30-06-2017, 12:18
Upały i alkohol sprzyjają wizji, choć motywy stają się coraz bardziej powtarzalne. Boje się, że już wszystko w tych wizjach widziałem 
Tym razem po wylocie przez okno przywitała mnie zawieszona między jedną wartswą kłębiastych chmur a drugą metropolia zbudowana z samych wielopoziomowych pętli autostradowych. Oznakowane ślimaki, zjazdy, mosty i rozjazdy zamiast mieścić asfalt stały się korytami dla leniwych strumieni, nieproporcjonalnie głębokich. Wodą spływali turyści we wszystkich kierunkach a całą wolną przestrzeń zajmowały porozwieszane taśmy ostrzegawcze udekorowane chorągiewkami. W punkcie przypominającym stację benzynową znajdowały się sale z dodatkowymi akwenami, na których grano w pingponga, zamiast stołu piłeczka odbijała się od napiętej tafli wodnej. U dna całego kompleksu spływ kończył się w chmurach, które płynnie przechodziły w siwy piasek wieńczący się plażą. O brzeg uderzały niemrawo ogromne fale morza, którego poziom wzbijał się od szelfu pod kątem 45 stopni tworząc wrażenie drobnego pasma górskiego. Gromady ludzi zażywających w nim kąpieli paradoksalnie próbowało dostać się do brzegu, ponieważ fale wyciągały ich w stronę szczytu.
Trochę dalej na jednym punkcie zatrzymałem się przy robotach drogowych, które składały się z sześciu rolników z wiertarkami na pływającej furmance. Byłem bardzo zdziwiony, ponieważ śpiewali coś zupełnie dla mnie nowego, równymi wersami i wierszem. Wiedziałem, że nie będę w stanie zapamiętać kompozycji, ale podjąłem próbę. Niestety przy trzeciej zwrotce nie udało im się znaleźć rymu, każdy głos rzucił coś niezbyt blisko brzmiącego. Wyrazili swoje zawstydzenie i postanowili pozbyć się świadka, przykładając mi wiertarkę do ucha. To oczywiście spuentowało mój sen

Tym razem po wylocie przez okno przywitała mnie zawieszona między jedną wartswą kłębiastych chmur a drugą metropolia zbudowana z samych wielopoziomowych pętli autostradowych. Oznakowane ślimaki, zjazdy, mosty i rozjazdy zamiast mieścić asfalt stały się korytami dla leniwych strumieni, nieproporcjonalnie głębokich. Wodą spływali turyści we wszystkich kierunkach a całą wolną przestrzeń zajmowały porozwieszane taśmy ostrzegawcze udekorowane chorągiewkami. W punkcie przypominającym stację benzynową znajdowały się sale z dodatkowymi akwenami, na których grano w pingponga, zamiast stołu piłeczka odbijała się od napiętej tafli wodnej. U dna całego kompleksu spływ kończył się w chmurach, które płynnie przechodziły w siwy piasek wieńczący się plażą. O brzeg uderzały niemrawo ogromne fale morza, którego poziom wzbijał się od szelfu pod kątem 45 stopni tworząc wrażenie drobnego pasma górskiego. Gromady ludzi zażywających w nim kąpieli paradoksalnie próbowało dostać się do brzegu, ponieważ fale wyciągały ich w stronę szczytu.
Trochę dalej na jednym punkcie zatrzymałem się przy robotach drogowych, które składały się z sześciu rolników z wiertarkami na pływającej furmance. Byłem bardzo zdziwiony, ponieważ śpiewali coś zupełnie dla mnie nowego, równymi wersami i wierszem. Wiedziałem, że nie będę w stanie zapamiętać kompozycji, ale podjąłem próbę. Niestety przy trzeciej zwrotce nie udało im się znaleźć rymu, każdy głos rzucił coś niezbyt blisko brzmiącego. Wyrazili swoje zawstydzenie i postanowili pozbyć się świadka, przykładając mi wiertarkę do ucha. To oczywiście spuentowało mój sen





