jednej z odnóg korytarza. Stała tam kobieta-wyrocznia, która powiedziała mi, że znalazłam w końcu te mistyczne ćmy. Rozejrzałam się i zobaczyłam je na podłodze. Wielkie jak moja otwarta dłoń, brunatne ćmy z fluorescencyjnymi wzorami na skrzydłach. W pierwszej chwili pomyślałam, że wszystkie przecież już są martwe i przyszłam za późno, potem zauważyłam, że jedna jeszcze trochę żyje. To było ważne, ja albo ktoś z drużyny musiał zabić taką własnoręcznie, aby, zabijając, przejąć jej moc kreowania przeznaczenia. Przykucnęłam obok trochę żywej ćmy i zaczęłam się zastanawiać, czy mam narzędzia do tego konieczne.
Obserwowałam człowieka, którego wizerunek próbowała wykreować jakaś tajna organizacja, osiągająca dzięki niemu zyski. Mogłam jakoś kontaktować się z kobietą z tej organizacji, która była jakby narratorem tego snu. Mówiła mi, że najpierw ten facet jako dziecko był widzem, potem dziennikarzem sportowym i komentatorem, a teraz nadszedł czas, aby sam odnosił zwycięstwa, przynajmniej przez jakiś czas, zanim przejdą do kolejnej fazy planów. Wyraziłam powątpiewanie. Ten człowiek zbliżał się powoli do czterdziestki i nie miał szans na rozpoczęcie wielkiej sportowej kariery. Kobieta-narrator powiedziała, że to żaden problem, bo teraz każdego można odpowiednio nafaszerować i stanie się mistrzem. Potem pokazała mi książkę otwartą na stronie, gdzie wypisana była lista różnych potrzebnych do tego substancji. Symbole pierwiastków chemicznych były tam inne niż w rzeczywistości, głównie pojedyncze litery, wielkie lub małe. Część oznaczała substancje raczej toksyczne. Stwierdziłam, że to się raczej dobrze nie skończy i przede wszystkim będzie nieodwracalne, ale jak oni wiedzą lepiej, niech tak robią, w końcu to ich plan i ich zyski.
Skaziłam się toksyną z jakiejś egzotycznej rośliny. Moje ciało zaczęło jakby mięknąć i się rozpuszczać, poczynając od dłoni, którą dotknęłam tamtej rośliny. Moja mama, która była obok, nie wiedziała, co z tym zrobić. Poszła do jakiejś świątyni, chyba modlić się o cud. Zabrała mnie ze sobą, sama nie wiem po co. Kiedy tak siedziałam, patrząc, jak proces w moim ciele postępuje, pomyślałam, że może wytnę ten najbardziej martwy, stopiony jako pierwszy fragment skóry, który był już prawie biały. Wzięłam scyzoryk i zrobiłam to. Okazało się, że przez to tak jakby odcięłam się od źródła trucizny i proces roztapiania zaczął się dość szybko cofać.
# Chyba nastąpił jakiś przeskok między snami
Znajdowałam się na łące, wyglądającej trochę jak komputerowa grafika z nieco starszych gier. Z ziemi wznosiły się w górę linie kolejowe, trochę jak dla kolejki z wesołego miasteczka. Punkt, z którego należało wsiadać do pociągu, znajdował się w środku regularnie okrągłego zagłębienia w ziemi, zalanego wodą. W środku, w najgłębszym miejscu, woda sięgała powyżej kolan, a całe dno porastała ta nierealistyczna trawa, identyczna jak wokół. W jakiś sposób najpierw byłam tam, potem przy innej stacji pociągu, następnie wróciłam pociągiem do tego pierwszego miejsca. Wtedy jakoś zdołałam znaleźć się poza tym płytkim zbiornikiem wodnym. Znów musiałam wsiąść do pociągu. Zamierzałam najpierw wejść tam boso, podwijając spodnie, potem zorientowałam się, że woda sięga wyżej, niż jestem w stanie je podwinąć. Krążyłam wokół okrągłego zagłębienia, coraz bardziej zirytowana, zastanawiając się, czy istnieje inna droga.
Kłóciłam się z babcią o mój ewentualny powrót na uczelnię. Używałam tych samych racjonalnych argumentów co w rzeczywistości, ale to nic nie dawało. Byłam zmęczona kłótnią.
Później babcia stwierdziła, że musi wyciągnąć mi spod skóry ten odłamek. Pociągnęła moją rękę, wzięła nóż i przecięła mi skórę. Zaczęła płynąć czarna skażona krew.
Byłam częścią drużyny, jak w jakiejś grze w trybie kooperacji. Szłam przez częściowo zrujnowane korytarze, gdzie pod ścianami, częściowo przenikając te ściany, leżały przewrócone, zniszczone meble i inne, mniejsze obiekty. Spora część otaczającego mnie otoczenia miała metaliczny brązowy kolor. Ja szłam pierwsza, przodem, tak, że nie widziałam reszty osób z drużyny. Wyczuwałam tylko ich obecność. Możliwe, że tylko ja byłam graczem a oni botami. Weszłam do pomieszczenia na końcu jednej z odnóg korytarza. Stała tam kobieta-wyrocznia, która powiedziała mi, że znalazłam w końcu te mistyczne ćmy. Rozejrzałam się i zobaczyłam je na podłodze. Wielkie jak moja otwarta dłoń, brunatne ćmy z fluorescencyjnymi wzorami na skrzydłach. W pierwszej chwili pomyślałam, że wszystkie przecież już są martwe i przyszłam za późno, potem zauważyłam, że jedna jeszcze trochę żyje. To było ważne, ja albo ktoś z drużyny musiał zabić taką własnoręcznie, aby, zabijając, przejąć jej moc kreowania przeznaczenia. Przykucnęłam obok trochę żywej ćmy i zaczęłam się zastanawiać, czy mam narzędzia do tego konieczne.
Obserwowałam człowieka, którego wizerunek próbowała wykreować jakaś tajna organizacja, osiągająca dzięki niemu zyski. Mogłam jakoś kontaktować się z kobietą z tej organizacji, która była jakby narratorem tego snu. Mówiła mi, że najpierw ten facet jako dziecko był widzem, potem dziennikarzem sportowym i komentatorem, a teraz nadszedł czas, aby sam odnosił zwycięstwa, przynajmniej przez jakiś czas, zanim przejdą do kolejnej fazy planów. Wyraziłam powątpiewanie. Ten człowiek zbliżał się powoli do czterdziestki i nie miał szans na rozpoczęcie wielkiej sportowej kariery. Kobieta-narrator powiedziała, że to żaden problem, bo teraz każdego można odpowiednio nafaszerować i stanie się mistrzem. Potem pokazała mi książkę otwartą na stronie, gdzie wypisana była lista różnych potrzebnych do tego substancji. Symbole pierwiastków chemicznych były tam inne niż w rzeczywistości, głównie pojedyncze litery, wielkie lub małe. Część oznaczała substancje raczej toksyczne. Stwierdziłam, że to się raczej dobrze nie skończy i przede wszystkim będzie nieodwracalne, ale jak oni wiedzą lepiej, niech tak robią, w końcu to ich plan i ich zyski.
Skaziłam się toksyną z jakiejś egzotycznej rośliny. Moje ciało zaczęło jakby mięknąć i się rozpuszczać, poczynając od dłoni, którą dotknęłam tamtej rośliny. Moja mama, która była obok, nie wiedziała, co z tym zrobić. Poszła do jakiejś świątyni, chyba modlić się o cud. Zabrała mnie ze sobą, sama nie wiem po co. Kiedy tak siedziałam, patrząc, jak proces w moim ciele postępuje, pomyślałam, że może wytnę ten najbardziej martwy, stopiony jako pierwszy fragment skóry, który był już prawie biały. Wzięłam scyzoryk i zrobiłam to. Okazało się, że przez to tak jakby odcięłam się od źródła trucizny i proces roztapiania zaczął się dość szybko cofać.
# Chyba nastąpił jakiś przeskok między snami
Znajdowałam się na łące, wyglądającej trochę jak komputerowa grafika z nieco starszych gier. Z ziemi wznosiły się w górę linie kolejowe, trochę jak dla kolejki z wesołego miasteczka. Punkt, z którego należało wsiadać do pociągu, znajdował się w środku regularnie okrągłego zagłębienia w ziemi, zalanego wodą. W środku, w najgłębszym miejscu, woda sięgała powyżej kolan, a całe dno porastała ta nierealistyczna trawa, identyczna jak wokół. W jakiś sposób najpierw byłam tam, potem przy innej stacji pociągu, następnie wróciłam pociągiem do tego pierwszego miejsca. Wtedy jakoś zdołałam znaleźć się poza tym płytkim zbiornikiem wodnym. Znów musiałam wsiąść do pociągu. Zamierzałam najpierw wejść tam boso, podwijając spodnie, potem zorientowałam się, że woda sięga wyżej, niż jestem w stanie je podwinąć. Krążyłam wokół okrągłego zagłębienia, coraz bardziej zirytowana, zastanawiając się, czy istnieje inna droga.





