29-08-2017, 02:52
Dzień 2
Dom nie był tak zniszczony, jak wydawał się z daleka. To wrażenie brało się stąd, że z daleka nie dało się zobaczyć szczegółów tej oryginalnej konstrukcji. Dom był z desek, przynajmniej w zewnętrznej warstwie, pomalowanych na wysokości parteru na kolor zaschniętej krwi. Oczywiście żadna z desek nie była wycięta równo, grubość zmieniała się, chociaż tak je mniej więcej ułożono, że jakoś wzajemnie się dopasowywały. Jakoś. Okna wstawione były PRAWIE równo. Trudno byłoby zrobić to lepiej, skoro dolna krawędź jeszcze była umownie prostopadła do bocznych, a boki u góry już znacznie różniły się długością, wymuszając dziwny kąt górnej krawędzi, na której czasem pojawiało się dodatkowe załamanie, dając w efekcie wyjątkowo nieforemny pięciokąt lub sześciokąt. Drzwi, którym poprzednim razem zdołałam przyjrzeć się wyraźniej, były nieco szersze u góry, miały też wcięcie, pasujące do trójkąta tworzonego przez górną futrynę. Nad drzwiami daszek, owoc przekory będącej samym w sobie celem – też wklęsły w środku, choć pod nieco innym kątem, tak, żeby w czasie deszczu środkiem ciekła struga, zmuszająca wchodzących lub wychodzących do omijania jej łukiem.
Wtedy widziałam tylko front, teraz mogłam obejść z każdej strony nieregularną bryłę domu. Powinno wystarczyć mi czasu. I nie dam się, tym razem nie pozwolę, żeby połączenie się przerwało.
Bryła na parterze była jeszcze w miarę zwarta. Wyżej było już różnie, cały dom zdawał się pączkować przybudówkami, zabudowanymi balkonami, dodatkowymi pomieszczeniami na planie nieregularnych wielkokątów i krzywymi wieżyczkami. Wszystko z zewnątrz drewniane, w niektórych miejscach rzeźbione, głównie w proste ludowe motywy. Stan desek wskazywał, że różne części domu musiały powstawać w różnym czasie.
- Zajrzysz w końcu do środka? - srebrnobiały głos, odwnętrzny, gdzieś z głębi umysłu. Mogłam się niby spodziewać, ale i tak lekko się wzdrygnęłam.
- Możesz zrobić się widzialna? - poprosiłam. I najlepiej żeby nie mówiła ze środka mojego mózgu, ale pewnie to byłby już zbytek łaski.
Przeszłam dalej wzdłuż ściany. Kiedy znalazłam się pod kolejnym krzywym oknem, odruchowo sięgnęłam do parapetu. I natychmiast musiałam cofnąć rękę, kiedy poczułam coś śliskiego i tłustego.ie Nie krzyknęłam z obrzydzenia, przed tym skutecznie się powstrzymałam. W końcu to wszystko nie jest prawdziwe… no, przynajmniej w pewnym sensie.
- TUTAJ jest prawdziwe! - powiedziała moja tulpa z wyraźnym naciskiem. Już była w postaci wiewiórki, pewnie sama stwierdziła, że to korzystne. Przynajmniej mogła na mnie spojrzeć z wyrzutem.
- Wchodzisz? - spytała – Bo znów nie zdążysz zanim połączenie się zerwie.
- Nie zerwie się – oznajmiłam buntowniczo. Ostatecznie znów tu byłam. W Matriksie. Czy też może w wymiarze astralnym, mentalnym, czy jakims tam jeszcze. Co stało na przeszkodzie, żeby w razie potrzeby dostać się tu po raz kolejny? Ktoś zabraniał? To niech mnie powstrzyma!
Jednak się cofnęłam. Nie z obawy o połączenie, ale już z czystej ciekawości. I może lekkiej niechęci do przedzierania się przez krzaki, które tam dalej musiały rosnąć już prawie przy samych ścianach. Dotarłam do drzwi. Z wahaniem przyglądałam się gałce z ciemnoszarego ze starości metalu, nie mając ochoty jej dotknąć. Gałka wyrzeźbiona była na kształt mordy, w dodatku potwornie odpychającej. Zupełnie jakby jakiś szalony genetyk pomieszał komórki macierzyste psa, niedźwiedzia i diabła, stworzył zarodek a potem, zamiast rozsądnie przerwać eksperyment, pozwolił tej nieszczęsnej istocie się rozwinąć.
- No co? - wiewiórka powoli traciła cierpliwość – Przecież cię nie ugryzie.
Patrząc na starannie odwzorowane w ciemnym metalu zęby nie byłabym tego taka pewna. W końcu przemogłam się i otworzyłam drzwi. W szczelinie zobaczyłam ciemność. I bynajmniej nie mam tu na myśli, że wewnątrz domostwa panował mrok. Była to taka absolutna czerń, jaką widywałam dawniej w grach komputerowych, kiedy bohater zbliżał się do drzwi, a one zaczynały się uchylać. Pomyślałam, że dla lepszego efektu, te też powinny otworzyć się same, kiedy do nich podeszłam. I wcale nie miało to nic wspólnego z niechęcią do tej wyrzeźbionej mordy… no, może troche.
- Może jakbyś poprosiła…
- Przestań czytać mi w myślach! - krzyknęłam – A medytować przed drzwiami nie mam najmniejszej ochoty.
Dałam krok do przodu, wprost w gęsty mrok, na oślep, byle tylko ta uparta wiewiórka z mojego umysłu nie pomyślała sobie, że się boję. I oczywiście, kiedy poczułam jak powietrze wokół mnie zagęszcza się i robi zimne a coś zaczyna mnie wsysać w głąb, naprawdę zaczęłam się bać.
Jednak i tym razem nie umarłam, na razie miałam szczęście. Szczęście początkującego jak ktoś pisał. Coelho bodajże czy jakiś inny pretensjonalny filozof.
Znalazłam się w korytarzu znacznie mniej ciemnym niż mogłam się spodziewać, kiedy stałam pod tymi drzwiami. Było mniej więcej tak, jak należałoby się spodziewać za dnia w domu, ale coś mnie niepokoiło. Coś bliżej nieokreślonego. Przyjrzałam się podłodze z szerokich desek. Drewno miało rudawy kolor. Po obu stronach miałam drzwi, przede mną, nieco na prawo widziałam schody, z nieco jaśniejszego drewna niż podłoga. Kiedy dałam parę kroków w głąb, deski zaskrzypiały mi pod nogami. I natychmiast, jakby w odpowiedzi coś zahurgotało w ścianach.
Nawiedzony dom? Jeśli tak, to trochę lipa, skoro to ujawniło się już na samym początku. Żadnych niespodzianek.
Obejrzałam się, czy biała wiewiórka nadal mi towarzyszy. Wolałam sama nie zapuszczać się dalej.
- Jestem – zapewnił mnie głos w głowie. Kątem oka widziałam, jak białe stworzenie przebiega koło mojej lewej nogi.
Kiedy uniosłam nieco wzrok, napotkałam spojrzenie surowej starszej damy z obrazu w ozdobnej ramie. Miała na sobie wytworną, biało-szkarłatną suknię. Zaraz, jak na to mówili? Styl wiktoriański? Mniejsza z tym. Nigdy mnie to nie isteresowało i do niczego nie było potrzebne.
Minęłam chyba-wiktoriańską damę, idąc dalej. Po lewej stronie miałam kolejne drzwi, a obok przed nimi… Cholera, tego małego stoliczka tu wcześniej nie było! Przecież rzuciłam okiem w głąb, jak tylko tu weszłam.
- A czy to ma jakieś znaczenie?
Słysząc ten srebrny głosi z domieszką błękitu, wzięłam głęboki oddech. Spojrzałam na wiewiórkę, zastanawiając się, czy tutaj zabijanie wzrokiem jest możliwe w sensie dosłownym. I oczywiście gdy na nią spojrzałam, musiała jak na złość nasunąć się zupełnie inna myśl. Może nie tak całkiem inna, bo jakoś chciałam się do tej tulpy zwrócić. I zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak.
- Jako część mnie masz jakieś imię? - spytałam. Złość chwilowo odpłynęła, co niezbyt mi się podobało. No cóż, trudno. Znajdzie się pewnie inna okazja to się na nią wkurzę.
- Cóż, ludzie nadają swoim tulpom różne imiona – wyjaśniła – Wymyśl coś.
To było dziwne. Nie musiałam się zastanawiać, bo wiedziałam od razu, jak mam ją nazywać. Kiri. To przyszło samo. Mimowolne słowo w moim mózgu. Słowo bez głosu. I nawet chyba nikt nie musiał wleźć mi do mózgu.
- Kiri – powiedziałam. Nie wiedziałam, jakiej reakcji oczekuję. A ona tylko przymknęła oczy i nieznacznie skinęła głową. Wiedziała w jaki sposób to imię przyszło do mnie? Dlaczego u licha manifestacja mojego umysłu musiała mieć postać wiewiórki?! Żebym nie mogła nic wyczytać z jej miny? Ten dziwny świat chyba na złość mi robił.
Podeszłam do stolika. Może on był niematerialny, tak jak Kiri?
Uśmiechnęłam się. Zadanie dla szalonego naukowca. Będę jak ta babka z filmu Camerona, tego, w którym grupa badaczy siedziała w stacji na dnie oceanu. Ciekawość przezwycięży obawy i dotknę draństwa. Może nawet ręki nie stracę.
No i nie straciłam. A stolik okazał się zwyczajnym lakierowanym drewnem.
Stąd, gdzie stałam, mogłam widzieć znajdującą się za uchylonymi drzwiami łazienkę. Pchnęłam drzwi, otwierając je szerzej. Rzuciłam okiem na błękitne kafelki na ścianie, popękane, czy może bardziej rozsadzone od środka. Gigantyczne korniki z potworną siłą torowały sobie drogę wewnątrz ściany? Obok umywalki, nieco poniżej, z jednej z dziur w ścianie sączyła się woda, widocznie uszkodzona została jakaś rura. Strużka spływała od dość dawna, bo w tym miejscu na kafelkach był rdzawy zaciek, znaczący trasę tego strumyka aż do podłogi, w którą woda najzwyczajniej w świecie wnikała.
Pomyślałam, że może tak jest lepiej, bo inaczej cała łazienka zostałaby dawno zalana, wraz ze sporym i fragmentem korytarza.
Sporo miejsca zajmowała narożna wanna. Wypełniona była ciemną wodą na powierzchni której zebrała się prawie zwarta warstwa rzęsy, poprzetykana gdzieniegdzie większymi roślinami. Niektóre z nich kwitły na biało i żółto. W miejscu, gdzie w kożuchu rzęsy była wyrwa, na powierzchnię wypłynęły pęcherzyki powietrza. A zaraz za nimi wynurzyło się siedem oczu, stopniowo unosząc się na szypułkach. Tym razem szalony naukowiec przegrał. Odskoczyłam w tył, wydając z siebie stłumiony, nieartykułowany dźwięk. Stworzenie w wannie nie wynurzyło się całe, tylko te oczy na szypułkach straszyły. A na pewno było to jedno ciało, tego mogłam być pewna. Pod wodą widziałam bliżej nieokreślony, owalny kształt.
- Nic ci nie zrobię – bąknęłam. Oczywiście przybyłam w pokojowych zamiarach, dobre zwierzątko, nie rzucaj się na panią…
Cokolwiek to było, na szczęście nie zamierzało atakować. Zanurzyło się nieco głębiej, ale oczy nadal łypały podejrzliwie. Nie, tego nie dotknę. A przynajmniej nie teraz, poprawił mój wewnętrzny szalony naukowiec.
Bo nie po to siedziałam w tym całym Matriksie, żeby się czegoś bać. Przecież nic tu nie mogło się stać, nawet jak na pierwszy rzut oka coś wyglądało upiornie. To jest nieprawdziwe. Jak Kiri. Wszystko jest tu absolutnie bezpieczne, a ona nie mogła tak mnie okłamać, prawda?
Zamierzałam podejść do okna i wyjrzeć, ale zanim zmusiłam ciało do wprowadzenia myśli w czyn, klapa zamkniętego sedesu stojącego w kącie gwałtownie podskoczyła i z wnętrza wystrzeliła bordowa macka, grubsza od mojej ręki. Sięgnęła do wanny i przez chwilę pomyślałam, że zaraz złapie tego stwora z mnóstwem oczu, ten jednak szybko zanurkował. Macka zaurzyła się i po chwili cofnęła, owijając niezdrowo białą rybę. Potem tak samo szybko jak się wysunęła, wróciła wraz ze zdobyczą do sedesu, rozpryskując przy tym wodę. Brrrr!
- Smacznego – mruknęłam.
[ciąg dalszy nastąpi]
Dom nie był tak zniszczony, jak wydawał się z daleka. To wrażenie brało się stąd, że z daleka nie dało się zobaczyć szczegółów tej oryginalnej konstrukcji. Dom był z desek, przynajmniej w zewnętrznej warstwie, pomalowanych na wysokości parteru na kolor zaschniętej krwi. Oczywiście żadna z desek nie była wycięta równo, grubość zmieniała się, chociaż tak je mniej więcej ułożono, że jakoś wzajemnie się dopasowywały. Jakoś. Okna wstawione były PRAWIE równo. Trudno byłoby zrobić to lepiej, skoro dolna krawędź jeszcze była umownie prostopadła do bocznych, a boki u góry już znacznie różniły się długością, wymuszając dziwny kąt górnej krawędzi, na której czasem pojawiało się dodatkowe załamanie, dając w efekcie wyjątkowo nieforemny pięciokąt lub sześciokąt. Drzwi, którym poprzednim razem zdołałam przyjrzeć się wyraźniej, były nieco szersze u góry, miały też wcięcie, pasujące do trójkąta tworzonego przez górną futrynę. Nad drzwiami daszek, owoc przekory będącej samym w sobie celem – też wklęsły w środku, choć pod nieco innym kątem, tak, żeby w czasie deszczu środkiem ciekła struga, zmuszająca wchodzących lub wychodzących do omijania jej łukiem.
Wtedy widziałam tylko front, teraz mogłam obejść z każdej strony nieregularną bryłę domu. Powinno wystarczyć mi czasu. I nie dam się, tym razem nie pozwolę, żeby połączenie się przerwało.
Bryła na parterze była jeszcze w miarę zwarta. Wyżej było już różnie, cały dom zdawał się pączkować przybudówkami, zabudowanymi balkonami, dodatkowymi pomieszczeniami na planie nieregularnych wielkokątów i krzywymi wieżyczkami. Wszystko z zewnątrz drewniane, w niektórych miejscach rzeźbione, głównie w proste ludowe motywy. Stan desek wskazywał, że różne części domu musiały powstawać w różnym czasie.
- Zajrzysz w końcu do środka? - srebrnobiały głos, odwnętrzny, gdzieś z głębi umysłu. Mogłam się niby spodziewać, ale i tak lekko się wzdrygnęłam.
- Możesz zrobić się widzialna? - poprosiłam. I najlepiej żeby nie mówiła ze środka mojego mózgu, ale pewnie to byłby już zbytek łaski.
Przeszłam dalej wzdłuż ściany. Kiedy znalazłam się pod kolejnym krzywym oknem, odruchowo sięgnęłam do parapetu. I natychmiast musiałam cofnąć rękę, kiedy poczułam coś śliskiego i tłustego.ie Nie krzyknęłam z obrzydzenia, przed tym skutecznie się powstrzymałam. W końcu to wszystko nie jest prawdziwe… no, przynajmniej w pewnym sensie.
- TUTAJ jest prawdziwe! - powiedziała moja tulpa z wyraźnym naciskiem. Już była w postaci wiewiórki, pewnie sama stwierdziła, że to korzystne. Przynajmniej mogła na mnie spojrzeć z wyrzutem.
- Wchodzisz? - spytała – Bo znów nie zdążysz zanim połączenie się zerwie.
- Nie zerwie się – oznajmiłam buntowniczo. Ostatecznie znów tu byłam. W Matriksie. Czy też może w wymiarze astralnym, mentalnym, czy jakims tam jeszcze. Co stało na przeszkodzie, żeby w razie potrzeby dostać się tu po raz kolejny? Ktoś zabraniał? To niech mnie powstrzyma!
Jednak się cofnęłam. Nie z obawy o połączenie, ale już z czystej ciekawości. I może lekkiej niechęci do przedzierania się przez krzaki, które tam dalej musiały rosnąć już prawie przy samych ścianach. Dotarłam do drzwi. Z wahaniem przyglądałam się gałce z ciemnoszarego ze starości metalu, nie mając ochoty jej dotknąć. Gałka wyrzeźbiona była na kształt mordy, w dodatku potwornie odpychającej. Zupełnie jakby jakiś szalony genetyk pomieszał komórki macierzyste psa, niedźwiedzia i diabła, stworzył zarodek a potem, zamiast rozsądnie przerwać eksperyment, pozwolił tej nieszczęsnej istocie się rozwinąć.
- No co? - wiewiórka powoli traciła cierpliwość – Przecież cię nie ugryzie.
Patrząc na starannie odwzorowane w ciemnym metalu zęby nie byłabym tego taka pewna. W końcu przemogłam się i otworzyłam drzwi. W szczelinie zobaczyłam ciemność. I bynajmniej nie mam tu na myśli, że wewnątrz domostwa panował mrok. Była to taka absolutna czerń, jaką widywałam dawniej w grach komputerowych, kiedy bohater zbliżał się do drzwi, a one zaczynały się uchylać. Pomyślałam, że dla lepszego efektu, te też powinny otworzyć się same, kiedy do nich podeszłam. I wcale nie miało to nic wspólnego z niechęcią do tej wyrzeźbionej mordy… no, może troche.
- Może jakbyś poprosiła…
- Przestań czytać mi w myślach! - krzyknęłam – A medytować przed drzwiami nie mam najmniejszej ochoty.
Dałam krok do przodu, wprost w gęsty mrok, na oślep, byle tylko ta uparta wiewiórka z mojego umysłu nie pomyślała sobie, że się boję. I oczywiście, kiedy poczułam jak powietrze wokół mnie zagęszcza się i robi zimne a coś zaczyna mnie wsysać w głąb, naprawdę zaczęłam się bać.
Jednak i tym razem nie umarłam, na razie miałam szczęście. Szczęście początkującego jak ktoś pisał. Coelho bodajże czy jakiś inny pretensjonalny filozof.
Znalazłam się w korytarzu znacznie mniej ciemnym niż mogłam się spodziewać, kiedy stałam pod tymi drzwiami. Było mniej więcej tak, jak należałoby się spodziewać za dnia w domu, ale coś mnie niepokoiło. Coś bliżej nieokreślonego. Przyjrzałam się podłodze z szerokich desek. Drewno miało rudawy kolor. Po obu stronach miałam drzwi, przede mną, nieco na prawo widziałam schody, z nieco jaśniejszego drewna niż podłoga. Kiedy dałam parę kroków w głąb, deski zaskrzypiały mi pod nogami. I natychmiast, jakby w odpowiedzi coś zahurgotało w ścianach.
Nawiedzony dom? Jeśli tak, to trochę lipa, skoro to ujawniło się już na samym początku. Żadnych niespodzianek.
Obejrzałam się, czy biała wiewiórka nadal mi towarzyszy. Wolałam sama nie zapuszczać się dalej.
- Jestem – zapewnił mnie głos w głowie. Kątem oka widziałam, jak białe stworzenie przebiega koło mojej lewej nogi.
Kiedy uniosłam nieco wzrok, napotkałam spojrzenie surowej starszej damy z obrazu w ozdobnej ramie. Miała na sobie wytworną, biało-szkarłatną suknię. Zaraz, jak na to mówili? Styl wiktoriański? Mniejsza z tym. Nigdy mnie to nie isteresowało i do niczego nie było potrzebne.
Minęłam chyba-wiktoriańską damę, idąc dalej. Po lewej stronie miałam kolejne drzwi, a obok przed nimi… Cholera, tego małego stoliczka tu wcześniej nie było! Przecież rzuciłam okiem w głąb, jak tylko tu weszłam.
- A czy to ma jakieś znaczenie?
Słysząc ten srebrny głosi z domieszką błękitu, wzięłam głęboki oddech. Spojrzałam na wiewiórkę, zastanawiając się, czy tutaj zabijanie wzrokiem jest możliwe w sensie dosłownym. I oczywiście gdy na nią spojrzałam, musiała jak na złość nasunąć się zupełnie inna myśl. Może nie tak całkiem inna, bo jakoś chciałam się do tej tulpy zwrócić. I zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak.
- Jako część mnie masz jakieś imię? - spytałam. Złość chwilowo odpłynęła, co niezbyt mi się podobało. No cóż, trudno. Znajdzie się pewnie inna okazja to się na nią wkurzę.
- Cóż, ludzie nadają swoim tulpom różne imiona – wyjaśniła – Wymyśl coś.
To było dziwne. Nie musiałam się zastanawiać, bo wiedziałam od razu, jak mam ją nazywać. Kiri. To przyszło samo. Mimowolne słowo w moim mózgu. Słowo bez głosu. I nawet chyba nikt nie musiał wleźć mi do mózgu.
- Kiri – powiedziałam. Nie wiedziałam, jakiej reakcji oczekuję. A ona tylko przymknęła oczy i nieznacznie skinęła głową. Wiedziała w jaki sposób to imię przyszło do mnie? Dlaczego u licha manifestacja mojego umysłu musiała mieć postać wiewiórki?! Żebym nie mogła nic wyczytać z jej miny? Ten dziwny świat chyba na złość mi robił.
Podeszłam do stolika. Może on był niematerialny, tak jak Kiri?
Uśmiechnęłam się. Zadanie dla szalonego naukowca. Będę jak ta babka z filmu Camerona, tego, w którym grupa badaczy siedziała w stacji na dnie oceanu. Ciekawość przezwycięży obawy i dotknę draństwa. Może nawet ręki nie stracę.
No i nie straciłam. A stolik okazał się zwyczajnym lakierowanym drewnem.
Stąd, gdzie stałam, mogłam widzieć znajdującą się za uchylonymi drzwiami łazienkę. Pchnęłam drzwi, otwierając je szerzej. Rzuciłam okiem na błękitne kafelki na ścianie, popękane, czy może bardziej rozsadzone od środka. Gigantyczne korniki z potworną siłą torowały sobie drogę wewnątrz ściany? Obok umywalki, nieco poniżej, z jednej z dziur w ścianie sączyła się woda, widocznie uszkodzona została jakaś rura. Strużka spływała od dość dawna, bo w tym miejscu na kafelkach był rdzawy zaciek, znaczący trasę tego strumyka aż do podłogi, w którą woda najzwyczajniej w świecie wnikała.
Pomyślałam, że może tak jest lepiej, bo inaczej cała łazienka zostałaby dawno zalana, wraz ze sporym i fragmentem korytarza.
Sporo miejsca zajmowała narożna wanna. Wypełniona była ciemną wodą na powierzchni której zebrała się prawie zwarta warstwa rzęsy, poprzetykana gdzieniegdzie większymi roślinami. Niektóre z nich kwitły na biało i żółto. W miejscu, gdzie w kożuchu rzęsy była wyrwa, na powierzchnię wypłynęły pęcherzyki powietrza. A zaraz za nimi wynurzyło się siedem oczu, stopniowo unosząc się na szypułkach. Tym razem szalony naukowiec przegrał. Odskoczyłam w tył, wydając z siebie stłumiony, nieartykułowany dźwięk. Stworzenie w wannie nie wynurzyło się całe, tylko te oczy na szypułkach straszyły. A na pewno było to jedno ciało, tego mogłam być pewna. Pod wodą widziałam bliżej nieokreślony, owalny kształt.
- Nic ci nie zrobię – bąknęłam. Oczywiście przybyłam w pokojowych zamiarach, dobre zwierzątko, nie rzucaj się na panią…
Cokolwiek to było, na szczęście nie zamierzało atakować. Zanurzyło się nieco głębiej, ale oczy nadal łypały podejrzliwie. Nie, tego nie dotknę. A przynajmniej nie teraz, poprawił mój wewnętrzny szalony naukowiec.
Bo nie po to siedziałam w tym całym Matriksie, żeby się czegoś bać. Przecież nic tu nie mogło się stać, nawet jak na pierwszy rzut oka coś wyglądało upiornie. To jest nieprawdziwe. Jak Kiri. Wszystko jest tu absolutnie bezpieczne, a ona nie mogła tak mnie okłamać, prawda?
Zamierzałam podejść do okna i wyjrzeć, ale zanim zmusiłam ciało do wprowadzenia myśli w czyn, klapa zamkniętego sedesu stojącego w kącie gwałtownie podskoczyła i z wnętrza wystrzeliła bordowa macka, grubsza od mojej ręki. Sięgnęła do wanny i przez chwilę pomyślałam, że zaraz złapie tego stwora z mnóstwem oczu, ten jednak szybko zanurkował. Macka zaurzyła się i po chwili cofnęła, owijając niezdrowo białą rybę. Potem tak samo szybko jak się wysunęła, wróciła wraz ze zdobyczą do sedesu, rozpryskując przy tym wodę. Brrrr!
- Smacznego – mruknęłam.
[ciąg dalszy nastąpi]





