Od zera do Dominika Cobba
Otóż nie. Z takimi ekscesami czekam do listopada na No Nut November. Obecnie zaś trwa wrzesień a więc Super Suicide September i tym się właśnie zajmuję.  :P
Wubba Lubba Dub Dub
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
09-10.09.2K20
Czas snu: 4+2WBTB+6h



...Dzień, dokładną porę dnia ciężko ustalić. Budzę się w swoim domu. Rozejrzałem się po pokojach. Nikogo prócz mnie nie było. Ucieszyłem się z takiego stanu rzeczy i już szedłem po fajkę gdy ni stąd, ni zowąd zmaterializowali się obok mnie moi rodzice. "Nosz K...a" zakląłem. Nie chciało mi się z nimi gadać więc poszedłem do siebie. Po jakiejś minucie zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Gdy uczyniłem ową czynność mym oczom ukazała się ciocia ze swym mężem, ich dwa bachory oraz dwie nieznane mi osoby, nie przyglądałem się ich twarzom więc nawet nie pamiętam jak wyglądali. Wiem tyle iż jedna z tych osób była w wieku 40+ a druga to jakiś gówniak lvl 9-11. Każdy z nich trzymał w rękach piłkę tudzież rakietę tenisową w kolorze niebieskim, o szerokiej głowie i owijkę zrobioną chyba ze starej zużytej opony. Tak, moją uwagę bardziej przykuły trzymane przez nich rakiety aniżeli oni sami. Od niechcenia zrobiłem zapraszający do środka ruch ręką. Nawet się nie przywitałem, od razu ruszyłem z powrotem do pokoju myśląc "Po kiego znowu Ch*ja oni tu przyszli?". Przywitali się zaś moi starsi i to dosyć wylewnie "Cześć Ewunia, No siemasz szwagier itp.". 
  Nie wiedzieć jak i kiedy przeniosło nas do jakiejś restauracji. Jedliśmy wspólnie obiad przy wielkim i grubym dębowym stole. Nie miałem zbytnio ochoty ani jeść ani przebywać w owym towarzystwie więc przy pierwszej możliwej okazji ulotniłem się tłumacząc, że idę do toalety. Zamiast do toalety skierowałem swe kroki wprost do domu. Po drodze nie wiedzieć czemu zaczepiałem ludzi niczym sprzedawca rogali na plaży i pytałem zawzięcie każdego kogo spotkałem czy nie chce pójść ze mną do toalety. Wszyscy odmawiali. Będąc już przy swym bloku spotkałem brata. O dziwo przystał na moją propozycję. Ruszyliśmy razem by pokonać ostatnie kilkanaście metrów trasy wiodącej do klatki. Gdy wtem ujrzałem dwa samoloty pasażerskie, dwusilnikowe, pikujące jeden za drugim wprost na parking leżący ok. 60 metrów od nas. Krzyknąłem "Uwaga!" i wraz z bratem rzuciliśmy się plackiem na chodnikowy beton. Samolot rozbił się z wielkim hukiem, fala uderzeniowa mocno nami pokiereszowała, szczątki aeroplanu poleciały we wszystkie strony, na szczęście uniknąłem spotkania z większymi kawałkami, dodatkowo swoje zrobiła gorąca, parząca wręcz fala ognistego wybuchu. Trwało to jakieś pół minuty. Gdy zaczęło się uspokajać z nieba spadł kolejny samolot i sytuacja się powtórzyła. Po kolejnych trzydziestu sekundach wstałem i zacząłem się otrzepywać z brudu. Dzwoniło mi w uszach niemiłosiernie. O dziwo skończyło się bez poważnego uszczerbku na zdrowiu tak dla mnie, brata, jak i innych świadków tegoż zdarzenia. To było jednak dopiero niewinne preludium do tego co miało zaraz nastąpić. Po mniej więcej dwóch minutach spokoju ujrzałem nadciągającą z zachodu falę dymu. Wyglądało to jak burza piaskowa. Zbliżało się z ogromną prędkością. Krzyknąłem "Na ziemię!" i znów padłem na ziemię jak naleśnik. Zdążyłem jeszcze zobaczyć jak pożoga przebija się przez sąsiedni blok nic sobie z jego obecności nie robiąc. Zmiotła go z powierzchni ziemi jak domek z kart. W końcu doleciała do mnie. Ależ to był potworny huk. Brzmiał jak grom dźwiękowy tylko, że ciągły i narastający z każdą chwilą. Otaczający mnie dym zmniejszył moje pole widzenia do maksymalnie pół metra. Ponadto był gryzący i dostawał się do oczu. Siła wiatru również wzrastała z każdą chwilą. Obok mej głowy przeleciało kilkadziesiąt sporych kawałków betonu, cegieł, kostek, prętów i innego śmiercionośnego szajsu. Zrozumiałem, że aby przeżyć muszę się schować. Z wielkim trudem doczołgałem się do klatki schodowej i schowałem za wejściem do zsypu. Uchroniło mnie to od odłamków niemniej podmuchy wiatru nadal mną szarpały zaś potworny jazgot stawał się coraz głośniejszy. Zacząłem krzyczeć dookoła żeby wszyscy otworzyli buzię i zatkali uszy jeśli nie chcą ogłuchnąć. Przestałem po chwili, bo uznałem, iż i tak mnie nikt nie usłyszy pośród tego hałasu. Później krzyczałem już tylko z bólu. Nagle zauważyłem gościa próbującego dojść do mojej kryjówki. Typ był już bardzo blisko gdy huragan, że tak powiem pierd*lnął z grubej rury i zdarł skórę z twarzy nieszczęśnika. Ten z bólu złapał się rękami, którymi trzymał się ściany, za twarz, przez co stracił równowagę i został porwany przez monsun. Rozpaćkał się na następnym wejściu do klatki. Po chwili wyłonił się kolejny śmiałek. Był łysiejący i siwy. Popatrzył się na mnie i zdziwiony stwierdził "O tutaj jesteś". On również odleciał. Tym razem cholera wie gdzie. Koszmar skończył się tak samo gwałtownie jak zaczął po jakichś pięciu minutach, akurat gdy byłem u kresu wytrzymałości. Piszczało mi w uszach, myślałem, że ogłuchłem. Na szczęście po jakimś czasie słuch począł wracać. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie porozrzucane były szczątki i ludzkie zwłoki. Ruszyłem przed siebie. Natknąłem się na dwudziestoosobową grupę ubranych na czarno ludzi w mniej więcej mym wieku. Mieli czarne peleryny. Biegli do studzienki kanalizacyjnej. Powiedzieli mi, że idą pokonać coś tam żeby zakończyć kataklizmy. Przyłączyłem się do nich. Wszedłem do studzienki, zszedłem po drabinie, następnie po schodach i dotarłem wraz z resztą do labiryntu przejść. 
(...)
  Musieliśmy wykonywać jakieś zagadki aby przejść dalej. Niezaliczone zadania/zagadki kończyły się śmiercią pechowca któremu się nie udało. Pamiętam jedynie ostatnią próbę. Doszliśmy do okrągłej sali z kilkudziesięcioma wejściami. Każdy dostał od szefa grupy kartkę ze swoją liczbą. Mi przypadło 16. Na środku stało kręcące się koło z wypisanymi na wycinkach liczbami. Trzeba było znaleźć swój wycinek koła a następnie gdy koło się zatrzyma wejść do wskazanych drzwi i wykonać zadanie. Nie mogłem znaleźć na kole swojej liczby. Czas uciekał, jeśli nie wskoczyłbym na koło to bym zginął (i to marnie). W końcu postanowiłem stanąć na wycinku z numerem 16,24. W ostatniej chwili. Koło stanęło. Otworzyły się drzwi. Wszedłem do tych przeznaczonych dla mnie. W środku czekał na mnie wagonik przyczepiony do gumowej liny który musiałem przewlec przez wystające z podłogi pręty. Szybko rozwiały się początkowe wątpliwości czy aby na pewno wybrałem drzwi przeznaczone dla mnie gdy zobaczyłem leżący na stoliku power bank należący do mnie. Zabrałem się do nawlekania. Im dłużej kręciłem się slalomem pomiędzy prętami tym lina stawała się coraz bardziej napięta, przez co z każdym pokonanym metrem wagonik stawał się coraz bardziej toporny w pchaniu. Niemniej w końcu dotarłem do końca trasy i podczepiłem wagonik do zaczepu końcowego. I nic. Cisza. Pomyślałem "Żadnych fanfarów z powodu ukończenia zadania? Dziwne. Coś mi tu nie pasuje. Hmmmm. Chwila. O KU*WA!". Rzuciłem się w kąt i zwinąłem w kulkę niczym pancernik albo ślimak. W ostatniej chwili. Zaczep końcowy się otworzył a wagonik wiedziony siłą naprężonej liny zaczął rzucać się jak rozjuszony szerszeń na wszystkie możliwe strony pokoju. Wielki, stalowy, kilkunastokilogramowy, wkur*iony szerszeń. Jakimś cudem nie trafił mnie ani razu. W końcu zaczął wytracać prędkość aż stanął w miejscu. Wstałem. Pokój i wszystkie przedmioty w nim się znajdujące był kompletnie zdemolowane. "Uffff" Otarłem pot z czoła "Było blisko". Nagle z innego zacienionego kąta usłyszałem powolne klaskanie. Z cienia wyłonił się Gość wyglądający jak łysy Hank Azaria, nawet brwi nie miał. Powiedział "Brawo, brawo. Gratuluję przebiegłości i pomyślunku, zadanie zaliczone pomyślnie..." po czym szybkim jak kobra ruchem doskoczył do mnie, złapał mnie za ramiona tak, że nie mogłem się ruszyć, przybliżył swą twarz do mojej i dokończył cicho "...ale to nie twój pokój kolego.". Po czym błyskawicznie rozłupał mą głowę o ścianę...


PiS JoŁ
Wubba Lubba Dub Dub
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
15-16.09.2K20
Czas snu ok. 8h


  Umknęła mi początkowa 1/3 snu. Pozostałe 2/3 również ma swoje luki.

...(...)  Przeniosło mnie skądś do niezbyt dużego supermarketu. Był ze mną jakiś mój kolega. Właściwie byliśmy złodziejami ale właściciel, stojący na kasie i patrzący na nas, był naszym znajomym. Nic sobie z naszych poczynań nie robił. Co więcej dziękował nam. Chodziło o wyłudzenie jakiegoś odszkodowania czy coś w tym stylu. Skomplikowana sprawa. Bez pośpiechu braliśmy sobie co tylko chcieliśmy. Kolega brał co droższe rzeczy ja natomiast zadowalałem się różnymi słodkościami. Najmocniej szukałem rzadkich Monsterów i innych energoli. Dodam, że tym co przykuło mą uwagę były plakietki cenowe. Wszystkie miały napisy po arabsku. Przed zaśnięciem oglądałem turecki serial więc to pewnie stąd. 
  Po napchaniu kieszeni do pełna opuściliśmy sklep. Idąc chodniczkiem i wcinając zrabowane dobra natknęliśmy się na ekipę znajomych. Przyłączyliśmy się do nich. Udaliśmy się razem z nimi do miniaturowej wieży Eiffla (miała z 50-60 metrów wysokości). Stała pomiędzy blokami w parku. Wjechaliśmy na pierwsze piętro. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy. 
  Przeniosłem się sam do galerii handlowej wyglądającej jak krakowskie sukiennice. Podszedłem do jednego ze stoisk. Gdy spojrzałem na lodówkę pełną najróżniejszych kolorowych Monsterków mało się nie rozpłakałem ze szczęścia. Już sięgałem po ten boski, gazowany, wysokokofeinowy, słodki nektar.
  Przeniosło mnie do nie mam pojęcia czego. Był to na pewno jakiś budynek. Nie mam pojęcia jaki. Ściany były szare lub ciemnoszare natomiast podłoga tudzież sufit całkowicie czarne. Pochłaniały wszelkie światło. Wyglądało to dość zjawiskowo albowiem nie miało się często punktu odniesienia w przestrzeni i np. kiedy ktoś leżał na podłodze to mogło wydawać się, iż lewituje w ciemnej przestrzeni. Ów budynek był jak mi się wydawało czymś w rodzaju bazy wypadowej na różne spotkania/imprezki ekipy z którą już zdążyłem się zapoznać przy wieży Eiffla. Siedzieliśmy na pufach i gaworzyliśmy. W pewnym momencie usłyszałem dźwięki miłości z nieodległego miejsca. Jeden z biesiadników widząc moje skonsternowanie bez słowa wskazał palcem jakiś kierunek. Udałem się w tamtą stronę. Ciężko było cokolwiek dostrzec więc kierowałem się słuchem. Jęki rozkoszy były coraz głośniejsze. W końcu doszedłem do wejścia. Wszedłem. Nie zdziwiłem się gdy ujrzałem cztery kochając się pary. Były wśród nich zarówno postacie z gier jak i filmów oraz seriali. Podszedłem do jedynej samotnej osoby. Była to postać z gry. Gadka szmatka. Nadszedłe TEN moment :> . Spytała kim chcę żeby była podczas firafafalifafą [Pytanie nie jest bezzasadne albowiem owa postać w grze potrafi przybierać inną tożsamość (wgl dziwne, że mózg zmaterializował mi ją. Nie grałem w tę grę już ze 3 lata z hakiem)]. Powiedziałem, że wszystko jedno. Odpowiedziała "okej" i zaczęła się zmieniać. Pomyślałem sobie "O ku*wa co ja zrobiłem a co jeśli zmieni się w jakiegoś goryla" XD. Na szczęście zmieniła się w postać z pewnego serialu poza głową którą zostawiła własną. Rozpoczęliśmy Cimcirimci. Sama nuda nie ma co opisywać :> . W trakcie Tralalala zacząłem nabierać świadomości. Nie była to jeszcze pełna świadomość ale powoli moje czyny zaczęły stawać się naprawdę moimi. Może nawet zrobiłbym TR ale byłem zbyt zajęty. Cała zabawa trwała już dwie minuty, było bardzo przyjemnie, gdy nagle usłyszałem dziwny przytłumiony dźwięk z oddali. Stanąłem. Rozejrzałem się. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do trykania. Po kilku sekundach znów to samo. I znowu. Te same przytłumione dźwięki. "Coś tu jest bardzo nie tak.". Ponownie się rozejrzałem. Wszystkie otaczające mnie osoby zastygły w kamasutrze jak słupy soli. Spojrzałem w szeroko otwarte oczy mej partnerki. Ona również przestała się ruszać, oddychać, mówić. "O kur*a nie podoba mi się to". Wtem do mych uszu doleciało przytłumione "wziiiiuuuuuuummmm" rozpędzonego samochodu. Gdzieś indziej ktoś z kimś rozmawiał jakby przez szkło. "Co się u licha dzieje?" i w końcu zrozumiałem "o nie nie nie nie nie, nie. Jeszcze nie teraz. Proszę nie." Poczułem się jakbym szybko wypływał z głębin oceanu. "nie. NIE! NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!" Wynurzyłem się... 

 To ja gdy po kilkuminutowej, bezowocnej próbie wrócenia do snu w końcu zdałem sobie sprawę, że me wysiłki idą na marne. https://www.youtube.com/watch?v=6k8Wl9fq...BBulHeniek
Wubba Lubba Dub Dub
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
18-19.09.2K20


...Piaszczysta pustynia. Południe. Żar leje się z nieba. Podążam na wpół zasypaną przez piasek kamienistą dróżką. Doszedłem do ruin jakiejś świątyni z piaskowca. Zaszedłem do nich i zacząłem zwiedzać. Skakałem sobie z jednej kupki gruzu na drugą. W miejscu gdzie kiedyś stała nawa główna stał profesor archeologii. Wyglądał jak ksiądz z kanału "Langusta na palmie". Po przywitaniu zaczął mi opowiadać o tym miejscu. Słuchałem go i jednocześnie dalej hasałem sobie po kamieniach. Dotarłem w końcu do środka świątyni. Na jednym z większych odłamków iskrzyła się i wirowała mała galaktyka (ok. 2 metry średnicy). Była piękna. Nie mogłem oderwać od niej wzroku...


... Byłem Willem Smithem a moim partnerem był John Travolta wyglądający jakby właśnie wyszedł z planu "Pulp Fiction". Byliśmy jakimiś tajniakami na tajnej misji. Szliśmy sobie jak gdyby nigdy nic przez jakieś miejskie zadupie. Doszliśmy do drogiej restauracji. John kazał mi zabić któregoś z gości żeby zrobić zamieszanie. Nie uśmiechało mi się to więc podszedłem do wejścia, wziąłem kartę dań i zamaszystym ruchem zbiłem wielki wazon z ogromnym kaktusem. Ten przewrócił się na pobliską szybę, rozbił ją i poleciał na jakąś kobietę. Ta z bólu podskoczyła i przewróciła kelnera. Kelner upadł na siedzącą dalej osobę zaś jego taca z drogimi winami rozwaliła się na głowie jeszcze innego gościa. Nie minęło 30 sekund a cała restauracja zmieniła się w chaos w czystej postaci. Ludzie się na siebie przewracali, bili ze sobą, rzucali krzesłami. John powiedział, że trzeba uciekać. Dobiegliśmy do asfaltowej drogi. Nie wiedzieć czemu skręciliśmy w dwa różne kierunki. Dobiegłem do gospodarstwa i schowałem się w pokrzywach. Wieść o naszej akcji w restauracji rozeszła się już po okolicy. Ze swojego ukrycia widziałem wściekły tłum szukający nas. Nagle gospodarz pobliskiego przybytku dzierżący widły odnalazł mą kryjówkę i zaczął mnie gonić 
(...)
  Znalazłem się w szarym laboratorium. Byłem podłączony do jakiejś aparatury która chyba miała zwiększyć moją siłę czy coś. Naokoło siedzieli panowie w garniakach obserwujący cały proces. Zaczęło się. Maszyny pracowały. Do moich żył wpływały różnokolorowe płyny. Coś się popsuło. Wybuchy. Chaos...




19-20.09.2K20


  Miałem bardzo dużą ilość krótkich snów albo przynajmniej mi się tak wydawało. Część była flashbackami z alkoholizacji dnia poprzedniego a część była na pewno stylizowana tylko na wspomnienia z wczorajszej nocy. Ciężko powiedzieć co było snem a co wspomnieniem. Co do jednego jestem pewien. Smok barman w chińskiej restauracji to prawie na pewno był sen.  ;)



20-21.09.2K20
Czas snu: ok.8h



...Znalazłem się na stacji paliwowej przy autostradzie. Nie przypominam sobie żebym przyjechał tu samochodem. Wszedłem do środka sklepiku. Ekspedientką była Wampia. Była znudzona pracą. Niemrawo powiedziała "Dzień dobry. W czym mogę służyć?". Zmartwiła mnie jej melancholia. Postanowiłem ją trochę rozruszać.  :P Zacząłem sobie żartować i przekomarzać się z nią. W pewnym momencie do sklepiku wszedł mój dawny kolega Konrad. Wampia ucieszyła się na jego widok. Pewnie pomyślała "No w końcu odczepie się od tego buca". Niestety dla niej Konradzik postanowił przyłączyć się do mojej zabawy i już razem się z nią zgrywaliśmy. Odgrywaliśmy zabawne scenki. Po jakimś czasie do sklepu weszło pięciu typowych dresów. Stanęli zniecierpliwieni za nami w kolejce. Widziałem, że jeśli szybko nie ustąpimy im miejsca to dostaniemy od nich wpierdziel. Kupiłem prędko miętowe landrynki i odszedłem kawałek. Dresy zamawiały piwo. Wyjmując cukierki jeden z nich upadł mi na podłogę. Jeden z dresoli się na nim poślizgnął i przydzwonił tyłem głowy o podłogę. Nie ruszał się. Reszta jego "kolegów" nic sobie z tego nie robiąc odebrała zakupione browce i wyszła ze sklepu.
(...)
  Okolica miejska. Na jednym z nieużytków znaleźliśmy z Konradem wejście do jakichś podziemnych tuneli. Po przejściu kilkunastu metrów korytarza natknęliśmy się na mały sklepik w którym ekspedientką była... nie kto inny jak Wampia. Gdy nas dostrzegła chciała zamknąć kram ale byliśmy szybsi. Znowu zaczęliśmy przedstawienie. Żałujcie, że nie widzieliście jej miny.  :D
(...)
  Noc. Udałem się znowu do tych podziemi. Tym razem sam. Sklepik był już niestety zamknięty. Ruszyłem więc przed siebie. Korytarze wyglądały jak piwnica w bloku z wielkiej płyty. Szedłem, szedłem, szedłem. Doszedłem do rozwidlenia. Skręciłem w lewo. Po kilkudziesięciu metrach znalazłem drugie wejście. Wróciłem się. Przeszedłem obok rozwidlenia. Uznałem, że zwiedzę je sobie innym razem i ruszyłem do wyjścia przy sklepiku. Gdy do niego dotarłem zamarłem. Usłyszałem za sobą jakiś szelest i sapanie. Odwróciłem się. Dziesięć metrów ode mnie stał w mroku cyklop jaskiniowy. Zdziwiłem się, że jeszcze mnie nie zaatakował. Znałem jego słabość. Zacząłem z nim rozmawiać powoli wsuwając rękę do spodni. Był elokwentnym rozmówcą ale nie ukrywał, że zamierza mnie zjeść. Kiedy skończyły się tematy do rozmowy zaatakował. Skoczył na mnie z dużą prędkością ale byłem szybszy. Wyjąłem ze spodni telefon i włączyłem latarkę. Była to jego słabość. Nie mógł wytrzymać silnego światła. W świetle latarki mogłem się mu dokładnie przyjrzeć. Miał bladą rozciągniętą skórę bez włosów. Usta były duże i gdy je otwierał widać było ogromne białe kły w sześciu parach. Miał sześć palców u rąk i tyleż samo u stóp. Jeden przeciwstawny. Palce te to właściwie długie na ok. pół metra szpony. Stwór posiadał też małe oczko na środku twarzy a mierzył trochę ponad dwa metry.
  Zacząłem biec do wyjścia. Cyklop jaskiniowy nieoświetlany już przez moją latarkę ockną się i ruszył za mną. Wyskoczyłem przez wejście jak oparzony. Stwór zatrzymał się na progu. "Ufff udało się, prawie mnie dopadł". Leżałem i oddychałem ciężko ze zmęczenia. Potwór miał już wrócić do swego legowiska gdy wtem popatrzył na mnie. Patrzył i patrzył a ja nie miałem pojęcia o co mu chodzi. Nagle spojrzałem na lewo i dostrzegłem słońce chroniące mnie przed napastnikiem. Słońce które właśnie zachodziło za horyzont. "O kur*a" pomyślałem. zacząłem biec. Dobiegłem do jakiegoś taksiarza i już wchodziłem do jego auta gdy poczułem jak coś wbija mi się w bark i odrzuca na znaczną odległość. To był on. Powoli wstałem. Cyklop zaczął powoli iść w moją stronę. Wyjąłem nóż który zawsze ze sobą noszę. Zaczęliśmy walczyć. Iście filmowa scena. Pokonałem go ale sam byłem ranny w bark, udo oraz szyję. Tryskałem juchą na prawo i lewo. Osunąłem się na maskę samochodu. Wtem podbiegła do mnie Wampia oraz Konrad. Byli przerażeni moim widokiem. Chcieli dzwonić po pogotowie. Zabroniłem im. Chrypiącym głosem powiedziałem, że to nasza jedyna szansa. Teraz albo nigdy. Pobiegliśmy do jaskini. Minęliśmy sklep i dobiegliśmy do rozwidlenia skręciliśmy w prawo...



21-22.09.2K20


  Uznałem, że skoro afirmacje w których mówię, iż chcę mieć LD nie działają to spróbuję czegoś odwrotnego. Powiedziałem sobie, że za żadne skarby nie chcę mieć ani LD ani żadnego zwykłego snu. No i nie zgadniecie. Ta afirmacja akurat zadziałała ale nie tak jak chciałem.  grrrr Oprócz kolejnego koszmaru z połamanymi zębami niczego nie zapamiętałem.


22-23.09.2K20


  Długi sen. Nie zapamiętałem całego.

...(...) Biegłem. Uciekałem przed ogromnym tsunami, które przed chwilą widziałem w telewizji. Doskoczyłem do jakiegoś starego, dosyć wysokiego wieżowca. Górowały nad nim naokoło inne, nowocześniejsze, ale nie było już czasu. Poza tym byłem biedakiem i nie wpuścili by mnie do nich. Zacząłem wbiegać po drabinie na dach. Pode mną słyszałem przelewające się tony wody. Byle wyżej, byle wyżej. Nagle drabina się skończyła. Byłem na wysokości może z osiemdziesięciu metrów. Poziom wody cały czas się podnosił. Woda zalała cały budynek jeno dach był ponad powierzchnią. Po początkowej uldze zdałem sobie sprawę, że nie przetrwam na tym dachu kilku dni nie mówiąc o tygodniach zanim poziom wody opadnie. Na moje szczęście w odległym o kilka metrów wieżowcu otworzyło się okno. Jakieś małżeństwo zaprosiło mnie do siebie. Będąc pod ścianą chętnie skorzystałem z okazji. Po wejściu, zmęczony, od razu rzuciłem się na kanapę i zasnąłem. Obudził mnie warkot za oknem. Zauważyłem białą Ładę jadącą po swego rodzaju pomoście na wodzie zrobionym z materacy przywiązanych do unoszących się pustych beczek. I nawet dawałoby to radę gdyby nie to, że beczki nie były do siebie przywiązane przez co cała konstrukcja się rozlatywała. Kierowca Łady mimo, iż przejechał już spory kawałek, to niewiele mógł zrobić gdy most pod jego kołami dosłownie się rozpadł. Samochód zatonął w mgnieniu oka. Zrobiło mi się smutno, bo bardzo mu kibicowałem. Dalej były jakieś sceny w domu. Chyba cały ten sen to aluzja do kwarantanny. Miałem zeszyt z pornografią. Zostałem nawet przyłapany przez ciocię gdy go otwierałem BLA BLA BLA...

   Nic ciekawego
Pora przejść do crème de la crème całego posta.


25-26.09.2K20


  Ktoś z was, próbowałem dziś znaleźć kto ale za Chiny nie mogłem (jeśli to ty to się zgłoś dam Ci plusika :) ), napisał kilka dni temu posta w którym mówił o robieniu sobie nawyku TRowania w ciągu dnia poprzez budzik co kilkanaście minut, dzięki czemu łatwo uświadomił się we śnie. No i powiem Ci gościu/ówo naprawdę mnie tym natchnąłeś/aś. Najbliższy kielich wypiję za twoje zdrowie. Próbowałem już tego kiedyś ale to było dawno i już zapomniałem o tym, wydawało mi się też, że w sumie we snie może nie być telefonu który mi o tym przypomni więc cały trud brałby w łeb. Dobra do rzeczy. Już pierwszy dzień przyniósł wymierne efekty. Oczywiście nie było tak ładnie i kolorowo jakbym chciał. Skręciłem... po bandzie, wgniotłem zderzak, zbiłem światło, zatarłem silnik, przejechałem jeża... ALE skręciłem. Do rzeczy Rebeliusz wszyscy mają w d0pie twoje metafory. 


  Położyłem się spać z zamiarem WBTB po czterech godzinach. Oczywiście zadziałało prawo Murph'ego i przez pierwsze dwie godziny za cholerę nie mogłem zasnąć. Próbowałem wszystkiego, całkowitej ciszy, szumu lasu, ćwierkania ptaków, deszczu, melatoniny, naparu z dziurawca no mózg się zawziął i powiedział "Taki chuj cwelu jebany nie ma spania, sen jest dla słabych!". Najdalej udało mi się dojść do fazy hipnagog ale te były odrzucające i wolałem się sam wybudzić. Kolejne dwie godziny spędziłem na oglądaniu dram jakichś youtuberów których nawet nie znam. W końcu nastał czas w którym powinienem był się wybudzić i przystąpić do WBTB. Psycha siedziała obok mnie i się ze mnie nabijała. Spróbowałem zasnąć bez żadnych oczekiwań. Wiedziałem, że się nie wyśpię, kolejny dzień będzie udręką a nawet jeśli zapamiętam jakiś sen to na sto procent będzie to horror w którym albo uciekam przed jakimś dziwadłem albo owe dziwadło już mnie dopadło i teraz wybija mi zęby młotkiem.
  W takim stanie zamknąłem oczy.


...Leżałem na moście kolejowym. Było ciemno. Gwiazdy były zakryte przez chmury poza tym kamienie na których leżałem wbijały mi się w plecy, dlatego postanowiłem wstać. Rozejrzałem się. Pomyślałem "Dosyć dziwna okolica nie przypominam jej sobie" żartuję "GDZIE JA KURW@ JESTEM?!" było bliższe prawdy. Nie mając zbytnio wyboru. Ruszyłem przed siebie. Kroczyłem sobie po kamyczkach aż w pewnym momencie zawibrował mi telefon w kieszeni. Odruchowo zacisnąłem palce na nosie "Ech znowu chujni@...W8. :o Czy ja właśnie...? Nieeeeeeee. Niemożliwe. A może.". Ponownie spróbowałem wciągnąć powietrze przez zaciśnięty nos. Moja reakcja gdy się udało wyglądała mniej więcej tak:  [16 sekunda] https://youtu.be/mL4ESC6mODg?t=16
  Po opanowaniu euforii wskoczyłem do nadjeżdżającego pociągu. Okazało się, że to pociąg z Horego Portfela wiozący uczniów do Hogwartu. Przechodziłem między przedziałami i rozmawiałem z najbardziej znanymi postaciami uniwersum. W pewnym momencie wszedłem na dach wagonu i udałem się do ostatniego. Chciałem tam zrobić coś nieodpowiedniego z nieodpowiednią osobą. Prawie dotarłem do końca gdy zatrzymało mnie trio złożone z Rudego, Pioruna i Kujonki. Dali mi gałąź z drzewa iglastego która usychała gdy człowiek ją dzierżący chciał zrobić coś złego. Pomyślałem "Wywalone w ten badyl". Ruszyłem w stronę mojego celu. Nagle wszystkie igły uschły. Cofnąłem się o dwa kroki i igły odrosły "WoW robi wrażenie." pomyślałem. Zrobiłem jednoosobową naradę. "Tam jest KTOŚ z którym chcę zrobić COŚ. Jest to coś złego i nie powinienem ale z drugiej strony to sen więc mogę robić co tylko mi się chce. Z trzeciej strony jak to zrobię to gałąź będzie smutna... I tak kawałek rośliny przekonał mnie do bycia dobrym człowiekiem. Przynajmniej w tamtym momencie. Wróciłem do Rudzielca i reszty, oddałem im iglaka i kazałem się nim dobrze opiekować. Zeskoczyłem z wagonu na ziemię. Patrzyłem jeszcze na odjeżdżający pociąg dopóki mego wzroku nie przykuła niewiasta opalająca się w świetle księżyca. Poszedłem z nią porozmawiać.  ;)  :> Gaworzyliśmy tak sobie gdy nagle poczułem, że wywala mnie ze snu. "Nie no znowu?!". Skupiłem się w sobie. Jakimś cudem pomimo, że byłem już bliski wybudzenia i słyszałem nawet dźwięki wydobywające się zza okna to pozostałem we śnie. Z tym, że niewiasta zniknęła. "Szzzz cholera. Cytując pewną postać z pewnej książki: Ślepemu to zawsze wiatr w oko i chuj w dupę. Niedaleko pojawiła się trampolina. Zrobiłem TR dla pewności. Ogólnie co chwila starałem się robić TRy żeby nie utracić świadomości. Wszedłem na nią i zacząłem skakać. Początkowe odczucia gdy odbijałem się w pozycji pionowej były zbliżone do rzeczywistości. ALE ALE. W pewnym momencie odbiłem się na znaczną wysokość i ułożyłem w pozycji poziomej chcąc odbijać się plecami. I powiem tylko tyle, że to co czego doświadczyłem jest nie do opisania. Byłem w jakiejś niesamowitej fazie. Z moim ciałem działy się dziwne rzeczy. Raz czas przyśpieszał by po chwili zwolnić, raz odczuwałem duże przeciążenie a raz nie. To było niesamowite uczucie przeszywające całe ciało. Do tego doszły zjawiska świetlne. A przede mną wyrósł olbrzymi PKiN, był piękny, cały oświetlony, majestatyczny.
(...)
  Wybudziłem się. Chciałem wejść do snu którego fabułę zaplanowałem sobie kilka dni temu ale znalazłem się gdzieś indziej. 
(...)
  Ponownie się obudziłem albo to było fałszywe przebudzenie. Leżałem na plecach a kładłem się spać na brzuszku. Przez chwilę patrzyłem się na okna które wydawały mi się niesamowicie piękne. Po chwili zasnąłem.

...Znalazłem się w futurystycznym świecie rodem z BioShock'a. Dzień. Byłem dzianym gościem. Prowadził mnie inny dziany gość w brązowym garniaku do sali należącej do innego dzianego gościa w garniaku. Zrobiłem TR chyba ostatni dziś raz niemniej postanowiłem wtopić się w fabułę a nie ją tworzyć. Zwłaszcza, że na wielkim stole stała masa łakoci których pochłanianiem się zająłem. W tym czasie gruby ważniak w garniaku z cygarem w ręku zaczął przedstawiać nam jakąś strategię czy coś w tym stylu. Nie była ona zbyt legalna (...)...

 Dalej pamiętam tylko urywki za mało żeby sklecić coś sensownego. 


Ogólnie sny były długie ale zapamiętałem z nich tylko niewielką (opisaną wyżej) część ponieważ zostałem brutalnie obudzony i nie miałem czasu poleżeć i pokontemplować sobie o snach minionej nocy BLAĆ. Niestety. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło i cieszę się z tego co i tak udało się osiągnąć.  :)





Na koniec memik 



PeacE JoŁ
Wubba Lubba Dub Dub
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
05-06.10.2K20


  Od ostatniego wpisu zapamiętałem tylko jeden sen...oczywiście ch*jowy jak CMŻ.



...Reality show. Bardzo krwawe reality show. Wygrywał je a jakże, ten kto ostatni pozostał przy życiu. Była nas jakaś setka. Byliśmy w dużym betonowym bunkrze. Na środku stał tunel do kolejnego etapu. Nagle zapaliły się oślepiająco białe światła. Prawie natychmiast po tym ze ścian zaczęto do nas strzelać ze wszystkich możliwych broni. Broń palna, dzidy, strzały, kamienie. Właściwie nie było jak się przed nimi chronić albowiem A) oślepiały nas światła przez co nie widzieliśmy nadlatujących pocisków B) nawała żelastwa była tak duża, że tylko szczęście decydowało czy ktoś przeżyje czy nie. Niedługi czas później (z wiadomych przyczyn wydający się wiecznością) drzwi do tunelu się otworzyły. Kto żyw, biegł do nich na złamanie karku, tratując, bijąc i przepychając się pomiędzy pozostałymi. W tymże tumulcie strzelcy mieli używanie. Nie raz zostałem obryzgany juchą czy innymi wnętrznościami. Byłem już blisko wejścia gdy jakiś dogorywający nieszczęśnik złapał mnie za kostkę. Straciłem równowagę i upadłem na leżące ciała. Typ nie chciał puścić. Brutalnie zadeptało mnie kilku spanikowanych gości. W końcu udało mi się przekręcić i kopniakiem w nos przekonać faceta by mnie puścił. Uderzenie było tak silne, że prawdopodobnie przeniosło go na łono Abrahama. Nwm i tak już zdychał. Nawet jeśli, to powinien mi dziękować. Skróciłem jego męki życia doczesnego. Szkoda, że mi nikt tak mocno nie przywalił. Instynkt przetrwania kazał mi biec. Teraz nie miałem już żadnych skrupułów. Robiłem wszystko by dostać się do tunelu. Wbiegłem jako ostatni. Inni jeszcze próbowali się dostać do środka ale byliśmy tam tak ściśnięci, że po prostu wypychaliśmy kolejnych chętnych do ratowania życia. Jakiś typ próbował wypchnąć i mnie. Wyrwałem się z jego objęć. Złamałem pięścią nos i podciąłem mu nogi. Upadł. W tym momencie w ułamku sekundy od góry drzwi się zamknęły, przygniatając gościowi kolana. Zaczął przeraźliwie krzyczeć. Rzucał się w konwulsjach. Rękami próbował chyba szukać nóg które zostały po drugiej stronie. Miał całą głowę czerwoną od krwi z nosa. Drzwi były przeszklone przez co widzieliśmy co się działo po drugiej stronie. Ludzie walili w drzwi, błagali żeby ich wpuścić do środka, jakby to od nas zależało. Ostrzał ustał. Zamiast niego ze ścian począł sączyć się żółty trujący dym. Ludzie zaczęli się dusić, rany zaczęły ropieć, twarze zmieniały kolor na czarny. Jeszcze usilniej próbowali się do nas dostać. Ich zakrwawione ręce zostawiały długie czerwone szramy na szkle. Umierali długo i boleśnie. A ja patrzyłem i patrzyłem. W końcu nie wytrzymałem. Spojrzałem na nadal wijącego się z bólu, przy moich nogach, typka i rzekłem "I ty sku*wielu chciałeś mnie tam wrzucić.". Tak jakbym sam kilka minut temu tego nie robił. Złapałem go za głowę i z wrzaskiem uderzałem nią o betonową podłogę dopóki nie była już tak roztrzaskana, że nie było czym uderzać. Inni stali w milczeniu.
(...)
  Kolejny etap. Zostało nas już tylko siedemnaście osób. Prowadzący teleturniej wprowadził nas do pokoju z drewnianym stołem z dziesięcioma siedzeniami po obu stronach. Cóż mogę powiedzieć o prowadzącym. Był to typowy gość prowadzący rozrywkowy program telewizyjny. Roześmiany, uśmiechnięty, rzucający słabymi żarcikami. Wyglądał trochę jak Chris z "Wyspy totalnej porażki" (tyle, że nie w wersji animowanej) a i tak samo jak on cieszył się z cierpienia uczestników turnieju. Usiedliśmy przy stole. Mnie przypadło miejsce trzecie od lewej. Prowadzący skończył zabawiać widzów gadając do kamery i kazał nam położyć otwarte dłonie na stole. Gdy wszyscy to uczynili ze stołu otworzyły się małe drzwiczki i w ułamku sekundy wyleciały z nich urządzenia które związały nam dłonie tak, że nie mogliśmy nimi ruszyć. Każdy został inaczej związany, jakiejś dziewczynie ręce zostały ściśnięte łańcuchami, innemu wbiły się kolce. Ze mną obeszli się dosyć łagodnie gdyż moje dłonie przykuto jedynie pięcioma cienkimi metalowymi linkami. Linkami które wżarły się aż po samą kość. Prawie natychmiast zaczerwieniły się krwistą posoką. Odruchowo próbowałem się wyrwać ale najmniejsze poruszenie powodowało jeszcze większy ból a i linki zaciskały się jeszcze mocniej. Chris (nwm czy tak się nazywał ale pozwolę go sobie tak nazywać) zapowiedział coś do kamery. Byłem tak zestrachany nadciągającym niebezpieczeństwem, że mało co do mnie docierało. Wtem kawałek ściany prostopadły, do pozycji naszego siedzenia, otworzył się. Z otworu wystrzeliły dwie linki. Wbiły się w środek stołu. Chris nadal mówił do kamery, zakończył mówiąc "...i nadeszła pora rozpocząć OSTRĄ grę" (Jeba*y skur*iel). Po jego słowach z dziury wytoczyło się wielkie, metalowe, płaskie i ostre jak sku*wesyn koło. Wszyscy patrzyli jak powoli rozpędza się i mknie w naszą stronę. W pewnym momencie odczepiło się od linek i poleciało w naszą stronę. Odbiło się od stołu kilka razy i z brzdękiem upadło po jego drugiej stronie. O dziwo nie trafiło w niczyje ręce. Chris "No i mamy pierwszą skuchę. Widzieliście jakie mieli wielkie oczy gdy nasze koło NIEFORTUNY leciało w ich stronę. Oj chyba czuję już swąd brązowego kleksa Hje Hje (w najbliższym LDeku zmaterializuje go sobie i będę naku*wiał w niego bejsbolem aż nie zdechnie, po czym go wskrzeszę i zacznę od nowa). Nie ma tego złego mili państwo, nasza zabawa dopiero się ROZKRĘCA.". Po tych słowach z dziury wyleciało kolejne koło i tym razem trafiło w ręce jakiejś dziewczyny. Dziewczyna upadła upadła do tyłu krzycząc z bólu. Z jej kikutów trysnęła jucha, prosto w twarz chłopaka siedzącego naprzeciw niej. Ten odruchowo próbował się zasłonić przez co pułapka przyczepiona do jego rąk uruchomiła się i obcięła mu palce. Ten również osunął się na podłogę płacząc i przeklinając na czym świat stoi. Gość siedzący na samym końcu stołu, krzyknął do Chrisa czy może nas już wypuścić skoro gra skończona, bo ktoś już stracił palce. Chris "Oj ta gra nie kończy się gdy komuś utnie rączki tylko gdy ktoś zginie. Na przykład o tak..." W tym momencie rzucił swoją kwadratową podstawką pod notes, z którego czytał, prosto w głowę gościa który postanowił się wychylić. Podstawka okazała się ostra jak brzytwa. Chyba nie muszę mówić co się stało i jak to wyglądało. Chris zaczął się śmiać. Zwrócił się do kamery "Nie TRACIMY GŁOWY mili państwo i wracajmy do naszej gry" (No zaj*bie śmiecia). Z dziury wytoczyło się kolejne koło. Dalej niewiele pamiętam. Na pewno przeżyłem ową "zabawę" i uczestniczyłem w kolejnych. (...)... 


Dobranoc i śmierć frajerom
Wubba Lubba Dub Dub
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1