05-03-2018, 00:03
# Chyba najbardziej dziwaczny sen jak do tej pory
Początek akcji gdzieś w zagranicznym laboratorium - miałam wiedzę, że to gdzieś na południu Europy. Ja i moja ciotka (w realu lekarka) prowadziłyśmy badania na komórkach embrionalnych. Procedura była taka jak przy pobieraniu komórek macierzystych, wydobywanie z blastocysty tej wewnętrznej warstwy. Potem oglądało się je pod mikroskopem i ewentualnie zaczynało hodowlę. Jak za którymś razem ciotka zostawiła mnie dłużej nad mikroskopem, zobaczyłam, że komórki zaczęły się dzielić. Powstało coś jak mikroskopijnych rozmiarów ryba albo lancetnik, z licznymi skrzelami i płetwami na końcu ciała. Dziwny twór wił się w kropli cieczy. Zawołałam ciotkę, żeby też to zobaczyła. Po chwili to coś znieruchomiało, martwe. Stwierdziłam, że to ciekawa obserwacja i może coś z tego dalej wyniknie. Ciotka powiedziała mi, że może w sprzyjających warunkach po dłuższym czasie powstanie z tego płód, ale najpewniej będzie uszkodzony i szanse raczej są małe. Powiedziałam, że można poczekać kilka albo kilkanaście tygodni, tyle, żeby stwierdzić, czy cokolwiek zacznie się dziać.
# Nastąpił przeskok jak w filmie, parę miesięcy naprzód.
Znów laboratorium, nie jestem pewna czy ta sama placówka. Stałam w pomieszczeniu z długimi półkami wbudowanymi w ścianę, zajmującymi całą jej długość. Na dole na takiej półce stało akwarium wypełnione po sam brzeg, wewnątrz unosiło się dziecko połączone z pokrywą akwarium pępowiną, w części gumową. Dziecko miało nienaturalnie jasnoszary kolor skóry, jak marmurowe rzeźby renesansowe. Rozsunęłam część plastikowej pokrywy akwarium. Pomyślałam, że to już najwyższy czas, chyba ten moment, kiedy normalnie to dziecko miałoby się urodzić. Spróbowałam je stamtąd wyciągnąć, było mi niewygodnie, w którymś momencie zauważyłam, że dziecko ma ostre rysy twarzy i gniewny grymas, jak jakiś demon. Pomyślałam, że to wszystko przez mój strach, że przestanę to widzieć, jak się opanuję. Wyciągnęłam w końcu dziecko, spróbowałam jakoś odciąć pępowinę, która teraz wydawała się cała spleciona z izolowanych gumowych przewodów. Jak mi się udało, dziecko zaczęło wreszcie mieć normalny kolor skóry, chociaż nadal wydawało mi się jakieś nienaturalnie idealne, jak sztuczny model. Poczułam jednocześnie, że przecież nie lubię dzieci, ale wypełnia mnie satysfakcja z przypadkowego powodzenia eksperymentu, który przecież nie miał szans się udać.
Nastąpił przeskok do sceny, gdzie siedziałam w kącie tej sali z półkami, na rozłożonym na podłodze kocu, z owiniętym w ręcznik noworodkiem na kolanach. Przed sobą miałam kawałek szklanej ściany, od podłogi aż do niewiarygodnie wysokiego sufitu. Po drugiej stronie szkła stała moja siostra, coś do mnie mówiła, ale ciężko było cokolwiek usłyszeć przez tę szybę.
Początek akcji gdzieś w zagranicznym laboratorium - miałam wiedzę, że to gdzieś na południu Europy. Ja i moja ciotka (w realu lekarka) prowadziłyśmy badania na komórkach embrionalnych. Procedura była taka jak przy pobieraniu komórek macierzystych, wydobywanie z blastocysty tej wewnętrznej warstwy. Potem oglądało się je pod mikroskopem i ewentualnie zaczynało hodowlę. Jak za którymś razem ciotka zostawiła mnie dłużej nad mikroskopem, zobaczyłam, że komórki zaczęły się dzielić. Powstało coś jak mikroskopijnych rozmiarów ryba albo lancetnik, z licznymi skrzelami i płetwami na końcu ciała. Dziwny twór wił się w kropli cieczy. Zawołałam ciotkę, żeby też to zobaczyła. Po chwili to coś znieruchomiało, martwe. Stwierdziłam, że to ciekawa obserwacja i może coś z tego dalej wyniknie. Ciotka powiedziała mi, że może w sprzyjających warunkach po dłuższym czasie powstanie z tego płód, ale najpewniej będzie uszkodzony i szanse raczej są małe. Powiedziałam, że można poczekać kilka albo kilkanaście tygodni, tyle, żeby stwierdzić, czy cokolwiek zacznie się dziać.
# Nastąpił przeskok jak w filmie, parę miesięcy naprzód.
Znów laboratorium, nie jestem pewna czy ta sama placówka. Stałam w pomieszczeniu z długimi półkami wbudowanymi w ścianę, zajmującymi całą jej długość. Na dole na takiej półce stało akwarium wypełnione po sam brzeg, wewnątrz unosiło się dziecko połączone z pokrywą akwarium pępowiną, w części gumową. Dziecko miało nienaturalnie jasnoszary kolor skóry, jak marmurowe rzeźby renesansowe. Rozsunęłam część plastikowej pokrywy akwarium. Pomyślałam, że to już najwyższy czas, chyba ten moment, kiedy normalnie to dziecko miałoby się urodzić. Spróbowałam je stamtąd wyciągnąć, było mi niewygodnie, w którymś momencie zauważyłam, że dziecko ma ostre rysy twarzy i gniewny grymas, jak jakiś demon. Pomyślałam, że to wszystko przez mój strach, że przestanę to widzieć, jak się opanuję. Wyciągnęłam w końcu dziecko, spróbowałam jakoś odciąć pępowinę, która teraz wydawała się cała spleciona z izolowanych gumowych przewodów. Jak mi się udało, dziecko zaczęło wreszcie mieć normalny kolor skóry, chociaż nadal wydawało mi się jakieś nienaturalnie idealne, jak sztuczny model. Poczułam jednocześnie, że przecież nie lubię dzieci, ale wypełnia mnie satysfakcja z przypadkowego powodzenia eksperymentu, który przecież nie miał szans się udać.
Nastąpił przeskok do sceny, gdzie siedziałam w kącie tej sali z półkami, na rozłożonym na podłodze kocu, z owiniętym w ręcznik noworodkiem na kolanach. Przed sobą miałam kawałek szklanej ściany, od podłogi aż do niewiarygodnie wysokiego sufitu. Po drugiej stronie szkła stała moja siostra, coś do mnie mówiła, ale ciężko było cokolwiek usłyszeć przez tę szybę.





