02-09-2017, 23:44
Wyszłam na korytarz, walcząc z przemożną chęcią przyjrzenia się dokładnie temu wnikającemu w podłogę strumieniowi cieczy. Ale na to jeszcze przyjdzie czas, płynęło tak długo, więc raczej nie przestanie w najbliższym czasie. Raczej. Bo coś mówiło mi, że tutaj nie mogłam być niczego pewna.
Cofnęłam się do drzwi wejściowych. Znów minęłam portret starszej damy, obrzucając go obojętnym spojrzeniem. A przynajmniej obojętnym do momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że chyba obraz się zmienił. Widziałam go niby tylko przez chwilę, ale raczej zwróciłabym uwagę, gdyby już wówczas kobieta na obrazie miała na twarzy wyraz takiej irytacji i dezaprobaty. Brwi unosiły się jakby uprzedzając mający nastąpić za chwilę wybuch gniewu, usta wykrzywiał nieprzyjemny grymas.
- Ja też cię nie lubię – miałam ochotę powiedzieć, jednak zdołałam przezornie ugryźć się w język. Wcale nie byłabym tak bardzo zdziwiona, gdyby dama z portetu mi odpowiedziała, używając przy tym słów, które do damy już raczej by nie pasowały.
Za drzwiami, które wcześniej znajdowały się po mojej lewej stronie, był salon. Nie taki mały, ale biorąc pod uwagę wymiary tego domostwa, spodziewałam się raczej nieco bardziej przestronnego. Pierwsze rzuciło mi się w oczy to, że na środku pomieszczenia usunięto część paneli z podłogi. Odsłonięty fragment ziemi miał wymiary nieco większe niż metr na metr a w środku tego kwadratu wyrastało drzewo. Odruchowo powędrowałam wzrokiem wzdłuż pnia, ku górze. Salon nie miał zamkniętego sufitu, mniej więcej połowa powierzchni otwierała się na pomieszczenie piętro wyżej. Widziałam balustradę z ciemnego drewna, raczej prostą, uformowaną w łagodne obłe kształty. Z tej odległości mogłam się tylko domyślać, że jej szarawy odcień wziął się od grubych warstw kurzu. Gdzieś dalej widziałam kilka rzędów regałów. Trochę dziwiło mnie, że to pomieszczenie na piętrze, wyraźnie większe, było znacznie ciemniejsze od salonu. Nie było tam okien? Powinny znajdować się, podobnie jak w salonie na co najmniej dwóch ścianach. Jak tam w ogóle się dostać? Tu barierki, pozostałe dwa boki prostokąta tworzą ściany… No, schody w tym salonie raczej by się nie zmieściły.
- Spokojnie, jeszcze tam wejdziesz – mruknęła Kiri. To ciche mruknięcie zawisło w następującej po nim ciszy. Takim tonem jak na filmach, kiedy ten mądrzejszy i bardziej doświadczony bohater rzuca zagadkową uwagę, która później okazuje się mieć jakieś wielkie znaczenie. Konwencja nakazuje temu mniej doświadczonemu milczeć a ja w tym momencie nie miałam nic przeciwko temu. A wielkiego znaczenia nie oczekiwałam, bo i gdzie? Na piętrze musiały być drzwi, albo zwyczajne, albo kolejne ozdobione wyjątkowo szpetną gębą.
Znów spojrzałam na drzewo. Zauważyłam owoce, małe, obłe i szare, z niebieskawym odcieniem. Nie widziałam wcześniej takich, coś podpowiadało mi, że są jeszcze niedojrzałe.
- I oto jest właśnie drzewo poznania dobrego i złego – powiedziałam cierpko – Owoce gorzkie jak prawda i ironia.
- Gorzkie? - spytała Kiri a w jej oczach pojawiły się figlarne ogniki – Tak łatwo z góry osądzasz? Bez doświadczalnego zbadania? Nieładnie, Maddigan, nieładnie! Czego was tam uczą na tych wykładach o metodyce naukowej?
Jęknęłam i przewróciłam oczami. Nawet tu, w innym wymiarze, podświadomość musi mi przypominać o uczelni?! Nigdzie już chyba nie można mieć spokoju… Odpadam, wysiadam, bezpiecznik w mózgu powoli odmawia posłuszeństwa.
Obeszłam drzewo i klapnęłam na dość wysoką kanapę przykrytą kilkoma warstwami koców. Kiri podeszła bliżej i patrzyła na mnie pytająco. Przynajmniej tyle mogłam z tych lśniących czarnych oczek wyczytać.
- Poczekam aż dojrzeją – wyjaśniłam. Bo musiałam coś powiedzieć, czułam to, inaczej ja i Kiri pozostałybyśmy zawieszone w gęstniejącej ciszy. I żeby przerwać ten nieznośny kontakt wzrokowy, spojrzałam w bok, w kąt pokoju. W szybie wysokiego, smukłego kredensu zobaczyłam swoje odbicie. Mebel na dole miał szafkę, nad nią otwartą półkę, wszystko powyżej kryło się za oszklonymi drzwiczkami. I o ile na półce stał tylko krzywy aluminiowy świecznik z resztką świecy i lekko obtłuczony dzbanuszek, zawartość oszklonej części wydała mi się ciekawa. Zbliżyłam twarz do szyby. Dostrzegłam zamknięty jak statek w butelce kompletny szkielet szczura, obok słoik z mętną cieczą, w której pływały bezkształtne strzępy czegoś nieokreślonego. Nieco z tyłu leżały dwie uszyte z materiału laleczki, zaledwie kontury ludzkich sylwetek, koloru cielistego, bez żadnych rysów twarzy. Kolorowymi pinezkami przypięte do nich zostały małe wycinki różnych, zdawałoby się przypadkowych materiałów.
- Voodoo? - spytałam półgłosem. Kiri, która musiała chwilę wcześniej wspiąć się po kocach na kanapę i teraz stała na oparciu, potrząsnęła główką.
- Nie czujesz, że to martwe? Żadnej mocy w tym nie ma. Możesz co najwyżej wróble tym straszyć.
Nic nie czułam. Ani teraz ani w ogóle. Czego ona ode mnie oczekiwała? Że jak już tu jestem, włączy mi się jakiś szósty zmysł? Przykro mi, wiewióreczko, to chyba tak nie działa.
Gdyby Kiri bardziej przypominała postacie z kreskówek, teraz zapewne musiałaby ciężko westchnąć.
- Oczywiście, że działa, cały czas działa, ale ty nie zwracasz na to uwagi – w srebrnobiałym głosiku zabrzmiały niechęć i chłód – Masz cholernie zamknięty umysł. Nie wiem, skąd ci się to wzięło.
Zaśmiałam się, krótko, niewesoło.
- Widocznie świat zdążył mnie popsuć. Świat i ludzie. Społeczeństwo. Takie czasy widać, że bez wypaczenia przez życie się nie przejdzie.
- I ty się tak po prostu poddasz? - spytała z niedowierzaniem moja tulpa – Nie uwierzę w to. Maddigan, robiąca wszystko na przekór, nigdy się nie poddaje.
Spróbowałam się uśmiechnąć. W sumie rację miała. Nawet jeśli mówiła to celowo, żeby mnie sprowokować.
- Ale czy ja mówię, że się poddaję? - spytałam retorycznie, z rozmachem wstając z kanapy i odwracając się – Mówię tylko tyle, że żyjąc można się paskudną chorobą zarazić. A z paskudnej choroby zawsze można się wyleczyć.
Dałam kilka kroków naprzód, wykonując prawą ręką teatralny gest i zawadzając o jakąś niżej wiszącą ścianę drzewa.
- Przecież tu jesteśmy – ciągnęłam, wkładając w te słowa tyle entuzjazmu, ile zdołałam – W Matriksie. Pod tą świętą jabło… yyy… to znaczy pod tym świętym drzewem gatunku nieokreślonego… i zapewne nieistniejącego.
Przez krótką chwilę próbowałam zidentyfikować kształt liści, zrezygnowałam, znów chciałam spojrzec triumfalnie na Kiri i na swoje nieszczęście na chwilę zerknęłam do wnętrza oszklonej szafki. Teraz byłam dalej, ale i tak bez problemu zorientowałam się, że słoik zastąpiła pękata buteleczka z jakimś mocnym trunkiem barwy bursztynu, w butelce tkwił starannie wykonany model statku a w miejscu laleczek leżały dwie najeżone igłami i oplątane barwnymi strzępami nici poduszeczki. Ta nagła zmiana, podobnie jak każdy inny przejaw łamania praw natury byłby w tym momencie pozytywny, ale może nie tak z zaskoczenia. Nie żeby mimowolne zdziwienie całkiem wybiło mnie z rytmu.
Opuściłam ręce z rezygnacją. Dobra, na dzisiaj koniec patetycznych wystąpień. Może to wystarczy. Zresztą nie chodziło o przkonanie Kiri, tylko raczej samej siebie… chociaż czy to nie wychodziło na jedno?
Zerwałam liść z drzewa i powoli przeszłam w stronę drzwi, mijając stół przykryty położonym wyjątkowo krzywo, sięgającym z jednej strony podłogi, obrusem. Obracałam liść w palcach, próbując przypomnieć sobie, czy gdzieś wcześniej widziałam podobny, wydłużony, owalny, o brzegach wyciętych w szereg łagodnych półkoli.
Przeszłam do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza, które okazało się kuchnią. Na prawo od drzwi, pod oknami, mieścił się tylko stół, chyba nawet nieco mniejszy od tego w salonie. Z lewej strony pomieszczenie ciągnęło się znacznie dalej. Większą część powierzchni ścian zajmowały szafki i szafeczki, każda z innego kompletu. Sprawiały wrażenie, jakby dokładano je stopniowo w różnym czasie, starając się usilnie zmieścić w kurczącej się przestrzeni. Drzwiczki części z nich były otwarte, z niektórych różne przedmioty spadały na blaty poniżej, albo z braku miejsca na podłogę. Bałagan panował tu niemożebny. A ja naiwna byłam dotąd przekonana, że to ja nie potrafię na dłuższą metę utrzymać w kuchni porządku…
Idąc dalej, musiałam uważać na różnej barwy i rozmiaru kałuże, ominęłam rozsypany proszek o jadowicie pomarańczowym kolorze i szczątki chyba kilku stłuczonych talerzy. Kiedy mijałam zlew, z wiszącej nad nim zardzewiałej i powykrzywianej metalowej suszarki na naczynia spadła szklanka. Uderzyła w stertę naczyń leżących w zlewie i rozprysnęła się na kawałki. Miałam dziwne wrażenie, że to w jakiś sposób było zaplanowane, żeby spadła akurat, kiedy będę tuż obok.
Jakby w odpowiedzi coś zadudniło w jednej z szafek na dole, która akurat była częściowo uchylona.
- Cicho tam! - krzyknęło skrzekliwie z którejś innej szafki. Przebiegłam wzrokiem rząd pokrytych lepkimi plamami drzwiczek. Wydawało mi się, że w którejś szczelinie dostrzegam ruch. Może bym spróbowałam tam zajrzeć, ale poczułam, że tego wszystkiego jest tu za dużo. Ledwie ogarniałam wzrokiem to pobojowisko, nie wiedziałam, gdzie najpierw spojrzeć. A tu jeszcze coś musiało się gotować. Czy może w niewiadomym celu bulgotało w metalowych garnkach na staroświeckiej kaflowej kuchence na węgiel. Jakieś trzy mętne ciecze, trzy różne odcienie błotnistej brei. Gęsty opar unosił się do góry i ginął wsysany przez przypominający lejek okap. Od okapu odchodziła miękka aluminiowa rura, swoją lśniącą nowością odstająca od reszty wyposażenia kuchni.
Drzwiczki szafki najbliżej okapu nagle się otworzyły. Ze środka wyjrzał stwór podobny do modliszki, tylko kilkanaście razy większy. Miał na głowie wysoki cylinder z błyszczącego materiału, który na mój widok zdjął, aby się ukłonić.
- Witamy panienkę, witamy – powiedział stwór. Też się ukłoniłam. Czułam, że tak powinnam. Może nawet powinnam dygnąć, jak na panienkę przystało, tylko niestety nie miałam na sobie kiecki. Trudno.
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziałam. Nie bardzo wiedziałam, co innego miałam powiedzieć. Stwór otworzył sobie szerzej drzwiczki i zeskoczył w dół na blat, zastawiony już miskami, kartonowymi pudełkami po ryżu, pustymi słoikami i mnóstwem innych rzeczy. To nie mogło skończyć się dobrze. Z dość imponującym efektem akustycznym część rzeczy zmieniła lokalizację.
- Czy naprawdę nie mogę liczyć na trochę spokoju! - krzyknęło znów z którejś szafki. Przypominający modliszkę stwór, niezdarnie gramoląc się na nogi, lekceważąco machnął ręką. Czy raczej przednim odnóżem. Miał dwie pary odnóży krocznych i dwie pary czegoś, co przypominało ręce.
- Na niego nie zwracaj uwagi – powiedział. Przeszedł kawałek po blacie, unosząc wysoko odnóża i stawiając je ostrożnie pomiędzy naczyniami, opakowaniami i zaschniętymi resztkami czegoś, co wieki temu może nawet było jadalne. Przyglądając się temu, zauważyłam, że część opakowań była jeszcze fabrycznie zamknięta, niektóre wydawały się nowe, jakby świeżo przyniesione ze sklepu. Jak wyspa na morzu odpadów stała tam plastikowa patera z kruchymi ciastkami. Zawahałam się. Niby wyglądały w porządku, ale w końcu to nic pewnego.
- I czego się boisz?
Drgnęłam, słysząc w głowie ten głos. Kiri tu za mną przyszła? Nawet tego nie zauważyłam.
- Spokojnie, spróbuj. Tutaj nie grozi ci astralne zatrucie. Ani astralna sraczka.
Miło.
Sięgnęłam ręką po ciastko, ale ono w ostatniej chwili umknęło spod mojej dłoni. Uniosłam brwi. Zobaczyłam, że inne ciastko, leżące przy brzegu patery także zaczyna się poruszać. Kiedy przyjrzałam się temu uważniej, zobaczyłam, że ciastka zyskały nóżki.
- Hej, Dudu! - krzyknął na ten widok modliszkowaty stwór – Zrób coś z tymi mrówkami, bo wszystko stąd wyniosą!
Chwycił próbujące uciekać ciastka i wtedy mogłam już się przekonać, że niosły je mrówki. Tylko te mrówki były wielkości myszy. W takiej skali mogłam dokładnie zobaczyć porastające ich chitynowy pancerzyk drobne włoski i to, że odwłok miały segmentowany. Pozbawione zdobyczy mrówki przez krótką chwilę kręciły się wśród śmieci, w końcu uciekły spłoszone, kiedy modliszkowaty niecierpliwie zatupał odnóżami. Tymczasem z szafki na dole wypadło krępe stworzenie porośnięte brunatnymi kudłami, spomiędzy których błyszczała para oczu i wystawały dwa karykaturalnie kwadratowe zęby.
- Już się robi – wysapało. Odwróciło się, otworzyło drzwiczki innej szafki i gorączkowo zaczęło w niej grzebać.
- No, proszę się nie krępować, panienko – odezwał się modliszkowaty – Proszę się częstować. Albo proszę usiąść przy stole. Tutaj tak trochę nie ma miejsca.
Zamaszystym gestem wskazał rupiecie na blacie wokół siebie. W myślach przyznałam mu rację.
Ruszyłam w stronę stołu. Czułam na sobie spojrzenia co najmniej kilku par oczu, nie licząc Kiri, która jakimś sposobem znalazła się na blacie i podążała za mną wzdłuż jego krawędzi. Za uchylonymi drzwiczkami szafek coś się poruszało, grzechotały potrącane naczynia, pazurki chrobotały po drewnie.
Na stole, który wcześniej był pusty, stała teraz podobna plastikowa patera, na tej leżało kilka zielonych jabłek. Z bliska wydawały mi się sztuczne, jakby wklejone w oglądany przeze mnie obraz. Nawet nie próbowałam wziąć sobie jednego. Mogłoby się okazać, że są z tektury albo styropianu. Wolałam poczekać, aż modliszkopodobny stwór w cylindrze przyniesie mi te ciastka, które raczej były prawdziwe. W końcu przeskakując po meblach przedostał się z nimi na stół, postawił jedną paterę obok drugiej. Patrząc jak przemyka po blacie, zastanawiałam się, czy jest prawdziwy. To znaczy – materialny. Też był z mgły, jak Kiri?
- Sprawdź.
No to sprawdziłam. Dotknęłam jednego z szybko przebierających odnóży, kiedy modliszkowaty przechodził po stole blisko mnie. Poczułam bardzo twardą, lekko chropowatą chitynę. W duchu odetchnęłam z ulgą. Chyba bym zwariowała, gdyby otaczały mnie same duchy.
A może już zwariowałam?
- Czegoś jeszcze sobie życzysz, panno Maddigan? - spytał stwór – Herbatki może? Mamy tu bardzo dobrą, jaśminową.
- Poproszę – westchnęłam. Potarłam ręką czoło. On znał moje imię? Czy to było coś jak sen?
Spytałam go o to, zanim jeszcze odszedł na drugi koniec kuchni, bo nie miałam ochoty krzyczeć. Odwrócił się i przez tę krótką chwilę miałam wrażenie, że patrzy na mnie jak na inteligentną inaczej.
- No jak mógłbym cię nie znać… Przecież to twój dom.
- A w takim razie jak ty się nazywasz?
- Hiss. I bardzo mi miło, że w końcu tu jesteś. Witamy w domu.
Cofnęłam się do drzwi wejściowych. Znów minęłam portret starszej damy, obrzucając go obojętnym spojrzeniem. A przynajmniej obojętnym do momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że chyba obraz się zmienił. Widziałam go niby tylko przez chwilę, ale raczej zwróciłabym uwagę, gdyby już wówczas kobieta na obrazie miała na twarzy wyraz takiej irytacji i dezaprobaty. Brwi unosiły się jakby uprzedzając mający nastąpić za chwilę wybuch gniewu, usta wykrzywiał nieprzyjemny grymas.
- Ja też cię nie lubię – miałam ochotę powiedzieć, jednak zdołałam przezornie ugryźć się w język. Wcale nie byłabym tak bardzo zdziwiona, gdyby dama z portetu mi odpowiedziała, używając przy tym słów, które do damy już raczej by nie pasowały.
Za drzwiami, które wcześniej znajdowały się po mojej lewej stronie, był salon. Nie taki mały, ale biorąc pod uwagę wymiary tego domostwa, spodziewałam się raczej nieco bardziej przestronnego. Pierwsze rzuciło mi się w oczy to, że na środku pomieszczenia usunięto część paneli z podłogi. Odsłonięty fragment ziemi miał wymiary nieco większe niż metr na metr a w środku tego kwadratu wyrastało drzewo. Odruchowo powędrowałam wzrokiem wzdłuż pnia, ku górze. Salon nie miał zamkniętego sufitu, mniej więcej połowa powierzchni otwierała się na pomieszczenie piętro wyżej. Widziałam balustradę z ciemnego drewna, raczej prostą, uformowaną w łagodne obłe kształty. Z tej odległości mogłam się tylko domyślać, że jej szarawy odcień wziął się od grubych warstw kurzu. Gdzieś dalej widziałam kilka rzędów regałów. Trochę dziwiło mnie, że to pomieszczenie na piętrze, wyraźnie większe, było znacznie ciemniejsze od salonu. Nie było tam okien? Powinny znajdować się, podobnie jak w salonie na co najmniej dwóch ścianach. Jak tam w ogóle się dostać? Tu barierki, pozostałe dwa boki prostokąta tworzą ściany… No, schody w tym salonie raczej by się nie zmieściły.
- Spokojnie, jeszcze tam wejdziesz – mruknęła Kiri. To ciche mruknięcie zawisło w następującej po nim ciszy. Takim tonem jak na filmach, kiedy ten mądrzejszy i bardziej doświadczony bohater rzuca zagadkową uwagę, która później okazuje się mieć jakieś wielkie znaczenie. Konwencja nakazuje temu mniej doświadczonemu milczeć a ja w tym momencie nie miałam nic przeciwko temu. A wielkiego znaczenia nie oczekiwałam, bo i gdzie? Na piętrze musiały być drzwi, albo zwyczajne, albo kolejne ozdobione wyjątkowo szpetną gębą.
Znów spojrzałam na drzewo. Zauważyłam owoce, małe, obłe i szare, z niebieskawym odcieniem. Nie widziałam wcześniej takich, coś podpowiadało mi, że są jeszcze niedojrzałe.
- I oto jest właśnie drzewo poznania dobrego i złego – powiedziałam cierpko – Owoce gorzkie jak prawda i ironia.
- Gorzkie? - spytała Kiri a w jej oczach pojawiły się figlarne ogniki – Tak łatwo z góry osądzasz? Bez doświadczalnego zbadania? Nieładnie, Maddigan, nieładnie! Czego was tam uczą na tych wykładach o metodyce naukowej?
Jęknęłam i przewróciłam oczami. Nawet tu, w innym wymiarze, podświadomość musi mi przypominać o uczelni?! Nigdzie już chyba nie można mieć spokoju… Odpadam, wysiadam, bezpiecznik w mózgu powoli odmawia posłuszeństwa.
Obeszłam drzewo i klapnęłam na dość wysoką kanapę przykrytą kilkoma warstwami koców. Kiri podeszła bliżej i patrzyła na mnie pytająco. Przynajmniej tyle mogłam z tych lśniących czarnych oczek wyczytać.
- Poczekam aż dojrzeją – wyjaśniłam. Bo musiałam coś powiedzieć, czułam to, inaczej ja i Kiri pozostałybyśmy zawieszone w gęstniejącej ciszy. I żeby przerwać ten nieznośny kontakt wzrokowy, spojrzałam w bok, w kąt pokoju. W szybie wysokiego, smukłego kredensu zobaczyłam swoje odbicie. Mebel na dole miał szafkę, nad nią otwartą półkę, wszystko powyżej kryło się za oszklonymi drzwiczkami. I o ile na półce stał tylko krzywy aluminiowy świecznik z resztką świecy i lekko obtłuczony dzbanuszek, zawartość oszklonej części wydała mi się ciekawa. Zbliżyłam twarz do szyby. Dostrzegłam zamknięty jak statek w butelce kompletny szkielet szczura, obok słoik z mętną cieczą, w której pływały bezkształtne strzępy czegoś nieokreślonego. Nieco z tyłu leżały dwie uszyte z materiału laleczki, zaledwie kontury ludzkich sylwetek, koloru cielistego, bez żadnych rysów twarzy. Kolorowymi pinezkami przypięte do nich zostały małe wycinki różnych, zdawałoby się przypadkowych materiałów.
- Voodoo? - spytałam półgłosem. Kiri, która musiała chwilę wcześniej wspiąć się po kocach na kanapę i teraz stała na oparciu, potrząsnęła główką.
- Nie czujesz, że to martwe? Żadnej mocy w tym nie ma. Możesz co najwyżej wróble tym straszyć.
Nic nie czułam. Ani teraz ani w ogóle. Czego ona ode mnie oczekiwała? Że jak już tu jestem, włączy mi się jakiś szósty zmysł? Przykro mi, wiewióreczko, to chyba tak nie działa.
Gdyby Kiri bardziej przypominała postacie z kreskówek, teraz zapewne musiałaby ciężko westchnąć.
- Oczywiście, że działa, cały czas działa, ale ty nie zwracasz na to uwagi – w srebrnobiałym głosiku zabrzmiały niechęć i chłód – Masz cholernie zamknięty umysł. Nie wiem, skąd ci się to wzięło.
Zaśmiałam się, krótko, niewesoło.
- Widocznie świat zdążył mnie popsuć. Świat i ludzie. Społeczeństwo. Takie czasy widać, że bez wypaczenia przez życie się nie przejdzie.
- I ty się tak po prostu poddasz? - spytała z niedowierzaniem moja tulpa – Nie uwierzę w to. Maddigan, robiąca wszystko na przekór, nigdy się nie poddaje.
Spróbowałam się uśmiechnąć. W sumie rację miała. Nawet jeśli mówiła to celowo, żeby mnie sprowokować.
- Ale czy ja mówię, że się poddaję? - spytałam retorycznie, z rozmachem wstając z kanapy i odwracając się – Mówię tylko tyle, że żyjąc można się paskudną chorobą zarazić. A z paskudnej choroby zawsze można się wyleczyć.
Dałam kilka kroków naprzód, wykonując prawą ręką teatralny gest i zawadzając o jakąś niżej wiszącą ścianę drzewa.
- Przecież tu jesteśmy – ciągnęłam, wkładając w te słowa tyle entuzjazmu, ile zdołałam – W Matriksie. Pod tą świętą jabło… yyy… to znaczy pod tym świętym drzewem gatunku nieokreślonego… i zapewne nieistniejącego.
Przez krótką chwilę próbowałam zidentyfikować kształt liści, zrezygnowałam, znów chciałam spojrzec triumfalnie na Kiri i na swoje nieszczęście na chwilę zerknęłam do wnętrza oszklonej szafki. Teraz byłam dalej, ale i tak bez problemu zorientowałam się, że słoik zastąpiła pękata buteleczka z jakimś mocnym trunkiem barwy bursztynu, w butelce tkwił starannie wykonany model statku a w miejscu laleczek leżały dwie najeżone igłami i oplątane barwnymi strzępami nici poduszeczki. Ta nagła zmiana, podobnie jak każdy inny przejaw łamania praw natury byłby w tym momencie pozytywny, ale może nie tak z zaskoczenia. Nie żeby mimowolne zdziwienie całkiem wybiło mnie z rytmu.
Opuściłam ręce z rezygnacją. Dobra, na dzisiaj koniec patetycznych wystąpień. Może to wystarczy. Zresztą nie chodziło o przkonanie Kiri, tylko raczej samej siebie… chociaż czy to nie wychodziło na jedno?
Zerwałam liść z drzewa i powoli przeszłam w stronę drzwi, mijając stół przykryty położonym wyjątkowo krzywo, sięgającym z jednej strony podłogi, obrusem. Obracałam liść w palcach, próbując przypomnieć sobie, czy gdzieś wcześniej widziałam podobny, wydłużony, owalny, o brzegach wyciętych w szereg łagodnych półkoli.
Przeszłam do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza, które okazało się kuchnią. Na prawo od drzwi, pod oknami, mieścił się tylko stół, chyba nawet nieco mniejszy od tego w salonie. Z lewej strony pomieszczenie ciągnęło się znacznie dalej. Większą część powierzchni ścian zajmowały szafki i szafeczki, każda z innego kompletu. Sprawiały wrażenie, jakby dokładano je stopniowo w różnym czasie, starając się usilnie zmieścić w kurczącej się przestrzeni. Drzwiczki części z nich były otwarte, z niektórych różne przedmioty spadały na blaty poniżej, albo z braku miejsca na podłogę. Bałagan panował tu niemożebny. A ja naiwna byłam dotąd przekonana, że to ja nie potrafię na dłuższą metę utrzymać w kuchni porządku…
Idąc dalej, musiałam uważać na różnej barwy i rozmiaru kałuże, ominęłam rozsypany proszek o jadowicie pomarańczowym kolorze i szczątki chyba kilku stłuczonych talerzy. Kiedy mijałam zlew, z wiszącej nad nim zardzewiałej i powykrzywianej metalowej suszarki na naczynia spadła szklanka. Uderzyła w stertę naczyń leżących w zlewie i rozprysnęła się na kawałki. Miałam dziwne wrażenie, że to w jakiś sposób było zaplanowane, żeby spadła akurat, kiedy będę tuż obok.
Jakby w odpowiedzi coś zadudniło w jednej z szafek na dole, która akurat była częściowo uchylona.
- Cicho tam! - krzyknęło skrzekliwie z którejś innej szafki. Przebiegłam wzrokiem rząd pokrytych lepkimi plamami drzwiczek. Wydawało mi się, że w którejś szczelinie dostrzegam ruch. Może bym spróbowałam tam zajrzeć, ale poczułam, że tego wszystkiego jest tu za dużo. Ledwie ogarniałam wzrokiem to pobojowisko, nie wiedziałam, gdzie najpierw spojrzeć. A tu jeszcze coś musiało się gotować. Czy może w niewiadomym celu bulgotało w metalowych garnkach na staroświeckiej kaflowej kuchence na węgiel. Jakieś trzy mętne ciecze, trzy różne odcienie błotnistej brei. Gęsty opar unosił się do góry i ginął wsysany przez przypominający lejek okap. Od okapu odchodziła miękka aluminiowa rura, swoją lśniącą nowością odstająca od reszty wyposażenia kuchni.
Drzwiczki szafki najbliżej okapu nagle się otworzyły. Ze środka wyjrzał stwór podobny do modliszki, tylko kilkanaście razy większy. Miał na głowie wysoki cylinder z błyszczącego materiału, który na mój widok zdjął, aby się ukłonić.
- Witamy panienkę, witamy – powiedział stwór. Też się ukłoniłam. Czułam, że tak powinnam. Może nawet powinnam dygnąć, jak na panienkę przystało, tylko niestety nie miałam na sobie kiecki. Trudno.
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziałam. Nie bardzo wiedziałam, co innego miałam powiedzieć. Stwór otworzył sobie szerzej drzwiczki i zeskoczył w dół na blat, zastawiony już miskami, kartonowymi pudełkami po ryżu, pustymi słoikami i mnóstwem innych rzeczy. To nie mogło skończyć się dobrze. Z dość imponującym efektem akustycznym część rzeczy zmieniła lokalizację.
- Czy naprawdę nie mogę liczyć na trochę spokoju! - krzyknęło znów z którejś szafki. Przypominający modliszkę stwór, niezdarnie gramoląc się na nogi, lekceważąco machnął ręką. Czy raczej przednim odnóżem. Miał dwie pary odnóży krocznych i dwie pary czegoś, co przypominało ręce.
- Na niego nie zwracaj uwagi – powiedział. Przeszedł kawałek po blacie, unosząc wysoko odnóża i stawiając je ostrożnie pomiędzy naczyniami, opakowaniami i zaschniętymi resztkami czegoś, co wieki temu może nawet było jadalne. Przyglądając się temu, zauważyłam, że część opakowań była jeszcze fabrycznie zamknięta, niektóre wydawały się nowe, jakby świeżo przyniesione ze sklepu. Jak wyspa na morzu odpadów stała tam plastikowa patera z kruchymi ciastkami. Zawahałam się. Niby wyglądały w porządku, ale w końcu to nic pewnego.
- I czego się boisz?
Drgnęłam, słysząc w głowie ten głos. Kiri tu za mną przyszła? Nawet tego nie zauważyłam.
- Spokojnie, spróbuj. Tutaj nie grozi ci astralne zatrucie. Ani astralna sraczka.
Miło.
Sięgnęłam ręką po ciastko, ale ono w ostatniej chwili umknęło spod mojej dłoni. Uniosłam brwi. Zobaczyłam, że inne ciastko, leżące przy brzegu patery także zaczyna się poruszać. Kiedy przyjrzałam się temu uważniej, zobaczyłam, że ciastka zyskały nóżki.
- Hej, Dudu! - krzyknął na ten widok modliszkowaty stwór – Zrób coś z tymi mrówkami, bo wszystko stąd wyniosą!
Chwycił próbujące uciekać ciastka i wtedy mogłam już się przekonać, że niosły je mrówki. Tylko te mrówki były wielkości myszy. W takiej skali mogłam dokładnie zobaczyć porastające ich chitynowy pancerzyk drobne włoski i to, że odwłok miały segmentowany. Pozbawione zdobyczy mrówki przez krótką chwilę kręciły się wśród śmieci, w końcu uciekły spłoszone, kiedy modliszkowaty niecierpliwie zatupał odnóżami. Tymczasem z szafki na dole wypadło krępe stworzenie porośnięte brunatnymi kudłami, spomiędzy których błyszczała para oczu i wystawały dwa karykaturalnie kwadratowe zęby.
- Już się robi – wysapało. Odwróciło się, otworzyło drzwiczki innej szafki i gorączkowo zaczęło w niej grzebać.
- No, proszę się nie krępować, panienko – odezwał się modliszkowaty – Proszę się częstować. Albo proszę usiąść przy stole. Tutaj tak trochę nie ma miejsca.
Zamaszystym gestem wskazał rupiecie na blacie wokół siebie. W myślach przyznałam mu rację.
Ruszyłam w stronę stołu. Czułam na sobie spojrzenia co najmniej kilku par oczu, nie licząc Kiri, która jakimś sposobem znalazła się na blacie i podążała za mną wzdłuż jego krawędzi. Za uchylonymi drzwiczkami szafek coś się poruszało, grzechotały potrącane naczynia, pazurki chrobotały po drewnie.
Na stole, który wcześniej był pusty, stała teraz podobna plastikowa patera, na tej leżało kilka zielonych jabłek. Z bliska wydawały mi się sztuczne, jakby wklejone w oglądany przeze mnie obraz. Nawet nie próbowałam wziąć sobie jednego. Mogłoby się okazać, że są z tektury albo styropianu. Wolałam poczekać, aż modliszkopodobny stwór w cylindrze przyniesie mi te ciastka, które raczej były prawdziwe. W końcu przeskakując po meblach przedostał się z nimi na stół, postawił jedną paterę obok drugiej. Patrząc jak przemyka po blacie, zastanawiałam się, czy jest prawdziwy. To znaczy – materialny. Też był z mgły, jak Kiri?
- Sprawdź.
No to sprawdziłam. Dotknęłam jednego z szybko przebierających odnóży, kiedy modliszkowaty przechodził po stole blisko mnie. Poczułam bardzo twardą, lekko chropowatą chitynę. W duchu odetchnęłam z ulgą. Chyba bym zwariowała, gdyby otaczały mnie same duchy.
A może już zwariowałam?
- Czegoś jeszcze sobie życzysz, panno Maddigan? - spytał stwór – Herbatki może? Mamy tu bardzo dobrą, jaśminową.
- Poproszę – westchnęłam. Potarłam ręką czoło. On znał moje imię? Czy to było coś jak sen?
Spytałam go o to, zanim jeszcze odszedł na drugi koniec kuchni, bo nie miałam ochoty krzyczeć. Odwrócił się i przez tę krótką chwilę miałam wrażenie, że patrzy na mnie jak na inteligentną inaczej.
- No jak mógłbym cię nie znać… Przecież to twój dom.
- A w takim razie jak ty się nazywasz?
- Hiss. I bardzo mi miło, że w końcu tu jesteś. Witamy w domu.





