20-11-2017, 03:21
Dzień 5
Chyba zaczęłam denerwować się na samą siebie. Uczucie wydało mi się nawet jak najbardziej słuszne, a przez to w pewien perwersyjny sposób przyjemne. I pojawiła się szansa, że wyniknie z tego coś dobrego.
Przeglądałam „Asymetryczne rozszczepianie umysłu”, zauważając, że niektóre fragmenty, podobnie jak tytuł wcześniej, stają się dla mnie czytelne. Musiałam się tylko starać w trakcie czytania zachować uwagę i przede wszystkim, brońcie mnie wszyscy bogowie, nie odrywać wzroku od strony. Zauważyłam, że spora część przy początku książki, przynajmniej ta na razie dla mnie osiągalna, dotyczy technik medytacji i wizualizacji. Co się powtarzało stosunkowo często, to wzmianka o otwarciu umysłu, cokolwiek miało to znaczyć. Przyłapałam się na tym, że w którymś momencie rysowałam na marginesie mojego leżącego obok zeszytu schematyczne karykaturalne popiersie człowieka z nieproporcjonalnie dużą głową i ubytkiem w czaszce, jak część wykrojona z jabłka. Przerwałam, kiedy rysowałam wypływającą z owej dziury w głowie chmurę. Tak już jest, że kiedy człowiek usiłuje się na czymś poważnie skoncentrować, podświadomość z jakże wielką kreatywnością znajduje sobie ujście gdzieś obok. A tutaj, przy tak licznych subtelnych, ledwie wyczuwalnych, ale wszechobecnych bliżej nieokreślonych odbieranych sygnałach, było o to znacznie łatwiej. Jak tak dalej pójdzie, doczekam się któregoś pięknego dnia kolejnego zwierzęcego chowańca, a jakoś nie czułam się gotowa na obecność drugiej Kiri w pobliżu. I to będzie dopiero rozszczepienie umysłu, asymetryczne czy nie.
Co wiedziałam i co miałam? Ten nieszczęsny piąty wymiar, wciąż pozostający zagadką. I amulet, którego chociaż nie widziałam, byłam prawie pewna, jak dokładnie powinien wyglądać i który zniknął z miejsca, w którym powinien być. Mogłam poddać się tutejszej logice i po odczekaniu sprawdzić w tym pomieszczeniu z pentagramem na drzwiach, a nuż się tam pojawi. Ale to nie jest zapewne takie proste, inaczej wystarczyłoby siedzieć na tyłku i mieć nadzieję, a wszystko przyszłoby samo. Pod tym względem chyba zawsze i wszędzie było tak samo.
Przeszłam do kuchni. Nastawiłam się już na obecne tu przejawy gorączkowego ożywienia, ale teraz poza szelestem i stukaniem w niektórych szafkach, panował względny spokój. Na kuchence jak zawsze coś stało. Pyrkoczący kocioł, ginący w chmurach pary, ledwie mieścił się pod okapem. Ciecz syczy i pieni się, wypływa, spływa, płynie. Płynie rzeką po podłodze, strumieniem szarozielonym, niech płynie, niech się wije i kręci, niech tworzy stawy i sadzawki… Wszystko, co normalnie niedozwolone a tu tak naturalne!
Jako że płynęło sobie przy końcu kuchni, mogłam poruszać się w miarę swobodnie. Do ciastek i elektrycznego czajnika mogłam dojść i w tej chwili to mi zupełnie do szczęścia wystarczało.
- Masz na coś ochotę? - spytał Hiss. Nie wiem, skąd wyszedł, że zdołał natychmiast znaleźć się na blacie w pobliżu, w dodatku całkiem bezszelestnie. Ja miałam taki wpływ na te wszystkie stworzenia, że je swoją obecnością przyciągałam?
- Jakbyś mógł zaparzyć herbatę, byłoby miło – odparłam.
- Jakiś problem? - zainteresował się Hiss. Drgnęłam. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa i niejako być powinno, zaprzeczyłam. Wszystko w jak najlepszym porządku, a jakże, i czemu w ogóle mnie pyta.
- Cóż, wyglądasz na zamyśloną – powiedział stwór spokojnie – Jeśli mógłbym jakoś pomóc…
Przerwałam, bo tak właśnie w podobnych sytuacjach bywa i teraz nie było powodów, aby miało być inaczej. Bo w pewien sposób mówiąc tak i zawieszając głos właśnie tego się oczekuje.
- Nie, ja tylko planuję tu mały zwiad – wyjaśniłam szybko – W końcu to mój dom, a całego dotąd nie widziałam.
Dobrze, lepiej, coraz lepiej. Nawet się uśmiechnęłam.
Usiadłam przy stole, ignorując czarne cienie, które przemknęły obok jego nóg i czmychnęły gdzieś w stronę kąta, gdzie zniknęły. Albo nie dopracowały jeszcze sposobu dość wiarygodnego zwiewania z pola widzenia, jak się zbliżę, albo coś takiego po prostu leżało w ich naturze. Kiedy Hiss wdrapał się na stół, dźwigając szklany dzbanek niemal tak duży jak on sam, wyciągnęłam z kieszeni spodni płaski sześciokąt.
- Widziałeś może przypadkiem coś podobnego? - spytałam, pokazując sześciokąt na otwartej dłoni – Tylko taki wydłużony, cieńszy i beżowy.
Sama nie wiedziałam, dlaczego tak mi się powiedziało. A byłam swoich słów tak pewna, jakbym sama wielokrotnie to widziała. Hiss potrząsnął głową.
- Nie wykluczam, że coś takiego może tu być – westchnął – Amuletów poniewiera się tu od groma. Na twoim miejscu poszukałbym w komnacie elementów.
- Obawiam się, że tam też nie ma – odparłam ponuro – Ale dzięki za pomoc.
Weszłam po schodach na piętro. Na wszelki wypadek wchodziłam powoli, ostrożnie stawiając stopy. Stopnie na pierwszy rzut oka wyglądały solidnie, ale nie dałabym głowy, że przez złośliwość losu któryś nie zechce się zapaść pod moim ciężarem. Jednak wszystko było w porządku. Chyba.
Za sobą miałam jakieś dwa pomieszczenia, ale na razie ruszyłam naprzód, w głąb domu. Kiedy mijałam uchylone drzwi jednego z pokoi, zdawało mi się, że dostrzegam w nim czyjąś sylwetkę. Cofnęłam się o krok i zajrzałam do środka, ale w pogrążonym w pomarańczowym półmroku pomieszczeniu stały tylko trzy manekiny. Właściwie nie byłam pewna, dokąd idę. Chyba po prostu musiałam ocenić, jak rozległe jest pierwsze piętro tego domostwa, a dopiero potem w sposób metodyczny zabrać się do poszukiwań. Minęłam kilka par drzwi po jednej i drugiej stronie, zamkniętych albo uchylonych. I tak jak na parterze, korytarz zakręcał w prawo. Od tego miejsca błękitna tapeta w srebrne wzory była zniszczona, pocięta czy może poszarpana, jakby stado zwierząt drapało pazurami ściany na całej wysokości. Im dalej, tym rysy były głębsze, dłuższe i bardziej liczne. A kilka metrów przede mną podłoga nagle urywała się, nierówne krawędzie połamanych desek sterczały nad krawędzią groteskowej czarnej przepaści.
To niemożliwe, zaprotestowało coś w moim mózgu. Tam pod spodem powinien być parter! Nawet jak tam też w podłodze jest dziura, to chociaż przekrój korytarza!
Parteru jednak nie widziałam, jedynie nieprzeniknioną czerń od poziomu podłogi na piętrze aż do samej nieskończoności. I unoszące się nad otchłanią fragmenty podłogi, niektóre zawieszone w próżni, inne połączone ze ścianą. Jak wysepki w starych grach przygodowych. Jak te skrzynki w lesie za moim podwórkiem.
No to sobie poskaczemy…
Tym razem jakoś lepiej mogłam wyczuć tutejszą grawitację. Wykonałam dwa skoki, zatrzymałam się. Stałam na zawieszonym w próżni drewnianym fragmencie, a ten fragment ani drgnął. Zaskoczona tą nieoczekiwaną stabilnością podskoczyłam. I jeszcze raz. A potem, coraz bardziej zdumiona, jako że trochę miejsca tu miałam, przesunęłam się do krawędzi. Nadal nic. Więc to była zwykła lipa? A ja tak dałam się podpuścić?! Niedoczekanie!
Przykucnęłam i sięgnęłam ręką poza krawędź połamanych desek. Skakać tak od razu nie będę. I nie zamierzam nazywać tego strachem, tylko zdrowym rozsądkiem. Gdyby tu w rzeczywistości była podłoga, już wbiłabym w nią czubki palców. A teraz pół dłoni. Całą dłoń z nadgarstkiem…
Wstałam, nie za bardzo wiedząc, co mam o tym myśleć. Coś obok cicho zachrzęściło. Spojrzałam na ścianę po mojej lewej stronie, skąd zdawał się dochodzić dźwięk. Tutaj z tapety nic prawie nie zostało, ściana była popękana i poorana głębokimi bruzdami. W tym wszystkim tworzyły plątaninę czarne kable o trzech różnych średnicach. Bardziej przypominało to plątaninę kłączy albo pajęczynę niż typowe rozmieszczenie przewodów w ścianach. W niektórych miejscach owa sieć zdawała się drgać, stamtąd właśnie co jakiś czas dochodziło chrupanie. Mogłam mieć nadzieję, że cokolwiek tam było, nie będzie w stanie przeskoczyć tego metra, który dzielił mnie od ściany. Powędrowałam wzrokiem wyżej, gdzie kabli było trochę mniej. A jeszcze wyżej…
(spojrzała w niebo, drugą, błękitną, przepaść ujrzała)
otwierała się otchłań. Głodny, nienasycony wir, unoszący gdzieś w czarną nicość drobinki pyłu. Odwócona trąba powietrzna, która tylko niepojętym cudem, czy może na skutek dobrej woli tutejszych astralnych bóstw, nie porwała mnie, a przynajmniej nie zepchnęła z tej małej drewnianej wysepki wprost w tę drugą nicość na dole. Stąd gdzie stałam, nawet nie czułam podmuchu wiatru. Uniosłam rękę, zaintrygowana. To nie huragan? Dudu, mój drogi Dudu, to właśnie jest ten piąty wymiar, o którym mówiłeś?
- Nie tylko piąty – odezwała się Kiri w mojej głowie – To węzeł łączący kilka wymiarów w tym punkcie.
- Da się stąd dostać do piątego? - spytałam. Poczułam coś, co mogło być rozbawieniem.
- Nie dostać DO, tylko przejść PRZEZ piąty wymiar – uściśliła Kiri – Wyższe wymiary raczej do niczego innego nam nie służą.
- Czyli da się, czy nie?
- Owszem, da się. Skaczesz?
Uniosłam brwi. Ona mówiła poważnie, żartowała, czy sprawdzała, czy dam się wkręcić? Teraz już tego rozbawienia od niej nie wyczuwałam, przynajmniej takie miałam wrażenie. Chyba nie chciała, żeby coś mi się stało, bo tym samym unicestwiłaby samą siebie.
- Skaczę – powiedziałam, tak na wszelki wypadek, jakby jeszcze nie zdążyła odebrać moich myśli. A może po prostu liczyłam na to, że jeśli żartowała, teraz spróbuje mnie powstrzymać. Nie powstrzymała. Skoczyłam, starając się nie zawadzić o ostre krawędzie desek. Prosto w miękką czerń.
Nastąpił przeskok. Czy może raczej seria przeskoków, a pomiędzy nimi chwile zawieszenia w czymś gęstym, w całkowitej ciemności. W końcu zdałam sobie sprawę, że stoję na czymś stałym. A przed sobą widziałam tworzące prostokąt linie światła. Drzwi!
Przeszłam te kilka kroków, które dzieliły mnie od niskich drzwiczek. Musiałam schylić głowę, bo sufit gwałtownie się obniżał, przy samych drzwiach musiałam zejść do przysiadu. W słabym świetle wpadającym przez szczeliny wymacałam tak samo śmiesznie małą klamkę. I wyszłam. Na czworaka. Co w tym złego… Jak tu nawet był kurz – tak, widziałam już te wszystkie babki, ciotki, cioteczne kuzynki, śmiertelnie zgorszone, że jak to? Spodnie ubrudzisz, panno Maddigan, wstań z tej brudnej ziemi! A ja już, droga ciociu nie wstanę, ja już jestem poza waszym światem i tutaj takie drobiazgi znaczą tyle co nic.
Znalazłam się na drewnianym podeście w ogromnym osobliwym pomieszczeniu. Było ono wysokie na co najmniej trzy piętra, zwieńczone dodatkowo stożkowym dachem, pod którym zamiast poddasza były jedynie rusztowania i mosty z szerokich, długich desek. Nieco niżej umieszczone były okna z witrażami, przypominającymi mandale albo rozety, po jednym takim oknie na każdą ze ścian, a pomieszczenie było zbudowane na planie ośmiokąta. Ośmiokąta zaskakująco równego jak na ten dom. A niżej już ściany były pokryte drewnem i w większości zajęte przez szafki i szafeczki, drzwi i drzwiczki, niektóre tak małe, jak te, przez które się tu dostałam. Pomiędzy tym jeszcze były wloty korytarzy i tuneli, niektóre odchodziły pod niemożliwymi kątami, a wszystko łączyły liczne mostki i drabinki, podesty i schodki, w niektórych miejscach jakby przenikające się wzajemnie.
- To też jakiś międzywymiarowy węzeł? - spytałam, wskazując palcem jedno z miejsc, gdzie z perspektywą było wyraźnie coś nie tak.
- Tak – odpowiedział mi natychmiast srebrny głosik – Wiele przejść w Wieży jest przemieszczonych względem przestrzeni w piątym i szóstym wymiarze. Ale jak sama widzisz, tutaj można się w tym poruszać bardziej czy mniej odruchowo. Nie wymaga to szczególnego wysiłku.
Pięknie. Tak zupełnie mimochodem o tym wspomniała, jakby sądziła, że podstawowe zasady tym rządzące były mi doskonale znane. Trzeba będzie chyba wyprowadzić ją z błędu. Ale najpierw chciałam stąd zejść na dół. Znalazłam właściwe schody i drewniane mostki, po drodze zerknęłam do kilku wbudowanych w ścianę szafek, które miały akurat uchylone drzwiczki. Wewnątrz znajdowało się coś w rodzaju gniazda bezpieczników, ale znacznie bardziej złożone, zawierające więcej elementów. Nad jednym z takich układów umieszczona była żarówka, w której krążyły świetliki. Wolałam na razie niczego nie dotykać.
Na dole, na poziomie parteru, jak się zorientowałam po chwili, znajdowała się ponad dwumetrowej średnicy kopuła, budynek w budynku, pokryty pomalowanymi na czarno deseczkami wyciętymi i ułożonymi na wzór łusek. Twór ów wznosił się na palach metr ponad podłogę, w jednym miejscu od ziemi prowadziła do niego drabinka jak grzęda w kurniku, u której końca znajdowały się – a jakże – koleje niskie drzwiczki. Tylko przez te chyba spokojnie mogłam przejść zgięta w pół, więc obejdzie się bez pełzania. Zanim weszłam do środka tego wnętrza-we-wnętrzu, zerknęłam za siebie.
Dwuskrzydłowe drzwi zapewne prowadziły do korytarza na parterze, zapewne dotarłabym tu, gdybym poprzedniego dnia miała więcej czasu i sprawdzała kolejne pomieszczenia za zakrętem. Futrynę przebijały dwa czarne kable, grubsze od tych na górze, które dalej pełzły po ścianie i rozgałęziały się na wiele mniejszych. Jak bluszcz oplatały szafki, leżały na progach i futrynach drzwi i drzwiczek, znikały w głębi tuneli, kratek wentylacyjnych i innych otworów w ścianach. Jeden akurat w tym momencie wił się jak wąż, cicho stukając o drewno i najwyraźniej wpełzał w jakąś szczelinę w kącie. Jeśli to one odpowiadały za różne dziwne dźwięki, które słyszałam, to właśnie nawiedzony dom stracił element grozy.
We wnętrzu-we-wnętrzu natrafiłam na coś, co mogło być kabiną pilota jednocześnie staroświeckiego i bardzo zaawansowanego samolotu. Ktoś powinien powiesić tu tabliczkę z napisem „Jak sto lat temu wyobrażano sobie statek kosmiczny”. Może sama zrobię to następnym razem, bo aż się o to prosi. W środku szklana kula zawieszona w powietrzu, połączona ze sterczącym ze środka sufitu ostrzem wstęgami wyładowań. Za którymś razem obiekty opierające się grawitacji już nie robią na człowieku większego wrażenia. Bardziej zwróciłam uwagę na zawartość owej kuli, unoszący się w wypełniającej wnętrze lepkiej cieczy dziwny zlepek tkanek i elektronicznych elementów, z którego wyrastały rozchodzące się na boki włókna i macki. Ich końce poruszały się, wydłużały i cofały, czasem dosięgając wewnętrznej powierzchni szkła. Położyłam dłoń na zewnętrznej powierzchni, żeby sprawdzić, czy ta dziwna żywa rzecz w środku zrobi to, co właśnie po chwili zrobiła. Kilka macek przycisnęło się od wewnątrz do szyby w tym samym miejscu. Może stało się to właśnie dlatego, że tego oczekiwałam.
Przeszłam pod ścianę, do jednego z wpasowanych w koliste ściany pulpitów sterujących. Na pochyłej powierzchni miałam kilka dźwigni i płaskich koncentrycznych pokręteł, kilka lampek, ale głównie znajdowały się tam symbole, podobne jak na słupkach granicznych, łuki, półkola, kółka z punktami, kwadraty i trójkąty przecięte odcinkami i rozmaite ich kombinacje. Przy krawędzi zobaczyłam wgłębienie w kształcie wydłużonego sześciokąta. Przesunęłam palcem po jego krawędziach, do jednego z końców dla pewności przymierzyłam mały czarny sześciokąt, który miałam w kieszeni. Kiedy tak przyglądałam się temu w zadumie, zdałam sobie sprawę, że wyczuwam w powietrzu delikatne drżenie. Atmosfera wydawała się tutaj naładowana statycznie a gdzieś w tle słyszałam (a może czułam?) coś jak nierówne bicie ogromnego serca.
- Kiri, też to czujesz? - spytałam. Na wszystkich astralnych bogów, dlaczego mój głos zabrzmiał prawie jak wystraszony szept?!
- Ten świat jest żywy i przenika go energia – wyjaśniła łaskawie cząstka mnie – A Wieża jest punktem największej koncentracji energii na twoim terenie. Nawet ty jesteś w stanie to wyczuć.
Nawet ja. Naprawdę śmieszne…
Nie wściekłam się, bo cały czas usiłowałam usłyszeć ten oddalony potężny puls. Miałam po prostu graniczące z pewnością przeczucie, że to coś istotnego. Skoro energia krąży w tym świecie, może to serce zapewnia jej przepływ. A w takim razie czy ten nierówny rytm oznacza coś złego?
Rozmyślając tak i koncentrując się, bezmyślnie przesuwałam palcami po pulpicie. Natrafiłam na linię wypisanych od góry do dołu symboli, zatem machinalnie zaczęłam wodzić palcami wzdłuż tych wgłębień. W którymś momencie zaczęłam podkreślać je tym żółtym światłem, co zauważyłam dopiero po chwili i zaraz przed tym, jak owe nakreślone przeze mnie kształty, zamiast zniknąć, błysnęły znacznie silniejszym światłem a całym pomieszczeniem wstrząsnęło, zwalając mnie z nóg. Gdzieś na zewnątrz zabrzmiała seria trzasków, znów huknęło, jakby piorun uderzył w coś w Wieży. Kątem oka widziałam, jak po szklanej kuli przebiegły iskry, to coś w środku na ułamek sekundy znieruchomiało, zaczęło się dziko miotać i zamarło znowu, teraz na dłużej. Na moment zapanowała cisza, po czym gwałtownie otworzyły się któreś z drzwi na górze. Przeszłam – o tak, znów na kolanach – do wyjścia z kopuły i wyjrzałam na zewnątrz. Nie wyglądało na to, żebym spowodowała w Wieży jakieś szkody. Wszystko było tak jak wcześniej. Tylko drzwi na wysokości mniej więcej pierwszego piętra, wyglądające na najbardziej porządne, z umieszczonym przed nimi najbardziej porządnym podestem i całkiem starannie zbudowaną balustradą, były otwarte. Stał w nich stwór ponad dwa razy niższy od dorosłego człowieka, o szarej skórze i okrągłej łysej głowie, z której wyrastały powyginane czułki.
- Musicie tak harmidrzyć tam na dole?! - krzyknął z oburzeniem – Tak huknęło, że prawie książki z półek pospadały. A w bibliotece! Ma być! Cisza! Czy to takie trudne?!
Zaczęłam mu tłumaczyć, że to nie specjalnie, że to był wypadek, że przepraszam i wszystko to, co się w takich sytuacjach mówi. Przede wszystkim pozwoliłam mu się wykrzyczeć do woli, bo podejrzewałam, że jak już spuści parę, to może coś przydatnego powiedzieć. No i poinformowałam go, wyraźnie i z naciskiem, iż jeszcze tych wszystkich dziwnych maszyn obsługiwać nie potrafię. Na to wyznanie stwór prychnął niewesołym śmiechem.
- To może najpierw przeczytaj cholerną instrukcję – burknął – A potem dopiero działaj. Do portalu się chciałaś dobrać czy do czego?
Tak mnie zaskoczył, że na dłuższą chwilę zapomniałam języka w gębie. Bo niby co miałam odpowiedzieć? Nie, ja nic nie chciałam zrobić, ja sobie bezmyślnie symbole palcem rysowałam? Więc nie mówiłam nic, a stwór się uśmiechnął, raczej chytrze niż przyjaźnie i sięgnął ręką do kieszeni swojej wełnianej marynarki.
- Jak chciałaś portal aktywować, to chyba powinnaś użyć tego – powiedział, wyciągając z kieszeni jasny przedmiot, zawieszony na rzemyku, który zwisł z jego dłoni jak wahadełko radiestety. Amulet! Ten amulet, nieszczęsny klucz portalu. Dokładnie takiego rozmiaru, żeby pasował do wgłębienia w tamtym pulpicie sterującym, półtora raz dłuższy niż nieśmiertelnik. I naprawdę był beżowy.
- No, o tym drobnym szczególe zapomniałam – powiedziałam, próbując odnaleźć drogę do drzwi biblioteki wśród tych wszystkich mostków i schodków, drabinek sznurowych i drewnianych. Na szczęście okazała się prosta, bez żadnych dziwnych zakrzywień perspektywy. Na tę chwilę wyższych wymiarów miałam dosyć. Weszłam na ten podest, cały czas powtarzając podziękowania za podpowiedź i przeprosiny za ten hałas, chwilowo nie przejmując się, jaką robię z siebie idiotkę. Po prostu potrzebowałam tego cholernego klucza i miałam nadzieję, że ta istota mi go da.
- A, a książkę odniosę na miejsce – powiedziałam, jak byłam już tuż przy drzwiach, bo w tym momencie jeszcze przypomniałam sobie o „Asymetrycznym rozszczepianiu umysłu” spoczywającym na stole w salonie. Szary stwór z czułkami machnął ręką.
- Nie musisz się spieszyć, w końcu one są tu po to, żeby je czytać. I są twoje.
Już nie wydawał się zły. Nawet klucz portalu oddał mi, kiedy tylko wyciągnęłam rękę.
- Może chcesz wpaść do biblioteki i się rozejrzeć, jak już zrobisz swoje – zaproponował.
- Tak – odpowiedziałam ochoczo.
- Nie – rozległ się w tej samej chwili srebrzysty głosik w moim umyśle.
Czy tak właśnie objawia się wewnętrzny konflikt? Czułam, że trzeba będzie z żalem odmówić, bo cząstka mojej podświadomości miała dla mnie inny plan na ten jakże piękny dzień.
Chyba zaczęłam denerwować się na samą siebie. Uczucie wydało mi się nawet jak najbardziej słuszne, a przez to w pewien perwersyjny sposób przyjemne. I pojawiła się szansa, że wyniknie z tego coś dobrego.
Przeglądałam „Asymetryczne rozszczepianie umysłu”, zauważając, że niektóre fragmenty, podobnie jak tytuł wcześniej, stają się dla mnie czytelne. Musiałam się tylko starać w trakcie czytania zachować uwagę i przede wszystkim, brońcie mnie wszyscy bogowie, nie odrywać wzroku od strony. Zauważyłam, że spora część przy początku książki, przynajmniej ta na razie dla mnie osiągalna, dotyczy technik medytacji i wizualizacji. Co się powtarzało stosunkowo często, to wzmianka o otwarciu umysłu, cokolwiek miało to znaczyć. Przyłapałam się na tym, że w którymś momencie rysowałam na marginesie mojego leżącego obok zeszytu schematyczne karykaturalne popiersie człowieka z nieproporcjonalnie dużą głową i ubytkiem w czaszce, jak część wykrojona z jabłka. Przerwałam, kiedy rysowałam wypływającą z owej dziury w głowie chmurę. Tak już jest, że kiedy człowiek usiłuje się na czymś poważnie skoncentrować, podświadomość z jakże wielką kreatywnością znajduje sobie ujście gdzieś obok. A tutaj, przy tak licznych subtelnych, ledwie wyczuwalnych, ale wszechobecnych bliżej nieokreślonych odbieranych sygnałach, było o to znacznie łatwiej. Jak tak dalej pójdzie, doczekam się któregoś pięknego dnia kolejnego zwierzęcego chowańca, a jakoś nie czułam się gotowa na obecność drugiej Kiri w pobliżu. I to będzie dopiero rozszczepienie umysłu, asymetryczne czy nie.
Co wiedziałam i co miałam? Ten nieszczęsny piąty wymiar, wciąż pozostający zagadką. I amulet, którego chociaż nie widziałam, byłam prawie pewna, jak dokładnie powinien wyglądać i który zniknął z miejsca, w którym powinien być. Mogłam poddać się tutejszej logice i po odczekaniu sprawdzić w tym pomieszczeniu z pentagramem na drzwiach, a nuż się tam pojawi. Ale to nie jest zapewne takie proste, inaczej wystarczyłoby siedzieć na tyłku i mieć nadzieję, a wszystko przyszłoby samo. Pod tym względem chyba zawsze i wszędzie było tak samo.
Przeszłam do kuchni. Nastawiłam się już na obecne tu przejawy gorączkowego ożywienia, ale teraz poza szelestem i stukaniem w niektórych szafkach, panował względny spokój. Na kuchence jak zawsze coś stało. Pyrkoczący kocioł, ginący w chmurach pary, ledwie mieścił się pod okapem. Ciecz syczy i pieni się, wypływa, spływa, płynie. Płynie rzeką po podłodze, strumieniem szarozielonym, niech płynie, niech się wije i kręci, niech tworzy stawy i sadzawki… Wszystko, co normalnie niedozwolone a tu tak naturalne!
Jako że płynęło sobie przy końcu kuchni, mogłam poruszać się w miarę swobodnie. Do ciastek i elektrycznego czajnika mogłam dojść i w tej chwili to mi zupełnie do szczęścia wystarczało.
- Masz na coś ochotę? - spytał Hiss. Nie wiem, skąd wyszedł, że zdołał natychmiast znaleźć się na blacie w pobliżu, w dodatku całkiem bezszelestnie. Ja miałam taki wpływ na te wszystkie stworzenia, że je swoją obecnością przyciągałam?
- Jakbyś mógł zaparzyć herbatę, byłoby miło – odparłam.
- Jakiś problem? - zainteresował się Hiss. Drgnęłam. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa i niejako być powinno, zaprzeczyłam. Wszystko w jak najlepszym porządku, a jakże, i czemu w ogóle mnie pyta.
- Cóż, wyglądasz na zamyśloną – powiedział stwór spokojnie – Jeśli mógłbym jakoś pomóc…
Przerwałam, bo tak właśnie w podobnych sytuacjach bywa i teraz nie było powodów, aby miało być inaczej. Bo w pewien sposób mówiąc tak i zawieszając głos właśnie tego się oczekuje.
- Nie, ja tylko planuję tu mały zwiad – wyjaśniłam szybko – W końcu to mój dom, a całego dotąd nie widziałam.
Dobrze, lepiej, coraz lepiej. Nawet się uśmiechnęłam.
Usiadłam przy stole, ignorując czarne cienie, które przemknęły obok jego nóg i czmychnęły gdzieś w stronę kąta, gdzie zniknęły. Albo nie dopracowały jeszcze sposobu dość wiarygodnego zwiewania z pola widzenia, jak się zbliżę, albo coś takiego po prostu leżało w ich naturze. Kiedy Hiss wdrapał się na stół, dźwigając szklany dzbanek niemal tak duży jak on sam, wyciągnęłam z kieszeni spodni płaski sześciokąt.
- Widziałeś może przypadkiem coś podobnego? - spytałam, pokazując sześciokąt na otwartej dłoni – Tylko taki wydłużony, cieńszy i beżowy.
Sama nie wiedziałam, dlaczego tak mi się powiedziało. A byłam swoich słów tak pewna, jakbym sama wielokrotnie to widziała. Hiss potrząsnął głową.
- Nie wykluczam, że coś takiego może tu być – westchnął – Amuletów poniewiera się tu od groma. Na twoim miejscu poszukałbym w komnacie elementów.
- Obawiam się, że tam też nie ma – odparłam ponuro – Ale dzięki za pomoc.
Weszłam po schodach na piętro. Na wszelki wypadek wchodziłam powoli, ostrożnie stawiając stopy. Stopnie na pierwszy rzut oka wyglądały solidnie, ale nie dałabym głowy, że przez złośliwość losu któryś nie zechce się zapaść pod moim ciężarem. Jednak wszystko było w porządku. Chyba.
Za sobą miałam jakieś dwa pomieszczenia, ale na razie ruszyłam naprzód, w głąb domu. Kiedy mijałam uchylone drzwi jednego z pokoi, zdawało mi się, że dostrzegam w nim czyjąś sylwetkę. Cofnęłam się o krok i zajrzałam do środka, ale w pogrążonym w pomarańczowym półmroku pomieszczeniu stały tylko trzy manekiny. Właściwie nie byłam pewna, dokąd idę. Chyba po prostu musiałam ocenić, jak rozległe jest pierwsze piętro tego domostwa, a dopiero potem w sposób metodyczny zabrać się do poszukiwań. Minęłam kilka par drzwi po jednej i drugiej stronie, zamkniętych albo uchylonych. I tak jak na parterze, korytarz zakręcał w prawo. Od tego miejsca błękitna tapeta w srebrne wzory była zniszczona, pocięta czy może poszarpana, jakby stado zwierząt drapało pazurami ściany na całej wysokości. Im dalej, tym rysy były głębsze, dłuższe i bardziej liczne. A kilka metrów przede mną podłoga nagle urywała się, nierówne krawędzie połamanych desek sterczały nad krawędzią groteskowej czarnej przepaści.
To niemożliwe, zaprotestowało coś w moim mózgu. Tam pod spodem powinien być parter! Nawet jak tam też w podłodze jest dziura, to chociaż przekrój korytarza!
Parteru jednak nie widziałam, jedynie nieprzeniknioną czerń od poziomu podłogi na piętrze aż do samej nieskończoności. I unoszące się nad otchłanią fragmenty podłogi, niektóre zawieszone w próżni, inne połączone ze ścianą. Jak wysepki w starych grach przygodowych. Jak te skrzynki w lesie za moim podwórkiem.
No to sobie poskaczemy…
Tym razem jakoś lepiej mogłam wyczuć tutejszą grawitację. Wykonałam dwa skoki, zatrzymałam się. Stałam na zawieszonym w próżni drewnianym fragmencie, a ten fragment ani drgnął. Zaskoczona tą nieoczekiwaną stabilnością podskoczyłam. I jeszcze raz. A potem, coraz bardziej zdumiona, jako że trochę miejsca tu miałam, przesunęłam się do krawędzi. Nadal nic. Więc to była zwykła lipa? A ja tak dałam się podpuścić?! Niedoczekanie!
Przykucnęłam i sięgnęłam ręką poza krawędź połamanych desek. Skakać tak od razu nie będę. I nie zamierzam nazywać tego strachem, tylko zdrowym rozsądkiem. Gdyby tu w rzeczywistości była podłoga, już wbiłabym w nią czubki palców. A teraz pół dłoni. Całą dłoń z nadgarstkiem…
Wstałam, nie za bardzo wiedząc, co mam o tym myśleć. Coś obok cicho zachrzęściło. Spojrzałam na ścianę po mojej lewej stronie, skąd zdawał się dochodzić dźwięk. Tutaj z tapety nic prawie nie zostało, ściana była popękana i poorana głębokimi bruzdami. W tym wszystkim tworzyły plątaninę czarne kable o trzech różnych średnicach. Bardziej przypominało to plątaninę kłączy albo pajęczynę niż typowe rozmieszczenie przewodów w ścianach. W niektórych miejscach owa sieć zdawała się drgać, stamtąd właśnie co jakiś czas dochodziło chrupanie. Mogłam mieć nadzieję, że cokolwiek tam było, nie będzie w stanie przeskoczyć tego metra, który dzielił mnie od ściany. Powędrowałam wzrokiem wyżej, gdzie kabli było trochę mniej. A jeszcze wyżej…
(spojrzała w niebo, drugą, błękitną, przepaść ujrzała)
otwierała się otchłań. Głodny, nienasycony wir, unoszący gdzieś w czarną nicość drobinki pyłu. Odwócona trąba powietrzna, która tylko niepojętym cudem, czy może na skutek dobrej woli tutejszych astralnych bóstw, nie porwała mnie, a przynajmniej nie zepchnęła z tej małej drewnianej wysepki wprost w tę drugą nicość na dole. Stąd gdzie stałam, nawet nie czułam podmuchu wiatru. Uniosłam rękę, zaintrygowana. To nie huragan? Dudu, mój drogi Dudu, to właśnie jest ten piąty wymiar, o którym mówiłeś?
- Nie tylko piąty – odezwała się Kiri w mojej głowie – To węzeł łączący kilka wymiarów w tym punkcie.
- Da się stąd dostać do piątego? - spytałam. Poczułam coś, co mogło być rozbawieniem.
- Nie dostać DO, tylko przejść PRZEZ piąty wymiar – uściśliła Kiri – Wyższe wymiary raczej do niczego innego nam nie służą.
- Czyli da się, czy nie?
- Owszem, da się. Skaczesz?
Uniosłam brwi. Ona mówiła poważnie, żartowała, czy sprawdzała, czy dam się wkręcić? Teraz już tego rozbawienia od niej nie wyczuwałam, przynajmniej takie miałam wrażenie. Chyba nie chciała, żeby coś mi się stało, bo tym samym unicestwiłaby samą siebie.
- Skaczę – powiedziałam, tak na wszelki wypadek, jakby jeszcze nie zdążyła odebrać moich myśli. A może po prostu liczyłam na to, że jeśli żartowała, teraz spróbuje mnie powstrzymać. Nie powstrzymała. Skoczyłam, starając się nie zawadzić o ostre krawędzie desek. Prosto w miękką czerń.
Nastąpił przeskok. Czy może raczej seria przeskoków, a pomiędzy nimi chwile zawieszenia w czymś gęstym, w całkowitej ciemności. W końcu zdałam sobie sprawę, że stoję na czymś stałym. A przed sobą widziałam tworzące prostokąt linie światła. Drzwi!
Przeszłam te kilka kroków, które dzieliły mnie od niskich drzwiczek. Musiałam schylić głowę, bo sufit gwałtownie się obniżał, przy samych drzwiach musiałam zejść do przysiadu. W słabym świetle wpadającym przez szczeliny wymacałam tak samo śmiesznie małą klamkę. I wyszłam. Na czworaka. Co w tym złego… Jak tu nawet był kurz – tak, widziałam już te wszystkie babki, ciotki, cioteczne kuzynki, śmiertelnie zgorszone, że jak to? Spodnie ubrudzisz, panno Maddigan, wstań z tej brudnej ziemi! A ja już, droga ciociu nie wstanę, ja już jestem poza waszym światem i tutaj takie drobiazgi znaczą tyle co nic.
Znalazłam się na drewnianym podeście w ogromnym osobliwym pomieszczeniu. Było ono wysokie na co najmniej trzy piętra, zwieńczone dodatkowo stożkowym dachem, pod którym zamiast poddasza były jedynie rusztowania i mosty z szerokich, długich desek. Nieco niżej umieszczone były okna z witrażami, przypominającymi mandale albo rozety, po jednym takim oknie na każdą ze ścian, a pomieszczenie było zbudowane na planie ośmiokąta. Ośmiokąta zaskakująco równego jak na ten dom. A niżej już ściany były pokryte drewnem i w większości zajęte przez szafki i szafeczki, drzwi i drzwiczki, niektóre tak małe, jak te, przez które się tu dostałam. Pomiędzy tym jeszcze były wloty korytarzy i tuneli, niektóre odchodziły pod niemożliwymi kątami, a wszystko łączyły liczne mostki i drabinki, podesty i schodki, w niektórych miejscach jakby przenikające się wzajemnie.
- To też jakiś międzywymiarowy węzeł? - spytałam, wskazując palcem jedno z miejsc, gdzie z perspektywą było wyraźnie coś nie tak.
- Tak – odpowiedział mi natychmiast srebrny głosik – Wiele przejść w Wieży jest przemieszczonych względem przestrzeni w piątym i szóstym wymiarze. Ale jak sama widzisz, tutaj można się w tym poruszać bardziej czy mniej odruchowo. Nie wymaga to szczególnego wysiłku.
Pięknie. Tak zupełnie mimochodem o tym wspomniała, jakby sądziła, że podstawowe zasady tym rządzące były mi doskonale znane. Trzeba będzie chyba wyprowadzić ją z błędu. Ale najpierw chciałam stąd zejść na dół. Znalazłam właściwe schody i drewniane mostki, po drodze zerknęłam do kilku wbudowanych w ścianę szafek, które miały akurat uchylone drzwiczki. Wewnątrz znajdowało się coś w rodzaju gniazda bezpieczników, ale znacznie bardziej złożone, zawierające więcej elementów. Nad jednym z takich układów umieszczona była żarówka, w której krążyły świetliki. Wolałam na razie niczego nie dotykać.
Na dole, na poziomie parteru, jak się zorientowałam po chwili, znajdowała się ponad dwumetrowej średnicy kopuła, budynek w budynku, pokryty pomalowanymi na czarno deseczkami wyciętymi i ułożonymi na wzór łusek. Twór ów wznosił się na palach metr ponad podłogę, w jednym miejscu od ziemi prowadziła do niego drabinka jak grzęda w kurniku, u której końca znajdowały się – a jakże – koleje niskie drzwiczki. Tylko przez te chyba spokojnie mogłam przejść zgięta w pół, więc obejdzie się bez pełzania. Zanim weszłam do środka tego wnętrza-we-wnętrzu, zerknęłam za siebie.
Dwuskrzydłowe drzwi zapewne prowadziły do korytarza na parterze, zapewne dotarłabym tu, gdybym poprzedniego dnia miała więcej czasu i sprawdzała kolejne pomieszczenia za zakrętem. Futrynę przebijały dwa czarne kable, grubsze od tych na górze, które dalej pełzły po ścianie i rozgałęziały się na wiele mniejszych. Jak bluszcz oplatały szafki, leżały na progach i futrynach drzwi i drzwiczek, znikały w głębi tuneli, kratek wentylacyjnych i innych otworów w ścianach. Jeden akurat w tym momencie wił się jak wąż, cicho stukając o drewno i najwyraźniej wpełzał w jakąś szczelinę w kącie. Jeśli to one odpowiadały za różne dziwne dźwięki, które słyszałam, to właśnie nawiedzony dom stracił element grozy.
We wnętrzu-we-wnętrzu natrafiłam na coś, co mogło być kabiną pilota jednocześnie staroświeckiego i bardzo zaawansowanego samolotu. Ktoś powinien powiesić tu tabliczkę z napisem „Jak sto lat temu wyobrażano sobie statek kosmiczny”. Może sama zrobię to następnym razem, bo aż się o to prosi. W środku szklana kula zawieszona w powietrzu, połączona ze sterczącym ze środka sufitu ostrzem wstęgami wyładowań. Za którymś razem obiekty opierające się grawitacji już nie robią na człowieku większego wrażenia. Bardziej zwróciłam uwagę na zawartość owej kuli, unoszący się w wypełniającej wnętrze lepkiej cieczy dziwny zlepek tkanek i elektronicznych elementów, z którego wyrastały rozchodzące się na boki włókna i macki. Ich końce poruszały się, wydłużały i cofały, czasem dosięgając wewnętrznej powierzchni szkła. Położyłam dłoń na zewnętrznej powierzchni, żeby sprawdzić, czy ta dziwna żywa rzecz w środku zrobi to, co właśnie po chwili zrobiła. Kilka macek przycisnęło się od wewnątrz do szyby w tym samym miejscu. Może stało się to właśnie dlatego, że tego oczekiwałam.
Przeszłam pod ścianę, do jednego z wpasowanych w koliste ściany pulpitów sterujących. Na pochyłej powierzchni miałam kilka dźwigni i płaskich koncentrycznych pokręteł, kilka lampek, ale głównie znajdowały się tam symbole, podobne jak na słupkach granicznych, łuki, półkola, kółka z punktami, kwadraty i trójkąty przecięte odcinkami i rozmaite ich kombinacje. Przy krawędzi zobaczyłam wgłębienie w kształcie wydłużonego sześciokąta. Przesunęłam palcem po jego krawędziach, do jednego z końców dla pewności przymierzyłam mały czarny sześciokąt, który miałam w kieszeni. Kiedy tak przyglądałam się temu w zadumie, zdałam sobie sprawę, że wyczuwam w powietrzu delikatne drżenie. Atmosfera wydawała się tutaj naładowana statycznie a gdzieś w tle słyszałam (a może czułam?) coś jak nierówne bicie ogromnego serca.
- Kiri, też to czujesz? - spytałam. Na wszystkich astralnych bogów, dlaczego mój głos zabrzmiał prawie jak wystraszony szept?!
- Ten świat jest żywy i przenika go energia – wyjaśniła łaskawie cząstka mnie – A Wieża jest punktem największej koncentracji energii na twoim terenie. Nawet ty jesteś w stanie to wyczuć.
Nawet ja. Naprawdę śmieszne…
Nie wściekłam się, bo cały czas usiłowałam usłyszeć ten oddalony potężny puls. Miałam po prostu graniczące z pewnością przeczucie, że to coś istotnego. Skoro energia krąży w tym świecie, może to serce zapewnia jej przepływ. A w takim razie czy ten nierówny rytm oznacza coś złego?
Rozmyślając tak i koncentrując się, bezmyślnie przesuwałam palcami po pulpicie. Natrafiłam na linię wypisanych od góry do dołu symboli, zatem machinalnie zaczęłam wodzić palcami wzdłuż tych wgłębień. W którymś momencie zaczęłam podkreślać je tym żółtym światłem, co zauważyłam dopiero po chwili i zaraz przed tym, jak owe nakreślone przeze mnie kształty, zamiast zniknąć, błysnęły znacznie silniejszym światłem a całym pomieszczeniem wstrząsnęło, zwalając mnie z nóg. Gdzieś na zewnątrz zabrzmiała seria trzasków, znów huknęło, jakby piorun uderzył w coś w Wieży. Kątem oka widziałam, jak po szklanej kuli przebiegły iskry, to coś w środku na ułamek sekundy znieruchomiało, zaczęło się dziko miotać i zamarło znowu, teraz na dłużej. Na moment zapanowała cisza, po czym gwałtownie otworzyły się któreś z drzwi na górze. Przeszłam – o tak, znów na kolanach – do wyjścia z kopuły i wyjrzałam na zewnątrz. Nie wyglądało na to, żebym spowodowała w Wieży jakieś szkody. Wszystko było tak jak wcześniej. Tylko drzwi na wysokości mniej więcej pierwszego piętra, wyglądające na najbardziej porządne, z umieszczonym przed nimi najbardziej porządnym podestem i całkiem starannie zbudowaną balustradą, były otwarte. Stał w nich stwór ponad dwa razy niższy od dorosłego człowieka, o szarej skórze i okrągłej łysej głowie, z której wyrastały powyginane czułki.
- Musicie tak harmidrzyć tam na dole?! - krzyknął z oburzeniem – Tak huknęło, że prawie książki z półek pospadały. A w bibliotece! Ma być! Cisza! Czy to takie trudne?!
Zaczęłam mu tłumaczyć, że to nie specjalnie, że to był wypadek, że przepraszam i wszystko to, co się w takich sytuacjach mówi. Przede wszystkim pozwoliłam mu się wykrzyczeć do woli, bo podejrzewałam, że jak już spuści parę, to może coś przydatnego powiedzieć. No i poinformowałam go, wyraźnie i z naciskiem, iż jeszcze tych wszystkich dziwnych maszyn obsługiwać nie potrafię. Na to wyznanie stwór prychnął niewesołym śmiechem.
- To może najpierw przeczytaj cholerną instrukcję – burknął – A potem dopiero działaj. Do portalu się chciałaś dobrać czy do czego?
Tak mnie zaskoczył, że na dłuższą chwilę zapomniałam języka w gębie. Bo niby co miałam odpowiedzieć? Nie, ja nic nie chciałam zrobić, ja sobie bezmyślnie symbole palcem rysowałam? Więc nie mówiłam nic, a stwór się uśmiechnął, raczej chytrze niż przyjaźnie i sięgnął ręką do kieszeni swojej wełnianej marynarki.
- Jak chciałaś portal aktywować, to chyba powinnaś użyć tego – powiedział, wyciągając z kieszeni jasny przedmiot, zawieszony na rzemyku, który zwisł z jego dłoni jak wahadełko radiestety. Amulet! Ten amulet, nieszczęsny klucz portalu. Dokładnie takiego rozmiaru, żeby pasował do wgłębienia w tamtym pulpicie sterującym, półtora raz dłuższy niż nieśmiertelnik. I naprawdę był beżowy.
- No, o tym drobnym szczególe zapomniałam – powiedziałam, próbując odnaleźć drogę do drzwi biblioteki wśród tych wszystkich mostków i schodków, drabinek sznurowych i drewnianych. Na szczęście okazała się prosta, bez żadnych dziwnych zakrzywień perspektywy. Na tę chwilę wyższych wymiarów miałam dosyć. Weszłam na ten podest, cały czas powtarzając podziękowania za podpowiedź i przeprosiny za ten hałas, chwilowo nie przejmując się, jaką robię z siebie idiotkę. Po prostu potrzebowałam tego cholernego klucza i miałam nadzieję, że ta istota mi go da.
- A, a książkę odniosę na miejsce – powiedziałam, jak byłam już tuż przy drzwiach, bo w tym momencie jeszcze przypomniałam sobie o „Asymetrycznym rozszczepianiu umysłu” spoczywającym na stole w salonie. Szary stwór z czułkami machnął ręką.
- Nie musisz się spieszyć, w końcu one są tu po to, żeby je czytać. I są twoje.
Już nie wydawał się zły. Nawet klucz portalu oddał mi, kiedy tylko wyciągnęłam rękę.
- Może chcesz wpaść do biblioteki i się rozejrzeć, jak już zrobisz swoje – zaproponował.
- Tak – odpowiedziałam ochoczo.
- Nie – rozległ się w tej samej chwili srebrzysty głosik w moim umyśle.
Czy tak właśnie objawia się wewnętrzny konflikt? Czułam, że trzeba będzie z żalem odmówić, bo cząstka mojej podświadomości miała dla mnie inny plan na ten jakże piękny dzień.





