30-12-2016, 14:16
Razem z grupą osób - w większości w średnim wieku i starszych - przebywaliśmy w jakimś instytucie. Mieliśmy pisać jakiś rodzaj książki, która miała stanowić pracę dyplomową czy coś takiego. Miało być 10 rozdziałów, każdy rozdział miało pisać po 7 osób. Ja miałam swoją część gdzieś na początku, dlatego czułam wielka ulgę, że mam to już za sobą.
Pamiętam, że okładka tej książki miała na jasnobrązowym tle coś w rodzaju sześcioramiennej gwizdki, w stylu tych wycinanych z papieru śnieżynek-dekoracji.
===========================================
Z osobami z mojej grupy siedzieliśmy w takim małym parku pomiędzy dwom blokami stojącymi dość blisko siebie. Większość osób siedziała na trawniku, powtarzając materiał do jakiegoś egzaminu. Część chodziła w tę i z powrotem. Ja zamiast chodzić, wolałam latać, chociaż było to dość trudne. Utrzymanie się w powietrzu na wysokości niecałych dwóch metrów nad ziemią wymagało nieludzkiego wysiłku, żeby się przemieszczać musiałam jakby płynąć. Odczuwałam to jak walkę z gęstą cieczą, stawiającą duży opór. W pewnym momencie splotłam palce rąk nad głową, jakbym chwytała coś nieistniejącego. Trochę przedłużało to czas przebywania w powietrzu, kiedy przestawałam się usilnie koncentrować na utrzymaniu się w górze.
Obecne tam osoby nie zwracały uwagi na moje poczynania. Miałam wrażenie, że wszyscy potencjalnie mogliby latać przy odrobienie wysiłku, ale nie chciało im się ani nie opłacało.
W którymś momencie zatrzymałam się obok ławki pod ścianą jednego z bloków. Stał tam mój kolega z roku, który też się uczył. Spytał mnie, czy pamiętam, jak na wykładzie mówili coś o tym, że plemniki w środowisku zewnętrznym zyskują podwójny ładunek ujemny i czy wiem, w jaki sposób zyskują kolejno te elektrony (??) Powiedziałam, że to nie ma chyba znaczenia, bo końcowy efekt i tak jest taki sam, on upierał się, że właśnie znaczenie mają te dwa procesy (????)
Pamiętam, że okładka tej książki miała na jasnobrązowym tle coś w rodzaju sześcioramiennej gwizdki, w stylu tych wycinanych z papieru śnieżynek-dekoracji.
===========================================
Z osobami z mojej grupy siedzieliśmy w takim małym parku pomiędzy dwom blokami stojącymi dość blisko siebie. Większość osób siedziała na trawniku, powtarzając materiał do jakiegoś egzaminu. Część chodziła w tę i z powrotem. Ja zamiast chodzić, wolałam latać, chociaż było to dość trudne. Utrzymanie się w powietrzu na wysokości niecałych dwóch metrów nad ziemią wymagało nieludzkiego wysiłku, żeby się przemieszczać musiałam jakby płynąć. Odczuwałam to jak walkę z gęstą cieczą, stawiającą duży opór. W pewnym momencie splotłam palce rąk nad głową, jakbym chwytała coś nieistniejącego. Trochę przedłużało to czas przebywania w powietrzu, kiedy przestawałam się usilnie koncentrować na utrzymaniu się w górze.
Obecne tam osoby nie zwracały uwagi na moje poczynania. Miałam wrażenie, że wszyscy potencjalnie mogliby latać przy odrobienie wysiłku, ale nie chciało im się ani nie opłacało.
W którymś momencie zatrzymałam się obok ławki pod ścianą jednego z bloków. Stał tam mój kolega z roku, który też się uczył. Spytał mnie, czy pamiętam, jak na wykładzie mówili coś o tym, że plemniki w środowisku zewnętrznym zyskują podwójny ładunek ujemny i czy wiem, w jaki sposób zyskują kolejno te elektrony (??) Powiedziałam, że to nie ma chyba znaczenia, bo końcowy efekt i tak jest taki sam, on upierał się, że właśnie znaczenie mają te dwa procesy (????)





