10-02-2018, 11:09
Pozdrawiam Isabelę co mi inkubuje sny o ciastkach
Sen #1: Apokalipsa. Nadchodziła apokalipsa. Ciastka zaczęły... ożywać. Na niebie latały długie tasiemce, przypominające te z NieR:Automata i złożone z mojego ulubionego rodzaju wypieku - herbatników z agrestową galaretką na wierzchu polaną gorzką czekoladą wyprodukowane przez doktora Gerarda (sen zawiera śladowe ilości lokowania produktu). Słońce zamieniło się na złociście świecące zbożowe crunchy, chumry przypominały ptasie mleczko, a niebo czerwoną oranżadę. Na dodatek, jakby we wszystko wchodziło życie. Wszystko zamieniało się w słodycze i ożywało.
Jako przedstawiciel nadrzędnego gatunku na ziemi czułem się w obowiązku wytoczenia partyzanckiej akcji w celu osłabienia przeciwnika. Wziąłem z szafki opakowanie ciastek, kruchych z różanym dżemem na wierzchu, blender i udałem się do piwnicy aby rozpocząć tortury. O dziwo czekała już tam na mnie siostra, trzymając w ręku kilka tabliczek czekolady. Zamknąłem za sobą szczelnie drzwi, zaświeciłem światło, podłączyłem blender do prądu i odpaliłem, wrzucając całe opakowanie naraz w paszczę urządzenia.
Kiedy ostrza zaczęły kroić małych przeciwników ziemi, zaczął wydobywać się z nich agonalny dzwięk wołający o zemstę. W tym samym momencie drzwi do piwnicy zaczęły się trząść i łamać, a ze szczelin zaczął wydobywać się zielony śluz. Pomyślałem, że to koniec, prawdopodobnie były to ostatnie chwile mojego życia. Drzwi się otworzyły, wleciał jeden z olbrzymich agrestowych tasiemców i wirującym ruchem zaczął przecinać wszystko na swojej drodze, w tym także, oczywiście, mnie.
Sen #2: Byłem w podziemnej bazie znajdującej się tuż pod jakąś willą. Była to jedna z tajemniczych budowli postawiona przez humanoidalne ciastka, które rozwinęły się kilka lat po wybuchu elektrowni atomowej w Polsce. Miałem na sobie szary skafander i jakiś karabin, który potrafił strzelać bez przeładowywania. Przed moimi oczami widziałem swój pasek życia i mapę podziemnej bazy. Zółte obszary należały do ciastek, niebieskie zostały odbitę przeze mnie i moich towarzyszy, którzy byli ze mną równolegle na misji. Komunikowaliśmy się poprzez telepatyczne radio.
Akcja trwała dosyć długo, chodziliśmy w kółko i wybijaliśmy co się da. Spotkałem przeróżnej maści potwory, takie podobne do tych z serii DOOM i Residental Evil, tylo że złożone w całości z ciastek. Mapa zaczęła zapełniać się na niebiesko. Nagle, moi towarzysze zaczęli ginąc, jeden po drugim w zatrważającym tempie, a mapa znowu stawała się żółta. Poszedłem sprawdzić co się dzieje.
Widok zaczął przełączać się z pierwszej osoby, na izometryczną kamerę trzecioosobową. Wszedłem do pomieszczenia, w którym zginął ostatni z moich członków załogi. Byłem w jakimś biurze, na środku leżało rozszarpane ciało. Podeszłem by zbadać czy zostały jakieś ślady po napastniku. Nagle, z wentylacji wyskoczyło komaropodobne-cybernetyczne coś i wstrzyknęło mi w ciało jakiś jad. Odruchowo zacząłem strzelać do mutanta. Nic to nie dawało, był kuloodporny, a wokół lataly cyufry "0" oznaczające, że nawet nie zraniłem potwora. Sam zacząłem przemieniać się w ciastka. Po chwili byłem jednym wielkim ciastkiem w kształcie bobasa.
Wkurzyłem się i zatrzymałem grę, po czym załadowałem zapisany wcześniej stan gry i rozpocząłem misję od nowa. Nie mogłem sobie pozwolić na zostanie ciastkiem.
Sen #1: Apokalipsa. Nadchodziła apokalipsa. Ciastka zaczęły... ożywać. Na niebie latały długie tasiemce, przypominające te z NieR:Automata i złożone z mojego ulubionego rodzaju wypieku - herbatników z agrestową galaretką na wierzchu polaną gorzką czekoladą wyprodukowane przez doktora Gerarda (sen zawiera śladowe ilości lokowania produktu). Słońce zamieniło się na złociście świecące zbożowe crunchy, chumry przypominały ptasie mleczko, a niebo czerwoną oranżadę. Na dodatek, jakby we wszystko wchodziło życie. Wszystko zamieniało się w słodycze i ożywało.
Jako przedstawiciel nadrzędnego gatunku na ziemi czułem się w obowiązku wytoczenia partyzanckiej akcji w celu osłabienia przeciwnika. Wziąłem z szafki opakowanie ciastek, kruchych z różanym dżemem na wierzchu, blender i udałem się do piwnicy aby rozpocząć tortury. O dziwo czekała już tam na mnie siostra, trzymając w ręku kilka tabliczek czekolady. Zamknąłem za sobą szczelnie drzwi, zaświeciłem światło, podłączyłem blender do prądu i odpaliłem, wrzucając całe opakowanie naraz w paszczę urządzenia.
Kiedy ostrza zaczęły kroić małych przeciwników ziemi, zaczął wydobywać się z nich agonalny dzwięk wołający o zemstę. W tym samym momencie drzwi do piwnicy zaczęły się trząść i łamać, a ze szczelin zaczął wydobywać się zielony śluz. Pomyślałem, że to koniec, prawdopodobnie były to ostatnie chwile mojego życia. Drzwi się otworzyły, wleciał jeden z olbrzymich agrestowych tasiemców i wirującym ruchem zaczął przecinać wszystko na swojej drodze, w tym także, oczywiście, mnie.
Sen #2: Byłem w podziemnej bazie znajdującej się tuż pod jakąś willą. Była to jedna z tajemniczych budowli postawiona przez humanoidalne ciastka, które rozwinęły się kilka lat po wybuchu elektrowni atomowej w Polsce. Miałem na sobie szary skafander i jakiś karabin, który potrafił strzelać bez przeładowywania. Przed moimi oczami widziałem swój pasek życia i mapę podziemnej bazy. Zółte obszary należały do ciastek, niebieskie zostały odbitę przeze mnie i moich towarzyszy, którzy byli ze mną równolegle na misji. Komunikowaliśmy się poprzez telepatyczne radio.
Akcja trwała dosyć długo, chodziliśmy w kółko i wybijaliśmy co się da. Spotkałem przeróżnej maści potwory, takie podobne do tych z serii DOOM i Residental Evil, tylo że złożone w całości z ciastek. Mapa zaczęła zapełniać się na niebiesko. Nagle, moi towarzysze zaczęli ginąc, jeden po drugim w zatrważającym tempie, a mapa znowu stawała się żółta. Poszedłem sprawdzić co się dzieje.
Widok zaczął przełączać się z pierwszej osoby, na izometryczną kamerę trzecioosobową. Wszedłem do pomieszczenia, w którym zginął ostatni z moich członków załogi. Byłem w jakimś biurze, na środku leżało rozszarpane ciało. Podeszłem by zbadać czy zostały jakieś ślady po napastniku. Nagle, z wentylacji wyskoczyło komaropodobne-cybernetyczne coś i wstrzyknęło mi w ciało jakiś jad. Odruchowo zacząłem strzelać do mutanta. Nic to nie dawało, był kuloodporny, a wokół lataly cyufry "0" oznaczające, że nawet nie zraniłem potwora. Sam zacząłem przemieniać się w ciastka. Po chwili byłem jednym wielkim ciastkiem w kształcie bobasa.
Wkurzyłem się i zatrzymałem grę, po czym załadowałem zapisany wcześniej stan gry i rozpocząłem misję od nowa. Nie mogłem sobie pozwolić na zostanie ciastkiem.





