27-02-2017, 17:48
We śnie leżałem na łóżku odwróconym o 90 stopni. Wpatrywałem się w sufit, gdzie była przyklejona biała rzeźba z gipsu (niby tata ją tam wstawił, aby wpływała na moje sny). Rzeźba przedstawiała realnej wielkości drewnianą ławkę i cztery osoby na niej siedzące, kobieta i trzech mężczyzn. Kobieta siedziała po lewej stronie ławki i patrzyła się do przodu, dwóch mężczyzn siedziało po prawej, byli schyleni i opierali się o kolana. Trzeci mężczyzna siedział pośrodku i patrzył się do góry (czyli w moją stronę). Gdy tak się wpatrywałem, scenka nabierała rzeczywistości, nabierała coraz więcej barw, kawałek zielonego wskazywał na to, że za ławką była łąka. Wciągnęło mnie do snu z ławką. Kobieta z mężczyzną wstali i poszli ziemistą drogą. Kobieta trzymała go pod ramię. Doszli do schodów, którymi weszli na rozwalający się most, widać było pofalowaną, łuszczącą się drogę na moście. Po chwili on ją odepchnął, a ja poszedłem dalej (chyba przez ten czas moja świadomość siedziała w tej kobiecie). Padał deszcz. Znalazłem się w nieznanym mi budynku. Siedziałem i coś zawiązywałem. Zebrał się tłum. Po środku stała szkolna ławka, za nią usiadł pan związany chyba z orkiestrą, miał odświętne ubranie. Po chwili wstał i zaprosił wszystkich na koncert, mieliśmy zejść schodami do dużej sali. Potem (a może wcześniej, już nie wiem) mama mówiła mi, że ktoś dzwonił mi na komórkę, którą zostawiłem w domu. Pomyślałem, że mogła mnie mama powiadomić dzwoniąc do babci, z którą byłem przez cały czas na spacerze (ta babcia była zmarła i nigdy nie miała swojej komórki za życia). Potem jeszcze siedziałem na kanapie w dużym pokoju i trzymałem jakiś zmoczony papierek.





