07-03-2015, 10:50
Właśnie wstałem z ładnych, rozległych wizji 
Pierwszą było miasto, paradoksalnie nieszczególnie futurystyczne
Latałem sobie przez kolejne ulice i place, aż na horyzoncie zamajaczył monstrualny blokowaty cień. Po zbliżeniu okazało się, że jest to kolosalny wagon towarowy na milionach ogromnych kół. Jego ładunkiem był realnych rozmiarów lotniskowiec, który z kolei wiózł na sobie setki samochodów osobowych. Cały ten konstrukt miał nad sobą kolejową trakcję, w postaci masy kabli utkanych na podobieństwo bardzo niedbałego szalika. Poruszał się z relatywnie niewielką prędkością po monstrualnej autostradzie - coś koło 30 pasmowej - pomiędzy rojami zwykłych dwuśladów. Najbardziej majestatycznie prezentowały się skrzyżowania tej drogi, gdyż zajmowały praktycznie całe pole widzenia nawet z ogromnej wysokości, ale nie pytajcie mnie, jakie zasady ruchu obowiązywały na takim przejeździe 
Po jakimś czasie udało mi się opuścić miasto, trafiłem na polną alejkę prowadzącą przez wąską dolinę, pomiędzy niewielkimi wzniesieniami. Często występujący u mnie motyw - była wysiana nagrobkami. Tym razem wszystkie elementy ozdobne były wykonane za podobieństwo przedszkolnych robótek. Ołtarze, znicze, krzyże, ławeczki, altanki i gazeba z tekturowych origami, rozkłądanych laurek, witrażopodobnych wycinanek, masy solnej, a ponad wszystko - ze zmiętych i powklejanych bibułek. Te ostatnie zaczęły potem pokrywać wszystkie możliwe powierzchnie, łącznie ze wzgórzami i drogą, tworząc fantastyczny mozajkowo-infantylny krajobraz. Wrażenie potęgowały dziwaczne zakrzywienia terenu, jak smukłe i strzeliste pagórki, czy iglaki rosnące na skos, zgodnie z dziko zmiennym nachyleniem wzniesień. Co jakiś czas lotu, dość regularnie mijałem pojedynczych lub w grupkach biegaczy, w dresach i czapce z daszkiem, co sugerowało, że jest to jakiś park do joggingu. Często trasa biegła też pomiędzy futurystycznymi gospodarstwami i groteskowymi urządzeniami rolniczymi, które chyba orały i sadziły wszędzie tą pstrokatą bibułkę. Po wielu milach lotu, dotychczas rozległy krajobraz ot po prostu zakończył się drewnianą ścianą, na której widniały masywne ilości inicjałów i ksywek zapisanych kredą. Za drzwiami w tej ścianie tłusty portier oglądał telewizor popijając Sprite

Pierwszą było miasto, paradoksalnie nieszczególnie futurystyczne
Latałem sobie przez kolejne ulice i place, aż na horyzoncie zamajaczył monstrualny blokowaty cień. Po zbliżeniu okazało się, że jest to kolosalny wagon towarowy na milionach ogromnych kół. Jego ładunkiem był realnych rozmiarów lotniskowiec, który z kolei wiózł na sobie setki samochodów osobowych. Cały ten konstrukt miał nad sobą kolejową trakcję, w postaci masy kabli utkanych na podobieństwo bardzo niedbałego szalika. Poruszał się z relatywnie niewielką prędkością po monstrualnej autostradzie - coś koło 30 pasmowej - pomiędzy rojami zwykłych dwuśladów. Najbardziej majestatycznie prezentowały się skrzyżowania tej drogi, gdyż zajmowały praktycznie całe pole widzenia nawet z ogromnej wysokości, ale nie pytajcie mnie, jakie zasady ruchu obowiązywały na takim przejeździe 
Po jakimś czasie udało mi się opuścić miasto, trafiłem na polną alejkę prowadzącą przez wąską dolinę, pomiędzy niewielkimi wzniesieniami. Często występujący u mnie motyw - była wysiana nagrobkami. Tym razem wszystkie elementy ozdobne były wykonane za podobieństwo przedszkolnych robótek. Ołtarze, znicze, krzyże, ławeczki, altanki i gazeba z tekturowych origami, rozkłądanych laurek, witrażopodobnych wycinanek, masy solnej, a ponad wszystko - ze zmiętych i powklejanych bibułek. Te ostatnie zaczęły potem pokrywać wszystkie możliwe powierzchnie, łącznie ze wzgórzami i drogą, tworząc fantastyczny mozajkowo-infantylny krajobraz. Wrażenie potęgowały dziwaczne zakrzywienia terenu, jak smukłe i strzeliste pagórki, czy iglaki rosnące na skos, zgodnie z dziko zmiennym nachyleniem wzniesień. Co jakiś czas lotu, dość regularnie mijałem pojedynczych lub w grupkach biegaczy, w dresach i czapce z daszkiem, co sugerowało, że jest to jakiś park do joggingu. Często trasa biegła też pomiędzy futurystycznymi gospodarstwami i groteskowymi urządzeniami rolniczymi, które chyba orały i sadziły wszędzie tą pstrokatą bibułkę. Po wielu milach lotu, dotychczas rozległy krajobraz ot po prostu zakończył się drewnianą ścianą, na której widniały masywne ilości inicjałów i ksywek zapisanych kredą. Za drzwiami w tej ścianie tłusty portier oglądał telewizor popijając Sprite





