Na forum o oobe był sprawdzian. Trzeba było wypełnić kilka pól. O jakiej godzinie w nocy stosować jaką technikę na LD i jakie fale mózgowe wywołuje dana technika? Na szaro był przykład jak to wypełniać. Nic nie wpisałem, z tego powodu, że nie mam pojęcia jakie fale mózgowe są wywoływane przez jaką technikę.
Na i-senie kilka ukrytych działów zostało odkrytych. Slavia przenosił tematy do innych działów, widocznych dla każdego. Tło było jednolicie czarne.
Ślizgałem się na kolanach wewnątrz jakiegoś sklepu. Przy wyjściu znudziło mi się to.
Odsłoniłem firankę (kilka razy, bo wracała) i otworzyłem okno. Zaczęły się pojawiać wszędzie w powietrzu "płynne kolory" we wszystkich odcieniach tęczy. Wyskoczyłem przez okno. Przeszedłem przez zmrożony śnieg. Jak wychodziłem za trawnik musiałem niestety się obudzić, bo mnie noga swędziała. Gdy otwierałem oczy, widok nadal był jeszcze przez chwilę zalany przez te wszystkie kolory.
Siedziałem w ławce. Pani od fizyki też już usiadła do swojego biurka. Po klasie latał bezkształty kawałek drewna. Nagle wleciał do buzi nauczycielki. Wypluła. Chciał wlecieć mi też do mojej mojej buzi, ale ja zakryłem usta rękoma. Kilka razy jeszcze próbował wlecieć i usiadł na mojej ławce. To był ptak podobny do wróbla. Dziwny był, jednolicie jasno brązowy, jakby jeszcze niepomalowany. Mnie i kolegę z ławki, co na imię miał Adam, przeniosło do osłoniętej budki, takiej małej sali w sali. Aby widzieć co się dzieje na zewnątrz, ciągle musiałem odsłaniać czarną zasłonę. Nauczycielka rysowała jakiś bardzo zaawansowany wykres. Chcę wyciągnąć zeszyt od fizyki. Nie ma w plecaku, zapomniałem zabrać. Był jakiś inny A4, z wyrywanymi kartkami. Wyciągam jedną kartkę. Coś mi się jednak nie zgadza. Patrzę do plecaka. Nie ma nic, żadnych książek, ani innych zeszytów, tego z wyrywanymi kartkami także. Na ławce też nic. Nikogo tu nie było kto by miał ukraść i po co. Kolega z ławki cały czas coś pisał. Spojrzałem na tył klasy (z tej strony nie było zasłony), wszyscy siedzieli porządnie w ławkach. Wyglądam z zasłony na tablicę. Nie mam pojęcia jak mam nawet zacząć przerysowywać ten dziwny wykres. Był podobny do firanek z dwóch stron. Pomyślałem, że potem pożyczę zeszyt od kolegi i sobie przerysuję na spokojnie. On też nic nie zaczął. No to co on tam cały czas pisał? I w ogóle jaki jest temat lekcji? Wyszliśmy zza zasłony. Podeszła do nas nauczycielka do fizyki. Coś mówiła, ale nie pamiętam lub nie usłyszałem. Wyrwana kartka się pomniejszyła do rozmiaru A5, a potem była tylko kawałkiem papierka leżącym na półce.
Wszedłem schodami do windy. Cały poziom był windą. Półmrok. Porozstawiane minimum dziewięć krzeseł z dwóch stron prostokątnego stolika. Obok, od strony poręczy, leżał biały materac. Podszedłem do przycisków i poprzyciskałem kilka. Wróciłem i usiadłem przy tym materacy. Nic, winda nie rusza. Jakieś dziecko usiadło przy stoliku. Jeszcze raz poszedłem i nawciskałem różne kombinacje przycisków. Usiadłem na krześle. Pomyślałem i powiedziałem do tego chłopca, że chyba powinniśmy usiąść w odpowiednich miejscach jak nasi poprzednicy to może wtedy winda się ruszy. Nie ruszyła. Miałem niejakie ogólne przeświadczenie, że jak winda się w końcu ruszy, to dotrzemy na stację kosmiczną. Czekamy i ciągle stoimy w miejscu. Znowu podszedłem do tych przycisków. Stał tam Putin. Miałem wrażenie, że ma już dość tych wszystkich odstępów. Wcisnął kombinację, o której tylko on wiedział. Byłem pewny, że już niedługo ruszymy.
Na laptopie otworzyło się okienko, z plikami, lub może to był odtwarzacz do filmów. Zaczęło się pomniejszać. Wyglądało jak po zmianie wyglądu w Windowsie XP, niebieskie. Gdy się tak pomniejszało, widać było miedziane druty podtrzymujące belkę. Powstał z tego folder na pulpicie. Też był taki niebiesko żelowy, jak ze starego "upiększającego" zestawu ikon. Był pusty, więc usunąłem go. Na pulpicie zaczęło powstawać pełno pustych folderów. Foldery miały w nazwie amerykańskie miasta. Zapamiętałem San Francisco i Los Angeles. Zaznaczyłem wszystkie i wrzuciłem do kosza. Pojawiło się więcej niż usunąłem. Nie nadążałem nad tym, wyrastały jak grzyby. Poszedłem spytać się kolegi co z tym zrobić. "Zadzwoniłem" lodówką, czyli ją otworzyłem. Za najwyższą lodówkową półką zauważyłem kolegę. To nie był ekran, to był portal. Gdybym zdołał się przecisnąć, przeszedłbym do jego mieszkania. Chyba nie wiedział co z tym zrobić, bo mi nie odpowiedział.
Leżałem na trawie i przeglądałem stare książki ze znalezionego kartonu. Jedna była pożółkła. Był to zapisany przez kogoś zeszyt w linie. Przekartkowując go, stawał się coraz mniej zapisany. Odłożyłem go. Znalazłem drugi, podobny. Ten się już rozlatywał. Potem nie mogłem odszukać tego poprzedniego. Tata przyniósł mi jakieś urządzenie. Wyjąłem z czarnego opakowania. Było to połączenie maszynki do strzyżenia włosów i do obcinania krzaków (?). Elementy tego urządzenia połączone były luźnym, niezaizolowanym kabelkiem. Gruba paluszkowa bateria także była na wierzchu. Bałem, że mnie pokopie.
Jechałem autobusem z kilkoma osobami. Obok kierowcy siedział jego zastępca (Konduktor - tak go we śnie nazwałem). Ten zastępca był jakby takim zastępczym pilotem na samolocie. Ale przecież to nie był samolot, a autobus właśnie. Nagle się zatrzymaliśmy. Konduktor siedzący obok kierowcy wstał i złośliwie uśmiechając się ogłosił, że będzie przesiadka. Czy coś się stało? Jakiś wypadek może? Nie wiadomo. Plecak z moimi rzeczami zostawiłem na dalszym siedzeniu po prawej stronie z myślą, że po niego potem wrócę. Bo mieliśmy wrócić do tego autobusu? Teraz jechaliśmy tym innym autobusem w drugą stronę i zastanawiałem się dlaczego ja ten plecak w tamtym pierwszym autobusie zostawiłem i jak mam go potem odnaleźć.
Duża łazienka czy coś takiego. W środku stała tylko wanna od ściany do ściany, może na trzy albo cztery metry. Była ukryta za zasłoną. Ktoś stał po lewej stronie. W wannie było więcej wody niż mogło się zmieścić. Woda wystawała na około dziesięć centymetrów i się nie wylewała. Pomachałem nad nią ręką. Powiedziałem tamtemu komuś, że normalnie woda by się już dawno wylała, a ta wystaje ponad, tak jakoś dziwnie.
Siedziałem na czymś w rodzaju drewnianego siedzenia zerwanego z krzesła. Lewitowałem na tym po korytarzu szkolnym. To może nie było takie zupełnie lewitowanie, bardziej ślizganie się po podłodze. Jakaś klasa grała w piłkę nożną pod górką na tym korytarzu. Piłka poleciała w moją stronę i ją odbiłem tym siedzeniem, nie pamiętam już w którą stronę. Polewitowałem przez korytarz. Za krzakiem przy barierce stała jakaś para. Potem mi to lewitujące siedzenie zniknęło i szedłem przy szkolnej ścianie. Jakaś uczennica weszła do klasy i zamknęła za sobą drzwi. Spojrzałem na plan lekcji wiszący obok drzwi i przeczytałem jaka teraz się zaczyna lekcja. Ale trochę (tak tylko trochę) się uświadomiłem, że przecież nie chodzę już do szkoły i że może to jest sen, ale może nie. Nie wszedłem, tylko poszedłem dalej. Na rogu była łazienka. Było tam kilka osób. Jedno miejsce puste. Zamknąłem drzwi na zasuwkę. Sprawdziłem czy się nie otwierają. Oczywiście, że się otwierają. Drzwi do łazienek nie ma możliwości zamknąć. Wiedziałem jednak, że tym razem nikt nie będzie próbował wchodzić i się spokojnie wysikałem (dobrze, że tylko we śnie). Było ciemno, bo zapomniałem zapalić światło. Moją uwagę zwróciło także to, że było tam bardzo ciasno. Ledwo się mieściłem między muszlą klozetową a drzwiami. Bez sensu to pomieszczenie zostało zbudowane. A jeszcze, chociaż nie widziałem, bo ciemno, to wydawało mi się, że od podłogi do sufitu było zagracone jakimiś niezidentyfikowanymi rzeczami. Wyszedłem nawet nie oglądając tego. Przyszedł jakiś pijak czy ktoś taki. Go tylko kątem oka widziałem. Miał zadymione ubranie. Kilka dzieci uciekło, bo się przestraszyło go. Ten powiedział "Wam trzecioklasistom zginął Krzysztof B., powiadam wam!"
Spytałem się kim był Krzysztof B.
"Był znajomym Krzysztofa C."
"A kim był Krzysztof C.?"
"Krzysztof C. był znajomym Krzysztofa B."
Tak mi odpowiedział. Więc wszystko już jasne.
Wyszedłem z łazienki.
Poszedłem na trybuny. Tłum. W oddali widzę jedną z moich dwóch kotek. Jest wesoło. Robię jej zdjęcie. Okazuje się, że jest małą dziewczynką. Może zamieniła się w człowieka? Idę na drugą stronę trybun. Tutaj prawie nikogo nie ma. Jest tak ponuro. Są jakieś małe pomieszczenia czy wnęki. Nagle wpadam do środka. Na zewnątrz stoi jakaś istota sowopapuga czy coś. I się na mnie patrzy. Straszne to było i jednocześnie obojętne. Teraz leżę już na swoim łóżku. To coś jest na podłodze. Ma jakieś urządzenie ze splątanymi niebieskimi kablami, którymi chce mi coś zrobić. Wyrywam je i odrzucam kilka razy. Próbuję wstać, ale mnie przytrzymuje, abym nie wstawał. Chyba jednak udaje mi się, nawet łatwo. Sen się trochę zmienia. Kotka ma niby zaschnięte rany na kręgosłupie i trzeba je smarować jakąś maścią czy kremem. Więc smaruję ją. Niezauważenie sen zmienia się w oświetloną kuchnię. Siostra dziwi się czemu dotykam jej pleców. W sumie nie wiem, a z kotką wszystko przecież w porządku. Sen znowu przeskakuje. Chodzę, gdzieś po nocy z Izabelą. Wchodzimy do jakiegoś sklepu albo wypożyczalni filmów i muzyki. Dała mi płytę z muzyką z filmu "Heavy Metal" (1981). Sobie wybrała kilka płyt z serialem "Świat według Kiepskich". Miał symbolizować parodie, które tworzy na i-senie.
Pamiętam, że byłem na zjeździe i-senu. Poszliśmy do jakiejś karczmy coś zjeść. Zasiedliśmy do dużego drewnianego stołu. Po mojej lewej stronie siedział cosmic., a naprzeciwko siedziała reszta osób, czyli Slavia, Fallen, Sudo, nie pamiętam dokładnie. Ktoś opowiadał o jakimś wybuchu. Nagle do środka wbiega dziewczyna. To ona podłożyła bombę pod ten budynek ( to był bank?)! Przebiegła całe pomieszczenie i wyskoczyła przez drugie drzwi. Coś okrągłego leżało na stole. To był zapalnik tej bomby, zostawiony w pośpiechu przez tą dziewczynę. Więc nie uda się jej zdetonować. Podrzuciłem to do góry w powietrze. Zawisło jak bańka mydlana. Mogłem tym poruszać za pomocą myśli. Powiedziałem im, że patrzcie, to nie jest sen, a ja mam zdolność telekinezy! Uśmiechali tylko (to był taki cosmicowy uśmiech). Aha to jest senny zjazd, to jest sen, no przecież...
Znalazłem się na holu na końcu korytarza. Tam po prawej stronie stało małżeństwo, a z nimi chirurg ubrany na biało. Idę w ich stronę. Mam tu znaleziony but tego chirurga, a w nim... Upsi, wpadł w ogień, na którym piekli mięso na obiad. Kwadratowy palnik stał na samym środku holu. Wyciągam but z jedzenia. Nikt nic nie zauważył. A więc, mam znaleziony but tego chirurga, a w nim gruby plik paragonów dokumentujących jego przekręty. Zaraz wszystko wyjdzie na jaw, gdy im je pokażę. Zaraz się dowiedzą.
W innym śnie, na ciemnym korytarzu, ktoś poraził mnie błyskawicą. Najbardziej poczułem w lewym ramieniu i dłoni. Widziałem jego twarz. Wyglądał jak Sylar z serialu „Heroes”. Odwrócił się i poszedł. Ktoś inny przychodzi i mówi, że jak zagram z nimi mecz koszykówki to dostanę szklaną kulkę. I pokazuje mi ją. Nie wiem po co mi ta szklana kulka. Jednak, oglądając ją, wydaje mi się rzeczywiście bardzo ciekawa. Zawierała w sobie osiem mniejszych, turkusowych, ułożonych w sześcian.
Idę z mamą w sklepie. Wchodzimy na dział z między innymi słodyczami. Przechodzimy między innymi klientami. Długo się zastanawiam i jesteśmy przy końcówce tego działu. W sumie nic ciekawego tam nie było. Mama idzie do kasy. Kasa jest przedzielona zresztą sklepu bardzo szerokim przejściem jakby to było na otwartym terenie albo przemieszane z innymi sklepami i chodziło by się do tej jednej kasy z tych wszystkich sklepów. Siostra też chyba była, ale już zapłaciła za swoje zakupy wcześniej i wyszła. Zmieniam zdanie i szybko wracam. Niby wchodzę do tego samego działu, a teraz są tam garnki. Przechodzę się po innych. Nigdzie nie ma słodyczy. Wracam znowu do tego samego działu. Znowu są słodycze. Czyżby na chwilę został podmieniony? Biorę na szybko jakiś batonik. Robi się ciasno. Zaglądam na poprzedni dział tak jakoś przez półki. Tam coś przestawiają i ten cały dział musieli przesunąć, dlatego tak mało miejsca. Czy te wszystkie półki są na kółkach? Rozluźnia się. Szukam jakieś czekolady. Biorę Milkę Astral. Nowość. Jest to biała czekolada z kuleczkami z ciemnej czekolady (albo na odwrót) mającymi przypominać gwiazdki na niebie. Wychodzę ze sklepu. Został mi tylko mały kartonik z jedną dużą kostką czekolady i nawet nie Astral, a jakiejś innej nieznanej. Dziwne.
Patrzę przez kuchenne okno, a tam płynie brudna brązowa woda, głęboka na kilka metrów. Myślę, że wylało. Powódź! Ale skąd wylało?, przecież tu żadnej rzeki nie ma. Woda niesie ze sobą wielkie połacie traw, jakby trawniki pozrywała. Koty się przestraszyły i biegną w stronę balkonu, a ja za nimi, bo mogą wyskoczyć i się utopić. Nie ma drzwi, aby zamknąć balkon i są jakieś dziwne dziury. Balkon się rozpadł, został tylko szkielet konstrukcji. A kotka hyc hyc i się zsunęła po lince (jakiej lince?, tu przecież nie było żadnej linki) i przebiegła na około pod balkonem. Czemu była białą kulką? Coś mi tu nie pasuje. Wskoczyła na górkę z lasem (przecież tu nigdy nie było górki z lasem). Wychylam się poza balkon. Jakoś tu wysoko, jakby to nie był parter tylko trzecie, a może i nawet czwarte piętro. Udaje mi się wskoczyć na tą górkę. Znalazłem się na polanie przy wejściu do lasu. Znalazłem tą "kotkę". To była biała zabawkowa pluszowa myszka dla kotów. Wiedziałem. Ale się nabrałem, koty pewnie śpią w domu. Przeszedłem z tej górki z lasem z powrotem na balkon i do środka. Przez inne okno patrzę jak płynie woda. Samochody jadą po tej wodzie czy tam unoszą się jakby wyjeżdżały tunelem spod bloku. Trochę dziwne, przecież tu nie ma tunelu, a samochody nie jeżdżą, ani nie parkują tak blisko. Mówię tacie, że z tych drzewek to już nic nie będzie, a jeżeli jeszcze są pod tą wodą, to pewnie zgniją. Jakoś tak przemieszczam się spod ściany na zewnątrz pomiędzy tymi samochodami. W jednym miejscu widzę w błocie na tej wodzie takie drobne czerwone kropeczki. Zaszedłem daleko tą przemieszczoną wodną ulicą i wracam. Idę chyba bez butów "na bosaka". Ktoś idzie ze mną po lewej stronie. Mówi, że w wodzie są bakterie zarazki. A ja chodzę po wodzie. Mówię do niego, patrz, ja po wodzie chodzę! To nic, że stopy mam trochę zanurzone, ale po wodzie chodzę. Zdziwiło go to. Nie zdziwiło go to. Zaczął biec. Zwolnił kroku. To jakiś wyścig czy co? Skoczyłem do przodu i zrobiłem takie powolne salto w powietrzu. Trochę krzywo wyszło i w połowie jakbym się obserwował z odległości. Siedzę przy białym biurku. Przez okno wpadają promienie słoneczne. Czytam książkę, jest ciekawa. Na biurku leży podręcznik do matematyki. Mam jeszcze kilka zadań do zrobienia. Kończę czytać książkę i wsadzam ją do środka podręcznika w taki pasujący prostokąt. Później oddam do biblioteki w ten sposób razem z tym podręcznikiem do matematyki. I wypożyczę następną część tej książki.