23-04-2017, 17:22
Myślałem, że więcej mi się przypomni w ciągu dnia, lecz niestety nie. We śnie był późny, ciemny wieczór, a może i już noc. Na placu pomiędzy blokami byli jacyś ludzie. W którymś momencie, pojawiły się dziwne stwory. Miałem broń, krótki metalowy pręt, który wytwarzał silne wyładowania elektryczne (pewnie to się wzięło po obejrzeniu filmiku o dronie w klatce Faradaya), mogłem także wbić go w ziemię, i za pomocą myśli, kierować strumieniem elektryczności po ziemi, aż do celu. Kilka razy w kogoś trafiłem. Nagle cały plac i chodnik wzdłuż bloków wypełniły najprzeróżniejsze stwory. Skojarzyło mi się to wtedy z bitwą z "Władcy pierścieni", nie mogłem się przyjrzeć nikomu dokładniej, ale miałem pewność, że w większości to byli orkowie. Biegli jedni na drugich. Choć było tak gęsto, to nie zetknąłem, ani nie wpadłem na nikogo. Wszystko to było jak iluzja. Wyszedłem z gęstwiny i szedłem trawnikiem. Ukrył się tam mały, złośliwy stworek, gnom czy coś takiego. Chciałem strzelić w niego impulsem elektrycznym, niestety "różdżka" przestała działać. Wtedy mnie zauważył, ale mu uciekłem. Biegłem, już za dnia, przez całą dzielnicę. Po drugiej stronie ulicy, jacyś chłopacy komuś grozili, że wykurzą ich z tej okolicy i coś tam gadali o podpisach. Zatrzymałem się i usiadłem na ławce. Wciągnęła mnie senna reklama, tam stojąca. Przenikały się w niej dwa obrazy, jeden zaczynający się od lewego górnego rogu, to była kobieta siedząca przy pianinie i grająca, drugiego, tego zaczynającego się od prawego dolnego rogu, już za bardzo nie pamiętam, ale też kogoś tam przedstawiał. I tak siedziałem i się patrzyłem i patrzyłem. I ktoś mnie wtedy obudził...





