i-Sen.pl - Polskie Forum Świadomego Śnienia
NeuroWonderland - Wersja do druku

+- i-Sen.pl - Polskie Forum Świadomego Śnienia (https://i-sen.pl)
+-- Dział: Dziennik Snów (https://i-sen.pl/Forum-Dziennik-Snow--44)
+--- Dział: Dziennik Snów (https://i-sen.pl/Forum-Dziennik-Snow--14)
+--- Wątek: NeuroWonderland (/Temat-NeuroWonderland--3293)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 24-09-2019

Stałem przed wejściem do ciemnego tunelu. Coś mi majaczyło o pistolecie, że miałem się nim przed kimś bronić. Nie miałem pistoletu. Ustawiłem lustro tak, aby pokazywało co się dzieje w tunelu i nacelowałem na nie kamerę. Ekran kamery pokazał dużą grupę ludzi, której tam przed chwilą nie było. Patrzę w tunel no i tak rzeczywiście nie ma nikogo. Kamera jednak pokazuje jakieś postaci. A więc to duchy! Tak, dzięki tej kamerze można widzieć niematerialne byty.

Idę ulicą, jest słoneczny dzień. Trafiam do jakiegoś dziwnego zaułka. Na końcu ulicy są schody do ciemnych drzwi. Ktoś wychodzi, wampiry. Szybko wyciągam coś z plecaka. Przy krzaku kładę dwie metaliczne kostki, wzmacniacze częstotliwości. Nie wiem co mam dalej robić, niby się przygotowywałem do takiej sytuacji, a teraz na szybko muszę myśleć co dalej. Wkładam szybko do nich jakieś karty pamięci, a do czegoś podobnego do pilota czy elektronicznego klucza pendrive (chyba pomarańczowy) i celuję w wampiry. Włączam to wciskając przycisk, zaczyna piszczeć. Działa, wampiry się uspokajają i wracają do siebie. Niestety ktoś, komu to nie pasowało, obserwował z boku i za chwilę zniszczył część urządzenia. Szybko pobiegłem stamtąd do szkoły. Ulica płynnie zmieniała się w korytarz. Gonił mnie tamten, był ubrany w czarną pelerynę z kapturem. Słyszałem coś, że on stoi po stronie wilkołaków. Wbiegałem na drugie piętro. On nie mógł przebywać zbyt długo w takich miejscach, więc wynajął kilka osób, aby mnie złapali. Już ich widziałem, czekali na mnie na schodach. Musiałem się cofnąć. Ale po chwili pomyślałem, że tak na prawdę to nic mi nie mogą zrobić. Wróciłem się. Niby mieli mnie pobić. Jeden z nich, taki grubas, miał wór. Powiedział, że to "prezent" dla mnie, co miało znaczyć, że to jakieś skradzione moje rzeczy, i że przez to wie, gdzie mieszkam. Wbiegłem do klasy. Wszyscy obojętni, a nauczyciela brak. Tamci rzucili wór z tymi rzeczami. Był tam ręcznik podobny do mojego z moim imieniem, ale za chwilę stwierdziłem, że nie ma tam nic mojego, oszukali mnie. Ktoś powiedział, że te szmaty śmierdzą. Dla eksperymentu nacelowałem urządzenie na normalnych ludzi. Od razu pożałowałem tego. Wstali z ławki i ruszyli w moją stronę. Wiedziałem, że podziałało odwrotnie niż na wampiry. Stali się agresywni. Jakoś przeskoczyłem tablicę i drzwi. Wiedziałem, że załatwili tamtych, którzy mieli mnie pobić. Przebiegłem korytarz, stał tam duży tłum. Zombie szły przed siebie. Rozszarpały napotkane na drodze małe dzieci. Ups, chyba trzeba uciekać, aby nie było na mnie.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 26-09-2019

W półśnie zobaczyłem jak ktoś skakał przez krzaki. Ktoś inny skomentował to, że tak wygląda podróż w czasie.

Wreszcie otworzyli forum na thelinked.pl. Chociaż na stronie głównej nadal było tylko czarne tło i napis "takie śmieszne czarne tło :)".

Przyjechał dziadek swoim samochodem maluchem. Przed klatką schodową na trawniku rozłożył samochód na części i pomalował. Chciał, abyśmy te części poukładali na balkonie. Trochę się zdziwiłem, bo to na pewno się nie zmieści. Przyszedł sąsiad z bloku z naprzeciwka. Obejrzał te części. On miał niby malucha w starszej wersji (w rzeczywistości ma zupełnie inny samochód). Potem, jakby nie miał u siebie, chciał skorzystać z naszej ubikacji. Jak części zostały złożone z powrotem w malucha przetarł szybkę i powiedział, że jest w porządku, chociaż rysa widoczna.

Na plaży był drewniany budynek. Moim zadaniem było pilnować przy drzwiach, aby więźnie nie uciekli. Dalej wewnątrz był jeszcze ktoś inny kto ich pilnował i z nimi rozmawiał. Wypuszczono jednego więźnia i w sumie nie było kogo mi pilnować. Wyszedłem na deski na plażę. Słońce mocno świeciło. Trzy dziewczyny tam stojące do mnie zagadnęły czy już koniec na dziś. Powiedziałem, że nie ma już więźniów do pilnowania to idę. W oddali szła dziewczynka ubrana w fioletową sukienkę. Zaczęły na nią gadać jaka ona gruba. Poszedłem do baru chyba razem z nimi i postawiłem im jakieś drinki.

Akcja przeniosła się na dalszą część plaży. Dusza człowieka inkarnowała w ciało jaszczurki. Z pyska i ogona wyrastały dziesiątki węży i innych jaszczurek. Ludzie go ciągnęli z tych dwóch stron, chcieli oderwać od niego te węże. Człowiek w jaszczurce krzyczał w myślach z bólu jak go rozrywali na pół.

Okazało się, że tego wypuszczonego więźnia porwała jakaś grupa przestępcza. Zostawili jego zdjęcie jak zamykają go do wielkiego drewnianego wozu karawany. Dodatkowo wtargnęli do tego więzienia na plaży i porwali dwóch pozostałych. Odtworzył się filmik jak ich porywali i związywali zamykając i odjeżdżając. Nie wiadomo czego chcieli, okupu? Nie mieliśmy z nimi kontaktu i nie wiedzieliśmy, gdzie się zatrzymali. Mieliśmy ich szukać. Dziewczyny znalazły jakiś wóz, ale to nie ten. Tamten był większy. Jacyś panowie przyszli i poszliśmy do baru. W menu były alkohole, jeden którego nazwy nie widziałem, 8 mojito, inny był serwowany tylko do godziny 15, a to już wieczór. Chyba zamówiłem te 8 mojito. Potem w nocy z kimś szedłem w poszukiwaniu tej karawany. Chyba się rozłożyło wesołe miasteczko. Z prawej strony coś stało. Weszliśmy do tunelu. Aby przejść należało dać policjantowi bilet. Dziewczyna i inny dali bilet. Ja nie miałem, ale jakoś przeszedłem niezauważony. Dziwiłem się, że trzeba płacić za przejście w zwykłym tunelu. Na końcu tego tunelu zauważyliśmy ten czarny w ciemnościach wóz karawany. Poruszał się jakby na czterech drewnianych nóżkach jak wielki mechaniczny koń.

Leżę na dużym białym materacu. Przychodzi lekarz i pielęgniarka. Dają mi dwie okrągłe tabletki i jedną podłużną. Pod jakimś pretekstem wychodzę na chwilę i uciekam.

Trafiam do piwniczki. Przeglądam różne rzeczy. Nagle ktoś wyciąga kawałek szyby z okna i wchodzi, widzę trawę. Myślę, że chce ukraść książki, ale przecież tam nie ma. Było ich trzech. Jeden zabrał te duże owocowe ciastka. Chciałem je zjeść. Pomyślałem, że nie chcę tych słodyczy. Pozostałym dwóm dałem kilka kwadratowych czekolad. Każda z nich była zaczęta. Poczułem przelotnie smak jednej, był kokosowy. Wzięli wszystkie te słodycze i cukierki i sobie poszli.

Widzę, jakby w ekranie, idzie trójka dzieci przez las, dwóch czarnoskórych chłopców i jedna blondynka. Jedna starsza pani wyciąga ich z tego ekranu. Zauważa, że są ranni, a nie chce się nimi zajmować, więc mówi do drugiej, zabieramy ich do szpitala. Mam obserwować znaki. Dwóch chłopaków zostało zabranych na jakieś przymusowe roboty. Jeden stał na korytarzu i coś mówił, że pierwszy raz ma taką robotę. Uśmiechnięty, gadał i gadał i gadał. Zapytany o rok odpowiedział, że tak, to był też tysiąc osiemsetktóryś. I znowu zaczął o czymś gadać. Drugiego chłopca nie widziałem. Dziewczynka siedziała we wnęce ściany. Była częściowo niewidzialna. Chciałem ją zabrać stamtąd. Zawołałem do niej, Andżela, chodź, możemy stąd wyjść.

Spotkałem dawnego kolegę. Naprawiał komputery. Powiedział, że te stare sprzed 2000 roku miały lepsze ekrany. Wyjął części i składał z nich komputer w monitorze. Najpierw dwa czarne głośniki, wyżej następne dwa i ekran. Spytałem go o rozdzielczość. Powiedział, że nie wiadomo.

Noc. Leżę na łóżku pod oknem chociaż łóżko mam przy drzwiach. Przy ścianie leżał jakiś mężczyzna na podłodze z kobietą. Nie wiem jak się tam zmieścili, chyba pokój się powiększył. Wyglądali na jakieś senne stwory i może rzeczywiście nie byli to ludzie, bo było ciemno i mało co widziałem. Zawołałem do nich wyciągnijcie mnie, bo nie mogłem wstać. Spojrzałem na okno i już mogłem wstać. Wyskoczyłem przez nie. Przyklepałem kamień, aby dał mi energii czy coś, ale nic się nie stało to pobiegłem przed siebie jak najdalej. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że zbliżam się do mieszkania zamiast się oddalać.

Wielki komar leciał. Trzymał dwa równie wielkie komary. Ciekawe tak we trójkę? A może chciał je zjeść?

Miałem zeszyt, w którym ktoś na końcu powypisywał różne kosmiczne rewelacje. Zostawiłem sobie do przeczytania na potem.

Siedzimy w grupie kilku osób w dużej jasnej sali przy stole. Trzeba coś było wybrać. Była plansza jak do gry z kwadratami na brzegach. W pierwszym była azjatycka wanilia, pomyślałem, że ją wybiorę. Z kolegą przeglądaliśmy zeszyt leżący na stole. Była rozrysowana tabelka z naszymi imionami oraz podzielona na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdej części było napisane co robimy w danym momencie i o czym myślimy. Ci "oni" wiedzieli nawet jakie będą nasze myśli i sny w przyszłości! A jak coś im się nie podoba to cofają się w czasie i to zmieniają. Nagle przyszło dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury i w kapeluszach. Twarze mieli obwinięte czarnym materiałem. Wyciągnęli jakieś urządzenia. Już wiedziałem o co chodzi i zamknąłem oczy. Zobaczyłem tylko błysk. Chcieli wymazać nam pamięć. Ja nie zapomniałem niczego, reszta pewnie tak. Zniknęli. Przeglądałem ten zeszyt jeszcze raz. Kolega przeczytał w nim coś o rozmyślaniu. Tabelki już nie znalazłem, były tam tylko przepisy obiadowe i zdjęcia jedzenia. Chciałem wytłumaczyć pani, która z nami była całe to zdarzenie, ale ci w czerni znowu się zjawili. Odwróciłem się, gdy strzelali do nas tym światłem. Położyli te urządzenia na stole i chcieli zrobić jakiś test. Dali mi zabawkową myszkę dla kotów pod rękę. Nie wiedziałem o co chodzi, co ja mam niby z tym zrobić? Jeden przytrzymał mnie za rękę i zaczął nią poruszać góra dół, przybliżając ją do tego urządzenia. Mogłem je zabrać, ale uciekłem. Schowałem się w ubikacji. Miałem problem z zamknięciem drzwi, ale w końcu się udało. Oni nawet nie próbowali ich otwierać. Usłyszałem dźwięk tych urządzeń i jak najszybciej zamknąłem oczy. Przez drzwi i zamknięte oczy zobaczyłem błysk i unoszące się w ciemności dwa prostokątne powidoki. Obudziłem się.

Jechałem z koleżanką na rowerach. Skręciliśmy w prawą stronę i wjechaliśmy do jakiegoś budynku. Wjechaliśmy po schodach na drugie piętro. Trochę to było dziwne jechać rowerem po schodach, ale szło lekko, więc więcej o tym nie rozmyślałem. Na górze było ciemne miejsce. Zostawiliśmy rowery na podłodze. Zaatakowały nas małe agresywne dzieci. Jedne krzyczały inne się śmiały i płakały. Nie znalazłem koleżanki. Więc, albo otoczyli inną małą dziewczynkę, albo ona zmalała.

Ciemność. Grupa metalowców ubranych na czarno zebrała się wokół ogniska i grają głośną metalową muzykę. Jeden z nich patrzy się w moją stronę. Ma bardzo białą twarz jakby oblał się białą farbą. Dziwnie marszczy się. On śpiewa tekst piosenki.

Zjawił się wielki czarny pies. Chwyciłem się jego ogona i wyciągnął mnie z łóżka. Razem z dwoma dziewczynkami jechaliśmy, gdzieś na jego grzbiecie w nocy. Potem był dzień. Staliśmy przy jakimś stoisku sklepowym. Przyszedł jakiś chłopak i spytał się tych dwóch dziewczynek czemu tak się wykrzywiają. Odpowiedziały, że próbują te kwaśne rozpuszczalne gumy do żucia. Znowu była noc. Powiedziałem im, że jak nie zdążę, to one później pomyślą o mnie, to ja zniknę tam, gdzie jestem, a pojawię się w miejscu, gdzie przebywają. Potem z balkonu podlewałem trawnik w miejscu, gdzie rosną chwasty. Nie wiem po co. Tylko ten pas ziemi był oświetlony światłem dziennym, resztę spowijała ciemność nocy. Wylałem wodę z gumowej rękawiczki. W drugiej też była woda i jakieś brudy.

Chłopak leci hulajnogą wysoko nad chmurami. Czuję jego lekki lęk wysokości. Krótka myśl o Avatarze. To jest niby jego drugi lot. Hulajnoga zmienia się w rower. Chłopak jest w połowie drogi. Gdy pomyślałem jak on wyląduje, że przecież się rozleci, ten nie może już utrzymać roweru i go wypuszcza. Leci do tyłu na plecy.

Czytałem książkę. Miałem dwie wersje. W jednej były strony poprzestawiane, przeczytałem trochę, ale już nie pamiętam. W drugiej było niby to samo plus dodatkowe linijki tekstu. Za każdym razem jak sprawdzałem czy się zgadza, coś się zmieniało, strony się przestawiało, dopisywał dodatkowy tekst. Możliwe, że jedna wersja to był komiks, bo były dołączone czarno białe ilustracje. W pierwszej wersji stał mnich przed blokiem, a na samym końcu drzewo, które rozpoznałem z tej drugiej wersji. W drugiej było to samo i jeszcze silna wichura się zerwała nagle.

Jakiś kolega urwał sobie nogę, aby nią straszyć potem. Za oknem była jakby skocznia narciarska. Wyskoczyłem i zjeżdżałem jak z górki po śniegu. W połowie drogi ten kolega wyciąga tą martwą nogę ze śniegu i mnie straszy. Nie przestraszyło mnie to, było trochę dziwne. Na dole były dwie górki z piachu i trzecia leśna. Wchodząc do lasu usłyszałem szeleszczenie, drzewa się poruszyły. To wielki drapieżny dinozaur. Czym prędzej wybiegłem, ale ten mnie dogonił i odgryzł głowę. Szybko wtedy się wybudziłem i idąc pomiędzy tymi ziemistymi górkami opowiadałem komuś, że chociaż już się obudziłem to czułem jak ten potwór mnie pożera. Dostałem wiadomość na telefon, że 100MB będzie za darmo, ale już za 200 będę musiał zapłacić 4 tys. Wyłączyłem tą aplikację. Chciałem ją usunąć, ale aplikacja do czyszczenia też byłą jakimś złośliwym oprogramowaniem. Potem szedłem za blokiem niedaleko lasu. Przyplątał się do mnie jakiś dzieciak. Pytał się co tam na statku. Nie wiedziałem o co chodzi. Skądś miałem zabawkowe okrągłe urządzenie z ekranem. Coś mi na nim pokazywał. Można było robić nim zdjęcia.

Ktoś wszedł do mojego pokoju i wsunął do biurka trzy gazety (albo komiksy?). Były one w tematyce Gwiezdnych Wojen, a przynajmniej jedna z nich. Przeglądałem je. Pojawiły się animacje na papierowych stronach. Otworzyły się mapy różnych kosmicznych lokacji. Były tam informacje o istotach zamieszkujących tamte planety. Nagle zakręcił się rysunek Yody z wypisanymi jego jakimiś mądrościami, a także hasło "Good crystal".

Kilka razy się budziłem. Pomiędzy każdą pobudką wisiała inna firanka niż w rzeczywistości i była zaczepiona o sufit. Wtedy wiedziałem, że to sen.

Szedłem obok lasu. Nad drzewami nagle zleciały się metaliczne okrągłe pojazdy latające. Były jednocześnie daleko i blisko mnie. Chciałem za nimi lecieć, ale nie udało się. Chwyciłem jednego z daleka i chwilę przytrzymałem.

Ktoś wskoczył przez dziurę w drucianym ogrodzeniu. Za nim wskoczył chłopiec bez ubrania. Niestety nie udało mu się przeskoczyć i krokiem wskoczył w wystające ostre druty. Cały pokrwawiony. Później była jakaś zbiórka, gdzieś. Ten mężczyzna nagi stał z innymi, ubranymi. Chłopiec też tam był. Już nie był pokrwawiony.

Spotkałem się z kilkoma osobami. Poszliśmy, gdzieś gdzie był kiosk. Widziałem borówki amerykańskie wielkości jabłek. Usiedliśmy do stołu blisko ulicy. Jedna dziewczyna siedziała bliżej tego kiosku i obserwowała. Na stole leżały setki czekolad różnych rodzajów. Chyba jedną spróbowałem i szukałem jakich niespotykanych. Jedną z orzechami zostawiłem na potem. Nagle patrzę, a tam nie ma prawie czekolad. Powiedziałem, że przecież zjadłem co najwyżej cztery albo pięć, a tu już nie ma ani jednej. Ktoś zaproponował, że może w takim razie przejdziemy do piwnicy. Odpowiedziałem, że lepiej nie, bo teraz piwnica miesza się z innymi miejscami i nie wiadomo co z tego wyniknie.

Jasne słońce świeciło. Widziałem drzewo. Ktoś na nie wchodził. Mogłem wytworzyć pole siłowe wokół siebie. Gdy zbliżyłem ręce do mrówek, te zamiast na nie wchodzić, omijały je.

Miałem dziwnie długie włosy i kapelusz, chociaż nie noszę kapelusza. Zdjąłem go i wyszedłem na dwór. Pomyślałem, że nawet w czwartym wymiarze trzeba chodzić do fryzjera. Dwie dziewczynki biegły przed siebie. Jedna potem do mnie przybiegła, śmiejąc się.

Wszedłem do wyciętego ponurego lasu. Zostało tylko kilka drzewek naokoło. W środku zamiast prawdziwych miały być wyświetlane holograficzne.

Miałem kartkę, którą znalazłem przyczepioną do jakiejś budki. Wydawało się, że jest dużo tekstu do przeczytania. Tekst składał się z różnokolorowych kryształów. Gdy ktoś pisał, pojawiały się nowe, zamiast liter. Miałem je policzyć.

Spotkałem na przystanku cosmica. z koleżanką. Weszliśmy do klatki schodowej i wchodziliśmy schodami na górę. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się. Stałem na schodach i patrzyłem się co oni robią. Uśmiechnięty cosmic. z koleżanką robili pompki opierając się o framugę. Wystawiali głowę na zewnątrz i szybko chwali, gdy zbliżał się poziom następnego piętra. Dziwne, przecież tam nie było windy, a poza tym nadal staliśmy na tym samym poziomie. Kiedy "dotarliśmy" na odpowiednie piętro, koleżanka cosmica. usiadła na podłodze i miała jakby podbite oko.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 19-04-2020

Jechałem pociągiem i dojechałem do skrzyżowań wielu torów. Inni jechali do Gdańska. Powiedziałem, że później do nich dołączę. Musiałem jeszcze zajrzeć do kilku miejsc.

Ktoś musiał zamknąć swoją firmę. Teraz sprzedawał hulajnogi na schodach. Pojeździlem chwilę i odstawiłem. Była za mała, a rączki zrobione z cienkiego drucika.

Szedłem przez łąkę, z prawej strony było jezioro. Wzdłuż ścieżki ustawione regały z pustymi pułkami. Nie wiedziałem o co chodzi.

Jakoś nie mogłem się wyprostować i musiałem się oprzeć o ścianę. Trochę pomogło, ale nie do końca. Ktoś powiedział, że tam jest zamieszczony silny magnes powodujący zaburzenia. Odsunąłem się od ściany co polepszyło moją sytuację. Mogłem się normalnie poruszać. Patrzyłem jeszcze na ścianę. Moje fizyczne ciało tam zostało przyklejone bokiem. Wyrastały z niego wypustki i wrastało w ścianę. Skądś widziałem, że uwolniła się esencja zła. Bardzo się tego przestraszyłem. Zrobiło się ciemno. Spod korzeni wydostały się różne wielkie robale, których w ciemności nie mogłem dostrzec. Rój insektów leciał nade mną. Zwinąłem gazetę w rulonik i uniosłem do góry. Zeżarło połowę. Zacząłem biec tunelem.

Goniły mnie jaszczuropodobne istoty. Nawet jak się obudziłem widziałem jak jedna chodzi w moim pokoju. Zamknąłem jedno oko. We śnie mnie goniły. Otworzyłem oko i nadal jaszczur stał obok mnie. Pomyślałem, że mnie nie widzi.

Miałem się przebrać, bo wychodziłem gdzieś.

Szedłem przez halę towarową. Wyszedłem na lotnisko i zmierzałem w stronę głównego wyjścia. Poprzez szyby świeciło mocno światło słońca. W połowie drogi zauważyłem cień na kaflach podłogi. To ktoś tam siedział i czytał gazetę.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 25-04-2020

Oni jechali czarnym samochodem i porwali jakąś dziewczynkę. Gdy się zatrzymali na światłach podszedłem do samochodu, dach był otwarty. Ona jadła watę cukrową z lodami. Tamci chyba zasnęli czy co, bo mnie nie widzieli. Zauważyłem, że do tej waty przyleciały ogromne osy, a na spodzie lodów łaziły mrówki. Lizała lody, nie widząc owadów. Powiedziałem, aby lepiej zostawiła te lody, bo są prawdopodobnie trujące, i że jest to chyba sen, ale nie musi się tak od razu budzić. Wysiadła. Prowadziłem ją za rękę do kogoś.

Wyglądało to jak gra platformowa. Obserwowałem jak dwie dziewczyny (jedna ciemnoskóra) przenosiły kogoś na górę do jaskini. Postać miała przyczepione różowe paski. Jako, że nie były zbyt silne przenosiły po kawałku. Odrywały stopy, nogi na pół, tułów, dłonie, ręce, szyję i głowę. Jedna z nich przerzucała każdy kawałek na wyższą skalną półkę, a ta druga, ciemnoskóra składała ciało w całość. I znowu następna wyższa półka, i znowu przerzucanie po kawałku i składanie w jedną całość. Było tam kilka półek skalny, więc trochę to trwało. Zniecierpliwiłem się i poleciałem tam do nich na lianie przez przepaść. Chwyciłem go lub ją i przeniosłem w całości boczną ścieżką po lewej stronie, wniosłem do jaskini i położyłem na stolik tam już oczekujący. Otworzyły się skalne ściany i stolik wjechał do środka, po czym jaskinia się zamknęła. Jedna z dziewczyn chciała, abym dotknął palcem jej buzi i sprawdził czy nie śmierdzi. Tak zrobiłem, ale nic nie poczułem.

Ciemna noc. Przyjechali gangsterzy swoim ciemno zielonym autem. Z przodu wyszedł jeden z karabinem i czekał, ale nie zauważył jak przeciwnik już się dostał na tył samochodu i grzebie. Zawiązał strunę na supełek, aby nie odjechali i niepostrzeżenie wsiadł do środka. Dziwne, przecież chciał, aby nie odjechali. Potem wsiadł ten z karabinem, a potem ja na tył po prawej stronie. Powiedziałem, że ładny zielony samochód, a ten z przodu mówi mi, że jest czarny. No przecież widziałem, że jest zielony. Nie, jest czarny. Wyjrzałem za okno, no i rzeczywiście był czarny. Pewnie tak światło padało wcześniej, że wydawał się ciemno zielony. Jedziemy gdzieś. Z przody po prawej stronie wielki ekran. Oni grają w jakąś grę. Nad tym ekranem do gier umieszczony mniejszy telewizor, ale też dosyć duży. Leci jakiś krwawy film. Kierowca też musiał mieć ekran, w którym było widać z kamerek jak jedzie, inaczej miałby tylko kawałek szyby i mało by widział. Pomyślałem, że ten samochód musiał się zrobić wysoki, aby to wszystko pomieścić. Nadal jechaliśmy w ciemności.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 02-05-2020

Leżę sobie na łóżku i słyszę trzeszcząco podskakujące hałasy na dworze. Ubzdurałem sobie, że to budka (telefoniczna?) mnie goni, chociaż nic nie widziałem, i przeskakuje przez krawężnik. Chciałem wstać, ale nic z tego. Za którymś razem w końcu udało mi się i wyjrzałem przez małe boczne okienko po lewej stronie w rzeczywistości nieistniejące. Zobaczyłem ptaki, chyba kury i koguty. Dla zabawy wystawiam im znalezioną szmatę na kiju. Przybliżają się. Okazuje się, że to ludzie. Byli bardzo zdziwieni, jak zobaczyli ten kawałek materiału.

Zeskoczyłem z daszku na senny chodnik. Szedłem obok sklepów. Byłem bez butów. Nagle wszedłem w kałużę. Aż zakrzyknąłem, taka była zimna woda, ale pomyślałem wtedy, że było to bardzo śmieszne. Szedłem jeszcze chwilę i się obudziłem.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 13-05-2020

Przy lesie zebrało się wiele wron i kawek. Czułem zaniepokojenie, chociaż nie wiedziałem co jest nie tak. Zaraz zobaczyłem, że ptaki są prawie tak duże jak ja. Tłum ludzi, tam się znajdujących przestraszył się i wszyscy rozpierzchli się w popłochu. Szedłem sobie spokojnie przed siebie.

Szedłem za budkami sklepowymi. Zauważyłem bezdomnego, tego z wózkiem na zbierane rzeczy. Niósł ogromną skałę jakby była pusta w środku. Wszedłem do lasu na prawo. Szedłem tą leśną ścieżką. Wszystko jakby zmieniało się jakby w przyśpieszonym trybie. Zaczął wiać wiatr, który przywiał owoce maliny. Wyskakiwały w moją stronę. Chciałem kilka zebrać, ale nagle zebrało się na na ziemi gęste mrowie mrówek. Na końcu ścieżki przy wyjściu z lasu usiadłem. Wyciągnąłem z plecaka kanapki (chyba z serem). Zjawiło się dwóch złośliwców. Chcieli mi zabrać kanapki i sami zjeść. Odwróciłem się od nich, i gdy ugryzłem kanapkę sen się skończył.

Szaro, leje deszcz. Tłum idzie powoli wąskim chodnikiem pomiędzy budynkami. Jest tam ciemno. Byłem pewien, że to ponad kilometr. Wsiadłem na rower i jakoś tak szybko dojechałem jakbym zrobił kilka kroków. Zrobiło się jasno. Przyleciał dron i usiadł na dachu. Zmienił kształt w antenę.

W sali ze szkolnymi ławkami i krzesłami było zebranie. Zaczęło lać. Wyjrzałem przez okno. W lesie leciała ogromna ważka. Zniknęła w strugach deszczu. Podszedłem do szafki z przodu sali i wyciągnąłem szachy z góry. Szafa była cała upchana takimi samymi szachami, nie było już miejsca na nic. Położyłem to na ławce. Zastanawiałem się po co to wyciągnąłem. To chyba miało być jakieś zadanie. Przyczepiłem do szachów słuchawki, które tam znalazłem i zamknąłem to w kartonie. Jakieś dziewczyny zaczęły mnie papugować, bo myślały, że każdy miał robić takie coś. Schowałem wyjęte szachy. Pani prowadząca ten „wykład” była zdenerwowana. Nie wiem czemu, przecież już to schowałem.

W kuchni zjawiła się Izabela. Powiedziała, abym przeczytał „Ambergris”. Po obudzeniu się sprawdziłem na internecie co to za książka.

Na rzece była mała wyspa. Przy niej zatrzymywały się łodzie. Dostałem się tam przez nowo wybudowany most. Było ciężko, bo już był częściowo zawalony. Nie pamiętam co się tam działo. Wróciłem tym mostem w inne miejsce. Przy rynnie zalęgły się pomarańczowe drobne robale, takie kropeczki. Na szczęście były uwięzione w czymś podobnym do akwarium połączone szklaną rurą z drugim pojemnikiem, gdzie mieszkała kolonia żółtych, jeszcze groźniejszych insektów. Ktoś przyszedł i zrobił dziurę w rurze. Zacząłem uciekać, bo wiedziałem, że jak się wydostanie, to się to rozejdzie na cały kraj i wszystkich zeżre. Poczułem powiew na plecach. To dosięgła mnie fala. Nic mi się jednak złego nie stało.

Poszedłem do piwnicy. Tam się dowiedziałem, że jakaś kobieta co miała czarne włosy, miała się już ostrzyc, ale ktoś ją zabił i zamurował. I dopiero teraz po tylu latach to wyszło na jaw. Dziwne, że przez tyle czasu nikt nic nie zauważył. Obok, co jeszcze dziwniejsze, mieszkali Indianie w swoim namiocie. My tylko mieliśmy co parę lat odsłaniać karton z tego namiotu i przynosić im jedzenie i wodę. Po czym znowu się zamykało kartonem ten namiot. Ponoć jakby tam wejść, to w tym namiocie było więcej miejsca niż w piwnicy. Potem czegoś szukałem. Miałem coś wydostać spod ściany. Poczułem pajęczynę na włosach. W szafce obok namiotu znalazłem zagubione szachy dziadka. Ja miałem takie same, tyle że brakowało figurek. Okazało się, że te szachy nie są takie same, tylko te same. Szachy dziadka były z przeszłości i były kompletne. Znalazłem jeszcze trzecią wersję. Oprócz kilku figurek były w nich czarno-białe zdjęcia.

W dzień przyleciało UFO i zatrzymało się w powietrzu przy balkonie. Wyszła z niego czarownica na balkon. Za pomocą wiązki światła wciągnęła do góry zaspanego chłopczyka.

Oglądałem koncert zespołu Queen. Freddie Mercury śpiewając przeskakiwał na dalszą część sceny trzymając się liny. Zastanawiałem się jak on jeszcze zdołał utrzymać mikrofon. Potem zszedłem drewnianymi schodami na dół. Skuliłem się, bo pod ubraniem ukrywałem puszkę piwa, jedno chyba już wypiłem. Dziwne, przecież w rzeczywistości nie piję alkoholu. Otworzyłem drzwi i wtedy przyszedł mój brat. Dałem mu tą puszkę. Koleżanki z klasy się uśmiechnęły i poszły dalej. Za mną schodził mój starszy brat. Dziwne, przecież ja nie mam braci. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Tam były stoły restauracji na podłodze z desek. Nauczycielka coś tam krzyczała. To ten młodszy brat się upił i się kiwał idąc. Szybko zaprowadziłem go na ławkę. Kazałem mu głęboko oddychać, aby mu przeszło, bo inaczej będzie na mnie, że mu dałem piwo. Usiadłem obok niego. Wydawało mi się , że zajmuję ciało kogoś innego. Przyszła ta nauczycielka (albo może pielęgniarka?). Była bardzo na mnie zdenerwowana. Mówiła chyba po niemiecku i w powietrzu wyświetlały się polskie napisy, więc rozumiałem. Zacząłem się tłumaczyć, że ja przecież jestem z przyszłości... „Tak, tak sobie mów. A teraz wydmuchuj powietrze.” Przyszedł jeszcze pielęgniarz, aby jej pomóc. Przytrzymał mnie i zacisnął palce na moim nosie. Zacząłem wydmuchiwać. No i przez to się obudziłem. Wiedziałem, że właśnie o to im chodziło, abym się stamtąd wybudził.

Wyszedłem z bloku. Spojrzałem się na prawo. W miejscu wyciętego lasu trwały budowy jakichś wielkich budynków. Widać było szkielet złotych konstrukcji. Zbyt długo nie obserwowałem, bo śpieszyłem się na autobus. Wsiadłem i jechaliśmy. Oprócz mnie była jeszcze jedna osoba. Wjechaliśmy w górzysto leśne tereny, nawet nie wiem, gdzie to jest. Zaczęło podskakiwać. Odkleiło mnie od siedzenia i widziałem jak autobus jedzie slalomem.

Ominąłem wejście do ciemnego lasu. Trochę się przestraszyłem. Pomyślałem jednak, że następnym razem tam wejdę.

Stałem na balkonie i obserwowałem chmury. Nagle coś zaczęło lecieć, satelita lub coś podobnego. Schowało się za chmury. Za chwilę znowu się pojawiło i schowało. Co chwilę powtarzało się to dokładnie tak samo. Już wiedziałem o co w tym chodzi. Na niebie była wielka obracająca się rolka, a to był tylko obraz na niej wydrukowany. Tak nas przez cały czas oszukiwali. Byłem bardzo zdenerwowany tym. W szczeblach balkonu otworzyło się przejście, którym zeskoczyłem. Biegłem ulicą pod prąd roztrącając samochody na boki. Zatrzymałem się. Koniec ulicy był zablokowany. Teren został zabudowany, że nie dało się wydostać. Chciałem iść w prawą stronę, gdzie był chyba peron, ale moją uwagę odwrócił jakiś nagabywacz stojący po lewej stronie. Był ubrany w płaszcz, taki jakby tajniak. Zapraszał do restauracji, przed którą stał. Wyciągnął z kieszeni dwa kawałki starego zeschniętego mięsa. Bez zastanowienia zacząłem je rzuć. Przez to się obudziłem. Nie wiem jak dałem się nabrać na takie coś.

Tyle deszczu padało, że z trawnika zrobiło się małe jeziorko i strumyk z niego wypływający na chodnik i ulicę. Wyszedłem oknem i przeszedłem przez wodę. Potem jak wracałem, usłyszałem dwie dziewczyny jak się ze mnie naśmiewają, że "podlewa nawet jak pada deszcz" chociaż to nieprawda. Przeszedłem suchą ścieżką otworzoną w tej wodzie. Pod balkonem palił się na czerwono neonowy napis "WARNING".

Czekaliśmy przed klasą na nauczycielkę. Stałem obok małej szafki. Podeszły do mnie koleżanki. Nawet nie zauważyłem, kiedy znowu zrobiły to samo. Pomyślałem, że tym razem przesadziły. Do tej pory odcinały mi tylko palce. Teraz odcięły mi lewą rękę, aż do łokcia. Gdy wchodziliśmy do klasy, zaśmiewały się. Usiedliśmy do ławek. Otworzyłem zeszyt. Dziwnie się czułem, trochę mnie mrowiło. Jednak ręka szybko odrastała. Już był nadgarstek i pojawiały się palce.

Byłem zamknięty w nieznanym domu. Na korytarzach często spotykałem młodą Żydówkę. Niby poprzednio też tam była. Chociaż nie wiem co za poprzednio. Wiele dni minęło, aż mogliśmy wyjść. W drzwiach zatrzymała nas jeszcze stara babcia zarządzająca tą posiadłością. Ją też niby dobrze znałem. Ona coś plotła z włóczki, ubrania chyba. Jak wyszliśmy, ja z tą dziewczyną musieliśmy jak najszybciej uciekać z tego miasta. Jego mieszkańcy byli wampirami i już od dawna chcieli się pożywić naszą energią. Chronił nas jedynie ten dziwny dom. W jakiś sposób teleportowało nas na nowo odkrytą planetę. Tam z innymi ludźmi zakładaliśmy naszą wioskę. Niestety, nie wiem w jakim celu, wróciliśmy do tego miasta. Lecieliśmy i widać było statek kosmiczny, a potem ląd i góry. Miało być na chwilę. Nie udało się jednak nam wrócić na tą planetę. Mieszkańcy rzucili się na nas. Oczy im świeciły się na czerwono. Odepchnąłem ich falą energii. Znowu uciekaliśmy, aby znaleźć bezpieczne miejsce.

Widziałem, że z lasu wyłania się jak pożar rój mrówek. Przeszedłem z innymi do sąsiedniego pokoju. Z jednej i drugiej strony pokoju stały łóżka. Jakiś grubas przyszedł i zacisnął na mnie ręce chcąc mnie udusić. Uwolniłem się z łatwością. Potem siedliśmy w kilka osób wokół długiego stołu nadal w tym samym pokoju. Ten grubas zabrał mi dwa wafelki. Udało mi się odebrać mu jeden. Był trochę pognieciony. Śmiałem się z nich, że to ich pogryzą te kwantowe mrówki, które niedługo się tu pojawią, a nadejdą ze wszystkich stron. Ci po drugiej stronie stołu poszli spać.

Przed zaśnięciem usłyszałem taki głos/myśl: „zrelaksuj się i wibruj prawidłowo”.

Spadł błękitny śnieg. Tata poszedł sadzić fiołki na trawniku.

Mieliśmy "paczkę kwiatową". Miała eksplodować rozsiewając maciejki naokoło.

Wyskoczyłem z łóżka, chodząc jakby w powietrzu. Głowę jeszcze miałem przy poduszce, a nogi na ścianie i w powietrzu. Tworzyłem takie jakby węzły grawitacyjne. Szedłem przedpokojem. Nie dotarłem jednak do drzwi, ponieważ coś mnie obudziło.

Na ścianie w moim pokoju było pełno półek z ogromną ilością książek. Ktoś przyszedł i siedliśmy na kanapie. Rozciągał mi powiekę, mówiąc, że to aż do półtora centymetra daje radę. Potem wziął jedną grubą książkę i przeglądał ją. Powiedział, że ciekawa ta "Codzienna książka". Zastanawiałem się co to znaczy, że książka jest "codzienna". Wiedziałem, że mam jeszcze drugi tom, który zapewne był "Niecodzienną książką". W tych dwóch książkach było wszystko, powieści, krótkie opowiadania, ilustracje, zdjęcia, fragmenty z nowel, wielka lista innych książek, a nawet reklamy z Rossmanna.

Widziałem jak „drzewo” Travelera wzniosło się ponad korony drzew lasu, który wtedy obserwowałem z góry. Wyglądało jak pęd skrzypu polnego. Zdziwiłem się, że jest tak wielkie, zawsze pisał, że jest taki niski.

Siedziałem na fotelu po środku ciemnej wielkiej komnaty znajdującej się nigdzie. Po jakimś sennym czasie widok przesuwa się na blok, gdzie mieszka ciocia. Cała ściana od strony balkonów była za szybą. Pomiędzy tą szybą a ścianą z balkonami przepływała mgła, a gęste białe chmurki powoli unosiły się do góry. Gdy zacząłem się zbliżać, zauważyłem, że teraz tylko same balkony mają swoją szybę z przodu, po bokach nic nie było. Ponadto balkon zniżył się z pierwszego piętra poniżej parteru. Dwa koty szaleńczo wymachiwały łapami po szybie jakby coś tam było. Wszedłem po schodach znajdujących się po lewej stronie. Wiatr przywiał pozostałość po pomarańczowej skorupce jakiegoś robaka. W rogach balkonu drobne pajęczyny. Nie wiem co widziały koty.

Zjeżdżałem wąskim ciemnym tunelem w głębiny. Mówili, że inni mieliby klaustrofobię. Mnie to jednak nie dotyczyło. Tunel się wił spiralnie. W końcu wyskoczyłem na plażową jasność sennego świata. Tłumy ludzi się wygrzewały na piasku i pływało w morzu. Trochę się zamoczyłem. Zaraz jednak wyszedłem z wody i zmierzałem na drugi koniec miasta. Chodziłem uliczkami, aż dotarłem do przejścia, gdzie rosło takie wysokie charakterystyczne drzewo o niebiesko zielonym odcieniu liści. Zatrzymałem się przed torami. Całe były zalane wodą. Ochlapałem kilka osób po drugiej stronie. Stali na peronie czekając na pociąg. Ciekawe czy w ogóle przyjedzie? Przepłynąłem kawałek miedzy torami. Woda była brudna i pływały śmieci. Wracałem na plażę, aby się umyć w czystej wodzie zanim sen skończy. Znowu przechodziłem obok tego drzewa. Wskoczyłem do wody i płynąłem w stronę miasta po drugiej stronie. Był to Sopot. jakoś szybko tam dopłynąłem, jakby się ląd przybliżył. Budynki były inne niż w rzeczywistości, wyższe i nowocześniejsze. Chciałem zawrócić na plażę, ale już się obudziłem.

Z dziwną trudnością udało mi się wsiąść na rower. Jechałem ulicą pomiędzy domami. Na niebie zobaczyłem czerwone światło. Pojazd kosmiczny był w kształcie diamentu. Przyleciał blisko mnie i zatrzymał się jakby mnie obserwując. Po chwili odleciał. Jechałem dalej. Minąłem dwie dziewczynki w czarnych gumowych rękawicach (albo to ja je miałem). Dalej jechałem ulicą całą w wodzie. Prowadziła do tunelu wydrążonego w górze.

W moim pokoju stały duże białe szafy, podobne do poprzednich. Wewnątrz były przykręcone dwie kryształowe kulki, jedna na jednym końcu, a druga na drugim, jakoś w połowie wysokości. Kot wskoczył na półkę. Za nim jakiś ludzik, który został pomniejszony do takiego rozmiaru, że zmieścił, by się w dłoni.

W nocy nastąpiła inwazja obcych. Zmieniali kształt swojego ciała udając innych ludzi. Czarnoskóry chłopiec stał chwilę na rogu szkoły, po czym wszedł do środka. Ktoś inny przyszedł. Czekał na kolegę, czyli tego co sobie poszedł. Zobaczyłem wielką gęstą masę. To był obcy. Zmieniał się w tamtego co tu był poprzednio. Ten co czekał nic nie zauważył i poszli, gdzieś razem. Z krzaków wyskoczył brat jednego z nich i zaczął ich śledzić. Wszyscy trzej byli czarnoskórzy. Pobiegłem do schronu. Była już tam grupa ludzi. Wszędzie było ciemno, światła pogaszone. Dzieci z krzykiem wbiegły do środka. To jeden z tych potworów ich gonił. Szybko schowaliśmy się w głębi bunkru. Obcy już się wmieszał w tłum. Część osób się rozbiegła na korytarze podziemi. Zostałem tylko ja i przewodnik grupy. To był incestus (albo Darek Sugier, bo to nie było do końca jasne). Trochę się przeląkłem, bo myślałem, że może jego także podmienili, ale chyba nie. Coś do mnie mówił, ale wszystko zagłuszyły krzyki. Pobiegliśmy na piętro wyżej i dalej przez korytarz. Zgubiłem go. Wchodziłem schodami na górę. Spiralne schody pojawiały się na bieżąco. Każdy stopień był różnej wielkości i kształtu. Kątem oka widziałem jak pozostali biegają po innych dalszych schodach i korytarzach.  Byli ubrani w kolorowe kurtki. Goniła mnie jakaś zmora. Na półpiętrze było otworzone okno. Firany rozwiewał wiatr. Gdy już wyskakiwałem na zewnątrz, obudziłem się.

Wybiegłem przez furtkę na piaskową drogę. Jechałem na lewitującej kwadratowej desce bez kółek. Po drodze znalazłem duży kamień „tygrysie oko”. Był trochę przybrudzony, więc wytarłem. Deska straciła moce i się zatrzymała na ziemi.

Po zamknięciu oczu zobaczyłem zamiast mącącej się ciemności, gęste mrowie poruszających się robali, będących literami i cyframi.

Byłem w bibliotece. Szukałem jakich książek, ale nie do końca byłem pewny jakich. Były same pustki na półkach. Bibliotekarka polecała mi te z działu, który mnie nie interesuje, chyba związane z polityką. Wziąłem kilka. Jedna była bardzo gruba. Inne miały okładki w odcieniach niebieskiego.

Nocą biegaliśmy od sklepu do sklepu, od domu do domu. Raz natknęliśmy się na ruiny domu. Następnym razem znaleźliśmy malutki domek. Ktoś tam siedział na fotelu przy drzwiach. Szybko wyszliśmy. Weszliśmy obok do podobnego równie małego domku. Biegłem razem z jakąś napotkaną kobietą. Przechodząc przez różne drzwi i pokoje zauważyłem, że idziemy spiralnie w lewo do wnętrza tego małego domku, który wewnątrz był raczej wielki. Grupa osób nas goniła i musiałem ich jakoś wystraszyć, aby się oddalili. Przed drzwiami o coś się zaczepiłem stopą i mnie wybudziło. Coś mi się wydaje, że ona chciała mnie zwabić w pułapkę i dobrze, że się obudziłem. Chwilę jeszcze czułem niewyjaśniony strach.

Na korytarzu było jakieś zebranie lub apel. Prawie wszystkie krzesła były zajęte. Ktoś siadał obok mnie i musiałem zabrać kurtkę. Przeszedłem na drugą stronę korytarza, pod okna. Każdy miał zobaczyć jak poprawnie prasuje się skarpetę. Jeden z uczniów położył biało niebieską skarpetkę na podłogę. Rozprostował ją, bo była zagięta i zaczął prasować żelazkiem.

Ciemna noc. Pagórek w jakiejś wyludnionej miejscowości. Na nim Biedronka. Na budynku nie było żadnych oznaczeń, napisu „Biedronka”, nawet okien nie było. Był pokryty zardzewiałą blachą. „Jak dobrze, że jest Biedronka”, usłyszałem, „nasze wybawienie”. Ludzie spod przystanku autobusowego wbiegali czym prędzej na górkę i ustawiali się w kolejce już kilka godzin przed otwarciem.

W telewizji pokazywali chińskiego naukowca. On zbudował komputer ze sztuczną inteligencją. Mieścił się w małej puszce. Mówił, że załadował go odpowiedziami na wiele pytań. Potem zobaczyłem jak ten Chińczyk idzie z małą dziewczynką (jego wnuczką?). Razem z nią idzie chłopiec w podobnym do jej wieku. To był ten komputer przerobiony w robota. Podobny był do humanoidalnego androida Adolfa z „Akademii Pana Kleksa”, tyle, że był przyjaźniejszy. Przeszli obok mnie, siedzącego na ławce. Działo się to na górce niedaleko większego supermarketu.

To był jakiś słabo oświetlony magazyn. Stały przyniesione przez kogoś kartony. Mama odnalazła plik dokumentów dla niej. Ktoś powiedział lub było tam napisane, aby sprawdziła po ile są dolary i jak najszybciej zamieniała te dokumenty. Szybko stamtąd wyszliśmy, chyba do banku. Była też mowa o tym, że najlepiej, aby to zrobić jak najszybciej, bo inaczej mogą się o tym dowiedzieć członkowie rodziny. Mignął mi widok kogoś z rodziny. Też znalazłem jedną kartkę dla siebie. Z tyłu był znak zapytania i napisane było, że i tak mam to, gdzieś zanieść, aby mnie nie zamknęli.

Po wstaniu z łóżka przeszedłem do dużego pokoju obok. Ten pokój był jakiś inny. Tam już byli koledzy i koleżanki z klasy (skąd oni się tam nagle znaleźli?). Słoneczny dzień. Gdzieś jechaliśmy autobusem. Większość wysiadła. Zostałem z jedną koleżanką i jej młodszą siostrą. Siedziałem na hamaku zawieszonym między siedzeniami przy oknie. One też już wysiadały.

Wyszedłem z przejścia między budynkami mieszkaniowo-sklepowymi (możliwe, że od fryzjera). Poszedłem na lewą stronę, ale od razu zawróciłem na prawą. Szła znajoma mamy, z którą nie chciałem się spotykać, więc poszedłem krawężnikiem przy trawie w stronę przejścia przez ulicę. Trafiłem do zupełnie innego miejsca w mieście i blok wyglądał zupełnie inaczej. Jednak, gdy wchodziłem przeniosło mnie do mojego. Spytałem się mamy jak to możliwe, że udało się jej otworzyć drzwi, przecież ten kieszonkowy album na zdjęcia miał już tylko czerwone miejsca, inne kolory zniknęły, a nawet jedna folia była przedarta. Nie mam pojęcia jaki związek z domofonem miał kieszonkowy album do zdjęć bez zdjęć.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 16-05-2020

Przez wielką szybę obserwowałem jak przygotowywany jest autokar. Ja się z nimi nie wybierałem. Dwa poprzednie autokary zostały zaatakowane przez tyranozaury i wszyscy zginęli. Teraz zapewne stanie się to samo. Wszedłem do ciemnego tunelu podobnego do pociągu. Gdzieniegdzie mrugały światła. Wiedziałem, że Sudo tam pracuje w laboratorium biologicznym dla jakichś naukowców. Słyszałem jak mówi, że ludzie na planecie są extra, czyli dodatkowi, co znaczy, że równie dobrze może ich nie być.

Dziurka do klucza do piwnicznych drzwi była miedziana, w kształcie sowy.

Zobaczyłem przez okno, że jedna mała roślinka (podobna do skrzypu lub mięty) jest wysuszona. Tata był przed balkonem i pomyślałem, że mógłby tą roślinkę podlać. W tym momencie ta roślina się wyprostowała i wyskoczyła z ziemi. Szybko podreptała drobnymi korzennymi kroczkami przed balkon i czekała na wodę. Tata wrzucił ją do woreczka. Powiedziałem, że przecież przyszła, aby ją podlać. No to tata wyciągnął roślinkę. Ta się tak bardzo przestraszyła, że zaczęła uciekać. My za nią. Przecież miała być podlana. Uciekła, gdzie pieprz rośnie.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 17-05-2020

Szedłem sobie ścieżką obok muru, za którym znajdowała się plaża. Mewy siedzące na tym murku zrzucały kamienie na ścieżkę, więc trzeba było uważać. Wszedłem do krótkiego tunelu jaskini prowadzącego do parku. Rzuciłem dwa kamienie. Jeden wpadł we wnękę w ścianie i tam pozostał. Jakiś dzieciak, którego nie widziałem powiedział, że te kamienie niedługo zamienią się w wodę.

Wracam z kolegą do domu. Idziemy po śniegu. Przyczepia się do mnie dwóch cyganów. Jeden zdążył mi otworzyć plecak z jednej strony, a drugi z drugiej. Ukradli mi 200zł. Uciekli. Kolega mówi, że niech mają, ale ja chcę im odebrać. Jakoś od razu trafiam do lasu i dowiaduję się, że tam już od wielu lat jest wioska cygańska. Dziwne, że nie zauważyłem. Cyganka wyjaśnia mi, że potrzebują pieniędzy na ogrzewanie, ale to mają już za darmo, bo to kościół im opłaca. Nie znalazłem tych dwóch co mnie okradli. Wracam do kolegi. Jest na mnie zły i idzie sobie sam obojętnie. Powiedział tylko, że te dzieci takie biedne, a ja nie pozwalam się okradać i powinienem się tego wstydzić.


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 22-05-2020

Była informacja w telewizji. Ktoś pokazywał mapę Australii. Była tam zaznaczona prostokątna strefa obejmująca jedną trzecią lądu. Mówił coś, że tam zostanie wybudowana w ciągu tysiąca lat jakaś budowla. Przenosi mnie do części kościelnej. Podłoga ułożona z kafli w kształcie puzzli. Wiedziałem, że Isabela się właśnie tym inspirowała rysując pokój. Pod ścianą stoi małpa ksiądz. Siedzę jakoś na ścianie z dwa metry nad nim. Przytrzymuję czarną fajkę, która jest mikrofonem.

Wchodzę po stromym zboczu na granicy z lasem. Tam były siedzenia widokowe. Pomyślałem, że to za wysoko dla kotów. Dla ludzi także, bo trzeba było się wdrapać na ogrodzenie i tam wskoczyć. Schodów, ani drzwi tam nie było. Ciekawe dlaczego?


RE: NeuroWonderland - Neurocosmic - 24-05-2020

Leżałem na szpitalnym łóżku i wpatrywałem się w twarze patrzące się z paczek po papierosach szczelnie poupychanych, przez pacjentów zmieniających się przez lata, pomiędzy gałęziami drzewa wpadającymi do środka sali przez rozbite okno po mojej lewej stronie. Pomyślałem, że to dobrze, bo to Afryka, a tu przecież świeci mocno słońce, a że nie ma żaluzji to w sam raz. Wstałem i poszedłem na korytarz. Wyszedłem za kimś na pobliską łąkę.

Uciekałem przed dwoma uzbrojonymi osobnikami. Biegłem wzdłuż ulicy. Co chwilę wchodziłem do różnych sklepów, aby zmylić pościg. W jednym ze sklepów, a może barze spotkałem dwóch kolegów, coś zamawiających. Dalej nie pamiętam. Tamci chyba mnie nie złapali. Może nawet nie chodziło im o mnie.