10-12-2017, 03:29
Dzień 7
~”Piąty Element”
===============================================================
# Odautorski bełkot
# Po pierwsze dodaję jeszcze domieszkę mojego stylu pisania i przemyśleń z mojego dziennika ezoterycznych eksperymentów, bo przypadkiem zauważyłam, że to miało pewien potencjał.
# Po drugie, gad-ptak inspirowany był tym → https://ewilloughby.deviantart.com/art/M...-366792235 jako że to ogólnie od długiego czasu aż się prosiło o wykorzystanie do czegoś.
# Po trzecie, Mechaniczne Grzyby inspirowane są tym → https://i.imgur.com/dNF5kvj.png bo odkąd zaczęłam grać w Freedroida nie mam pojęcia, co to u diabła miało być. Tylko w mojej wersji te twory wyobrażam sobie jako bardziej steampunkowe i zawierające wewnątrz mnóstwo drobnych elementów.
Obudziłam się – czy może raczej pojawiłam – na pierwszym piętrze mojego wariackiego astralnego domostwa. W tym miejscu, gdzie poprzedniego dnia straciłam połączenie. Tak jak planowałam, przeszłam się po pierwszym piętrze, obejrzałam parę pomieszczeń, między innymi pokój, będący w dużym stopniu hodowlą roślin doniczkowych i połączoną z nim za pośrednictwem prostokątnego otworu w ścianie pod sufitem drugą łazienkę. Przez otwór przechodziły odnogi bujnych pnączy, podwieszonych na rozpiętych pod sufitem sznurkach. Znalazłam też sypialnię. W pierwszej chwili byłam gotowa uznać, że tutaj właściwie sypialnie nie mają racji bytu. W końcu i tak mogłam tu pozostać przez ograniczony czas i raczej bezsensowne byłoby tracenie go na spanie, zresztą i tak jak dotąd nie zauważyłam, żeby w ogóle możliwe było tu odczuwanie takiej potrzeby. W końcu byłam tu tylko duchem. Świadomością. Ciałem astralnym. Czymkolwiek ale z pewnością nie swoim pozostawionym w przwdziwym świecie ciałem.
Powinnam chyba dla pewności poprosić kiedyś któregoś z przebywających w tym domu dziwnych stworów, żeby obserwował mnie, jak się pojawiam. Sama nie mam za bardzo możliwości sprawdzenia, jak to się odbywa. Po prostu nagle tu jestem i tyle. A jeżeli następuje to w miejscu, gdzie zniknęłam poprzednim razem, to może powinnam od tej pory, kiedy tylko poczuję, że połączenie wkrótce zostanie przerwane, przejść do sypialni i kłaść się albo chociaż siadać na łóżku. Tak dla porządku, żeby zachować tę ciągłość, że zasypiam w jednym świecie i budzę się w kolejnym. Nagle poczułam się jak w „Avatarze” albo jakiejś grze…
Do sypialni przylegała garderoba, połączona przejściem bez drzwi, jedynie zasłoniętym sznurami drewnianych koralików. Spodziewałam się, że na koralikach znajdę jakieś runy czy inne symbole, ale jak przyjrzałam się dokładniej, stwierdziłam, że jeśli nawet na niektórych drewnianych kulkach było coś wyrzeźbione, wyglądało to raczej na wzór dekoracyjny. Na wbudowanych w ścianę półkach o krzywej krawędzi i na wieszakach było sporo ubrań, jak zauważyłam w przeważającej większości w jednolitym kolorze, barwy były raczej ciemne i ponure, jasne rzeczy z kolei wydawały się mdłe, jak wyblakłe. Spośród tych rzeczy w wyblakłych barwach wybrałam zieloną koszulkę i jasnobrązowe, przechodzące w beż proste spodnie. Wyglądałam w tym chyba jak osadnik z jakieś amerykańskiej religijnej społeczności, jednej z tych, które wybierają życie z dala od cywilizacji w skupisku kilkunastu chat i starają się w jak największym stopniu przeżyć z własnej pracy, ale nie miało to znaczenia. Tak było mi wygodnie, a po drugie, co najbardziej w tym momencie się liczyło, w lesie mogło to stanowić barwy maskujące.
Zeszłam na parter tak jak postanowiłam, po rurach i szafkach, żeby przypadkiem nie być zmuszona do przejścia przez te przenikające się wymiary. No, miałam jeszcze jedną możliwość – przeskoczyć po fragmentach podłogi zawieszonych ponad przepaścią nad Wieżą i dotrzeć do zwyczajnych schodów ma dół, chociaż z drugiej strony to chyba również oznaczało przejście przez punkt przecięcia się wymiarów.
Idąc przez podwórze, zastanawiałam się, czy to naprawdę sam w sobie piąty wymiar był największym problemem, czy raczej przesunięte w piątym wymiarze fragmenty przestrzeni. Przecież za pierwszym razem, kiedy rzekomo przez ów piąty wymiar przeszkoczyłam, nie czułam nic podobnego, tylko zwyczajnie zniknęło dla mnie kilka sekund. Czy to jest tak jak z psychodelikami, gdzie każde doświadczenie jest inne, niepowtarzalne i silnie zależy od okoliczności? Dobra rada – poszukać w bibliotece jakiejś książki, która opisywałaby owe wyższe wymiary. Tylko lepiej omijać dział „Fałszywe teorie okultystyczne”.
Tym razem szłam przez las, zaczynając od miejsca, gdzie częściowo wchodził on na mój teren. Sama nie byłam pewna, czy zamierzam dotrzeć to tego samego miejsca, w którym byłam poprzednio, zwłaszcza, że miałam raczej marne szanse, żeby znów trafić tam na driady. Nie zamierzałam się też ograniczać, nie na samym początku swojej drogi, kiedy właściwie cały ten świat stanowił białą plamę a na każdym kroku mogło czekać… No właśnie, cokolwiek. Dosłownie wszystko. I Wszystko mnie ciągnęło, niemal rozrywało, chcąc pociągnąć mnie jednocześnie w różne strony. Nie wiedziałam, czemu mam się poddać najpierw. Szukając wzrokiem symboli na pniach drzew, zauważyłam, że podobne znaki mogę też znaleźć na kamieniach. Było to rzadsze, więc znalezienie tego wymagało większej koncentracji i w ten sposób zobaczyłam wśród mchów, traw i drobnych krzewinek i kwiatów ciągły ruch owadów i umykających przede mną drobnych stworzeń. Tylko jeśli patrzyłam pod nogi, nie widziałam, czy przypadkiem na drzewach nie wiszą kukły i pentagramy z patyków. A rozpraszając się na szczegółach traciłam szerszy ogląd, tak, że mogłam nie zauważyć czegoś takiego jak regularny krąg z kamieni albo rosnących grzybów. I nie wychodziłam z przekonania, że wszystko to musi mieć znaczenie. Raczej nie byłam pewna, co może mieć znaczenie, a co nie.
Kilka razy natknęłam się na Mechaniczne Grzyby. To nie robiło już na mnie większego wrażenia. Coś, co mogłam uznać za zaskoczenie, poczułam wówczas, kiedy natknęłam się na otoczoną rzeźbionymi kamiennymi kolumnami większą maszynę. Układ ten składał się z wrzecionowatego obiektu wysokości ponad dwóch metrów, podzielonego na pierścienie szerokości mniejszej niż moja dłoń, pokryte runami i obracające się niezależnie od siebie, i symetrycznie ustawione wokół elementy przypominające rusztowania i rury, zaopatrzone w system kół zębatych, solenoidy, anteny i różnej wielkości kawałki ciemnozielonego świecącego kryształu o regularnych kształtach. Elementy te wykonane były z ciemnego, prawie czarnego metalu, poza tym centralnym obiektem, który wyglądał jak zrobiony z wyjątkowo wygładzonego kamienia. Większość pierścieni w tym momencie była w ruchu. Przylegały one do siebie dość ściśle, poza kilkoma miejscami, gdzie pojawiały się dwucentymetrowe przerwy, tam z wnętrza wypływało światło podobne do łuku elektrycznego. Kiedy podeszłam bliżej, mój wewnętrzny szalony naukowiec nie mógł dłużej spokojnie utrzymać łap przy sobie. Włożyłam tam palec zanim zdążyłam na chłodno zastanowić się nad ewentualnymi konsekwencjami. Poczułam szarpnięcie, głównie w dłoni i w przedramieniu, ale niezbyt silne, po prostu wystarczające, żeby skłoniło mnie to do cofnięcia ręki. Przyjrzałam się swojej dłoni na wszelki wypadek, nic nie wskazywało na to, żeby stała mi się jakaś krzywda. Na szczęście to nie było wysokie napięcie (tak, oczywiście, wiem dobrze, że to głównie natężenie zabija), powiedziałabym nawet, że tutaj takie pojęcia i zjawiska nie miały racji bytu. I więcej – miałam wrażenie, że to wyładowanie wewnątrz tej maszyny nie mogło mi zrobić krzywdy, ponieważ ten przejaw energii był Z ZAŁOŻENIA NEUTRALNY w takich sytuacjach. Czyli po prostu, że to urządzenie działało, było uruchomione, pracowało w niewiadomym mi celu i mogło wykonywać wyłącznie to, do czego było zaprojektowane i nic ponadto. Czy chciałam poznać cel jego działania? Owszem, to przecież oczywiste! A jakie miałam szanse dowiedzieć się czegoś w najbliższym czasie? Hmmm, tutaj raczej jasnej odpowiedzi nie będzie. A przypuszczenia nie mogłyby być zbyt optymistyczne.
Ruszyłam więc dalej pozostawiając za sobą kolejną zagadkę. Kolejne pytania bez odpowiedzi, zamiast rozwiania wątpliwości. Tych pytań zapewne miało się jeszcze namożyć mnóstwo. Długa lista, której początek zatrze się w pamięci i zblaknie. Zapisywać je… I szukać wyjaśnienia wszystkich po kolei. I czekać, czekać, na to, że nastąpi sprzyajający zbieg okoliczności, że ktoś udzieli odpowiedzi, że taki ktoś w ogóle stanie na mojej drodze. Tak zdać się na przypadek, najbardziej jak tylko można, a można tak chyba tylko wówczas, kiedy za bardzo nie ma się wyboru.
W końcu zobaczyłam driadę. I na tę chwilę wszystkie Szczegóły i Ogóły nagle straciły na znaczeniu.
Na driadę natknęłam się na porośniętej niską szarawą trawą i karłowatą roślinnością o małych kwiatach. Istota ta była, podobnie jak te zaobserwowane wcześniej, zielonoskóra, o sterczących rudych włosach, w tym wypadku o pięknym ognistym odcieniu. Długa spódnica z liści musiała zostać przez nią spleciona w sposób przemyślany, tak, że czerwone pionowe pasy oddzielały się wyraźnie od jasnozielonej reszty. Driada niosła płaski szeroki kosz, który po chwili namysłu ustawiła na najbardziej wzniesionym a przy tym względnie równym fragmencie polany. Przyglądając się temu, cofnęła się tyłem kilka kroków. Stamtąd, gdzie się znajdowałam, nie mogłam dojrzeć, co właściwie w tym koszu było. Wspięłam się na palce i wyciągałam głowę, na więcej sobie nie pozwoliłam. Przywarłam do pnia drzewa, odruchowo sięgnęłam ręką do amuletu.
Niech mnie nie zauważy. Niech mnie nie zauważy. Czy może przypadkiem istnieją tu amulety dające niewidzialność?
Akurat ten, o ile się orientowałam, był tylko kluczem portalu, powiązanym z moim tsir, ale jeśli możliwe było tworzenie amuletów o różnych właściwościach… Na wszelki wypadek i tak zaciskałam dłoń na moim kluczu portalu. Taki już ludzki odruch, że od amuletu oczekuje się, że przyniesie szczęście. Zwłaszcza od takiego, który posiada prawdziwe i sprawdzone właściwości magiczne.
Driada usiadła ze skrzyżowanymi nogami, możliwe, że w pozycji kwiatu lotosu, trudno było ocenić z tej odległości. Jeśli miała zamiar medytować, byłam skłonna obserwować ją dowolnie długo. Po kilku minutach nad polaną pojawiły się pierwsze ptaki. Początkowo krążyły tylko, w taki sposób, że mogłam jeszcze uznać to za przypadek. Ich liczba stopniowo rosła. Ich dźwięki, wiele różnych tonów, zapowiadały przybycie kolejnych, które również po chwili stawały się widoczne na tle prześwitu nieba między drzewami. W którymś momencie zaczęły lądować. Teraz tak samo, najpierw pojedynczo, potem całymi gromadami. Kolejne, ośmielone, zniżały lot i mieszały się z tą gęstwiną. Zakotłowało się nad ziemią i wszystkie ruszyły ku pozostawionemu przez driadę koszowi. Na ucztę, na żer!
Kosz pokryło ruchome kłębowisko. Z racji ograniczonego miejsca reszta ptaków pokryła polanę żywym dywanem. Niektóre znalazły się na kolanach, ramionach i głowie driady, która pozostała nieruchoma. Taka zastygła jak posąg, szlachetniała z każdą chwilą, szlachetna przez tę wyniosłą obojętność, która zdawała się nic nie czuć. Lecz nie mogłabym nazwać jej w tej chwili nieczułą, na pewno nie! Obojętną także nie, bo to było czym innym niż obojętność. I jeśli mnie nie nie widziała, nie czuła w żaden sposób mojej obecności (a wciąż żywiłam nadzieję, że tak było), jeśli sama przez siebie i dla siebie zamarła w tej posągowej i kamiennej doskonałości, była jeszcze po wielokroć szlachetniejsza!
Jeden niespodziewany czynnik zdołał wyrwać ją z tego stanu, tak gwałtownie, że sama również drgnęłam, kiedy driada płynnym ruchem wstała i spojrzała w górę. W jakiś sposób wyczułam twardą nieustępliwość jej spojrzenia, jakie wbiła w ciemny punkt na niebie. Do polany zbliżał się ptak, archaiczny ptak-gad o ciemnoniebieskich lśniących piórach, które wyrastały także z jego nóg, ze szponami na skrzydłach i długim gadzim ogonem zakończonym efektownym wachlarzem z piór. Drapieżnik przysiadł na gałęzi po przeciwnej stronie polany i odwzajemnił spojrzenie. Powietrze wyraźnie zgęstniało. Nie zdziwiłabym się zbytnio, gdyby od tego napięcia nagle zaczęło trzeszczeć i iskrzyć. Dwie pary oczu weszły w interakcję. Ciała niebieskie znalazły się na kursie kolizyjnym. Dwie cząstki elementarne weszły wzajemnie w swój obszar oddziaływań. Dwa bieguny magnetyczne znalazły się po przeciwnych stronach. Jakie, na wszystkich astralnych bogów, były ich szanse? Czas zatrzymał się, aby ruszyć znowu w chwili, kiedy ptak-gad pierwszy przerwał ten kontakt, niepokojąco blisko eksplozji jądrowej. Poddał się i zrezygnowany wzbił się do lotu, rozpościerając swoje imponujące skrzydła. Kiedy znów stał się punktem na niebie, tym razem malejącym, driada odwróciła się. Napięcie opadło w jednej chwili. Mogłam teraz bez problemu odczuwać spokój, jaki na nią spłynął. Wróciła do normalności, w sposób niezykle płynny, jak istota nawykła do takich konfrontacji, następujących nieustannie. Kiedy obserwowałam ją, jak powoli podchodzi do jednego z liściastych drzew, naszła mnie dziwna myśl. Tak łatwo mogłam wyobrazić sobie nieskończenie wiele podobnych pojedynków następujących w tej chwili, nieskończenie wiele spięć, nieskończenie wiele kotów w zamkniętych skrzynkach, czekających na wyrok i rozstrzygnięcie. I że tutaj, w tym wymiarze to musiało wydarzać się praktycznie ciągle.
Driada była odwrócona plecami do mnie, mogłam się domyślać, że opiera dłoń na pniu drzewa, podczas gdy drugą rękę uniosła ku gałęziom. I teraz byłam już całkiem pewna, że to nie żadne złudzenie i gałąź naprawdę nachyla się do jej dłoni. Jeden z owoców na tej gałęzi, skryty dotąd w liściastym kokonie, rósł w oczach, wynurzając się z otulających go zielonych płatków. Kiedy driada zerwała go i cofnęła się, gałąź wróciła na swoje dawne miejsce.
Odczekałam aż leśna istota zniknie między drzewami po drugiej stronie polany. Kiedy uznałam, że mogę spokojnie przejść przez polanę niezauważona, płosząc przerzedzony już nieco ptasi tłum, ruszyłam pod to samo drzewo. Musiałam powtórzyć tę sztuczkę.
Położyłam dłoń na pniu. Tutaj na korze również widziałam pionowe rzędy symboli. Mogłam się tego spodziewać. Możliwe, że musiałam ich dotknąć. Naciskałam je jak przyciski na urządzeniach elektronicznych, wszystkie po kolei, domyślając się, że zapewne wystarczy tylko kilka. Nie znając właściwej kombinacji, musiałam zdać się na wysoce niedoskonałą metodę prób i błędów. Nic w ten sposób nie zyskałam, zatem spróbowałam jednocześnie wygenerować na czubkach palców to żółte światło. Po kolejnych niepowodzeniach zmieniłam taktykę i podkreślałam symbole wodząc po nich palcem. Gałęzie nadal pozostawały nieruchome.
Dałam krok do tyłu i spojrzałam w górę. Owoce wisiały na gałęziach, okrągłe, dwukrotnie mniejsze od mojej dłoni, owinięte w pąki tworzące wyraźnie kilka matowych zielonych warstw porośniętych meszkiem. Przeszło mi przez myśl, że może one miały pozostać niedostępne, ponieważ zwyczajnie nie były przeznaczone dla mnie, ale dla istot żyjących w tym lesie, zjednoczonych z nim i stanowiących część zrównoważonej całości. Znaki na korze zdawały się jednak mówić coś innego. W jakiś sposób łączyło się to z symbolami wyrytymi na pierścieniach tamtej maszyny. Te znaki musiały być wskazówką i jakiegoś rodzaju przełącznikiem. Być może należało bezbłędnie podać odpowiednią kombinację, w odpowiedniej kolejności. Niewykluczone, że należało spełnić jeszcze jakiś dodatkowy warunek, o którym nie miałam pojęcia. Jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby chyba prosić tę driadę o pomoc i liczyć na to, że zechce mi takiej pomocy udzielić.
(Witamy w Fokusie, miejscu, gdzie możesz zrobić co tylko zechcesz, bez żadnych ograniczeń!)
Każda broń ma swoją instrukcję obsługi.
~”Piąty Element”
===============================================================
# Odautorski bełkot
# Po pierwsze dodaję jeszcze domieszkę mojego stylu pisania i przemyśleń z mojego dziennika ezoterycznych eksperymentów, bo przypadkiem zauważyłam, że to miało pewien potencjał.
# Po drugie, gad-ptak inspirowany był tym → https://ewilloughby.deviantart.com/art/M...-366792235 jako że to ogólnie od długiego czasu aż się prosiło o wykorzystanie do czegoś.
# Po trzecie, Mechaniczne Grzyby inspirowane są tym → https://i.imgur.com/dNF5kvj.png bo odkąd zaczęłam grać w Freedroida nie mam pojęcia, co to u diabła miało być. Tylko w mojej wersji te twory wyobrażam sobie jako bardziej steampunkowe i zawierające wewnątrz mnóstwo drobnych elementów.





