08-08-2017, 16:30
Jestem w Nowym Jorku, chociaż tak wcale nie wygląda, nie jest to bynajmniej znane mi miejsce. Idę zatłoczonym placem. Wchodzę do nowo odbudowanej wieży World Trade Center. Na parterze jest apteka. Myślę sobie, że wypadało by coś kupić (ciekawe po co?). Aptekarka pyta się mnie najpierw po polsku i po angielsku, co podać. Jestem pewien, że to Polka. Odpowiadam, że chcę aspirynę. Tak na prawdę to nie wiem po co mi aspiryna, zazwyczaj nie biorę tego. W portfelu okazuje się, że mam złotówki zamiast dolarów, a dokładniej 100zł i drobne. Coś tam mówię nieskładnie po angielsku, że jednak potem przyjdę. Wpadam w panikę, bo nie wiem gdzie zamienić na dolary, po za tym, nie mam wystarczających pieniędzy na bilet powrotny samolotem i dziwię się, że od razu nie zakupiłem. Szybko wracam tym placem, nie wiem dokąd iść. Przechodzę białym chodnikiem kierującym się na prawo od placu. Coś mi się tu zaczyna nie zgadzać, bo skąd ja się tam w ogóle wziąłem w tym Nowym Jorku? Zatrzymuję się, robię TRa zaciskając nos, mogę oddychać. Co za ulga, to sen. Zadowolony, idę tam z powrotem. Tylko tym razem są tam dwa silnie umięśnione wielkoludy terroryzujące ludzi. W im znanym celu chcą się dostać do budynku. Wiem, że nic mi nie mogą zrobić. Podchodzę do nich i okładam z pięści. Nie robi to na nich żadnego wrażenia, stoją zastygnięci. Po chwili jeden się przewraca chrząkając. Zostawiam ich i wbiegam do wieży i do apteki. Zamykam drewniane drzwi (chyba koloru ciemnozielonego). Niestety z nimi był ich posłuszny sługa, raczej słaby, chudy i wysoki, mało mięśni, czyli zupełne ich przeciwieństwo. Jednak pragnie się im przypodobać. Włamuje się przez te drzwi. Przytrzaskuję go i wyrzucam na zewnątrz. Dalej nie pamiętam snu...





