18-08-2017, 17:49
# Mało zapamiętane, głównie pojedyncze sceny
Siedziałam teoretycznie, według scenariusza w lesie. Naprawdę nie było to tak daleko od drogi biegnącej obok tego lasu i od stojącego przy drodze domu z żółtymi ścianami.
Siedziałam na fotelu za rogiem tego domu. Za plecami miałam ogrodzenie. Przy dłuższej ścianie domu, obok mnie, rozciągnięty był sznur. Pod tym sznurem, wzdłuż niego, biegli mężczyźni, jeden z toporkiem, drugi z siekierą. Ten z siekierą był niewidomy i był raczej pozytywnym bohaterem. Mężczyźni biegli z przeciwnych stron i kiedy mijali się w połowie drogi, mogli próbować nawzajem się zabić. Miałam nadzieję za którymś razem, że ten dobry zabije złego, skoro siekiera była dłuższa. Jednak w końcu to on oberwał. Z toporkiem wbitym w mostek zaczął się zataczać. Kiedy znalazł się blisko, z koców i szmat zrobiłam coś w rodzaju barykady. Nie chciałam, żeby umierający sięgnął do mnie i zorientował się, że ktoś tu jest. Jak umarł, zaczęłam się zastanawiać, jakie konsekwencje grożą ukrywającym się świadkom morderstwa.
Jak już przestałam kryć się za domem i między drzewami, zobaczyłam, że jakiś człowiek w improwizowanym laboratorium chemicznym miesza kolorowe roztwory. Pokazał mi potem trzy cylindryczne naczynia że swoim nowym wynalazkiem. W każdym słoiku były jakby dwie warstwy lekko żółtawej cieczy z zawieszonym fioletowym pyłem. Warstwy nie były oddzielone w pionie jak w przypadku oleju i wody, ale w jakiś sposób obok siebie, dzieląc naczynie na pół. W kontakcie z moczem czy innymi płynami fizjologicznymi ciecz miała się zabarwiać. Efekt miał być znacznie wyraźniejszy w przypadku próbek od kobiet w ciąży. Wzięłam trzy słoiczki i zabrałam ze sobą do lasu. Postawiłam to przetestować. Trochę żałowałam, że nie ma obok jakiejś kobiety w ciąży bo wtedy mogłabym zaobserwować pełne działanie tych roztworów. Potem stwierdziłam, że chociaż kontrola negatywna będzie.
Siedziałam teoretycznie, według scenariusza w lesie. Naprawdę nie było to tak daleko od drogi biegnącej obok tego lasu i od stojącego przy drodze domu z żółtymi ścianami.
Siedziałam na fotelu za rogiem tego domu. Za plecami miałam ogrodzenie. Przy dłuższej ścianie domu, obok mnie, rozciągnięty był sznur. Pod tym sznurem, wzdłuż niego, biegli mężczyźni, jeden z toporkiem, drugi z siekierą. Ten z siekierą był niewidomy i był raczej pozytywnym bohaterem. Mężczyźni biegli z przeciwnych stron i kiedy mijali się w połowie drogi, mogli próbować nawzajem się zabić. Miałam nadzieję za którymś razem, że ten dobry zabije złego, skoro siekiera była dłuższa. Jednak w końcu to on oberwał. Z toporkiem wbitym w mostek zaczął się zataczać. Kiedy znalazł się blisko, z koców i szmat zrobiłam coś w rodzaju barykady. Nie chciałam, żeby umierający sięgnął do mnie i zorientował się, że ktoś tu jest. Jak umarł, zaczęłam się zastanawiać, jakie konsekwencje grożą ukrywającym się świadkom morderstwa.
Jak już przestałam kryć się za domem i między drzewami, zobaczyłam, że jakiś człowiek w improwizowanym laboratorium chemicznym miesza kolorowe roztwory. Pokazał mi potem trzy cylindryczne naczynia że swoim nowym wynalazkiem. W każdym słoiku były jakby dwie warstwy lekko żółtawej cieczy z zawieszonym fioletowym pyłem. Warstwy nie były oddzielone w pionie jak w przypadku oleju i wody, ale w jakiś sposób obok siebie, dzieląc naczynie na pół. W kontakcie z moczem czy innymi płynami fizjologicznymi ciecz miała się zabarwiać. Efekt miał być znacznie wyraźniejszy w przypadku próbek od kobiet w ciąży. Wzięłam trzy słoiczki i zabrałam ze sobą do lasu. Postawiłam to przetestować. Trochę żałowałam, że nie ma obok jakiejś kobiety w ciąży bo wtedy mogłabym zaobserwować pełne działanie tych roztworów. Potem stwierdziłam, że chociaż kontrola negatywna będzie.





