04-12-2017, 03:53
Dzień 6
Poszłam do Wieży. Z „Asymetrycznym rozszczepianiem umysłu” w jednej ręce i zeszytem w drugiej. Prawie jak badacz idący do laboratorium rozpocząć kolejny dzień eksperymentów. Tylko w przeciwieństwie do pracowników naukowych, nie miałam żadnego sprecyzowanego planu działania. I nie miałam bladego pojęcia, co robię.
Zasadniczo chodziło mi o dwie rzeczy – po pierwsze jakoś sprawdzić, skąd naprawdę dochodziło to dziwne bicie serca, które wczoraj słyszałam, po drugie, skorzystać z tego, że Wieża rzekomo łączy się z każdym miejscem w domu. Jakiś nagły przypływ ambicji i honoru poczułam, że nie mogę nadal nie znać własnego domu. Biorąc pod uwagę, że tam niektóre przejścia przecinają piąty wymiar, jak to powiedziała Kiri, to może przy okazji dowiem się, jak się tam dostać. Trzecia kwestia była dużo prostsza, mianowicie postanowiłam na razie odnieść „Asymetryczne rozszczepianie umysłu” na miejsce. Stwierdziłam, że dalsze zagłębianie się w tę jakże pasjonującą lekturę na ten moment do niczego mnie nie doprowadzi. Na razie zdążyłam przerobić rozdział mówiący o wglądzie i samopoznaniu. Proponują tam ćwiczenie polegające na zastanowieniu się nad sobą i określeniu swoich cech osobowości. Cechy te należy wypisać i następnie ustalić które z nich są najsilniejsze i najbardziej wyraźne. Najprościej mówiąc, chyba trzeba zrobić sobie kartę postaci jak w RPG. Co ciekawe jak dotąd nie natrafiłam na żadną wzmiankę o szufladkowaniu i wartościowaniu tych cech. Naprawdę zastanawiające, możliwe, że to tylko kwestia doczytania kolejnych paru stron, gdzie zgodnie z ezoteryczną tradycją pojawiłaby się krytyka i sugestie, w jaki sposób owe „złe” skłonności z siebie wyplenić. Na razie jednak nie miałam czasu na przeprowadzanie wnikliwej psychoanalizy i ustalanie planu pracy nad sobą.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że przynajmniej drzwi do biblioteki są na swoim miejscu. Trudno mi było stwierdzić coś na pewno odnośnie innych przejść w Wieży, na razie widziałam w tym wszystkim jeden wielki pozbawiony logiki chaos. Wspięłam się na górę, zapukałam w solidne drzwi, tak na wszelki wypadek. Nie miałam pojęcia, jak zareaguje istota, która prawdopodobnie stale tam przebywała. Nie doczekawszy się jakiejkolwiek reakcji, zapukałam jeszcze raz, odczekałam, w końcu otworzyłam drzwi i weszłam.
Przed sobą miałam dwa wyraźnie zużyte ciemnozielone fotele, za nimi stało kilka wąskich pojedynczych regałów. Po prawej stronie, po niecałych dwóch metrach, pomieszczenie ograniczała ściana. Za to z drugiej strony rozciągało się na ogromnej powierzchni. Ściany były tu wyższe niż standardowo, bardziej przypominało to dawne budownictwo spotykane w miejscach obecnie raczej zabytkowych. Półki ustawione były w rzędach, tak, że po dwa rzędy nie stykające się ze ścianą łączyły się tylnymi częściami. Regały miały prawie cztery metry wysokości, dlatego prawie dwa metry od podłogi biegły wzdłuż nich wąskie drewniane chodniki, wsparte na wąskich słupkach, połączone ze sobą mostkami przebiegającymi poprzecznie nad przejściami. W miejscach, gdzie rzędy półek przecięte były przez poprzeczny korytarzyk, stały małe kwadratowe stoliki i krzesła albo fotele. Zauważyłam też kolejne nietypowe zjawisko. Pod ścianami, w których ostatecznie były okna w postaci dość wąskich pionowych szczelin, przeciętych gęsto ułożonymi poziomymi listewkami, było znacznie ciemniej niż bliżej środka pomieszczenia. Zaiste, prawa optyki były w tym świecie zdumiewające.
Przeszłam pomiędzy regałami, rzucając okiem na przybite do niektórych półek blaszane tabliczki z grawerowanym opisem zebranych na nich dzieł. „PSEUDOFILOZOFICZNY BEŁKOT”. „GNIOTY WYDANE NA KOSZT AUTORÓW”. „PORADNIKI CELEBRYTÓW UDAJĄCYCH EKSPERTÓW”. Dotarłam w końcu do barierki otaczającej prostokątny otwór w podłodze, przez który widziałam salon. Przed sobą miałam górną część korony rosnącego tam drzewa. Właśnie tak. Dostałam się tu, znalazłam przejście i poradziłam sobie z tym bez przechodzenia przez piąty wymiar.
Kiedy się odwróciłam, zza regału opisanego tabliczką „FAŁSZYWE TEORIE OKULTYSTYCZNE” wyszedł właśnie krępy niski stwór w swoim wełnianym garniturze.
- Nie zauważyłem, kiedy weszłaś, panno Maddigan – powiedział, lekko kiwając głową. To, że znał moje imię już mnie nie zdziwiło. Chciałam tylko wiedzieć, kim jest on.
- Jestem Molem Książkowym – wyjaśnił, wyciągając z kieszeni małe okrągłe okulary – Nie widać?
No owszem, czułki miał jak na insekta przystało, co do skrzydeł nie byłam taka pewna, musiałby chyba w tym celu się rozebrać.
Oddałam mu książkę, słuchając jego zapewnień, że naprawdę nie muszę się tak spieszyć. Powiedziałam uprzejmie, że chwilowo jest kilka innych ważnych kwestii, którymi muszę się zająć. Wychodziłam już, kiedy krzyknął za mną, żebym była ostrożna i kilka razy zastanowiła się zanim coś zrobię. Tym razem o konieczności czytania instrukcji nie wspomniał. Widocznie uznał to za rzecz oczywistą. No i w zasadzie to rację miał.
Weszłam do wnętrza-we-wnętrzu, pod kopułą na środku Wieży. Przez jeden dzień nic nie miało szans się tam zmienić. Miałam tylko niejasne wrażenie, że teraz od razu wyczułam tę dziwną statyczną elektryczność w powietrzu. Gdyby nie to, że byłam tu dopiero drugi raz, uznałabym to za efekt autosugestii. Zamknęłam oczy i spróbowałam skupić uwagę na powierzchni ciała i tym odczuciu. Hmmm… To ja tutaj byłam ciałem? W Astralu? Ale nie czułam też, żebym była duchem i nie mam tu na myśli banalnego latania albo przechodzenia przez ściany. Wyobrażałam sobie zawsze, że jako duch odbierałabym wrażenia jako bardziej „płynne” a tutaj wszystko było takie realne i namacalne. Jak zwróciłam uwagę w tej chwili wzmożonego skupienia, było nawet nienaturalnie wyraziste.
Na całym ciele skupić się było dość trudno, dlatego głównie skierowałam uwagę na dłonie i twarz. Niewiele to pomogło, nadal nie czułam nic więcej niż na początku. Po prostu stałe pole energii, mniej więcej jednorodne w całej objętości, tak, jakbym zanurzyła się w naczyniu z nieruchomą cieczą, podlegającą tylko naturalnym chaotycznym przemieszczeniom cząsteczek. Tyle dobrego, że chociaż to byłam w stanie w jakiś nieokreślony sposób odczuć.
Nie mogłam wyciągnąć z tego nic więcej, zatem skupiłam się na pulpitach sterowniczych otaczających to ciasne okrągłe pomieszczenie. Uwaga, uwaga! Do centrum dowodzenia dostała się amatorka bez niezbędnych kompetencji! Czas na ewakuację! Ogłaszam alarm drugiego stopnia!
Przeciągnęłam dłonią po jednym ze stanowisk. Zrobiłam to bardziej odruchowo, spodziewając się, że nieużywany od lat pulpit pokryty będzie kurzem. Drugi raz przesunęłam po powierzchni palcami, powoli i z namysłem, próbując zidentyfikować tworzywo. Coś w rodzaju twardego plastiku – czy może raczej jego eteryczny odpowiednik. Połowę powierzchni tutaj zajmował efektowny krąg, zbiór koncentrycznych okręgów i gwiazd, wypełniony runami i innymi, nieco bardziej złożonymi symbolami. Na ten widok ogarnęło mnie dziwne, trudne do określenia i tym bardziej do nazwania uczucie, w którym rozpoznać potrafiłam tylko wrażenie jakiegoś niedosytu. Tęsknoty? Pragnienia? Znad magicznego kręgu przesunęłam rękę w prawo, nad płaskie pokrętła złożone z kilku pierścieni, przyciski i dwa małe ekrany, prawie niezauważalnie świecące na szaro. Oczywiście, jakiś stan wstrzymania albo coś podobnego. Niewiele mi to pomagało. Gdyby ta maszyneria była całkiem wyłączona, zmuszenie jej do działania nie mogłoby być bardziej trudne. Miałam wrażenie, że kiedy przez chwilę mniej intensywnie się zastanawiałam, a bardziej wpatrywałam się w przyciski z biernym spokojem, opisujące je znaki stają się bardziej zrozumiałe. Nie miałam żadnej gwarancji że to nie było złudzenie wywołanie mieszanką nadziei i rezygnacji. Kiedy zdejmowałam z szyi klucz portalu, robiłam to bardziej dla uspokojenia sumienia, że chociaż spróbowałam coś zrobić. Dotknęłam amuletem ekranów, położyłam go na chwilę mniej więcej w środku tego misternego kręgu. Nic się nie wydarzyło. Przeszłam do pulpitu z wgłębieniem odpowiadającym amuletowi kształtem. Włożyłam klucz portalu w ten sześciokąt, przewleczony rzemień stawiał opór. Dociskanie go ręką niewiele mogło na to pomóc, ale robiłam to z bezsensownym uporem, jak zrobiłaby to większość ludzi na moim miejscu. No, działaj! Obudź się! Niech się stanie! Pasowałoby pewnie teraz wyrecytować jakieś zaklęcie, ale jakoś żadnego nie znałam. Na myśl przyszła mi tylko inwokacja z jakiejś znalezionej kiedyś w internecie książki dla nastoletnich miłośników wicca.
- Jam jest początek wszystkiego i wszystko do mnie powraca – powiedziałam szeptem, chyba podświadomie naśladując tym bohaterów niedzielnych filmów familijnych – Ten, kto mnie pozna, władzę nad życiem posiądzie.
Popsułam nieco efekt, bo zamiast skupić się należycie na wypowiadanych słowach, wyobrażałam sobie przy tym, że Mól Książkowy nagle otwiera drzwi i zagląda do wnętrza-we-wnętrzu, po czym kiwa głową z politowaniem, jak ja się ośmieszam, udając Wielką Czarownicę. I sama musiałam zaraz parsknąć krótkim śmiechem. Martwiłam się kompromitacją w oczach pulchnego przerośniętego insekta, podczas gdy od paru dni bywałam w tym dziwnym domu, w dziwnym świecie i rozmawiałam z samą sobą pod postacią srebrno-białej wiewiórki? Jeśli zwariowałam to już jakiś czas temu i ktokolwiek w rzeczywistości mnie obserwował, musiał zobaczyć wystarczająco dużo.
I znów miałam wrażenie, że im więcej myśli pojawiło mi się w głowie, tym bardziej układy sterownicze dziwnej maszynerii wydawały się mglistą zagadką. Czarną magią, nomen omen. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam oczy. Spróbowałam przesuwać dłonią po powierzchni, dotykając jej, ale nie przyciskając zbyt mocno, czasem odrywałam rękę i zawieszałam ją kilka milimetrów nad pulpitem. Chciałam sprawdzić, czy z tak bliska zdołam coś wyczuć, cokolwiek, większe zagęszczenie tego pola albo silniejsze drgania. Zauważyłam przy okazji, że przebywając tu, pod kopułą, łatwo było ignorować to elektryzowanie po jakimś czasie nie zwracania na nie uwagi. Trudno mi było utrzymać oczy zamknięte, cały czas miałam ochotę je uchylić, żeby upewnić się, czy nie przesunęłam dłoni za daleko poza pulpit ani nie zaczęłam podnosić jej w niektórych momentach za wysoko. Możliwością przypadkowego emitowania z palców żółtego światła przejmowałam się mniej, stwierdziłam, że jeśli nie narysuję tym światłem żadnego szczególnego kształtu, nie spowoduję kolejnej małej eksplozji. Z drugiej strony chyba nawet w głębi duszy na to liczyłam, potrzebowałam tego, rozpaczliwie pragnęłam jakiegokolwiek efektu, upewnienia się, że posiadam jakiś wpływ. Że się nadaję. To chyba o to chodziło. Kiri zarzuciła mi zamknięty umysł, niewrażliwość. Wolałam myśleć, że się myliła.
Poczucie niesprawiedliwości i chęć buntu znów wybiły mnie ze skupienia. Poddałam się, wzięłam klucz portalu i zawiesiłam sobie na szyi. Wyszłam spod kopuły, zamknęłam za sobą drzwiczki. Przebiegłam wzrokiem po ścianach, tych wszystkich półkach, mostach, schodach, drabinach i przejściach. Spróbowałam znaleźć drogę prowadzącą na korytarz na pierwszym piętrze. Mogło być nawet w pobliżu tej dziury w podłodze, gdzie przecinały się wymiary. Wspięłam się na wysokość pierwszego piętra, korzystając ze różnych schodów. Dostałam się na na kładkę-półkę idącą okrążającą prawie całe pomieszczenie, problem polegał na tym, że w dwóch miejscach widziałam, jak przenikają ją nieregularne bryły szafek i nisze w ścianie. Cholerny piąty wymiar. Nie miałam pojęcia, jak przez coś takiego przejść.
- Przecież mówiłam, że tutaj jest łatwiej – głosik zabrzmiał w moim mózgu jak anielskie srebrne dzwoneczki.
- Łatwiej w porównaniu z czym? - spytałam ponuro. Dla mnie to „łatwiej” oznaczało mniej więcej tyle, że nie trzeba się teleportować, bo wystarczy tylko zwyczajnie przeniknąć przez ścianę.
- Przesadzasz – stwierdziła Kiri – Po prostu idź.
- Sama po prostu idź, jak jesteś taka mądra.
I Kiri poszła. Wybiegła zza moich nóg i zwinnie, w podskokach pokonywała kładkę. Dla wiewiórki to w końcu nic trudnego na tak wąskim przejściu, ja nie dałabym tak rady, choćbym bardzo chciała. Mogłam iść za nią powoli, żeby dokładnie zobaczyć ten moment, kiedy wbiegła w drewnianą ścianę i zwyczajnie zniknęła. Cudownie. Zbliżyłam się do tego miejsca, mniej więcej na tyle, żeby móc bezpiecznie zrobić z zamkniętymi oczami kilka szybkich kroków. Po prostu byłam prawie pewna, że z otwartymi nie dam rady, nawet gdyby powtórzenie wyczynu Kiri było tutaj jak najbardziej możliwe, mój własny umysł powstrzymałby mnie na widok zbliżającej się do twarzy ściany. Brrrr! To naprawdę zabrzmiało, jakbym miała w sobie jakieś blokady. Zacisnęłam oczy i zęby i ruszyłam na ścianę prawie biegiem.
Odczułam dziwny przeskok w czasie. Szarpnięcie podobne do tego, kiedy siedząc niewyspana na nudnym wykładzie na ułamek sekundy zasypiałam. Otworzyłam oczy i natychmiast tego pożałowałam. Po swojej lewej stronie, tam, gdzie wcześniej była ściana Wieży, teraz znajdowała się nisza, krótki korytarzyk z co najmniej dwiema parami drzwi, jednymi prostymi, drugimi trójkątnymi, którego końcowa ściana kryła się w podejrzanie głębokiej ciemności. Po drugiej stronie widziałam wnętrze Wieży ale dziwnie powykrzywiane, jak obraz z kalejdoskopu, w dodatku ściany zamiast pozostać w pionie, dziwnie wychylały się w bok a podłoga podniosła się pod pewnym kątem do pionu. Miałam wrażenie, że wykonanie dowolnego ruchu pośle mnie na dół. Może to było tylko dwa i pół metra, ale nie miałam ochoty wylądować na posadzce albo którymś z drewnianych mebli, które z tej perspektywy wydawały się nieprzyjemnie wzajemnie przenikać.
- Dalej, idź naprzód – ponagliła mnie Kiri. Znów była obok, jakiś krok przede mną. Na szczęście patrzenie w przód było mniej nieprzyjemne. Jakoś podążyłam za nią, teraz kolejny skośny fragment ściany pozornie zastawiający nam drogę był znacznie bliżej.
Tak, przeszłyśmy na drugą stronę. Byłam w jednym kawałku, co chyba mogłam uznać za sukces. Zobaczyłam też, że tuż przed drugim miejscem, gdzie znów drogę przecinały wyższe wymiary, znajdowało się kilka wyeksponowanych rur, schodzących poniżej kładki, kończących się ponad częściowo zbudowaną w ścianę masywną komodą z licznymi szufladami. Rury mogły mi posłużyć od biedy jako drabina a z tej komody mogłam zeskoczyć na podłogę. Gdybym to wcześniej zobaczyła!
- Jeśli wolisz wspinać się po szafkach i rurach, to droga wolna! Nikt ci tutaj niczego nie zabrania. Rób jak uważasz i jak ci wygodniej.
- Owszem, wygodniej – potwierdziłam. Tak właśnie zamierzałam zrobić w drodze powrotnej. Nie miałam ochoty na powtórkę z przechodzenia przez ten wielowymiarowy kalejdoskop, jeśli istniała przy tym szansa upadku. Nie miałam pojęcia, jakie konsekwencje ma tutaj upadek z wysokości na posadzkę i wolałam tak od razu tego nie sprawdzać. Nie czułam też potrzeby tłumaczenia się z tego wszystkiego Kiri. Jeśli i tak znała moje myśli w każdej chwili, nawet nie musiałam, jeśli nie, to trudno.
Pchnęłam ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi. Nie wybrałam tej drogi, ale też nie szłam w ciemno. Przez prostą eliminację uznałam, że MUSZĄ one prowadzić na pierwsze piętro. To był już najwyższy czas, żeby rozejrzeć się po swoich włościach.





