20-07-2018, 09:52
Sen był już w fazie przebijania się świadomości - po odbyciu rozmowy z żeńskim głosem wewnątrz głowy, który twierdził, że znajdujemy się w jej śnie, znalazłem się w jakimś piwnicznym obszernym lochu na fotelu dentystycznym. Tam, jakaś kobieta oraz jej ojciec troskliwie opiekowali się mną i pielęgnowali, ponieważ w treści nie byłem w stanie się ruszyć. Miłą atmosferę po 15 minutach zakończyło zerknięcie do lustra, odryłem, że obcięli mi włosy " na hełm " i zostawili dziwacznego wąsa złożonego z wielu drobnych rozdwojonych włosków ułożonych obok siebie rzędami. Wściekły i coraz bardziej świadomy, wydostałem się stamtąd lotem i z jakiegoś powodu postanowiłem wyżyć się na weselu organizowanym w tym samym lochu. Kilka chwil później projekcje nieskutecznie próbowały uciec od płomieni przez leżący w poprzek lochu posąg buddy
Jednakże jednej się udało i jej chęć zemsty zmusiła mnie do eksploracji otoczenia 
Szybko zorientowałem się, że loch to w istocie jeden korytarz z czterema zakrętami w prawo
. Jednak w jego bocznych ścianach wypatrzyłem szklane drzwi, za którymi w przyduszonym świetle odbywała się jakaś pogańska ceremonia, w kolejnym korytarzu podzielonym na pokoje i segmenty. W każdym z tych pokoików znajdowało się kilka krzeseł, postać i zastawiony stół. Bibeloty, kamienie, rzemyki z supłami, jakieś zioła skrzętnie ułożone na tym stole uderzały zupełnie nieznaną mi symboliką i budziły niepokój, chyba najbliżej było im do celtyckich. Z kolei każda postać manipulująca przy tych dewocjonaliach, nosiła długi płaszcz i groteskowo wysuniętą do przodu maskę w różnych kształtach, na podobieństwo np dziobu tukana. Okazało się, że ten mistyczny kompleks również od bocznej strony posiadał przejście do kolejnej linii korytarzowej, a te do kolejnej. Mijałem więc dalsze połacie już zdecydowanie przyjemniejszych, szerokich, ciepło choć dziwacznie i przesadnie arystokratycznie wystrojonych pasaży, koncentrycznie ułożonych wokół startowego lochu. Ostatnia warstwa ścian zawierała już okna na łono natury, gdzie z ulgą się przedostałem. Miałem okazję z góry już obserwować opuszczony prostokątny budynek, oraz otaczające go kamienne ruiny z zakopanymi do połowy nagrobkami. Takie pole ciągnęło się ze wszystkich czterech stron kilka kilometrów, aż do ściany lasu. Po tej granicy przechadzał się z patrolującym wzrokiem biały lew. W powietrzu rozbrzmiewała jakaś pielgrzymkowa melodia grana na kilka gitar, lecąc można było minąć co najmniej kilka źródeł tego dźwięku - z dziur w ziemiach albo wybrakowanego klocka w kamieniu nagrobnym. Na końcu mój wzrok przyciągnęła spora walcowata struktura, odgrywająca rolę tawerny. Na pokrytej mchem i bluszczem ścianie obecne były liniowe ubytki zieleni, które tworzyły na budynku podobiznę zwierzęcia oraz nazwę " Lisia Nora ". Po przebudzeniu stwierdziłem, że opisany walec ewidentnie przypomina czekającą na wypicie flaszkę Pana Tadeusza właśnie w opakowaniu takiego kształtu
Jednakże jednej się udało i jej chęć zemsty zmusiła mnie do eksploracji otoczenia 
Szybko zorientowałem się, że loch to w istocie jeden korytarz z czterema zakrętami w prawo
. Jednak w jego bocznych ścianach wypatrzyłem szklane drzwi, za którymi w przyduszonym świetle odbywała się jakaś pogańska ceremonia, w kolejnym korytarzu podzielonym na pokoje i segmenty. W każdym z tych pokoików znajdowało się kilka krzeseł, postać i zastawiony stół. Bibeloty, kamienie, rzemyki z supłami, jakieś zioła skrzętnie ułożone na tym stole uderzały zupełnie nieznaną mi symboliką i budziły niepokój, chyba najbliżej było im do celtyckich. Z kolei każda postać manipulująca przy tych dewocjonaliach, nosiła długi płaszcz i groteskowo wysuniętą do przodu maskę w różnych kształtach, na podobieństwo np dziobu tukana. Okazało się, że ten mistyczny kompleks również od bocznej strony posiadał przejście do kolejnej linii korytarzowej, a te do kolejnej. Mijałem więc dalsze połacie już zdecydowanie przyjemniejszych, szerokich, ciepło choć dziwacznie i przesadnie arystokratycznie wystrojonych pasaży, koncentrycznie ułożonych wokół startowego lochu. Ostatnia warstwa ścian zawierała już okna na łono natury, gdzie z ulgą się przedostałem. Miałem okazję z góry już obserwować opuszczony prostokątny budynek, oraz otaczające go kamienne ruiny z zakopanymi do połowy nagrobkami. Takie pole ciągnęło się ze wszystkich czterech stron kilka kilometrów, aż do ściany lasu. Po tej granicy przechadzał się z patrolującym wzrokiem biały lew. W powietrzu rozbrzmiewała jakaś pielgrzymkowa melodia grana na kilka gitar, lecąc można było minąć co najmniej kilka źródeł tego dźwięku - z dziur w ziemiach albo wybrakowanego klocka w kamieniu nagrobnym. Na końcu mój wzrok przyciągnęła spora walcowata struktura, odgrywająca rolę tawerny. Na pokrytej mchem i bluszczem ścianie obecne były liniowe ubytki zieleni, które tworzyły na budynku podobiznę zwierzęcia oraz nazwę " Lisia Nora ". Po przebudzeniu stwierdziłem, że opisany walec ewidentnie przypomina czekającą na wypicie flaszkę Pana Tadeusza właśnie w opakowaniu takiego kształtu





