23-03-2014, 14:36
Dziś miałem mega dziwny sen. Sam nie wiem co to było, dlatego po prostu go tu opiszę:
Zaczęło się od tego, że wracałem z mamą od babci. Gdzieś w połowie drogi zacząłem czuć, że drętwieje mi ręka. Podszedłem do mamy, a ona stwierdziła, że z nosa leje mi się krew. Przestraszyłem się, że to może być poważna choroba. Nagle znalazłem się w łóżku. Prawie całe ciało miałem sparaliżowane, łącznie z twarzą. Jeśli chciałem coś powiedzieć, to wydobywały się tylko jęki. Do tego strasznie bolały mnie zęby. Trochę się bałem. Co jakiś czas do pokoju wchodziła mama sprawdzać jak się czuję. W pewnym momencie pomyślałem, że to może być sen. Problem w tym, że nie miałem jak zrobić TR, bo nie bardzo miałem jak się ruszyć. Pomyślałem więc, że skoro to sen, to nie powinno być problemu w tym, że po prostu zacznę się ruszać. Przecież to ja kontroluję cały senny świat. Zaparłem się z całej siły i... nagle znów leże w łóżku. "Co to, FA?" pomyślałem. Chciałem wstać. Niestety, dalszy paraliż, chociaż tak jakby udało mi się ruszyć trochę bardziej. Znów się wysiliłem i spróbowałem jeszcze raz... jeb! Znów budzę się po raz kolejny i znów czuję jakby paraliż był słabszy. Za trzecią lub czwartą pobudką udało mi się wyturlać z łóżka i poszedłem do salonu. Tam na krześle siedziała jakaś babka. Spytałem czy zostanie moim sennym przewodnikiem i czy będzie obecna w każdym moim śnie, mówiąc mi, że to właśnie sen. Zgodziła się. Wyszedłem z domu. Nagle znalazłem się w środku jakiegoś wielkiego miasta z dwoma kolegami ze szkoły. I tu coś dziwnego... po prostu stwierdziliśmy, że każdy z nas właśnie śni świadomie i znaleźliśmy się w tym samym świecie. Wspinaliśmy się na jakiś budynek. Będąc prawie na szycie stwierdziłem, że przecież możemy polecieć, a nie męczyć się ze wspinaczką. Stojąc juz na samej górze, zobaczyłem ogromną burzową chmurę. Pomyślałem, że muszę ją pokonać i zmieniłem się w ogromną falę wody. Popłynąłem stoczyć pojedynek z chmurą
I tu pobudka.
Wątpię, że był to świadomy sen. Zwyczajnie tego nie czułem (w porównaniu do poprzednich, gdzie ewidentnie wiedziałem gdzie teraz się znajduję, co robię; po prostu byłem świadomy obecności w innym świecie). Tym razem to wyglądało bardziej na normalny sen z fabułą na temat świadomości w snach.
Nurtuje mnie parę rzeczy. Nie czułem świadomości w trakcie trwania snu. Mało tego, nie pamiętałem tego snu zaraz po obudzeniu. Dopiero po jakimś czasie jakoś nagle mi się przypomniał. To było bardziej na zasadzie oglądania filmu. Do tego te dziwne przebudzenia w paraliżu... nie wiem o co z tym chodziło. Dokładniej wyglądało to tak: mega paraliż -> przebudzenie -> paraliż zmniejsza się -> znowu się budzę -> paraliż znów się zmniejsza -> kolejna pobudka itd. Taka incepcja trochę. Nie wiem czy łapiecie, dość ciężko mi to opisać.
Zaczęło się od tego, że wracałem z mamą od babci. Gdzieś w połowie drogi zacząłem czuć, że drętwieje mi ręka. Podszedłem do mamy, a ona stwierdziła, że z nosa leje mi się krew. Przestraszyłem się, że to może być poważna choroba. Nagle znalazłem się w łóżku. Prawie całe ciało miałem sparaliżowane, łącznie z twarzą. Jeśli chciałem coś powiedzieć, to wydobywały się tylko jęki. Do tego strasznie bolały mnie zęby. Trochę się bałem. Co jakiś czas do pokoju wchodziła mama sprawdzać jak się czuję. W pewnym momencie pomyślałem, że to może być sen. Problem w tym, że nie miałem jak zrobić TR, bo nie bardzo miałem jak się ruszyć. Pomyślałem więc, że skoro to sen, to nie powinno być problemu w tym, że po prostu zacznę się ruszać. Przecież to ja kontroluję cały senny świat. Zaparłem się z całej siły i... nagle znów leże w łóżku. "Co to, FA?" pomyślałem. Chciałem wstać. Niestety, dalszy paraliż, chociaż tak jakby udało mi się ruszyć trochę bardziej. Znów się wysiliłem i spróbowałem jeszcze raz... jeb! Znów budzę się po raz kolejny i znów czuję jakby paraliż był słabszy. Za trzecią lub czwartą pobudką udało mi się wyturlać z łóżka i poszedłem do salonu. Tam na krześle siedziała jakaś babka. Spytałem czy zostanie moim sennym przewodnikiem i czy będzie obecna w każdym moim śnie, mówiąc mi, że to właśnie sen. Zgodziła się. Wyszedłem z domu. Nagle znalazłem się w środku jakiegoś wielkiego miasta z dwoma kolegami ze szkoły. I tu coś dziwnego... po prostu stwierdziliśmy, że każdy z nas właśnie śni świadomie i znaleźliśmy się w tym samym świecie. Wspinaliśmy się na jakiś budynek. Będąc prawie na szycie stwierdziłem, że przecież możemy polecieć, a nie męczyć się ze wspinaczką. Stojąc juz na samej górze, zobaczyłem ogromną burzową chmurę. Pomyślałem, że muszę ją pokonać i zmieniłem się w ogromną falę wody. Popłynąłem stoczyć pojedynek z chmurą
I tu pobudka.Wątpię, że był to świadomy sen. Zwyczajnie tego nie czułem (w porównaniu do poprzednich, gdzie ewidentnie wiedziałem gdzie teraz się znajduję, co robię; po prostu byłem świadomy obecności w innym świecie). Tym razem to wyglądało bardziej na normalny sen z fabułą na temat świadomości w snach.
Nurtuje mnie parę rzeczy. Nie czułem świadomości w trakcie trwania snu. Mało tego, nie pamiętałem tego snu zaraz po obudzeniu. Dopiero po jakimś czasie jakoś nagle mi się przypomniał. To było bardziej na zasadzie oglądania filmu. Do tego te dziwne przebudzenia w paraliżu... nie wiem o co z tym chodziło. Dokładniej wyglądało to tak: mega paraliż -> przebudzenie -> paraliż zmniejsza się -> znowu się budzę -> paraliż znów się zmniejsza -> kolejna pobudka itd. Taka incepcja trochę. Nie wiem czy łapiecie, dość ciężko mi to opisać.





