23-06-2016, 11:29
Dziewczyna, świetliki
23.06.2016
Dużo się działo i jak zwykle pamiętam tylko część. Nie znam też niestety dokładnej kolejności.
Dziewczyna idzie nocą ścieżką przez jakiś nieznane pustkowia i łąki. Ja jestem obserwatorem. Jak to nocą jest ciemno. Możliwe, że miała tam namiot, ale nie jestem pewien. Idzie i nagle pojawiają się w powietrzu światełka. Małe jak świetliki, podobne jednak do ognia. Na ziemi były też większe, możliwe, że po prostu były to małe ogniska. Rzadko śni mi się ogień i takie dziwne światełka. Później w tym śnie zostało to wytłumaczone jak te światełka powstają, że coś odbija to światła i widać na suficie błyszczące ogniście światełka. Światełka pojawiały się i wypalały błyskając. Dziewczyna poszła dalej drogą. Trafiła do jakiegoś po części jej/ mi znanego budynku. Nie przeszła lewym korytarzem, bo było za ciemno, poszła w prawą stronę. Był tam długi korytarz, hol, prawdopodobnie czerwony dywan. W bocznej sali biblioteka. Ja/ ona weszła tam. Stały tam zwykłe regały z książkami. Zauważyłem książki Stephena Kinga. Były tam także zawieszone na całej ścianie pojedyncze drewniane półeczki, na każdej z nich mieściła się tylko jedna lub dwie książki. Wziąłem jedną do ręki. Autorem był Umberto Eco. Chyba wszystkie książki na tej ścianie były tego autora. Odłożyłem na miejsce. Dziewczyna skierowała się do wyjścia. Byli tam jacyś ludzie. Już na zewnątrz przed drzwiami na placu stało dwóch mężczyzn ubranych na czarno, twarz mili zasłoniętą, mieli karabiny. Skierowali broń w kierunku tej dziewczyny (teraz już bardziej mnie) i jeden z nich powiedział, żebym dawał dowodzik jak już wychodzę/uciekam. Się pytam co to za kraj terrorystów, że tak zatrzymują. Nie wiem czemu zapytałem czy to Turcja? Odpowiedzieli, że Berlin. Skoro tak to nic mi nie mogą zrobić i zacząłem uciekać. Tamci za mną z karabinami. Strzelają, ale nie trafiają. Biegnę przez tłum. Tamta dziewczyna miała przyjaciela z supermocami, którego mogła przywołać w każdej chwili. Wołam za nią. Imię brzmi z włoska. Niestety już nie pamiętam jakie to imię. Tamten się zjawia. Nie musi jednak już walczyć, bo tamci się przestraszyli i zaprzestali pościgu.
Już przed przystankiem. Stoję chyba w drzwiach autobusowych. Na przystanku stoi dwóch mężczyzn. Jeden napakowany w ciemnym ubraniu. Drugi chudy szary, wiem że jest wampirem energetycznym. Skrada się do tamtego, ma głupi złośliwy uśmiech. Oddzielam go ręką kilka krotnie od tamtego w ciemnym ubraniu, a tamten, chociaż nieświadomy, walczy z wampirem swoim ciałem eterycznym. Wampir przegrywa, zmienia się w wielkiego zielono szarego robala, kształtem trochę podobnego do gąsienicy. Drzwi autobusu się zamykają. Robal jednak wciska się pomiędzy nie przez gumy. Chce się rozprzestrzenić podróżując autobusem. Drzwi się otwierają. Siedzący pasażer na małą siekierkę. Robal zamienił się w mięcho zamknięte w dużej szklanej tubie. Tuba podzielona jest na cztery części, w pierwszej części jest mózg. Pasażer wącha się czy go zatłuc. Zabieram mu tą siekierkę. Także się jakoś waham, ale w końcu niszczę mózg. Oddaję narzędzie siedzącemu. Już za zamkniętymi drzwiami autobusowymi słyszę tłuczona szkło, wiem że pozostałe trzy części są już zniszczone. Wracam ze spokojem do domu. Wycieram ręce w trawę, bo się trochę pobrudziłem od tego robala. Jest mowa o tym, że niektórzy wracają do domu na piechotę, a inni autokarem. Jeden taki właśnie wsiada do autokaru, może to ten ubrany na czarno. Wchodzę na schody i próbuję otworzyć drzwi. Chyba się otwieranie zepsuło. Jeszcze raz próbuję. Mama mówi, że tą wtyczkę trzeba poprawić (podobna do wtyczki od słuchawek) i wkłada. Dziwne, ale chyba jest okienko w drzwiach. Złoszczę się na nią, że włożyła za głęboko, jest bardzo gorące, bo zrobiło się zwarcie. Po chwili drzwi się na szczęście otwierają. Teraz, albo się obudziłem, albo od razu przeszło do innego snu.
Chodzę po klatce schodowej z dawnymi kolegami, których jednak nie potrafię zidentyfikować. Półcień. Coś tam gadam. Kobieta otwiera drzwi i woła do nas co tu robimy. Uciekamy drugimi schodami w dół. Jeden z nich mówi do mnie "weź tak nie hałasuj, lepiej idź sprawdzić co jest tam na dole w tych ciemnych podziemiach". Idę tam, ale szybko zawracam, bo idzie młodszy kolega, ma on może 12 lat. Przyszedł i mówi, że nie musimy tam już iść, bo nic tam nie ma.
23.06.2016
Dużo się działo i jak zwykle pamiętam tylko część. Nie znam też niestety dokładnej kolejności.
Dziewczyna idzie nocą ścieżką przez jakiś nieznane pustkowia i łąki. Ja jestem obserwatorem. Jak to nocą jest ciemno. Możliwe, że miała tam namiot, ale nie jestem pewien. Idzie i nagle pojawiają się w powietrzu światełka. Małe jak świetliki, podobne jednak do ognia. Na ziemi były też większe, możliwe, że po prostu były to małe ogniska. Rzadko śni mi się ogień i takie dziwne światełka. Później w tym śnie zostało to wytłumaczone jak te światełka powstają, że coś odbija to światła i widać na suficie błyszczące ogniście światełka. Światełka pojawiały się i wypalały błyskając. Dziewczyna poszła dalej drogą. Trafiła do jakiegoś po części jej/ mi znanego budynku. Nie przeszła lewym korytarzem, bo było za ciemno, poszła w prawą stronę. Był tam długi korytarz, hol, prawdopodobnie czerwony dywan. W bocznej sali biblioteka. Ja/ ona weszła tam. Stały tam zwykłe regały z książkami. Zauważyłem książki Stephena Kinga. Były tam także zawieszone na całej ścianie pojedyncze drewniane półeczki, na każdej z nich mieściła się tylko jedna lub dwie książki. Wziąłem jedną do ręki. Autorem był Umberto Eco. Chyba wszystkie książki na tej ścianie były tego autora. Odłożyłem na miejsce. Dziewczyna skierowała się do wyjścia. Byli tam jacyś ludzie. Już na zewnątrz przed drzwiami na placu stało dwóch mężczyzn ubranych na czarno, twarz mili zasłoniętą, mieli karabiny. Skierowali broń w kierunku tej dziewczyny (teraz już bardziej mnie) i jeden z nich powiedział, żebym dawał dowodzik jak już wychodzę/uciekam. Się pytam co to za kraj terrorystów, że tak zatrzymują. Nie wiem czemu zapytałem czy to Turcja? Odpowiedzieli, że Berlin. Skoro tak to nic mi nie mogą zrobić i zacząłem uciekać. Tamci za mną z karabinami. Strzelają, ale nie trafiają. Biegnę przez tłum. Tamta dziewczyna miała przyjaciela z supermocami, którego mogła przywołać w każdej chwili. Wołam za nią. Imię brzmi z włoska. Niestety już nie pamiętam jakie to imię. Tamten się zjawia. Nie musi jednak już walczyć, bo tamci się przestraszyli i zaprzestali pościgu.
Już przed przystankiem. Stoję chyba w drzwiach autobusowych. Na przystanku stoi dwóch mężczyzn. Jeden napakowany w ciemnym ubraniu. Drugi chudy szary, wiem że jest wampirem energetycznym. Skrada się do tamtego, ma głupi złośliwy uśmiech. Oddzielam go ręką kilka krotnie od tamtego w ciemnym ubraniu, a tamten, chociaż nieświadomy, walczy z wampirem swoim ciałem eterycznym. Wampir przegrywa, zmienia się w wielkiego zielono szarego robala, kształtem trochę podobnego do gąsienicy. Drzwi autobusu się zamykają. Robal jednak wciska się pomiędzy nie przez gumy. Chce się rozprzestrzenić podróżując autobusem. Drzwi się otwierają. Siedzący pasażer na małą siekierkę. Robal zamienił się w mięcho zamknięte w dużej szklanej tubie. Tuba podzielona jest na cztery części, w pierwszej części jest mózg. Pasażer wącha się czy go zatłuc. Zabieram mu tą siekierkę. Także się jakoś waham, ale w końcu niszczę mózg. Oddaję narzędzie siedzącemu. Już za zamkniętymi drzwiami autobusowymi słyszę tłuczona szkło, wiem że pozostałe trzy części są już zniszczone. Wracam ze spokojem do domu. Wycieram ręce w trawę, bo się trochę pobrudziłem od tego robala. Jest mowa o tym, że niektórzy wracają do domu na piechotę, a inni autokarem. Jeden taki właśnie wsiada do autokaru, może to ten ubrany na czarno. Wchodzę na schody i próbuję otworzyć drzwi. Chyba się otwieranie zepsuło. Jeszcze raz próbuję. Mama mówi, że tą wtyczkę trzeba poprawić (podobna do wtyczki od słuchawek) i wkłada. Dziwne, ale chyba jest okienko w drzwiach. Złoszczę się na nią, że włożyła za głęboko, jest bardzo gorące, bo zrobiło się zwarcie. Po chwili drzwi się na szczęście otwierają. Teraz, albo się obudziłem, albo od razu przeszło do innego snu.
Chodzę po klatce schodowej z dawnymi kolegami, których jednak nie potrafię zidentyfikować. Półcień. Coś tam gadam. Kobieta otwiera drzwi i woła do nas co tu robimy. Uciekamy drugimi schodami w dół. Jeden z nich mówi do mnie "weź tak nie hałasuj, lepiej idź sprawdzić co jest tam na dole w tych ciemnych podziemiach". Idę tam, ale szybko zawracam, bo idzie młodszy kolega, ma on może 12 lat. Przyszedł i mówi, że nie musimy tam już iść, bo nic tam nie ma.





