13-02-2017, 16:48
Grałam z jakimś bliżej nieokreślonym człowiekiem na automatach. Chodziło o to, żeby stworzyć sobie postać i pojedynkować się z drugim graczem. Każdy przed sobą widział kwadrat, na nim schematyczne przedstawienie twarzy postaci, broni, zdeformowanej stopy ze zwierzęcymi szponami i czegoś jeszcze, trudnego do zidentyfikowania. Po jakimś czasie zauważyłam jeszcze, że tam są wzory, które nadawałyby się na tatuaż.
Kiedy przestałam grać, pomyślałam, że może naprawdę zrobię sobie jeszcze jakiś tatuaż. Zaczęłam wymyślać wzory. Wizja, która najbardziej mi się spodobała, przedstawiała alchemiczne symbole żywiołów na nadgarstkach i stopach, na klatce piersiowej i plecach stylizowane wizerunki Słońca i Księżyca. Potem pomyślałam, że z tymi nadgarstkami i stopami będzie to trochę przypominać stygmaty, co byłoby zabawne w przypadku ateistki/agnostyczki.
============================================
# Początek tego snu doskonale wiem, czym był spowodowany :/
Miałam rejestrować się na przedmioty na nowy semestr. Byłam zdziwiona, że jest ich więcej niż powinno być w teorii. Z planu wynikało, że większość wykładów ma być na początku tygodnia, potem tylko dwie godziny dziennie. Patrząc na plan, wyliczałam w myślach, jak to ustalić, żeby łącznie wyszło jak najmniej godzin.
Po zapisaniu się, poszłam na uczelnię. Budynek wydziału w tym śnie przypominał bardziej moją szkołę podstawową.
Miałam jakieś sprawy o załatwienia, potem spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że chyba właśnie się spóźniłam i ominęły mnie zajęcia. Żeby się upewnić, pobiegłam do miejsca, gdzie w szkole podstawowej znajdowałaby się świetlica, a tam było coś w rodzaju dziekanatu i obok drzwi na tablicy korkowej wywieszone były plany dla studiów drugiego stopnia. Spojrzałam na plan czwartkowy. A jednak się nie spóźniłam, wykłady miały być od 20:20 do 22:30. Zdziwiłam się jednak, bo wydawało mi się, że jak wcześniej widziałam ten plan, to godziny się różniły.
# Miałam takie niejasne przeczucie, że coś jest nie tak, że się zmieniło, ale nie uświadomiłam się
Następny sen po obudzeniu się na chwilę był jakby pośrednią kontynuacją. Ja i kilka koleżanek z mojej grupy miałyśmy robić jakiś projekt i napisać z niego sprawozdanie. Chodziłyśmy długo po budynku wydziału, który tym razem jeszcze inaczej wyglądał, zanim znalazłyśmy spokojne miejsce, gdzie dało się spokojnie usiąść i wziąć do pracy. Musiałyśmy w pierwszej fazie doświadczeń zrobić coś z wydłużonymi kryształami siarczanu miedzi, leżącymi na dnie naczynia z roztworem. Problem polegał na tym, że roztwór zawierał duże ilości wody i kryształy się rozpuszczały. Zastanawiałyśmy się, co z tym zrobić. Podeszła do nas starszawa pracownica uczelni i poradziła, żebyśmy dodały do naczynia mieszankę szkła wodnego pół na pół z wodorotlenkiem sodu. Ja miałam do tego sceptyczne podejście i zażartowałam, że zaraz to te kryształy pędy wypuszczą i tyle z tego będzie. Naprawdę trochę tych nitek z kryształów wyrosło, ale jakoś rozwiązało to problem rozpuszczania. Rozejrzałam się po grupce siedzącej przy małym kwadratowym stoliku i stojącej wokół. Siedząca po mojej prawej stronie dziewczyna, bardzo podobna do pewnej osoby z mojego liceum, pisała coś po rozrzuconych na całym blacie kartek i wydawała się bardzo zadowolona. Ostatecznie dalej robiłyśmy eksperymenty z tym szkłem wodnym.
Miejsce gdzie stał stolik, było w pobliżu klatki schodowej. Schody otaczały coś, co przypominało ciągnące się przez wiele pięter akwarium w ZOO. W dolnej części, przy dnie stylizowanym na naturalny piasek i skały, był odpływ, coś w rodzaju jaskini z dawnych gier komputerowych. Woda jakoś napływała z górnych pięter, przemieszczała się w dół, przy tym odpływie robił się wir i była zasysana do ciemnych tuneli i dalej do kanalizacji. W tym akwarium pływały dwie wielkie jasnoszare ryby.
Z jakiegoś powodu nasze doświadczenia zwiększyły skalę i używałyśmy całej objętości tego akwarium. Tam też dałyśmy szkło wodne i wodorotlenek. Ja tylko czekałam, kiedy od tego szlag trafi ryby. Ryby pływały sobie w kółko, czasem zbliżając się do szyby, w którymś momencie naprawdę zaczęła schodzić z nich skóra. Potem pływały bardziej bezwładnie i w końcu zostały wessane przez odpływ. Dziewczyny z grupy dziwiły się, dlaczego właściwie ryby zdechły, ja z irytacją i pewnym rozbawieniem powiedziałam, że przecież pływały w roztworze wodorotlenku sodu.
Kiedy przestałam grać, pomyślałam, że może naprawdę zrobię sobie jeszcze jakiś tatuaż. Zaczęłam wymyślać wzory. Wizja, która najbardziej mi się spodobała, przedstawiała alchemiczne symbole żywiołów na nadgarstkach i stopach, na klatce piersiowej i plecach stylizowane wizerunki Słońca i Księżyca. Potem pomyślałam, że z tymi nadgarstkami i stopami będzie to trochę przypominać stygmaty, co byłoby zabawne w przypadku ateistki/agnostyczki.
============================================
# Początek tego snu doskonale wiem, czym był spowodowany :/
Miałam rejestrować się na przedmioty na nowy semestr. Byłam zdziwiona, że jest ich więcej niż powinno być w teorii. Z planu wynikało, że większość wykładów ma być na początku tygodnia, potem tylko dwie godziny dziennie. Patrząc na plan, wyliczałam w myślach, jak to ustalić, żeby łącznie wyszło jak najmniej godzin.
Po zapisaniu się, poszłam na uczelnię. Budynek wydziału w tym śnie przypominał bardziej moją szkołę podstawową.
Miałam jakieś sprawy o załatwienia, potem spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że chyba właśnie się spóźniłam i ominęły mnie zajęcia. Żeby się upewnić, pobiegłam do miejsca, gdzie w szkole podstawowej znajdowałaby się świetlica, a tam było coś w rodzaju dziekanatu i obok drzwi na tablicy korkowej wywieszone były plany dla studiów drugiego stopnia. Spojrzałam na plan czwartkowy. A jednak się nie spóźniłam, wykłady miały być od 20:20 do 22:30. Zdziwiłam się jednak, bo wydawało mi się, że jak wcześniej widziałam ten plan, to godziny się różniły.
# Miałam takie niejasne przeczucie, że coś jest nie tak, że się zmieniło, ale nie uświadomiłam się

Następny sen po obudzeniu się na chwilę był jakby pośrednią kontynuacją. Ja i kilka koleżanek z mojej grupy miałyśmy robić jakiś projekt i napisać z niego sprawozdanie. Chodziłyśmy długo po budynku wydziału, który tym razem jeszcze inaczej wyglądał, zanim znalazłyśmy spokojne miejsce, gdzie dało się spokojnie usiąść i wziąć do pracy. Musiałyśmy w pierwszej fazie doświadczeń zrobić coś z wydłużonymi kryształami siarczanu miedzi, leżącymi na dnie naczynia z roztworem. Problem polegał na tym, że roztwór zawierał duże ilości wody i kryształy się rozpuszczały. Zastanawiałyśmy się, co z tym zrobić. Podeszła do nas starszawa pracownica uczelni i poradziła, żebyśmy dodały do naczynia mieszankę szkła wodnego pół na pół z wodorotlenkiem sodu. Ja miałam do tego sceptyczne podejście i zażartowałam, że zaraz to te kryształy pędy wypuszczą i tyle z tego będzie. Naprawdę trochę tych nitek z kryształów wyrosło, ale jakoś rozwiązało to problem rozpuszczania. Rozejrzałam się po grupce siedzącej przy małym kwadratowym stoliku i stojącej wokół. Siedząca po mojej prawej stronie dziewczyna, bardzo podobna do pewnej osoby z mojego liceum, pisała coś po rozrzuconych na całym blacie kartek i wydawała się bardzo zadowolona. Ostatecznie dalej robiłyśmy eksperymenty z tym szkłem wodnym.
Miejsce gdzie stał stolik, było w pobliżu klatki schodowej. Schody otaczały coś, co przypominało ciągnące się przez wiele pięter akwarium w ZOO. W dolnej części, przy dnie stylizowanym na naturalny piasek i skały, był odpływ, coś w rodzaju jaskini z dawnych gier komputerowych. Woda jakoś napływała z górnych pięter, przemieszczała się w dół, przy tym odpływie robił się wir i była zasysana do ciemnych tuneli i dalej do kanalizacji. W tym akwarium pływały dwie wielkie jasnoszare ryby.
Z jakiegoś powodu nasze doświadczenia zwiększyły skalę i używałyśmy całej objętości tego akwarium. Tam też dałyśmy szkło wodne i wodorotlenek. Ja tylko czekałam, kiedy od tego szlag trafi ryby. Ryby pływały sobie w kółko, czasem zbliżając się do szyby, w którymś momencie naprawdę zaczęła schodzić z nich skóra. Potem pływały bardziej bezwładnie i w końcu zostały wessane przez odpływ. Dziewczyny z grupy dziwiły się, dlaczego właściwie ryby zdechły, ja z irytacją i pewnym rozbawieniem powiedziałam, że przecież pływały w roztworze wodorotlenku sodu.





