10-12-2015, 22:42
Jestem na przedpokoju w domu rodzinnym. Odwiedza mnie kolega wyglądający jak Krzysiek. Rozmawiamy o uczelni, on mówi, że jeszcze nie zdał całek. Mówię mu, że ja do tego egzaminu podchodziłem dwa razy (w pamięci odtwarzam zadanie z podstawianiem całki). Wspominam też, że nasz nauczyciel analizy matematycznej był wyjątkowo surowy i zimny. Krzysiek przytakuje.
Idę do stołowego gdzie przy stole siedzi mój ojciec, na stole stoją dwa talerze z zupą. Ojciec je swoją nisko pochylony, ja unoszę swój talerz z zamiarem chyba przejścia do innego pokoju lub by usiąść wygodniej. Ale zupa mi się niebezpiecznie przelewa (to jakiś krem z warzyw).
W TV leci film z braćmi Marx.
Następuje zmiana - teraz obserwuję akcję w filmie. Najpierw jeden animowany bohater unosi ucho wielkiego doga (podobny do Droopy'iego) i krzyczy w nie jakby to miała być tuba - drugie ucho się unosi i dźwięk lecie do niewidocznego słuchacza.
Następna scena, wciąż klimat kreskówek, niedźwiedź podobny do Baloo z 'Super Baloo'. Biega w koło szykując się do kąpieli. Wkłada palec do kuli z wodą która miała być zimna. Ta była gorąca i jego palec puchnie. Puchnie na kształt kulki, szklanej kulki z odpustów. Na ziemi ląduje kilka takich kulek.
Następna scena. Stoją obok starszego brodatego kowala. Jest trochę zły na te kulki - miały być z metalu. Jedna z nich nie nadaje się do niczego, ale drugą można jeszcze odkuć. Cieszę się, że dane mi będzie pracować przy metalu/szkle co było moim marzeniem. Idę do miejsca gdzie były i spod śpiwora/koca wydobywa dużą lepiącą się kulę.
Następna scena. Stoimy w jasny dzień na ulicy przy magazynach. Obok jest samochód pickup z przyczepką. Na wprost ulica otwiera się na trawiaste zbocze na którym wyłożony równoległe plastikowe tory (podobne do torów wodnych na zjeżdżalniach). Kojarzy mi się to z igelitem i skokami narciarskimi. Z góry spływają fale piasku. Kojarzę, że ten piasek jest potrzebny kowalowi do pracy ze szkłem. Spływają kolejne fale piasku, który układa się na dole.
Starzec z tyłu woła do mnie, że nie ma miejsca i każe mi przełożyć część rzeczy z przyczepki. Chwytam dmuchaną poduszkę i zwinięty koc i przez otwarte tylne drzwi zaglądam do środka samochodu szukają miejsca gdzie je ułożyć. W tym momencie Starzec rusza siedząc za kierownicą. Jakoś sobie radzę, bo częściowo siedziałem w środku. Ale ze mną była jeszcze moja mama. Niepokoi mnie to i zaglądam do tyłu. Pędzimy już szeroką ulicą w środku lasu, a moja matka majta się jak flaga trzymając się ręką brzegu przyczepki. To dla mnie za dużo, obracam się do kierowcy i chwytam go za gardło każąc się mu natychmiast zatrzymać.
PS. Dużo pamiętałem ze snu. Tego efektu upatruję w blisko 25 min medytacji przed snem jak i przed faktem, że zakończyłem z przyjemnością kilka zdań dla siebie (m.in. poprawki do ławeczki do medytacji).
Idę do stołowego gdzie przy stole siedzi mój ojciec, na stole stoją dwa talerze z zupą. Ojciec je swoją nisko pochylony, ja unoszę swój talerz z zamiarem chyba przejścia do innego pokoju lub by usiąść wygodniej. Ale zupa mi się niebezpiecznie przelewa (to jakiś krem z warzyw).
W TV leci film z braćmi Marx.
Następuje zmiana - teraz obserwuję akcję w filmie. Najpierw jeden animowany bohater unosi ucho wielkiego doga (podobny do Droopy'iego) i krzyczy w nie jakby to miała być tuba - drugie ucho się unosi i dźwięk lecie do niewidocznego słuchacza.
Następna scena, wciąż klimat kreskówek, niedźwiedź podobny do Baloo z 'Super Baloo'. Biega w koło szykując się do kąpieli. Wkłada palec do kuli z wodą która miała być zimna. Ta była gorąca i jego palec puchnie. Puchnie na kształt kulki, szklanej kulki z odpustów. Na ziemi ląduje kilka takich kulek.
Następna scena. Stoją obok starszego brodatego kowala. Jest trochę zły na te kulki - miały być z metalu. Jedna z nich nie nadaje się do niczego, ale drugą można jeszcze odkuć. Cieszę się, że dane mi będzie pracować przy metalu/szkle co było moim marzeniem. Idę do miejsca gdzie były i spod śpiwora/koca wydobywa dużą lepiącą się kulę.
Następna scena. Stoimy w jasny dzień na ulicy przy magazynach. Obok jest samochód pickup z przyczepką. Na wprost ulica otwiera się na trawiaste zbocze na którym wyłożony równoległe plastikowe tory (podobne do torów wodnych na zjeżdżalniach). Kojarzy mi się to z igelitem i skokami narciarskimi. Z góry spływają fale piasku. Kojarzę, że ten piasek jest potrzebny kowalowi do pracy ze szkłem. Spływają kolejne fale piasku, który układa się na dole.
Starzec z tyłu woła do mnie, że nie ma miejsca i każe mi przełożyć część rzeczy z przyczepki. Chwytam dmuchaną poduszkę i zwinięty koc i przez otwarte tylne drzwi zaglądam do środka samochodu szukają miejsca gdzie je ułożyć. W tym momencie Starzec rusza siedząc za kierownicą. Jakoś sobie radzę, bo częściowo siedziałem w środku. Ale ze mną była jeszcze moja mama. Niepokoi mnie to i zaglądam do tyłu. Pędzimy już szeroką ulicą w środku lasu, a moja matka majta się jak flaga trzymając się ręką brzegu przyczepki. To dla mnie za dużo, obracam się do kierowcy i chwytam go za gardło każąc się mu natychmiast zatrzymać.
PS. Dużo pamiętałem ze snu. Tego efektu upatruję w blisko 25 min medytacji przed snem jak i przed faktem, że zakończyłem z przyjemnością kilka zdań dla siebie (m.in. poprawki do ławeczki do medytacji).
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.





