08-03-2018, 20:04
Sen #1: Wstałem z łóżka. Atmosfera i aura otoczenia wskazywała znowu na ośrodek wypoczynkowy. Wystrój pokoju także pasował. Prócz pewnego elementu, jakim był arsenał zgromadzony pod oknem, które było zakratowane. Wyjrzałem na zewnątrz. Plac przed moim mieszkaniem i okoliczny teren wyglądał jak strefa wojny. Wszędzie okopy, wały z worakmi piaskowymi, zielone ludziki biegnące bez wyznaczonego dokładnego celu. Jeden z nich wpatrywał się w moje okno. Zapewne był to ktoś, kto chciał mi zagrozić.
Wziąłem pierwszą lepszą broń, wycelowałem w tegoż osobnika i wystrzeliłem. Czysty strzał w środek czoła, kula przebiła głowę na wylot, pozostawiając tylko wydrążoną, cylindryczną dziurę. Krew nawet nie chciała lecieć, rana od razu zakrzepła. Kolega nieszczęśnika na moją zgubę zobaczył, że z mojego okna wydobył się strzał. Wycelował swoją bronią, pociągnął za spust, wycelował we mnie i zabił.
Wstałem z łóżka. Atmosfera ciągle taka sama. Podszedłem do okna. Widok był identyczny jak przed chwilą, z tą różnicą, że zamiast martwego gościa zauważyłem, że ciągle żyje i wpatruje się w moje okno. "A więc czas się cofnął". Wziąłem jeszcze raz ten sam karabin i wycelowałem. Znowuż zabiłem tę samą osobę, ale tym razem momentalnie schowałem się za ścianą, aby kolega umarlaka nie mógł mnie dostać. Nic bardziej mylnego. Jego kula przeszła przez ścianę.
Wstałem z łóżka. Za oknem ciągle wojna. Wziąłem tym razem inny karabin, pół-automatyczny. Zabiłem dwóch osobników wymienionych wyżej, po czym schowałem się za ścianę. Wybuch. Wstałem z łóżka. Powtórzyłem czynność, tylko tym razem schowałem się za wersalką. Pocisk burzowy wystrzelony prawdopodobnie z czołgu uderzył w ścianę, a sufit się zawalił i mnie zabił.
Wstałem z łóżka. W jedną dłoń chwyciłem automat, w drugą pocisk przeciw-czołgowy. Pif paf, po dwóch osobach. Strzał, po czołgu. Odwracam się. Z drzwi wyleciał granat. Bum. Wstałem z łóżka. Zdjąłem kratę z okna, zabrałem ze sobą karabin i pociski, wyskoczyłem z okna. Zabijając i strzelając gdzie popadnie biegłem przed siebie. Po chwili nadepnąłem na minę.
Wstałem z łóżka. Nie ważne co robiłem, ciągle to samo. Nieprzerwany cykl życia i śmierci. Wstałem z łóżka, próbowałem przeżyć na polu bitwy, wstałem z łóżka, zabijałem, wstawałem, biegłem, wstawałem. Nic nie przynosiło wybawienia i przeżycia.
Zdesperowany, postanowiłem przerwać tę niedorzeczność. Wstałem z łóżka, rozejrzałem się po pokoju. Wyszedłem z mieszkania. Na podwórku spotkałem obserwatora. Zagadałem do niego. Rozmowa potoczyła się krótko. Okazało się, że był do mnie przyjaźnie przysposobiony. Reszta osób także. Dialog przyniósł najlepsze rozwiązanie, zamiast wrogów zyskałem przyjaciół.
Później wraz z pewną panną z wojska poszedłem do kuchni. Tam była taka dziwaczna lodówka, którą aby otworzyć, trzeba było włożyć w otwór piłkę od siatkówki. Co dziwne, otwór był za mały by takową włożyć, ale dzięki kompresji przestrzeni było to możliwe. Po włożeniu, lodówka się otwierała i podawała szklankę mineralnej wody, w kubku zrobionym z lodu. Postanowiliśmy przynieść wodę dla całego oddziału, lecz za szybko wrzucaliśmy piłki i lodówka się popsuła, kopiąc mnie prądem.
Wziąłem pierwszą lepszą broń, wycelowałem w tegoż osobnika i wystrzeliłem. Czysty strzał w środek czoła, kula przebiła głowę na wylot, pozostawiając tylko wydrążoną, cylindryczną dziurę. Krew nawet nie chciała lecieć, rana od razu zakrzepła. Kolega nieszczęśnika na moją zgubę zobaczył, że z mojego okna wydobył się strzał. Wycelował swoją bronią, pociągnął za spust, wycelował we mnie i zabił.
Wstałem z łóżka. Atmosfera ciągle taka sama. Podszedłem do okna. Widok był identyczny jak przed chwilą, z tą różnicą, że zamiast martwego gościa zauważyłem, że ciągle żyje i wpatruje się w moje okno. "A więc czas się cofnął". Wziąłem jeszcze raz ten sam karabin i wycelowałem. Znowuż zabiłem tę samą osobę, ale tym razem momentalnie schowałem się za ścianą, aby kolega umarlaka nie mógł mnie dostać. Nic bardziej mylnego. Jego kula przeszła przez ścianę.
Wstałem z łóżka. Za oknem ciągle wojna. Wziąłem tym razem inny karabin, pół-automatyczny. Zabiłem dwóch osobników wymienionych wyżej, po czym schowałem się za ścianę. Wybuch. Wstałem z łóżka. Powtórzyłem czynność, tylko tym razem schowałem się za wersalką. Pocisk burzowy wystrzelony prawdopodobnie z czołgu uderzył w ścianę, a sufit się zawalił i mnie zabił.
Wstałem z łóżka. W jedną dłoń chwyciłem automat, w drugą pocisk przeciw-czołgowy. Pif paf, po dwóch osobach. Strzał, po czołgu. Odwracam się. Z drzwi wyleciał granat. Bum. Wstałem z łóżka. Zdjąłem kratę z okna, zabrałem ze sobą karabin i pociski, wyskoczyłem z okna. Zabijając i strzelając gdzie popadnie biegłem przed siebie. Po chwili nadepnąłem na minę.
Wstałem z łóżka. Nie ważne co robiłem, ciągle to samo. Nieprzerwany cykl życia i śmierci. Wstałem z łóżka, próbowałem przeżyć na polu bitwy, wstałem z łóżka, zabijałem, wstawałem, biegłem, wstawałem. Nic nie przynosiło wybawienia i przeżycia.
Zdesperowany, postanowiłem przerwać tę niedorzeczność. Wstałem z łóżka, rozejrzałem się po pokoju. Wyszedłem z mieszkania. Na podwórku spotkałem obserwatora. Zagadałem do niego. Rozmowa potoczyła się krótko. Okazało się, że był do mnie przyjaźnie przysposobiony. Reszta osób także. Dialog przyniósł najlepsze rozwiązanie, zamiast wrogów zyskałem przyjaciół.
Później wraz z pewną panną z wojska poszedłem do kuchni. Tam była taka dziwaczna lodówka, którą aby otworzyć, trzeba było włożyć w otwór piłkę od siatkówki. Co dziwne, otwór był za mały by takową włożyć, ale dzięki kompresji przestrzeni było to możliwe. Po włożeniu, lodówka się otwierała i podawała szklankę mineralnej wody, w kubku zrobionym z lodu. Postanowiliśmy przynieść wodę dla całego oddziału, lecz za szybko wrzucaliśmy piłki i lodówka się popsuła, kopiąc mnie prądem.





