01-03-2017, 09:26
# Jakieś dziwne akcje, spowodowane chyba:
# a) tym, że ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat LD
# b) wyrzutami sumienia, że ostatnio nie mam czasu praktykować
===========================================
Byłam w dziwnym budynku, z krętymi korytarzami, w których ściany były wyłożone drewnem, jak wiele lat temu w domu moich dziadków. Za zakrętem jednego z korytarzy było coś w rodzaju zagraconej sypialnio-pracowni. Przy ścianie obok drzwi stał szeroki tapczan przykryty żółtą narzutą. Obok stanęła dziewczyna z krótko obciętymi blond włosami. Najpierw po prostu stałyśmy i gadałyśmy, potem jakoś tak się stało, że leżałyśmy na tym tapczanie, ściskając się i całując. Myślałam sobie, że może po prostu jestem lesbijką. Próbowałam analizować, czy czuję się jakoś "inaczej". Nie doszłam do żadnych twórczych wniosków, bo twarz blondynki nagle zaczęła się zmieniać. Stawała się spuchnięta jak twarz topielca, blada, jedno oko się zmniejszyło, drugie pokryło szarawą mgłą i powiększyło. Cofnęłam się od tej zmory i pomyślałam sobie, że skoro to i tak sen, to mogę się obudzić. Jakoś się na tym skupiałam aż w końcu "obudziłam się" w tym samym miejscu.
Przez pomieszczenie, w którym byłam, przechodził facet. Nie jestem tego pewna, ale chyba czarnoskóry. Pchał przed sobą rodzaj wózka, składający się z dwóch elementów - małego, zamontowanego na czymś w rodzaju rury do odkurzacza i dużego, z czerwonego plastiku, przypominającego te większe koszyki w niektórych marketach. Mężczyzna w tym czymś przewoził zakupy przez labirynt korytarzy tego budynku.
Poszłam za nim. On zaczął mi tłumaczyć, że przecież nie muszę chodzić tak z tym kikutem palca na wierzchu. Spojrzałam na swoją rękę i rzeczywiście, końcowy człon przedostatniego palca miałam usunięty. Odpowiedziałam, że to przecież niczemu nie szkodzi. Szliśmy dalej tymi korytarzami, w którejś chwili ja przejęłam od niego wózek. Sterowało się tym jeszcze trudniej niż wyglądało to z boku. Dotarliśmy do odgałęzienia korytarza odchodzącego od kąta pustego pomieszczenia.
# Tutaj już zupełnie wyglądało to jak sceneria z gry Rayman 2.
Mężczyzna powiedział, że najlepiej, żeby teraz wlazła tam z tym wózkiem, bo kto pierwszy się wepchnie, ma prawo pierwszy przejechać. Panowało tu coś w rodzaju ruchu wahadłowego. Weszłam do korytarza, zobaczyłam, że po lewej stronie jest nisza w ścianie. Tam zaczęła się chować kilkuletnia dziewczynka z wózkiem dla lalek, aby zejść mi z drogi. Na drugim końcu korytarza stała kobieta z czymś podobnym do spacerowego wózka dla dziecka. Przepuściła mnie.
W następnym pomieszczeniu czarnoskóry mężczyzna zaczął mnie pytać, jak ja to zrobiłam z tym palcem, że zdołałam od czasu operacji tak szybko się zregenerować. Zaczęłam mu wyjaśniać, że przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego, potem coś nie chciało mi się zgadzać - jako datę operacji podałam 15 marca, czułam coś, że to nie może być prawdziwa data. Powiedziałam, że to też/nadal musi być sen, bo tak w ogóle w realu nadal mam za mało krwi, żebym zdołała się tak szybko zregenerować.
Naprawdę się obudziłam.
===========================================
Kręcona była ekranizacja jakiejś szkolnej lektury na temat wojny albo komunizmu. Ulicami jakiegoś miasta, przeczucie podpowiadało, że rosyjskiego, szedł pochód. Z okien domów, wyglądających trochę jak w filmach o starożytnym Egipcie, wyglądali oburzeni ludzie i coś krzyczeli do idących, w większości przypadków nie były to rzeczy życzliwe. Z jednego okna wyglądała biała niedźwiedzica o humanoidalnej sylwetce. Facetka, która była reżyserem tego filmu albo kimś w tym rodzaju, wyjaśniła, że to ma być alegoria którejś tam carycy.
Dwaj nastoletni aktorzy jakby sami kręcili jakieś inne sceny, które miały być bliżej końca filmu. W tych scenach przebrani chłopcy, bawiący się w Indian na łące na wzgórzu, mieli przypadkiem coś zobaczyć. W niektórych momentach pojawiały się sceny z wnętrza ich wyobraźni. Wtedy oni naprawdę byli Indianami, byli znacznie starsi, a całe sceny robiły się animowane jak w kreskówce.
===========================================
Leciałam nad czymś w rodzaju toru przeszkód albo toru wyścigowego. Wyglądało to trochę jak w starych grach. Jak byłam wyżej, sceneria wyglądała bardziej jak makieta, z bliska stawała się realistyczna. Też miałam przeczucie, że to sen, coś też mówiło mi, że latanie przychodzi mi z taką łatwością, bo jestem w tym miejscu, w strefie specjalnych oddziaływań. W którymś momencie na drodze w tej makiecie znalazła się moja mama. Chciałam jej pokazać, jakie tu są możliwości i uniosłam się tak wysoko, że w którymś momencie trudno mi było to kontrolować.
Później, jak już opuściłam ten dziwny tor przeszkód, jeszcze wiele razy próbowałam latać. Tym razem było bardzo trudna, efekty były prawie żadne. Kiedy mama patrzyła na mnie dziwnie, tłumaczyłam jej, że przecież to też jest sen i musi się w końcu udać.
===========================================
# Oczywiście to wszystko były niestety tylko sny o LD :/
# a) tym, że ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat LD
# b) wyrzutami sumienia, że ostatnio nie mam czasu praktykować
===========================================
Byłam w dziwnym budynku, z krętymi korytarzami, w których ściany były wyłożone drewnem, jak wiele lat temu w domu moich dziadków. Za zakrętem jednego z korytarzy było coś w rodzaju zagraconej sypialnio-pracowni. Przy ścianie obok drzwi stał szeroki tapczan przykryty żółtą narzutą. Obok stanęła dziewczyna z krótko obciętymi blond włosami. Najpierw po prostu stałyśmy i gadałyśmy, potem jakoś tak się stało, że leżałyśmy na tym tapczanie, ściskając się i całując. Myślałam sobie, że może po prostu jestem lesbijką. Próbowałam analizować, czy czuję się jakoś "inaczej". Nie doszłam do żadnych twórczych wniosków, bo twarz blondynki nagle zaczęła się zmieniać. Stawała się spuchnięta jak twarz topielca, blada, jedno oko się zmniejszyło, drugie pokryło szarawą mgłą i powiększyło. Cofnęłam się od tej zmory i pomyślałam sobie, że skoro to i tak sen, to mogę się obudzić. Jakoś się na tym skupiałam aż w końcu "obudziłam się" w tym samym miejscu.
Przez pomieszczenie, w którym byłam, przechodził facet. Nie jestem tego pewna, ale chyba czarnoskóry. Pchał przed sobą rodzaj wózka, składający się z dwóch elementów - małego, zamontowanego na czymś w rodzaju rury do odkurzacza i dużego, z czerwonego plastiku, przypominającego te większe koszyki w niektórych marketach. Mężczyzna w tym czymś przewoził zakupy przez labirynt korytarzy tego budynku.
Poszłam za nim. On zaczął mi tłumaczyć, że przecież nie muszę chodzić tak z tym kikutem palca na wierzchu. Spojrzałam na swoją rękę i rzeczywiście, końcowy człon przedostatniego palca miałam usunięty. Odpowiedziałam, że to przecież niczemu nie szkodzi. Szliśmy dalej tymi korytarzami, w którejś chwili ja przejęłam od niego wózek. Sterowało się tym jeszcze trudniej niż wyglądało to z boku. Dotarliśmy do odgałęzienia korytarza odchodzącego od kąta pustego pomieszczenia.
# Tutaj już zupełnie wyglądało to jak sceneria z gry Rayman 2.
Mężczyzna powiedział, że najlepiej, żeby teraz wlazła tam z tym wózkiem, bo kto pierwszy się wepchnie, ma prawo pierwszy przejechać. Panowało tu coś w rodzaju ruchu wahadłowego. Weszłam do korytarza, zobaczyłam, że po lewej stronie jest nisza w ścianie. Tam zaczęła się chować kilkuletnia dziewczynka z wózkiem dla lalek, aby zejść mi z drogi. Na drugim końcu korytarza stała kobieta z czymś podobnym do spacerowego wózka dla dziecka. Przepuściła mnie.
W następnym pomieszczeniu czarnoskóry mężczyzna zaczął mnie pytać, jak ja to zrobiłam z tym palcem, że zdołałam od czasu operacji tak szybko się zregenerować. Zaczęłam mu wyjaśniać, że przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego, potem coś nie chciało mi się zgadzać - jako datę operacji podałam 15 marca, czułam coś, że to nie może być prawdziwa data. Powiedziałam, że to też/nadal musi być sen, bo tak w ogóle w realu nadal mam za mało krwi, żebym zdołała się tak szybko zregenerować.
Naprawdę się obudziłam.
===========================================
Kręcona była ekranizacja jakiejś szkolnej lektury na temat wojny albo komunizmu. Ulicami jakiegoś miasta, przeczucie podpowiadało, że rosyjskiego, szedł pochód. Z okien domów, wyglądających trochę jak w filmach o starożytnym Egipcie, wyglądali oburzeni ludzie i coś krzyczeli do idących, w większości przypadków nie były to rzeczy życzliwe. Z jednego okna wyglądała biała niedźwiedzica o humanoidalnej sylwetce. Facetka, która była reżyserem tego filmu albo kimś w tym rodzaju, wyjaśniła, że to ma być alegoria którejś tam carycy.
Dwaj nastoletni aktorzy jakby sami kręcili jakieś inne sceny, które miały być bliżej końca filmu. W tych scenach przebrani chłopcy, bawiący się w Indian na łące na wzgórzu, mieli przypadkiem coś zobaczyć. W niektórych momentach pojawiały się sceny z wnętrza ich wyobraźni. Wtedy oni naprawdę byli Indianami, byli znacznie starsi, a całe sceny robiły się animowane jak w kreskówce.
===========================================
Leciałam nad czymś w rodzaju toru przeszkód albo toru wyścigowego. Wyglądało to trochę jak w starych grach. Jak byłam wyżej, sceneria wyglądała bardziej jak makieta, z bliska stawała się realistyczna. Też miałam przeczucie, że to sen, coś też mówiło mi, że latanie przychodzi mi z taką łatwością, bo jestem w tym miejscu, w strefie specjalnych oddziaływań. W którymś momencie na drodze w tej makiecie znalazła się moja mama. Chciałam jej pokazać, jakie tu są możliwości i uniosłam się tak wysoko, że w którymś momencie trudno mi było to kontrolować.
Później, jak już opuściłam ten dziwny tor przeszkód, jeszcze wiele razy próbowałam latać. Tym razem było bardzo trudna, efekty były prawie żadne. Kiedy mama patrzyła na mnie dziwnie, tłumaczyłam jej, że przecież to też jest sen i musi się w końcu udać.
===========================================
# Oczywiście to wszystko były niestety tylko sny o LD :/





