27-02-2018, 00:19
Dzień 17
Poprzedniego dnia zdecydowałam się przerwać połączenie po wejściu do jednego z budynków z maszynerią i zajęciu wygodnej pozycji w kącie. Logika podpowiadała mi, że to będzie chociaż trochę bezpieczniejsze, jakiś instynkt zdawał się wysyłać mi przeciwne komunikaty. Na razie postanowiłam kierować się rozumem, czucie i wiara musiały jeszcze trochę poczekać.
Znów zostałam sama. Tym razem bez większych szans na odnalezienie żywiołaków albo gnoma. Nie byłam już w lesie, widziałam spore połacie terenu wokół i gdyby któraś z tych istot była w pobliżu, bez problemu mogłabym ją znaleźć. A z żywych stworzeń widziałam tylko kruki na niebie i w oddali to stado zaobserwowanych wcześniej barwnych łaciatych stworzeń.
Spróbowałam zlokalizować tory, chyba najbardziej pewny punkt orientacyjny w tym miejscu. Byłam też ciekawa, dokąd mogą prowadzić. Nawet w tym świecie musiały się gdzieś kończyć.
Cofałam się od budynków mniej więcej w kierunku widocznego w oddali lasu. Chciałam mniej więcej odtworzyć drogę, jaką przebyliśmy poprzedniego dnia. Znów przebiegałam niektóre odcinki, rozkoszując się tym uczuciem lekkości. Nie wiem, w jakim stopniu wynikało to z tutejszej grawitacji a w jakim z tego prostego faktu, iż NIE BYŁO TO FIZYCZNE CIAŁO. W pewnym momencie miałam wrażenie, że coś dziwnego dzieje się z czasem. W moim postrzeganiu nastąpiło jakby cięcie, jakiś impuls, przeskok, czego nawet nie potrafiłam nazwać. I w tym nieskończenie krótkim czasie, który został w niezrozumiały sposób wycięty musiałam pokonać koło czterdziestu metrów. Może nawet więcej. Dość szybko odsunęłam myśl o tym, że to po prostu Matrix się zaciął. Podejrzewałam już raczej zaplanowane działanie jakiegoś mechanizmu. Może niewidoczna bariera, którą bezwiednie przekroczyłam. Na wszelki wypadek cofnęłam się kilkanaście kroków, wolno, aby w miarę dokładnie ową barierę zlokalizować. Próbowałam wyczuć ręką coś w powietrzu, zagęszczenie, ciepło albo chłód, ładunek elektryczny… Cokolwiek. Na nic nie natrafiłam.
Nie chciałam zbyt pochopnie uznać – zbyt wiele konsekwencji niosła ze sobą taka myśl – że nie było to zależne od miejsca, od żadnych czynników zewnętrznych, ale ode mnie samej. Że to ja coś zrobiłam.
Spróbowałam to powtórzyć, biegnąc znów mniej więcej w obranym na początku kierunku, nieco tylko zbaczając w lewo dla zachowania losowości. Tak żeby test był bardziej wiarygodny. Nie zdołałam wywołać tej teleportacji, ale dla zasady poddałam się dopiero po jakichś pięciu próbach.
Znalazłam tory, przez jakiś czas szłam wzdłuż nich, potem odbiłam w prawo, kierując się ku pasącym się na łące zwierzętom. Stąd widziałam je wystarczająco wyraźnie i mogłam stwierdzić, że naprawdę były to krowy, chociaż bardzo nietypowo ubarwione. Białe obszary sierści mieszały się z różnymi pastelowymi kolorami, niebieskim, różowym, żółtym. Rogi krów były mocno skręcone w fantazyjne wzory. Zwierzęta przyglądały mi się obojętnie, szybko tracąc zainteresowanie mną. Przeszłam pomiędzy nimi, nie starając się omijać ich szczególnie szerokim łukiem. Nie sądziłam, żeby coś mi z ich strony groziło. I tak mogły poruszać się całkowicie swobodnie, nie widziałam u żadnej łańcucha, zamocowanego drugim końcem w ziemi. Teren nie był także ogrodzony. O boska kraino wolności…
Dotarłam do niewielkiej wiaty, niewidocznej początkowo od strony, z której nadchodziłam. Jej pochyły dach jednym końcem łączył się z ziemią, porastająca go trawa stanowiła ciągłość z łąką. Z drugiej strony wznosił się nad ziemię niecałe dwa metry. Wewnątrz było nieco więcej miejsca niż na typowym przystanku autobusowym. Mieściły się tam dwie niskie i krótkie ławki, stolik przykryty haftowaną serwetką i trzy błękitne metalowe wiaderka w jaskrawe ludowe motywy. Podobne wzorki znajdowały się na rozstawionych na stole kubkach i dzbanków.
Może teraz powinnam wziąć wiaderko i iść wydoić krowę? Nie, dziękuję, postoję. Zresztą nie za bardzo wiedziałam nawet, jak miałabym się do tego zabrać.
Wycofałam się do torów, odprowadzana spokojnymi spojrzeniami krów. Mówiłam sobie w myślach, że spróbuję tu wrócić, mając przy tym świadomość, że za szybko i tak nie zdołam znaleźć drogi, kiedy pójdę dalej. To było tak jak z Lamgdo. Jedynym miejscem, do którego zawsze mogłam powracać była moja enklawa. Albo to po prostu ja nie znałam odpowiednich sposobów. Może potrzebowałam właściwych słów mocy. Albo amuletu podobnego do tego, który nosiłam.
Nie szłam dokładnie wzdłuż torów, oddalałam się od nich w szerokich zakrętach, ale nie pozwalałam sobie na to, aby całkiem stracić je z oczu. Poczucie bezpieczeństwa jakie to dawało było raczej iluzoryczne, i tak nie wiedziałam gdzie jestem, ale mimo to czułam się dzięki temu pewniej. Ludzki umysł bywa pokręcony w działaniu.
Miałam nadzieję, że w ten sposób dotrę do miejsca, gdzie będą jakieś żywe istoty. Inteligentne żywe istoty. Pamiętając o możliwościach żywiołaków, co jakiś czas przyglądałam się łące wokół siebie w poszukiwaniu śladów tych istot, kiedy przemieszczały się poprzez ziemię, albo ruchu traw, wskazującego, że jakiś osobnik właśnie przechodzi w pobliżu. Próbowałam też wczuć się w energię w otoczeniu, ale jedyne nieznacznie silniejsze, skoncentrowane punkty okazywały się zającami albo osobnikami jakiegoś karłowatego gatunku saren czy jeleni. Chciałam sięgnąć umysłem nieco dalej, poza zasięg dostępny dla wzroku, ale coś mnie blokowało. Albo zbyt niski jeszcze poziom umiejętności, albo lęk, albo jedno i drugie. Bałam się, że kiedy bardziej się postaram i wejdę w odpowiednio głęboki dla tego celu trans, znów wciągną mnie mroczne wizje. Nie wiedziałam, czym dokładnie było to objawienie, którego dostąpiłam podczas medytacji. Miałam uznać to za zaszczyt, ponieważ nastąpiło to stosunkowo wcześnie na mojej drodze, czy raczej za ostrzeżenie?
(nie zbliżaj się, cofnij się, to nie dla ciebie)
Spojrzałam na łąkę przed sobą podejrzliwie. To wszystko mogło być iluzją? Warstewką lodu na nieskończenie głębokim morzu pustki? W każdej chwili byłam zawieszona nad taką otchłanią, wypełnioną jedynie skupiskami energii, runami i znakami? Jeśli taka była prawda, nie powinnam przed tym uciekać, przeciwnie, powinnam wniknąć umysłem w tę głębię. I szukać, badać, aż zrozumiem. Tylko z jakiegoś powodu sama myśl o tym powodowała nieokreślony dyskomfort, każący mi ją odepchnąć jak najszybciej.
Byłam akurat wystarczająco blisko torów, żeby wyczuć ich drżenie. Z początku słabe, ledwie zauważalne. Na horyzoncie wśród morza traw pojawił się pociąg. Śmieszna, kolorowa, zabawkowa lokomotywa, jak przekonałam się z bliska, z dachem mniej więcej na wysokości moich łokci. Za nią ciągnął się sznur drewnianych wagonów jak z kreskówkowej kopalni, tylko nieco bardziej wydłużonych. Przez pozbawione szyb okna otoczone malowanymi kwiatami, jakich nie powstydziłby się żaden hipis, zobaczyłam maszynistę. Rzeczywiście mogłam uznać go za krasnoludka. Był może nieco większy, niż zawsze wyobrażałam sobie krasnoludki, ale do miana krasnoluda brakowało mu bardzo dużo. Kiedy mnie zobaczył, zaczął hamować.
- Hę? - zagadnął – Reklamacji teraz się zachciało? To nie tutaj i nie teraz.
- Słucham?
- Interesantów zapraszam do magazynów. Chociaż nie ma gwarancji, do którego kiedy.
Spojrzałam ponad cylindrycznym, metalicznie połyskującym kominem lokomotywy na wagony. W każdym znajdowała się przypadkowa zbieranina drobnych przedmiotów codziennego użytku. Jedyną chyba wspólną ich cechą było to, że wszystkie miały małe rozmiary. Spytałam, czy właściciele wyrzekli się ich dobrowolnie, czy raczej krasnoludek
(Pan Zgubnik)
wszedł w ich posiadanie w sposób mniej legalny.
- Kradzież, hę? - obruszył się mały maszynista – Tak, zawsze to wina krasnoludka! Krasnoludek zabrał złośliwie! A było wcześniej pilnować swoich rzeczy! Nie gubić ich po zakurzonych kątach i ciemnych szczelinach, gdzie się nawet nie zagląda. Nie porzucać pod szafą i za kanapą. Jak się nie dopilnowało, to potem nie płakać i nie miotać klątw. Oddaliście je w ręce Pana Zgubnika, to Pan Zgubnik się nimi zajmie. Pan Zgubnik nie odmawia.
Sapnął i przesunął dwie dźwignie na panelu przed sobą. Pociąg powoli ruszył, ale na razie się nie rozpędzał. Miałam wrażenie, że zrobił tak celowo, żebym była w stanie za nim nadążyć. Skorzystałam z tego milczącego zaproszenia, nie przejmując się, że w ten sposób cofam się w kierunku, z którego tu przyszłam.
Spytałam zresztą, dokąd ta droga prowadzi.
- Do Zasmuty – wyjaśnił Pan Zgubnik – Ogólnie do okręgu Jetter. A w przeciwnym kierunku, za nami, do Birkerrund.
- To kręgi piekieł teraz mają nazwy? Jest ich już tak dużo, że numery nie wystarczają?
Po chwili dotarła do mnie zawarta w jego wyjaśnieniu istotna informacja. Tutaj najprawdopodobniej były MIASTA. O to także musiałam spytać, a odpowiedzi nieco ostudziły mój entuzjazm. Piechotą za daleko nie zdążyłabym dotrzeć przed zerwaniem połączenia. Na wagony, wypełnione po brzegi różnymi dziwnymi obiektami, nie ryzykowałabym wejścia. Stanowczo za dużo ostrych krawędzi. Poza tym dodatkowy ciężar, ze środkiem ciężkości umieszczonym znacznie wyżej niż inne elementy pociągu, mógł zapewne zwiększać ryzyko wykolejenia. Nie miałam pojęcia, czy to naprawdę miało znaczenie, ale w razie wypadku raczej nie byłabym w stanie umieścić na torach pociągu wraz ze wszystkimi wagonami. Mimo swoich gabarytów pociąg nadal ważył wystarczająco dużo, aby takie próby spełzły na niczym.
Próbowałam kawałek biec, kiedy Pan Zgubnik przyspieszył. W pewnym momencie nawet udało mi się znowu TO zrobić. I tak samo jak poprzednim razem nie potrafiłabym wyjaśnić, co właściwie zrobiłam i w jaki sposób tego dokonałam. Pan Zgubnik chyba niczego nie zauważył, lokomotywa wtedy była już spory kawałek przede mną. Zrezygnowałam w końcu z pościgu, czując, że nie ma to większego sensu. Zatrzymałam się i próbowałam przeanalizować swoje odczucia. Nie byłam zmęczona, przynajmniej nie w fizycznym sensie. Pomijając nawet moją łagodnie mówiąc przeciętną kondycję, w normalnej sytuacji powinnam odczuć ten wysiłek. Czy mogłam jakoś wykorzystywać energię, żeby zwiększać swoje możliwości? Szybciej biegać albo wyżej skakać? Według niektórych adeptów wschodnich sztuk walki qi pozwalała podkręcać ciało do wyższych obrotów. Przypuszczałam, że nawet jeśli w normalnym świecie to nie miało prawa działać, tutaj istniała jakaś szansa. Takie moje pobożne życzenia, które dopiero mogłam weryfikować. W końcu Powell obiecywał niby przenikanie przez ciała stałe…
Zacisnęłam zęby i znów zaczęłam biec. Nie starałam się trzymać torów, wybierałam jak najrówniejszy teren, w miarę możliwości tam, gdzie trawa nie była zbyt wysoka. Trudno było mi to ocenić na oko, ale niezależnie od wysiłku i skupienia na biegu, nie zaobserwowałam żadnej szczególnej różnicy w szybkości. W końcu po raz kolejny doprowadziłam jakimś sposobem do tego przeskoku, na chwilę wycinającego krótki odcinek czasu czy może to mnie przenoszącego poza czas. Nie mogłam jednoznacznie stwierdzić, że stało się to dokładnie w momencie największego skupienia. Pewne było to, że w ten sposób niejako na skróty pokonałam pewną część drogi. Seria kilku czy kilkunastu takich przeskoków w końcowym efekcie mogłaby pewnie przyspieszyć poruszanie się, ale bezpośredniego wpływu na szybkość biegu raczej to nie miało. Przypominało bardziej jakiś rodzaj teleportacji.
Oczywiście o powtarzalności i kontroli tego procesu mogłam sobie pomarzyć…
Oddaliłam się od torów jeszcze bardziej, wchodząc w obszar niewielkich połaci lasu rozdzielonych pasami łąki. Tutaj teren bynajmniej nie był równy, co kilkanaście metrów natykałam się na uskoki i rowy, osuwiska odsłaniające kamienie pod warstwą ziemi i gęste skupiska splątanych krzewów. Natrafiłam też na odnogi widocznej wcześniej rzeki. Biegać tu się nie dało, mogłam co najwyżej popisywać się przed ptakami i wiewiórkami jak efektownie można skakać w warunkach tutejszej grawitacji. W niektórych momentach było to konieczne, jeśli chciałam iść dalej. Nie spieszyłam się, okolica była na tyle atrakcyjna, że często przystawałam, żeby zwyczajnie podziwiać widoki. Miałam wrażenie, że dostrzegam w otoczeniu nienaturalnie wiele rozmaitych odcieni barw, niektóre z nich wydawały mi się nowe, nieznane do tej pory. Gdybym miała zeznawać na torturach (i gdyby jeszcze było to tak istotne, że aż godne tortur!), żadnym sposobem nie zdołałabym sobie przypomnieć, czy stały się dla mnie dostępne dopiero od tego dnia, czy mogłam je widzieć już nieco wcześniej, ale wówczas nie zwracałam na nie uwagi.
Punkt dla Arthura Powella. Rzeczywiście w wymiarze astralnym istniały inne, niespotykane w normalnej rzeczywistości barwy. A tak właściwie… Czy którykolwiek z autorów tych czy innych ezoterycznych dzieł kiedykolwiek osobiście był w innym wymiarze? Czy chociaż część tych książek zawierała jakieś ziarna prawdy, czy stanowiła jedynie fantazje autora i elementy wierzeń jego epoki? Coraz bardziej byłam skłonna uznać, iż szanowny pan Powell albo tutaj nie bywał, albo miał możliwość jedynie krótko, krócej nawet niż ja, poznawać uroki tego świata.
Przeskoczyłam kolejny rów wypełniony wolno płynącą wodą. Drugi brzeg znajdował się prawie metr niżej, więc nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Warstwa miękkiej trawy ugięła się pod moimi stopami. Wylądowałam praktycznie bezgłośnie, ale i tak zdołałam jakoś wystraszyć niewidoczną dla mnie wcześniej zza krzaków karłowatą sarnę. Odruchowo pobiegłam mniej więcej w kierunku, gdzie zwierzę zniknęło wśród drzew, chociaż prawie od razu straciłam je z oczu. Biegnąc mniej więcej prosto, dotarłam do szerokiego na ponad metr płytkiego strumienia. Tutaj nie miałam możliwości znalezienia się po drugiej stronie jednym skokiem a na zdejmowanie butów aby przejść w tym momencie nie miałam większej ochoty. Ruszyłam powoli w górę tej strugi.
Co jakiś czas na mojej drodze pojawiały się wzniesienia, w niektórych takich miejscach na strumieniu występowały progi, po których woda spadała spienioną kaskadą. Raz minęłam samotny kamienny filar. Nie było w nim nic specjalnego, co mogłoby mnie skłonić do obejrzenia go z bliska, z brzegu strumienia widziałam go wystarczająco dokładnie. Dotarłam w końcu do miejsca, skąd mogłam widzieć zbudowaną z drewnianych słupów i kamieni tamę, zatrzymującą wodę w dość rozległym zbiorniku. Staw zdawał się mieć nieregularny kształt, niewidoczny stąd w całej swojej okazałości. Przyspieszyłam, podchodząc bliżej, dostrzegając kolejne szczegóły, jak dwa rzeźbione słupy, podobne trochę do totemów czy stojąca na wcinającym się w staw cyplu lądu altanka. Za dzielącą ten teren niezbyt szeroką ścianą drzew widziałam kilkupiętrowy budynek. Wydawał mi się większy od mojego domu i podobnie chaotycznie zbudowany. Trudno było mi ocenić wszystko z miejsca, w którym się znajdowałam, ale kiedy spróbowałam podejść jeszcze bliżej, czekała mnie niespodzianka.
W pewnym momencie nie byłam w stanie iść dalej. Niewidoczna bariera, jakiś rodzaj pola siłowego, nieoczekiwanie znalazła się na mojej drodze. Nie uderzyłam w nią jak w stały obiekt, bardziej ugrzęzłam w czymś gęstym i elastycznym. I absolutnie nieprzenikalnym. Cofnęłam się o krok i próbowałam badać to wyciągniętą ręką, podskakując, chciałam upewnić się, że przeszkoda ciągnie się w górę przynajmniej powyżej punktu, gdzie mogłam sięgnąć. Potem schyliłam się, aby potwierdzić, że pole styka się z ziemią. Dwa metry na prawo ode mnie zobaczyłam niski, czworoboczny kamienny słupek.
Trzymając rękę na niewidocznej przeszkodzie, zaczęłam iść przed siebie, nie w prawo, gdzie po paru metrach znalazłabym się w strumieniu, ale w przeciwnym kierunku. Byłam praktycznie pewna, że w przekroju tej bariery znajdę kolejne. I znajdowałam, w nieregularnych odstępach, bardziej lub mniej wystające ponad ziemię, niektóre ukryte wśród kęp wyższej trawy. Prawie wszystkie z wyrytymi symbolami, podkreślonymi – a jakże! - lekko fosforyzującym jasnoniebieskim barwnikiem. Pochyliłam się nad czterema znajdującymi się akurat w regularnych odstępach od siebie. I nie wiem, czy właśnie tego powinnam się spodziewać, czy wręcz przeciwnie, ale może właśnie podświadomie się domyślałam. Na dwóch słupkach, oprócz trójkątów odwróconych wierzchołkami w górę lub w dół, okręgów, łuków i innych kształtów, w dwóch miejscach widziałam znak tsir.
Dokładnie tak. Znajdowałam się na granicy wydzielonego terenu, otoczonego, podobnie jak moja enklawa, energetycznym murem. Tylko tym razem taki mur skutecznie uniemożliwiał mi przejście.
Tknięta nagłą (i całkowicie idiotyczną) myślą, zdjęłam z szyi amulet i powoli, jakby stopniując nastrój, zbliżyłam go do symbolu tsir, najpierw na jednym słupku, potem na wszelki wypadek na drugim. Klucz portalu. Klucz, który otwiera drzwi. Może u mnie nie musiałam tego robić, ale tutaj było to konieczne... Potem jeszcze spróbowałam przebić niewidoczną barierę ręką z amuletem. Bezskutecznie.
(brak dostępu… to nie należy do ciebie)
Cofnęłam się kilka kroków, znalazłam kawałek miejsca nadającego się do siedzenia i podjęłam próbę wyciszenia umysłu. Wobec gorączkowych myśli i kłębiących się pytań, zbyt licznych i nie do końca jeszcze sformułowanych, było to zadanie prawie niewykonalne.
Nie przy obecnym doświadczeniu, jak powiedziałaby to Kiri. Do jasnej cholery, Kiri, dlaczego akurat teraz cię tu nie ma?! To była jedna z sytuacji, kiedy właśnie jakiś komentarz bardzo by się przydał.
Chciałam po prostu coś wyczuć. Zbadać to w jakikolwiek sposób. Im dłużej próbowałam uciszyć niechciane myśli, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nawet, gdybym zdołała coś „zobaczyć”, nie umiałabym wyciągnąć z tego sensownych wniosków. Nie miałabym nawet z czym tego porównać, bo jakoś dotąd nie przyszło mi do głowy, żeby badać energię przy granicach mojego terenu.
Wstałam, kiedy przyszła mi do głowy inna myśl, pomysł na prosty i tym razem raczej wykonalny eksperyment. Sprawdzić, czy znajdowałam się poza niewielkim ogrodzonym terenem, czy może wewnątrz energetycznego muru, otaczającego spory obszar, wraz z moją własną enklawą, Lamgdo i rozległymi lasami. To drugie wydawało mi się jakoś znacznie mniej prawdopodobne, ale nie wykluczone. Należało podejść do tego w sposób naukowy i doświadczalnie zweryfikować. Poczucie jasno określonego celu natychmiast dodało mi sił do działania.





