01-02-2017, 14:20
01.02.2017
Chodziłem z młodszą ode mnie dziewczyną po sklepie. Miało chyba być jakieś święto albo sylwester i mieliśmy kupić słodycze. Ja w końcu nic nie wziąłem. Ona wzięła ogromny przezroczysty wór z czekoladowymi kulkami, bardzo drogi. Kilka spróbowałem, były dobre. Poszliśmy każdy w swoją stronę. Później wróciłem się tam autobusem. Biegłem, chciałem znaleźć tą dziewczynę, bo chciałem jednak ten wór czekoladek sobie kupić, ale nie wiedziałem, gdzie to było. W oddali widziałem tunel przy lesie, przy którym wysiadłem. Szło za mną dwóch takich dziwnych, zapytałem się, gdzie jest ten sklep, bo pomyliłem przystanki i się zgubiłem. Jeden z nich nic nie powiedział tylko mnie zaatakował i wtedy się po chwili zmienił sen. Znalazłem się w domu i miałem ten wór, ale było już tylko trochę tych czekoladowych kulek i kilka grubych czekoladowych patyczków. Nie zjadłem nic, bo sen się znowu zmienił.
Przeglądałem stronę z czarnym tle, blog z wpisami w postaci okładek książek. Było osiem pełnych wpisów i dziewiąty tylko rozpoczęty, co wyglądało jak otwarta książka, miał być uzupełniony 9 lutego.
Byłem w jakimś zacisznym miejscu w głębi miasta, wokół pełno zieleni, jakby w ukryciu. Razem ze mną był mój niby wspólnik. Mieliśmy coś jakby mapę. On stał niżej na chodniku, a ja się wspiąłem na ścianę i stamtąd zrzuciłem tą mapę. Rozpłaszczyła się na zielono. Zabraliśmy ją, to był raczej rozłożony karton z rysunkami. Położyliśmy go na korytarzu. Ten wspólnik coś tam szybko pisał, powiedziałem, aby się pośpieszył, bo zaraz uczniowie wychodzą z klas i pewnie nagryzmolą na tej mapie-kartonie. Zgiąłem ten karton i poszliśmy do sali, gdzie robią prześwietlenia. Otworzyłem drzwi i się spytałem czy już można, mam mapę do prześwietlenia. Pani, która robiła prześwietlenia kazała chwilę zaczekać, ponieważ jeszcze nie przyszła. W tym momencie ktoś inny już ustawił się w kolejce. Chyba nie było robionego tego prześwietlenia mapy. Wyszliśmy na zewnątrz. Była już noc. Szedłem z dziewczyną i z kimś jeszcze. Przyśpieszyliśmy kroku. Ten kartonik z mapą zmienił się w urządzenie przypominające tablet, z wieloma przyciskami, przełącznikami i suwakami do głośności i jasności, jeden przełącznik miał z obu stron wartość 1. W trakcie jak szliśmy uliczką miałem wszystko odpowiednio poustawiać, chociaż za bardzo nie wiedziałem jak. Zauważyłem, że w tym kartoniku urządzeniu są dwie tabliczki czekolady. Coś tam niby poprzestawiałem i dziewczyna wcisnęła czerwony przycisk z lewej strony, który to miał uruchomić. Byliśmy podekscytowani, że teraz się wszystko zmieni. Jeszcze bardziej przyśpieszyliśmy. Spojrzeliśmy na niebo i rozejrzeliśmy się dookoła. Niestety nic się nie działo, paliły się tylko światła w mieszkaniach, jedno większe było dziwne, ale nie zainteresowało mnie. Zaczęliśmy wracać. Urządzenie się w końcu rozsypało i został z niego tylko zeszyt. Pomyślałem, że to zeszyt ze snów. Dziewczyna na głos wykrzyknęła "zeszyt ze snów?". Okazało się, że to był zeszyt Monroa, tego od podróży astralnych, w którym opisywał swoje przeżycia. Pismo było wyraźne i bardzo łatwo i szybko czytałem. Większości z tego nie zapamiętałem, tylko dwa fragmenty. W jednym pisał mniej więcej, że spotkał się z transcendentalnymi astralnymi istotami. Dalej napisał, że ostatnio obciążył oczy o 41%, ale za to jakie wyniki! Nie wiem o co w tym chodziło. Dalej jeszcze było równanie matematyczne na pół strony, wyszło 2zł, a potem zmieniło się na 250 lub 520zł i sen się skończył.
Chodziłem z młodszą ode mnie dziewczyną po sklepie. Miało chyba być jakieś święto albo sylwester i mieliśmy kupić słodycze. Ja w końcu nic nie wziąłem. Ona wzięła ogromny przezroczysty wór z czekoladowymi kulkami, bardzo drogi. Kilka spróbowałem, były dobre. Poszliśmy każdy w swoją stronę. Później wróciłem się tam autobusem. Biegłem, chciałem znaleźć tą dziewczynę, bo chciałem jednak ten wór czekoladek sobie kupić, ale nie wiedziałem, gdzie to było. W oddali widziałem tunel przy lesie, przy którym wysiadłem. Szło za mną dwóch takich dziwnych, zapytałem się, gdzie jest ten sklep, bo pomyliłem przystanki i się zgubiłem. Jeden z nich nic nie powiedział tylko mnie zaatakował i wtedy się po chwili zmienił sen. Znalazłem się w domu i miałem ten wór, ale było już tylko trochę tych czekoladowych kulek i kilka grubych czekoladowych patyczków. Nie zjadłem nic, bo sen się znowu zmienił.
Przeglądałem stronę z czarnym tle, blog z wpisami w postaci okładek książek. Było osiem pełnych wpisów i dziewiąty tylko rozpoczęty, co wyglądało jak otwarta książka, miał być uzupełniony 9 lutego.
Byłem w jakimś zacisznym miejscu w głębi miasta, wokół pełno zieleni, jakby w ukryciu. Razem ze mną był mój niby wspólnik. Mieliśmy coś jakby mapę. On stał niżej na chodniku, a ja się wspiąłem na ścianę i stamtąd zrzuciłem tą mapę. Rozpłaszczyła się na zielono. Zabraliśmy ją, to był raczej rozłożony karton z rysunkami. Położyliśmy go na korytarzu. Ten wspólnik coś tam szybko pisał, powiedziałem, aby się pośpieszył, bo zaraz uczniowie wychodzą z klas i pewnie nagryzmolą na tej mapie-kartonie. Zgiąłem ten karton i poszliśmy do sali, gdzie robią prześwietlenia. Otworzyłem drzwi i się spytałem czy już można, mam mapę do prześwietlenia. Pani, która robiła prześwietlenia kazała chwilę zaczekać, ponieważ jeszcze nie przyszła. W tym momencie ktoś inny już ustawił się w kolejce. Chyba nie było robionego tego prześwietlenia mapy. Wyszliśmy na zewnątrz. Była już noc. Szedłem z dziewczyną i z kimś jeszcze. Przyśpieszyliśmy kroku. Ten kartonik z mapą zmienił się w urządzenie przypominające tablet, z wieloma przyciskami, przełącznikami i suwakami do głośności i jasności, jeden przełącznik miał z obu stron wartość 1. W trakcie jak szliśmy uliczką miałem wszystko odpowiednio poustawiać, chociaż za bardzo nie wiedziałem jak. Zauważyłem, że w tym kartoniku urządzeniu są dwie tabliczki czekolady. Coś tam niby poprzestawiałem i dziewczyna wcisnęła czerwony przycisk z lewej strony, który to miał uruchomić. Byliśmy podekscytowani, że teraz się wszystko zmieni. Jeszcze bardziej przyśpieszyliśmy. Spojrzeliśmy na niebo i rozejrzeliśmy się dookoła. Niestety nic się nie działo, paliły się tylko światła w mieszkaniach, jedno większe było dziwne, ale nie zainteresowało mnie. Zaczęliśmy wracać. Urządzenie się w końcu rozsypało i został z niego tylko zeszyt. Pomyślałem, że to zeszyt ze snów. Dziewczyna na głos wykrzyknęła "zeszyt ze snów?". Okazało się, że to był zeszyt Monroa, tego od podróży astralnych, w którym opisywał swoje przeżycia. Pismo było wyraźne i bardzo łatwo i szybko czytałem. Większości z tego nie zapamiętałem, tylko dwa fragmenty. W jednym pisał mniej więcej, że spotkał się z transcendentalnymi astralnymi istotami. Dalej napisał, że ostatnio obciążył oczy o 41%, ale za to jakie wyniki! Nie wiem o co w tym chodziło. Dalej jeszcze było równanie matematyczne na pół strony, wyszło 2zł, a potem zmieniło się na 250 lub 520zł i sen się skończył.





