11-09-2016, 15:31
Uwięziony, złe krasnoludki
11.09.2016
Znalazłem się w zupełnie mi nieznanym miejscu, gdzieś na dworze, pełno ubitego piachu, kilka kępek trawy i nie ma wyjścia. Wiedziałem tylko, że ci z którymi byłem odlecieli na odległą planetę i mnie zostawili. Byłem zamknięty w jakiejś szklanej budce bez dachu. Idę wzdłuż ścian i tylko te wielkie okna są. Nie przeskoczę, bo za wysoko. Pod spodem, pod ramą też nie, bo za mała dziura była. Okrążam kilka razy i okazuje się, że przejście pod ramą okienną powiększyło się na tyle, że mogę się przedostać. Wychodzę z zamknięcia. Zrobiła się noc. Biegnę i wysoko podskakuję, powoli opadam. Przede mną kilka postaci, jakby na drabinkach się wspinają czy innych konstrukcjach. Budzę się, ale prawie natychmiastowo wracam do snu. Wmawiam sobie, że to ten sam sen, ale jestem już w innym miejscu, idę ciemną ulicą.
Spod bloku, gdzie się znajdowałem, wybiegła grupka strasznych małych ludzików, takich można by powiedzieć krasnoludków. Wiedziałem, że tego kto wpadł w ich pułapkę chwytali i jakoś dotykali jego czoła zamieniając w zombie, które kontrolowali. Uciekałem, jeden na mnie skoczył, ale się mu wyrwałem. Biegłem chyba z innymi osobami, okrążyłem bloki, dziwne ludziki daleko w tyle. Zatrzymuję się i widzę, że jednak się zbliżają. Tam, gdzie biegną drogą, błyska jakby piorun. Szybko opowiadam o tym sklepikarzowi, ale on nawet nie zwraca na mnie uwagi, pewnie myśli, że to jakieś głupoty. Idę, więc dalej. Nie wiem nawet kiedy, przyłącza się do mnie dziewczyna, nawet ładna. Wchodzimy do klatki schodowej. Ona chce wejść już do mieszkania ze mną. Mówię jej, że pójdźmy wyżej schodami i tam odpocznijmy, bo mam dwa wafelki czekoladowe, jak zjem to wejdziemy do domu...
11.09.2016
Znalazłem się w zupełnie mi nieznanym miejscu, gdzieś na dworze, pełno ubitego piachu, kilka kępek trawy i nie ma wyjścia. Wiedziałem tylko, że ci z którymi byłem odlecieli na odległą planetę i mnie zostawili. Byłem zamknięty w jakiejś szklanej budce bez dachu. Idę wzdłuż ścian i tylko te wielkie okna są. Nie przeskoczę, bo za wysoko. Pod spodem, pod ramą też nie, bo za mała dziura była. Okrążam kilka razy i okazuje się, że przejście pod ramą okienną powiększyło się na tyle, że mogę się przedostać. Wychodzę z zamknięcia. Zrobiła się noc. Biegnę i wysoko podskakuję, powoli opadam. Przede mną kilka postaci, jakby na drabinkach się wspinają czy innych konstrukcjach. Budzę się, ale prawie natychmiastowo wracam do snu. Wmawiam sobie, że to ten sam sen, ale jestem już w innym miejscu, idę ciemną ulicą.
Spod bloku, gdzie się znajdowałem, wybiegła grupka strasznych małych ludzików, takich można by powiedzieć krasnoludków. Wiedziałem, że tego kto wpadł w ich pułapkę chwytali i jakoś dotykali jego czoła zamieniając w zombie, które kontrolowali. Uciekałem, jeden na mnie skoczył, ale się mu wyrwałem. Biegłem chyba z innymi osobami, okrążyłem bloki, dziwne ludziki daleko w tyle. Zatrzymuję się i widzę, że jednak się zbliżają. Tam, gdzie biegną drogą, błyska jakby piorun. Szybko opowiadam o tym sklepikarzowi, ale on nawet nie zwraca na mnie uwagi, pewnie myśli, że to jakieś głupoty. Idę, więc dalej. Nie wiem nawet kiedy, przyłącza się do mnie dziewczyna, nawet ładna. Wchodzimy do klatki schodowej. Ona chce wejść już do mieszkania ze mną. Mówię jej, że pójdźmy wyżej schodami i tam odpocznijmy, bo mam dwa wafelki czekoladowe, jak zjem to wejdziemy do domu...





