15-01-2012, 00:50
Nareszcie mam trochę wolnego czasu, aby napisać coś w notatniku. 
Opiszę dziś sen, który kontynuował się przez 2 noce.
Cała akcja toczyła się w klimacie fantasy.
Wraz z przyjaciółmi byliśmy w mieście, którego nazwy nie pamiętam. Przybyliśmy do tego miejsca w celach zarobkowych. Wykonywaliśmy profesję najemników. Ja byłem kimś w rodzaju skrytobójcy czy infiltratora.
Nie brakowało dla nas roboty. Na świecie trwała wojna między Demonami i ich sługami (typu kultyści) oraz resztą świata.
Samo miasto było dość duże, choć nie nazwałbym go metropolią. Typowo antyczna architektura. Chodząc po tej miejscowości miało się wrażenie przebywania w miejscu o ogromnych ilościach wolnej przestrzeni, pomimo, że miasto bynajmniej nie było puste. Wszędzie krzątali się jacyś obywatele albo przechodził oddział wojskowy. Władzę tam sprawowała czarodziejka przysłana ze stolicy Imperium.
Nazywała się Rana’il. Była szczupła, wysoka i rudowłosa, miała lekko skośne oczy. Wyglądała na nie więcej niż 25 lat.
Podeszliśmy do niej spytać o robotę. Naszym zadaniem było sprawdzenie czy na górze znajdującej się na północ od miasta nie panoszą się kultyści, którzy od jakiegoś czasu regularnie napadają na miasto.
Wyszliśmy, więc północną bramą i w ciągu następnych 4 godzin dotarliśmy do celu. Wokół miasta rozciągało się Gigantyczne połacie lasu przeplatane niekiedy wzgórzami Góra była szeroka i podłużna, miała równy, płaski grzbiet. Pomimo długiego czasu przeszukiwania tego miejsca nie znaleźliśmy nic, co mogłoby wskazywać na obecność wroga na tym terenie.
Nagle zaczęła się trząść ziemia, wydając dźwięk kruszenia się grubej skorupy. Z wnętrza góry wydostał się gigantyczny skorupiak, który trochę przypominał krewetkę. Chodził jednak na wszystkich 8 nogach i nie miał wyraźnie wyodrębnionej głowy. Paszcza wyłaniała się nieznacznie z grubej ciemno czerwonej skorupy.
Próbowaliśmy uciekać, jednak stwór wpylił nas w całości zanim przebiegliśmy 100m.
Obudziłem się w jaskini we wnętrzu jajowatego pomieszczenia porośniętego czymś, co wyglądało jak pokaźnej wielkości korzenie drzew. W pokoju była prycza z rozciągniętej skóry i paru drewnianych belek.
Wiedziałem, że jest to tak naprawdę wnętrze tego robala, a ja, jestem więźniem kultystów. Jednak z niejasnych powodów miałem przy sobie swoje wyposażenie, a pomieszczenie, w którym przebywałem nie miało nawet drzwi.
Zabiłem strażnika przy wejściu. Kiedy próbowałem wciągnąć ciało do środka zobaczył mnie drugi strażnik. Puściłem ciało i natychmiast strzeliłem z łuku. Padł.
Na zewnątrz pokoju był korytarz, wyglądem przypominał jaskinię z lekko niebieskawej skały, wszystko było obłe i oplecione dziwnymi pnączami. Było tam dużo przestrzeni, pomimo dość nisko zawieszonego sufitu. Sklepienie kończyło się parędziesiąt metrów na lewo ode mnie, z kolei w prawo korytarz wydawał się nie mieć końca.
Poszedłem w lewo. Gdy skończył się nade mną sufit, na jego miejscu zobaczyłem krwisto czerwone niebo. Znajdowałem się na sieci kamiennych, połączonych ze sobą mostów, które rozpościerały się nad ogromnym, kwadratowym holem. Do otwartego pomieszczenia pode mną zbiegały się setki korytarzy, a na jego ścianach wyrzeźbione były opasłe twarze stworów podobnych do stereotypowo otyłego Amerykanina w wersji „Monster”.
Przez krótki czas nie mogłem się zdecydować, w którą stronę mam iść. Po przeciwnej stronie sieci mostów był okrągły portal, podobny do tego z „Gwiezdnych Wrót”. W pewnym momencie rozbłysnął on blado niebieskim światłem. Wyszli z niego koto-ludzie o wysokości ok. 2m. Wyglądali na magów.
Aktywacja teleportera wszczęła alarm w całym tym miejscu. Ze wszystkich stron zaczęli nadbiegać czciciele demonów.
-Chodź za mną!- Krzyknął jeden z koto-ludzi ochrypłym głosem- wiem gdzie trzymają twoich kumpli.
[luka w pamięci]
Byłem już z resztą drużyny. Niżej w holu znajdował się demon. Było ogromne zamieszanie i masakryczny hałas. Ryki demona, odgłosy walki wręcz, wykrzykiwane zaklęcia, huki uderzeń i szczęk stali. Szyliśmy do niego, z czego się tylko dało, a przy okazji staraliśmy się odpierać atakujących kultystów. Ostatecznie Demon został zabity przez kobietę, która poświęciła swoje życie, jakoś zamieniając siebie i demona w litry kolorowej cieczy.
Wydawało się, że to koniec, ale największa z wyrzeźbionych na ścianie twarzy ożyła. Pluła w nas kwasem. Schowałem się za kamiennym murkiem na brzegu mostu, na którym stałem. Dołączyłem jakoś do reszty grupy, która zebrała się w jednym z korytarzy.
Tyle pamiętam :] Może niedługo wygrzebie coś jeszcze z sennika (zeszytu) i napiszę to tutaj. Ale ze względu na sprawdziany i egzamin, reszta tego tygodnia raczej odpada.

Opiszę dziś sen, który kontynuował się przez 2 noce.
Cała akcja toczyła się w klimacie fantasy.
Wraz z przyjaciółmi byliśmy w mieście, którego nazwy nie pamiętam. Przybyliśmy do tego miejsca w celach zarobkowych. Wykonywaliśmy profesję najemników. Ja byłem kimś w rodzaju skrytobójcy czy infiltratora.
Nie brakowało dla nas roboty. Na świecie trwała wojna między Demonami i ich sługami (typu kultyści) oraz resztą świata.
Samo miasto było dość duże, choć nie nazwałbym go metropolią. Typowo antyczna architektura. Chodząc po tej miejscowości miało się wrażenie przebywania w miejscu o ogromnych ilościach wolnej przestrzeni, pomimo, że miasto bynajmniej nie było puste. Wszędzie krzątali się jacyś obywatele albo przechodził oddział wojskowy. Władzę tam sprawowała czarodziejka przysłana ze stolicy Imperium.
Nazywała się Rana’il. Była szczupła, wysoka i rudowłosa, miała lekko skośne oczy. Wyglądała na nie więcej niż 25 lat.
Podeszliśmy do niej spytać o robotę. Naszym zadaniem było sprawdzenie czy na górze znajdującej się na północ od miasta nie panoszą się kultyści, którzy od jakiegoś czasu regularnie napadają na miasto.
Wyszliśmy, więc północną bramą i w ciągu następnych 4 godzin dotarliśmy do celu. Wokół miasta rozciągało się Gigantyczne połacie lasu przeplatane niekiedy wzgórzami Góra była szeroka i podłużna, miała równy, płaski grzbiet. Pomimo długiego czasu przeszukiwania tego miejsca nie znaleźliśmy nic, co mogłoby wskazywać na obecność wroga na tym terenie.
Nagle zaczęła się trząść ziemia, wydając dźwięk kruszenia się grubej skorupy. Z wnętrza góry wydostał się gigantyczny skorupiak, który trochę przypominał krewetkę. Chodził jednak na wszystkich 8 nogach i nie miał wyraźnie wyodrębnionej głowy. Paszcza wyłaniała się nieznacznie z grubej ciemno czerwonej skorupy.
Próbowaliśmy uciekać, jednak stwór wpylił nas w całości zanim przebiegliśmy 100m.
Obudziłem się w jaskini we wnętrzu jajowatego pomieszczenia porośniętego czymś, co wyglądało jak pokaźnej wielkości korzenie drzew. W pokoju była prycza z rozciągniętej skóry i paru drewnianych belek.
Wiedziałem, że jest to tak naprawdę wnętrze tego robala, a ja, jestem więźniem kultystów. Jednak z niejasnych powodów miałem przy sobie swoje wyposażenie, a pomieszczenie, w którym przebywałem nie miało nawet drzwi.
Zabiłem strażnika przy wejściu. Kiedy próbowałem wciągnąć ciało do środka zobaczył mnie drugi strażnik. Puściłem ciało i natychmiast strzeliłem z łuku. Padł.
Na zewnątrz pokoju był korytarz, wyglądem przypominał jaskinię z lekko niebieskawej skały, wszystko było obłe i oplecione dziwnymi pnączami. Było tam dużo przestrzeni, pomimo dość nisko zawieszonego sufitu. Sklepienie kończyło się parędziesiąt metrów na lewo ode mnie, z kolei w prawo korytarz wydawał się nie mieć końca.
Poszedłem w lewo. Gdy skończył się nade mną sufit, na jego miejscu zobaczyłem krwisto czerwone niebo. Znajdowałem się na sieci kamiennych, połączonych ze sobą mostów, które rozpościerały się nad ogromnym, kwadratowym holem. Do otwartego pomieszczenia pode mną zbiegały się setki korytarzy, a na jego ścianach wyrzeźbione były opasłe twarze stworów podobnych do stereotypowo otyłego Amerykanina w wersji „Monster”.
Przez krótki czas nie mogłem się zdecydować, w którą stronę mam iść. Po przeciwnej stronie sieci mostów był okrągły portal, podobny do tego z „Gwiezdnych Wrót”. W pewnym momencie rozbłysnął on blado niebieskim światłem. Wyszli z niego koto-ludzie o wysokości ok. 2m. Wyglądali na magów.
Aktywacja teleportera wszczęła alarm w całym tym miejscu. Ze wszystkich stron zaczęli nadbiegać czciciele demonów.
-Chodź za mną!- Krzyknął jeden z koto-ludzi ochrypłym głosem- wiem gdzie trzymają twoich kumpli.
[luka w pamięci]
Byłem już z resztą drużyny. Niżej w holu znajdował się demon. Było ogromne zamieszanie i masakryczny hałas. Ryki demona, odgłosy walki wręcz, wykrzykiwane zaklęcia, huki uderzeń i szczęk stali. Szyliśmy do niego, z czego się tylko dało, a przy okazji staraliśmy się odpierać atakujących kultystów. Ostatecznie Demon został zabity przez kobietę, która poświęciła swoje życie, jakoś zamieniając siebie i demona w litry kolorowej cieczy.
Wydawało się, że to koniec, ale największa z wyrzeźbionych na ścianie twarzy ożyła. Pluła w nas kwasem. Schowałem się za kamiennym murkiem na brzegu mostu, na którym stałem. Dołączyłem jakoś do reszty grupy, która zebrała się w jednym z korytarzy.
Tyle pamiętam :] Może niedługo wygrzebie coś jeszcze z sennika (zeszytu) i napiszę to tutaj. Ale ze względu na sprawdziany i egzamin, reszta tego tygodnia raczej odpada.






