04-01-2017, 23:15
Znów film "na żywo". Tylko taki częściowo animowany, bohaterowie byli takimi brązowymi kukiełkami, w większości bez twarzy. Najpierw było coś o krwiożerczych kapitalistach, którzy wyzyskiwali dzieci w ciężkich fizycznych pracach. Główna bohaterka starała się to zmienić i ostatecznie wywalczyła dzień wolny w Dzień Dziecka, potem jeszcze w inne dni. Przy końcowych scenach było coś takiego, że dziewczyna stała na środku takiego animowanego miasteczka (coś w stylu scenografii z "Boba Budowniczego") i dzwoniła takim złotym dzwonkiem, a narrator w tym czasie mówił, że ostatecznie doszło do tego, że zakazano wyzysku dzieci.
# To zapewne dlatego, że ostatnio oglądałam "Sufrażystkę".
Potem ci ludzie-kukiełki byli zostawieni sami sobie. Zaczęli się kłócić, powstały gangi. Kilku włamywało się po nocach do szkół, członkowie wrogich gangów bili się między sobą. Jednego chłopaka jakoś sprowokowali i wpędzili w zasadzkę, że wdał się w bijatykę z jeszcze innymi, brutalniejszymi jednostkami. Ktoś tam kogoś zadźgał nożem, innemu ścięli głowę.
Jakiś przeskok, jestem już obecna we własnej osobie. Z babcią i siostrą jesteśmy w naszym rodzinnym domu. Siedzę w "gabinecie" mamy. Wchodzi siostra, niesie na takim szerokim opakowaniu, jak od dużych delicji coś co wygląda jak słone precelki i zamrożone na kamień sushi. Siostra wyjaśnia, że to luksusowa karma dla gryzoni z górnej półki. Kupiła to niby dla swoich szczurów, ale jak usiadła, zaczęła sama to jeść. Próbowałam ją za to ochrzanić, ale dość szybko zrezygnowałam.
Przeszłam do kuchni. Siedziała tam babcia. W pomieszczeniu było nieprzyjemne, męczące żółte światło, znacznie bardziej wkurzające niż w realu. Babcia coś do mnie mówiła, ja nie zwracałam na to uwagi. Nie wiadomo skąd wzięłam plastikową niebieską laskę. Koniec laski rozwarł się i przybrał kształt uproszczonej głowy smoka (coś trochę podobnego jak w obecnym logo Kali), potem, z pustego w środku wnętrza paszczy wyszła druga taka głowa, tylko mniejsza, z niej jeszcze kolejna i tak następne kilka razy. Zaczęłam w lekko nieprzyjemny sposób odczuwać absurd.
# Nie wiem dokładnie, w którym momencie się na chwilę uświadomiłam - zakładając, że to naprawdę chociaż przez chwilę było uświadomienie, a nie sen o LD.
Przeszłam do salonu, myśląc, że to wszystko musi być sen, coraz bardziej byłam o tym przekonana. Postanowiłam wyjść na zewnątrz. Rozpędziłam się i przeskoczyłam przez szybę w drzwiach od tarasu. Starałam się, żeby w końcu (chyba po raz pierwszy) gładko przeniknąć szkło a nie jak zwykle roztapiać je w plastyczną masę, przez którą przechodzi się z dużym oporem. Udało się
Na zewnątrz była noc. Staw dziadka znajdował się znacznie bliżej niż w realu, zajmował sporą część mojego podwórka.
Szłam po trawniku, co jakiś czas unosiłam się w górę na jakieś dwa metry, zawisając tak nieruchomo - taki mój już prawie standardowy sposób poruszania się w LD, zwłaszcza, kiedy otoczenie jest mało stabilne i przy każdej myśli zmienia się łatwo jak wizje po psychodelikach (czyli zazwyczaj).
Próbowałam przypomnieć sobie te questy, ale szło mi dość opornie.
# Rano na jawie też łatwo nie było jak próbowałam się sprawdzić
Pierwsze co mi przyszło do głowy to zadanie z delfinem. Ale jak spojrzałam na staw, od razu się zniechęciłam. Gdzie tam na delfinie płynąć i dokąd?
To druga myśl, jakoś tak mimowolnie prawie sama mi przyszła, że chociaż na koniu pojeździć mogę. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy było jakieś zadanie z koniem. Znów wzniosłam się w powietrze i spróbowałam zmaterializować konia. Na chwilę pojawił się niewyraźny obraz konia, w standardowo-kreskówkowym brązowym kolorze. Jak miałam opaść niżej i usiąść na nim, zniknął. Wylądowałam na nogach na trawniku. Chyba w tym momencie był to już bardziej sen o LD.
# Potem były jakieś FA, że niby obudziłam się z LD. Kilka poziomów, jak zwykle kiedy wpadam w taki mindfuck. Za którymś razem pomyślałam (ale to prawie na pewno nie był moment LD), że i tak się nie obudzę, póki normalnie ciało się nie obudzi i co najwyżej będzie kolejne FA
Trudne do ogarnięcia te przeskoki, z tego praktycznie nic nie zapamiętałam, poza przypadkowymi lokacjami, jakimiś pokojami z pomarańczowymi i czerwonymi zasłonami, w których się "budziłam".
# To zapewne dlatego, że ostatnio oglądałam "Sufrażystkę".
Potem ci ludzie-kukiełki byli zostawieni sami sobie. Zaczęli się kłócić, powstały gangi. Kilku włamywało się po nocach do szkół, członkowie wrogich gangów bili się między sobą. Jednego chłopaka jakoś sprowokowali i wpędzili w zasadzkę, że wdał się w bijatykę z jeszcze innymi, brutalniejszymi jednostkami. Ktoś tam kogoś zadźgał nożem, innemu ścięli głowę.
Jakiś przeskok, jestem już obecna we własnej osobie. Z babcią i siostrą jesteśmy w naszym rodzinnym domu. Siedzę w "gabinecie" mamy. Wchodzi siostra, niesie na takim szerokim opakowaniu, jak od dużych delicji coś co wygląda jak słone precelki i zamrożone na kamień sushi. Siostra wyjaśnia, że to luksusowa karma dla gryzoni z górnej półki. Kupiła to niby dla swoich szczurów, ale jak usiadła, zaczęła sama to jeść. Próbowałam ją za to ochrzanić, ale dość szybko zrezygnowałam.
Przeszłam do kuchni. Siedziała tam babcia. W pomieszczeniu było nieprzyjemne, męczące żółte światło, znacznie bardziej wkurzające niż w realu. Babcia coś do mnie mówiła, ja nie zwracałam na to uwagi. Nie wiadomo skąd wzięłam plastikową niebieską laskę. Koniec laski rozwarł się i przybrał kształt uproszczonej głowy smoka (coś trochę podobnego jak w obecnym logo Kali), potem, z pustego w środku wnętrza paszczy wyszła druga taka głowa, tylko mniejsza, z niej jeszcze kolejna i tak następne kilka razy. Zaczęłam w lekko nieprzyjemny sposób odczuwać absurd.
# Nie wiem dokładnie, w którym momencie się na chwilę uświadomiłam - zakładając, że to naprawdę chociaż przez chwilę było uświadomienie, a nie sen o LD.
Przeszłam do salonu, myśląc, że to wszystko musi być sen, coraz bardziej byłam o tym przekonana. Postanowiłam wyjść na zewnątrz. Rozpędziłam się i przeskoczyłam przez szybę w drzwiach od tarasu. Starałam się, żeby w końcu (chyba po raz pierwszy) gładko przeniknąć szkło a nie jak zwykle roztapiać je w plastyczną masę, przez którą przechodzi się z dużym oporem. Udało się

Na zewnątrz była noc. Staw dziadka znajdował się znacznie bliżej niż w realu, zajmował sporą część mojego podwórka.
Szłam po trawniku, co jakiś czas unosiłam się w górę na jakieś dwa metry, zawisając tak nieruchomo - taki mój już prawie standardowy sposób poruszania się w LD, zwłaszcza, kiedy otoczenie jest mało stabilne i przy każdej myśli zmienia się łatwo jak wizje po psychodelikach (czyli zazwyczaj).
Próbowałam przypomnieć sobie te questy, ale szło mi dość opornie.
# Rano na jawie też łatwo nie było jak próbowałam się sprawdzić

Pierwsze co mi przyszło do głowy to zadanie z delfinem. Ale jak spojrzałam na staw, od razu się zniechęciłam. Gdzie tam na delfinie płynąć i dokąd?
To druga myśl, jakoś tak mimowolnie prawie sama mi przyszła, że chociaż na koniu pojeździć mogę. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy było jakieś zadanie z koniem. Znów wzniosłam się w powietrze i spróbowałam zmaterializować konia. Na chwilę pojawił się niewyraźny obraz konia, w standardowo-kreskówkowym brązowym kolorze. Jak miałam opaść niżej i usiąść na nim, zniknął. Wylądowałam na nogach na trawniku. Chyba w tym momencie był to już bardziej sen o LD.
# Potem były jakieś FA, że niby obudziłam się z LD. Kilka poziomów, jak zwykle kiedy wpadam w taki mindfuck. Za którymś razem pomyślałam (ale to prawie na pewno nie był moment LD), że i tak się nie obudzę, póki normalnie ciało się nie obudzi i co najwyżej będzie kolejne FA
Trudne do ogarnięcia te przeskoki, z tego praktycznie nic nie zapamiętałam, poza przypadkowymi lokacjami, jakimiś pokojami z pomarańczowymi i czerwonymi zasłonami, w których się "budziłam".





