NeuroWonderland
Stałem przed wejściem do ciemnego tunelu. Coś mi majaczyło o pistolecie, że miałem się nim przed kimś bronić. Nie miałem pistoletu. Ustawiłem lustro tak, aby pokazywało co się dzieje w tunelu i nacelowałem na nie kamerę. Ekran kamery pokazał dużą grupę ludzi, której tam przed chwilą nie było. Patrzę w tunel no i tak rzeczywiście nie ma nikogo. Kamera jednak pokazuje jakieś postaci. A więc to duchy! Tak, dzięki tej kamerze można widzieć niematerialne byty.

Idę ulicą, jest słoneczny dzień. Trafiam do jakiegoś dziwnego zaułka. Na końcu ulicy są schody do ciemnych drzwi. Ktoś wychodzi, wampiry. Szybko wyciągam coś z plecaka. Przy krzaku kładę dwie metaliczne kostki, wzmacniacze częstotliwości. Nie wiem co mam dalej robić, niby się przygotowywałem do takiej sytuacji, a teraz na szybko muszę myśleć co dalej. Wkładam szybko do nich jakieś karty pamięci, a do czegoś podobnego do pilota czy elektronicznego klucza pendrive (chyba pomarańczowy) i celuję w wampiry. Włączam to wciskając przycisk, zaczyna piszczeć. Działa, wampiry się uspokajają i wracają do siebie. Niestety ktoś, komu to nie pasowało, obserwował z boku i za chwilę zniszczył część urządzenia. Szybko pobiegłem stamtąd do szkoły. Ulica płynnie zmieniała się w korytarz. Gonił mnie tamten, był ubrany w czarną pelerynę z kapturem. Słyszałem coś, że on stoi po stronie wilkołaków. Wbiegałem na drugie piętro. On nie mógł przebywać zbyt długo w takich miejscach, więc wynajął kilka osób, aby mnie złapali. Już ich widziałem, czekali na mnie na schodach. Musiałem się cofnąć. Ale po chwili pomyślałem, że tak na prawdę to nic mi nie mogą zrobić. Wróciłem się. Niby mieli mnie pobić. Jeden z nich, taki grubas, miał wór. Powiedział, że to "prezent" dla mnie, co miało znaczyć, że to jakieś skradzione moje rzeczy, i że przez to wie, gdzie mieszkam. Wbiegłem do klasy. Wszyscy obojętni, a nauczyciela brak. Tamci rzucili wór z tymi rzeczami. Był tam ręcznik podobny do mojego z moim imieniem, ale za chwilę stwierdziłem, że nie ma tam nic mojego, oszukali mnie. Ktoś powiedział, że te szmaty śmierdzą. Dla eksperymentu nacelowałem urządzenie na normalnych ludzi. Od razu pożałowałem tego. Wstali z ławki i ruszyli w moją stronę. Wiedziałem, że podziałało odwrotnie niż na wampiry. Stali się agresywni. Jakoś przeskoczyłem tablicę i drzwi. Wiedziałem, że załatwili tamtych, którzy mieli mnie pobić. Przebiegłem korytarz, stał tam duży tłum. Zombie szły przed siebie. Rozszarpały napotkane na drodze małe dzieci. Ups, chyba trzeba uciekać, aby nie było na mnie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
W półśnie zobaczyłem jak ktoś skakał przez krzaki. Ktoś inny skomentował to, że tak wygląda podróż w czasie.

Wreszcie otworzyli forum na thelinked.pl. Chociaż na stronie głównej nadal było tylko czarne tło i napis "takie śmieszne czarne tło :)".

Przyjechał dziadek swoim samochodem maluchem. Przed klatką schodową na trawniku rozłożył samochód na części i pomalował. Chciał, abyśmy te części poukładali na balkonie. Trochę się zdziwiłem, bo to na pewno się nie zmieści. Przyszedł sąsiad z bloku z naprzeciwka. Obejrzał te części. On miał niby malucha w starszej wersji (w rzeczywistości ma zupełnie inny samochód). Potem, jakby nie miał u siebie, chciał skorzystać z naszej ubikacji. Jak części zostały złożone z powrotem w malucha przetarł szybkę i powiedział, że jest w porządku, chociaż rysa widoczna.

Na plaży był drewniany budynek. Moim zadaniem było pilnować przy drzwiach, aby więźnie nie uciekli. Dalej wewnątrz był jeszcze ktoś inny kto ich pilnował i z nimi rozmawiał. Wypuszczono jednego więźnia i w sumie nie było kogo mi pilnować. Wyszedłem na deski na plażę. Słońce mocno świeciło. Trzy dziewczyny tam stojące do mnie zagadnęły czy już koniec na dziś. Powiedziałem, że nie ma już więźniów do pilnowania to idę. W oddali szła dziewczynka ubrana w fioletową sukienkę. Zaczęły na nią gadać jaka ona gruba. Poszedłem do baru chyba razem z nimi i postawiłem im jakieś drinki.

Akcja przeniosła się na dalszą część plaży. Dusza człowieka inkarnowała w ciało jaszczurki. Z pyska i ogona wyrastały dziesiątki węży i innych jaszczurek. Ludzie go ciągnęli z tych dwóch stron, chcieli oderwać od niego te węże. Człowiek w jaszczurce krzyczał w myślach z bólu jak go rozrywali na pół.

Okazało się, że tego wypuszczonego więźnia porwała jakaś grupa przestępcza. Zostawili jego zdjęcie jak zamykają go do wielkiego drewnianego wozu karawany. Dodatkowo wtargnęli do tego więzienia na plaży i porwali dwóch pozostałych. Odtworzył się filmik jak ich porywali i związywali zamykając i odjeżdżając. Nie wiadomo czego chcieli, okupu? Nie mieliśmy z nimi kontaktu i nie wiedzieliśmy, gdzie się zatrzymali. Mieliśmy ich szukać. Dziewczyny znalazły jakiś wóz, ale to nie ten. Tamten był większy. Jacyś panowie przyszli i poszliśmy do baru. W menu były alkohole, jeden którego nazwy nie widziałem, 8 mojito, inny był serwowany tylko do godziny 15, a to już wieczór. Chyba zamówiłem te 8 mojito. Potem w nocy z kimś szedłem w poszukiwaniu tej karawany. Chyba się rozłożyło wesołe miasteczko. Z prawej strony coś stało. Weszliśmy do tunelu. Aby przejść należało dać policjantowi bilet. Dziewczyna i inny dali bilet. Ja nie miałem, ale jakoś przeszedłem niezauważony. Dziwiłem się, że trzeba płacić za przejście w zwykłym tunelu. Na końcu tego tunelu zauważyliśmy ten czarny w ciemnościach wóz karawany. Poruszał się jakby na czterech drewnianych nóżkach jak wielki mechaniczny koń.

Leżę na dużym białym materacu. Przychodzi lekarz i pielęgniarka. Dają mi dwie okrągłe tabletki i jedną podłużną. Pod jakimś pretekstem wychodzę na chwilę i uciekam.

Trafiam do piwniczki. Przeglądam różne rzeczy. Nagle ktoś wyciąga kawałek szyby z okna i wchodzi, widzę trawę. Myślę, że chce ukraść książki, ale przecież tam nie ma. Było ich trzech. Jeden zabrał te duże owocowe ciastka. Chciałem je zjeść. Pomyślałem, że nie chcę tych słodyczy. Pozostałym dwóm dałem kilka kwadratowych czekolad. Każda z nich była zaczęta. Poczułem przelotnie smak jednej, był kokosowy. Wzięli wszystkie te słodycze i cukierki i sobie poszli.

Widzę, jakby w ekranie, idzie trójka dzieci przez las, dwóch czarnoskórych chłopców i jedna blondynka. Jedna starsza pani wyciąga ich z tego ekranu. Zauważa, że są ranni, a nie chce się nimi zajmować, więc mówi do drugiej, zabieramy ich do szpitala. Mam obserwować znaki. Dwóch chłopaków zostało zabranych na jakieś przymusowe roboty. Jeden stał na korytarzu i coś mówił, że pierwszy raz ma taką robotę. Uśmiechnięty, gadał i gadał i gadał. Zapytany o rok odpowiedział, że tak, to był też tysiąc osiemsetktóryś. I znowu zaczął o czymś gadać. Drugiego chłopca nie widziałem. Dziewczynka siedziała we wnęce ściany. Była częściowo niewidzialna. Chciałem ją zabrać stamtąd. Zawołałem do niej, Andżela, chodź, możemy stąd wyjść.

Spotkałem dawnego kolegę. Naprawiał komputery. Powiedział, że te stare sprzed 2000 roku miały lepsze ekrany. Wyjął części i składał z nich komputer w monitorze. Najpierw dwa czarne głośniki, wyżej następne dwa i ekran. Spytałem go o rozdzielczość. Powiedział, że nie wiadomo.

Noc. Leżę na łóżku pod oknem chociaż łóżko mam przy drzwiach. Przy ścianie leżał jakiś mężczyzna na podłodze z kobietą. Nie wiem jak się tam zmieścili, chyba pokój się powiększył. Wyglądali na jakieś senne stwory i może rzeczywiście nie byli to ludzie, bo było ciemno i mało co widziałem. Zawołałem do nich wyciągnijcie mnie, bo nie mogłem wstać. Spojrzałem na okno i już mogłem wstać. Wyskoczyłem przez nie. Przyklepałem kamień, aby dał mi energii czy coś, ale nic się nie stało to pobiegłem przed siebie jak najdalej. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że zbliżam się do mieszkania zamiast się oddalać.

Wielki komar leciał. Trzymał dwa równie wielkie komary. Ciekawe tak we trójkę? A może chciał je zjeść?

Miałem zeszyt, w którym ktoś na końcu powypisywał różne kosmiczne rewelacje. Zostawiłem sobie do przeczytania na potem.

Siedzimy w grupie kilku osób w dużej jasnej sali przy stole. Trzeba coś było wybrać. Była plansza jak do gry z kwadratami na brzegach. W pierwszym była azjatycka wanilia, pomyślałem, że ją wybiorę. Z kolegą przeglądaliśmy zeszyt leżący na stole. Była rozrysowana tabelka z naszymi imionami oraz podzielona na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdej części było napisane co robimy w danym momencie i o czym myślimy. Ci "oni" wiedzieli nawet jakie będą nasze myśli i sny w przyszłości! A jak coś im się nie podoba to cofają się w czasie i to zmieniają. Nagle przyszło dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury i w kapeluszach. Twarze mieli obwinięte czarnym materiałem. Wyciągnęli jakieś urządzenia. Już wiedziałem o co chodzi i zamknąłem oczy. Zobaczyłem tylko błysk. Chcieli wymazać nam pamięć. Ja nie zapomniałem niczego, reszta pewnie tak. Zniknęli. Przeglądałem ten zeszyt jeszcze raz. Kolega przeczytał w nim coś o rozmyślaniu. Tabelki już nie znalazłem, były tam tylko przepisy obiadowe i zdjęcia jedzenia. Chciałem wytłumaczyć pani, która z nami była całe to zdarzenie, ale ci w czerni znowu się zjawili. Odwróciłem się, gdy strzelali do nas tym światłem. Położyli te urządzenia na stole i chcieli zrobić jakiś test. Dali mi zabawkową myszkę dla kotów pod rękę. Nie wiedziałem o co chodzi, co ja mam niby z tym zrobić? Jeden przytrzymał mnie za rękę i zaczął nią poruszać góra dół, przybliżając ją do tego urządzenia. Mogłem je zabrać, ale uciekłem. Schowałem się w ubikacji. Miałem problem z zamknięciem drzwi, ale w końcu się udało. Oni nawet nie próbowali ich otwierać. Usłyszałem dźwięk tych urządzeń i jak najszybciej zamknąłem oczy. Przez drzwi i zamknięte oczy zobaczyłem błysk i unoszące się w ciemności dwa prostokątne powidoki. Obudziłem się.

Jechałem z koleżanką na rowerach. Skręciliśmy w prawą stronę i wjechaliśmy do jakiegoś budynku. Wjechaliśmy po schodach na drugie piętro. Trochę to było dziwne jechać rowerem po schodach, ale szło lekko, więc więcej o tym nie rozmyślałem. Na górze było ciemne miejsce. Zostawiliśmy rowery na podłodze. Zaatakowały nas małe agresywne dzieci. Jedne krzyczały inne się śmiały i płakały. Nie znalazłem koleżanki. Więc, albo otoczyli inną małą dziewczynkę, albo ona zmalała.

Ciemność. Grupa metalowców ubranych na czarno zebrała się wokół ogniska i grają głośną metalową muzykę. Jeden z nich patrzy się w moją stronę. Ma bardzo białą twarz jakby oblał się białą farbą. Dziwnie marszczy się. On śpiewa tekst piosenki.

Zjawił się wielki czarny pies. Chwyciłem się jego ogona i wyciągnął mnie z łóżka. Razem z dwoma dziewczynkami jechaliśmy, gdzieś na jego grzbiecie w nocy. Potem był dzień. Staliśmy przy jakimś stoisku sklepowym. Przyszedł jakiś chłopak i spytał się tych dwóch dziewczynek czemu tak się wykrzywiają. Odpowiedziały, że próbują te kwaśne rozpuszczalne gumy do żucia. Znowu była noc. Powiedziałem im, że jak nie zdążę, to one później pomyślą o mnie, to ja zniknę tam, gdzie jestem, a pojawię się w miejscu, gdzie przebywają. Potem z balkonu podlewałem trawnik w miejscu, gdzie rosną chwasty. Nie wiem po co. Tylko ten pas ziemi był oświetlony światłem dziennym, resztę spowijała ciemność nocy. Wylałem wodę z gumowej rękawiczki. W drugiej też była woda i jakieś brudy.

Chłopak leci hulajnogą wysoko nad chmurami. Czuję jego lekki lęk wysokości. Krótka myśl o Avatarze. To jest niby jego drugi lot. Hulajnoga zmienia się w rower. Chłopak jest w połowie drogi. Gdy pomyślałem jak on wyląduje, że przecież się rozleci, ten nie może już utrzymać roweru i go wypuszcza. Leci do tyłu na plecy.

Czytałem książkę. Miałem dwie wersje. W jednej były strony poprzestawiane, przeczytałem trochę, ale już nie pamiętam. W drugiej było niby to samo plus dodatkowe linijki tekstu. Za każdym razem jak sprawdzałem czy się zgadza, coś się zmieniało, strony się przestawiało, dopisywał dodatkowy tekst. Możliwe, że jedna wersja to był komiks, bo były dołączone czarno białe ilustracje. W pierwszej wersji stał mnich przed blokiem, a na samym końcu drzewo, które rozpoznałem z tej drugiej wersji. W drugiej było to samo i jeszcze silna wichura się zerwała nagle.

Jakiś kolega urwał sobie nogę, aby nią straszyć potem. Za oknem była jakby skocznia narciarska. Wyskoczyłem i zjeżdżałem jak z górki po śniegu. W połowie drogi ten kolega wyciąga tą martwą nogę ze śniegu i mnie straszy. Nie przestraszyło mnie to, było trochę dziwne. Na dole były dwie górki z piachu i trzecia leśna. Wchodząc do lasu usłyszałem szeleszczenie, drzewa się poruszyły. To wielki drapieżny dinozaur. Czym prędzej wybiegłem, ale ten mnie dogonił i odgryzł głowę. Szybko wtedy się wybudziłem i idąc pomiędzy tymi ziemistymi górkami opowiadałem komuś, że chociaż już się obudziłem to czułem jak ten potwór mnie pożera. Dostałem wiadomość na telefon, że 100MB będzie za darmo, ale już za 200 będę musiał zapłacić 4 tys. Wyłączyłem tą aplikację. Chciałem ją usunąć, ale aplikacja do czyszczenia też byłą jakimś złośliwym oprogramowaniem. Potem szedłem za blokiem niedaleko lasu. Przyplątał się do mnie jakiś dzieciak. Pytał się co tam na statku. Nie wiedziałem o co chodzi. Skądś miałem zabawkowe okrągłe urządzenie z ekranem. Coś mi na nim pokazywał. Można było robić nim zdjęcia.

Ktoś wszedł do mojego pokoju i wsunął do biurka trzy gazety (albo komiksy?). Były one w tematyce Gwiezdnych Wojen, a przynajmniej jedna z nich. Przeglądałem je. Pojawiły się animacje na papierowych stronach. Otworzyły się mapy różnych kosmicznych lokacji. Były tam informacje o istotach zamieszkujących tamte planety. Nagle zakręcił się rysunek Yody z wypisanymi jego jakimiś mądrościami, a także hasło "Good crystal".

Kilka razy się budziłem. Pomiędzy każdą pobudką wisiała inna firanka niż w rzeczywistości i była zaczepiona o sufit. Wtedy wiedziałem, że to sen.

Szedłem obok lasu. Nad drzewami nagle zleciały się metaliczne okrągłe pojazdy latające. Były jednocześnie daleko i blisko mnie. Chciałem za nimi lecieć, ale nie udało się. Chwyciłem jednego z daleka i chwilę przytrzymałem.

Ktoś wskoczył przez dziurę w drucianym ogrodzeniu. Za nim wskoczył chłopiec bez ubrania. Niestety nie udało mu się przeskoczyć i krokiem wskoczył w wystające ostre druty. Cały pokrwawiony. Później była jakaś zbiórka, gdzieś. Ten mężczyzna nagi stał z innymi, ubranymi. Chłopiec też tam był. Już nie był pokrwawiony.

Spotkałem się z kilkoma osobami. Poszliśmy, gdzieś gdzie był kiosk. Widziałem borówki amerykańskie wielkości jabłek. Usiedliśmy do stołu blisko ulicy. Jedna dziewczyna siedziała bliżej tego kiosku i obserwowała. Na stole leżały setki czekolad różnych rodzajów. Chyba jedną spróbowałem i szukałem jakich niespotykanych. Jedną z orzechami zostawiłem na potem. Nagle patrzę, a tam nie ma prawie czekolad. Powiedziałem, że przecież zjadłem co najwyżej cztery albo pięć, a tu już nie ma ani jednej. Ktoś zaproponował, że może w takim razie przejdziemy do piwnicy. Odpowiedziałem, że lepiej nie, bo teraz piwnica miesza się z innymi miejscami i nie wiadomo co z tego wyniknie.

Jasne słońce świeciło. Widziałem drzewo. Ktoś na nie wchodził. Mogłem wytworzyć pole siłowe wokół siebie. Gdy zbliżyłem ręce do mrówek, te zamiast na nie wchodzić, omijały je.

Miałem dziwnie długie włosy i kapelusz, chociaż nie noszę kapelusza. Zdjąłem go i wyszedłem na dwór. Pomyślałem, że nawet w czwartym wymiarze trzeba chodzić do fryzjera. Dwie dziewczynki biegły przed siebie. Jedna potem do mnie przybiegła, śmiejąc się.

Wszedłem do wyciętego ponurego lasu. Zostało tylko kilka drzewek naokoło. W środku zamiast prawdziwych miały być wyświetlane holograficzne.

Miałem kartkę, którą znalazłem przyczepioną do jakiejś budki. Wydawało się, że jest dużo tekstu do przeczytania. Tekst składał się z różnokolorowych kryształów. Gdy ktoś pisał, pojawiały się nowe, zamiast liter. Miałem je policzyć.

Spotkałem na przystanku cosmica. z koleżanką. Weszliśmy do klatki schodowej i wchodziliśmy schodami na górę. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się. Stałem na schodach i patrzyłem się co oni robią. Uśmiechnięty cosmic. z koleżanką robili pompki opierając się o framugę. Wystawiali głowę na zewnątrz i szybko chwali, gdy zbliżał się poziom następnego piętra. Dziwne, przecież tam nie było windy, a poza tym nadal staliśmy na tym samym poziomie. Kiedy "dotarliśmy" na odpowiednie piętro, koleżanka cosmica. usiadła na podłodze i miała jakby podbite oko.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1