18-03-2016, 00:06
Obserwuje scenerię z boku. Rzadki las na wzgórzu i wędrują tam gęsiego grupka kilku osób ubranych w czarne kombinezony kojarzące się z obszarami epidemii (tamte są zwykle jaskrawo żółte). Obszar ten uległ jakiejś apokalipsie. Niebo jest szare, panuje pochmurny dzień.
Przeskok do innego wzgórza - tamto było obserwowane na lewo. To na prawo. Na jego szczycie widzę dwa niskie budynki z drewnianych bali. Przypomina to farmę/ranczo. Najazd kamerą na drugi z budynków, pierwsze mijam po lewej. Bale mają intensywny brązowo ciemno-miodowy kolor. Wchodzę do środka.
Korytarz, drzwi wejściowe mam po lewej, po środku są zamknięte drzwi prowadzące do piwnicy, po prawe w ścianie zamknięte drzwi do dalszej części. Moi towarzysze rozeszli się po budynku zbadać go, zabezpieczyć i zebrać zapasy.
Otwieram do wewnątrz drzwi prowadzące do piwnicy, widzę ciemność. Ogarnia mnie paniczny strach, a wyobraźnia podpowiada że po schodach wspina się coś paskudnego, potwór, etc. Chwytam drzwi i chcę je zamknąć, czuję się z tym głupio - nie mam jak ich zaprzeć czy zablokować jak to coś szarpnie. Otwierają się drzwi z prawej prowadzące do dalszej części budynku (widzę jasno oświetlone pomieszczenie przez wpadające przez okna ciepłe, słoneczne poranne światło.
Znajduje się na płaskim dachu budynku. Panuje noc. Przed sobą widzę lewitujące i emitujące łagodne różnokolorowe światło kryształy (ośmiościan foremny). Są one powiązane delikatnymi liniami światła w równomiernie rozpostartą sieć. Przechodzę od jednego do drugiego kryształu, w pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że zbieram te kryształy łącząc ich blask w jeden duży.
Ta część jest mocno mglista i bazuje na pojedynczych wydarzeniach spiętych nie płynną fabułą. Przypomina to trochę komiksowe wprowadzenie. Droga po której idę z zespołem. Leżę na plecach, zakryłem ciałem granat, który eksplodował mi na wysokości nerek. Żyję. Zrobiłem to by uratować innych i jest mi z tym dobrze. Ponownie jestem przed drzwiami prowadzącymi do piwnicy. Tym razem spokojnie mówię o swoim poświęceniu dla innych i ciepło zwracam się do tego co kryje się w ciemności, by mnie zaakceptowało, nie jestem wrogiem. Nie boję się, jestem gotowy umrzeć bez strachu.
Jesteśmy u celu - baza rządowa. Ujęcie małego dziecka (ew. płodu), to jest klon z moich najlepszych cech, który wyhodowano, by ponownie wysłać nas na wcześniej eksplorowane obszary.
Wraca spójność i płynność fabuły. Idziemy ponownie przez krainę o szarym niebie, jest jasno. Na drogę przed nami pojawia się dziwaczny mieszkaniec tej krainy. Ponownie zwracam się do niego jak wcześniej do ciemności w piwnicy z prośba o pomoc i przepuszczenie. Stoję teraz przed ciężką maszyną budowlaną przypominającą buldożer, a na górze w kabinie jest wędrowiec. Udziela nam zgody na przemarsz i daje nam coś. Na uniesionym lemieszu znajduję kilka cyfr. To jest kod do otwarcie czegoś. Poza tym że jest 4-5 cyfrowy i na początku ma 1 i potem 9 lub 5 nic więcej nie jestem w stanie wyczytać.
Idziemy dalej drogą, w około pustkowie. Po prawej stronie drogi widzę wznoszącą się wysoko wieżę o podstawie kwadratu (lub magazyn). Z naprzeciwka zmierza w naszą stronę przeciwnik, chce walczyć. Szybko chowam się wewnątrz i szukam miejsca gdzie wpisać szyfr, choć mam świadomość, że go nie pamiętam.
Zeskakuje z drabinki na ziemię (dziedziniec wewnątrz) by stawić czoło temu kto wszedł. Potrzebuję broni - chociażby solidnej lagi lub rury. W moich rękach pojawia się miecz świetlny i zaczynam walczyć. Walczyć to za dużo powiedziane - mam ulotną świadomość, że nie jestem w stanie dobrze wyobrazić sobie tego (czy opisać) więc kończy się to sztychem w jego klatkę, a on przyjmuje go spokojnie.
-----
(uwagi - efekt paraliżującego strachu przed ciemnością za drzwiami, również fakt piwnicy - dość częsty motyw snu; ostatni walka z przeciwnikiem nosi ślady wyższego poziomu świadomości)
Przeskok do innego wzgórza - tamto było obserwowane na lewo. To na prawo. Na jego szczycie widzę dwa niskie budynki z drewnianych bali. Przypomina to farmę/ranczo. Najazd kamerą na drugi z budynków, pierwsze mijam po lewej. Bale mają intensywny brązowo ciemno-miodowy kolor. Wchodzę do środka.
Korytarz, drzwi wejściowe mam po lewej, po środku są zamknięte drzwi prowadzące do piwnicy, po prawe w ścianie zamknięte drzwi do dalszej części. Moi towarzysze rozeszli się po budynku zbadać go, zabezpieczyć i zebrać zapasy.
Otwieram do wewnątrz drzwi prowadzące do piwnicy, widzę ciemność. Ogarnia mnie paniczny strach, a wyobraźnia podpowiada że po schodach wspina się coś paskudnego, potwór, etc. Chwytam drzwi i chcę je zamknąć, czuję się z tym głupio - nie mam jak ich zaprzeć czy zablokować jak to coś szarpnie. Otwierają się drzwi z prawej prowadzące do dalszej części budynku (widzę jasno oświetlone pomieszczenie przez wpadające przez okna ciepłe, słoneczne poranne światło.
Znajduje się na płaskim dachu budynku. Panuje noc. Przed sobą widzę lewitujące i emitujące łagodne różnokolorowe światło kryształy (ośmiościan foremny). Są one powiązane delikatnymi liniami światła w równomiernie rozpostartą sieć. Przechodzę od jednego do drugiego kryształu, w pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że zbieram te kryształy łącząc ich blask w jeden duży.
Ta część jest mocno mglista i bazuje na pojedynczych wydarzeniach spiętych nie płynną fabułą. Przypomina to trochę komiksowe wprowadzenie. Droga po której idę z zespołem. Leżę na plecach, zakryłem ciałem granat, który eksplodował mi na wysokości nerek. Żyję. Zrobiłem to by uratować innych i jest mi z tym dobrze. Ponownie jestem przed drzwiami prowadzącymi do piwnicy. Tym razem spokojnie mówię o swoim poświęceniu dla innych i ciepło zwracam się do tego co kryje się w ciemności, by mnie zaakceptowało, nie jestem wrogiem. Nie boję się, jestem gotowy umrzeć bez strachu.
Jesteśmy u celu - baza rządowa. Ujęcie małego dziecka (ew. płodu), to jest klon z moich najlepszych cech, który wyhodowano, by ponownie wysłać nas na wcześniej eksplorowane obszary.
Wraca spójność i płynność fabuły. Idziemy ponownie przez krainę o szarym niebie, jest jasno. Na drogę przed nami pojawia się dziwaczny mieszkaniec tej krainy. Ponownie zwracam się do niego jak wcześniej do ciemności w piwnicy z prośba o pomoc i przepuszczenie. Stoję teraz przed ciężką maszyną budowlaną przypominającą buldożer, a na górze w kabinie jest wędrowiec. Udziela nam zgody na przemarsz i daje nam coś. Na uniesionym lemieszu znajduję kilka cyfr. To jest kod do otwarcie czegoś. Poza tym że jest 4-5 cyfrowy i na początku ma 1 i potem 9 lub 5 nic więcej nie jestem w stanie wyczytać.
Idziemy dalej drogą, w około pustkowie. Po prawej stronie drogi widzę wznoszącą się wysoko wieżę o podstawie kwadratu (lub magazyn). Z naprzeciwka zmierza w naszą stronę przeciwnik, chce walczyć. Szybko chowam się wewnątrz i szukam miejsca gdzie wpisać szyfr, choć mam świadomość, że go nie pamiętam.
Zeskakuje z drabinki na ziemię (dziedziniec wewnątrz) by stawić czoło temu kto wszedł. Potrzebuję broni - chociażby solidnej lagi lub rury. W moich rękach pojawia się miecz świetlny i zaczynam walczyć. Walczyć to za dużo powiedziane - mam ulotną świadomość, że nie jestem w stanie dobrze wyobrazić sobie tego (czy opisać) więc kończy się to sztychem w jego klatkę, a on przyjmuje go spokojnie.
-----
(uwagi - efekt paraliżującego strachu przed ciemnością za drzwiami, również fakt piwnicy - dość częsty motyw snu; ostatni walka z przeciwnikiem nosi ślady wyższego poziomu świadomości)
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.





