Kroniki Astralnych Motyli
#81
Dzień 57

Byłam wystarczająco zmobilizowana, żeby znaleźć Fadhira i spróbować coś z niego wyciągnąć. Nie, nie wnętrzności, jak zasugerowała mi Kiri.
- Sądząc po twojej minie, to chyba zamierzasz wypruć z niego flaki, jak już go dorwiesz – stwierdziła spokojnym tonem, kiedy tylko zmaterializowała się obok mnie. Ja od początku pojawiłam się w pobliżu jamy, moja tulpa musiała się do mnie teleportować.
Nie wiedziałam, jak na coś takiego odpowiedzieć, więc tylko wzruszyłam ramionami. Byłam zdeterminowana, ale nie aż tak. Bez przesady.
Po prostu chciałam, naprawdę chciałam poznać sposób bardziej efektywny niż snucie się po coraz większym obszarze Okręgu Jetter z nadzieją, że prawdopodobieństwo sprawi w końcu, iż wpadnę na konkretną osobę.
- Nie obiecałaś sobie przypadkiem, że nad tym problemem też popracujesz?
- Nie sądzę.
Technicznie było to najprawdziwszą prawdą, bez kłamstwa, najczystszą i tak dalej. Ja tylko WSPOMNIAŁAM, że będę musiała coś z tym zrobić. Niczego nie OBIECAŁAM. Ani sobie, ani Kiri, ani jeszcze innej części świadomości, podświadomości czy z czego jeszcze składała się moja tożsamość tutaj. Ani innym istotom astralnym.
- Molowi obiecałaś – zauważyła Kiri – Że odniesiesz „Wtajemniczenie do Hermetyzmu” do biblioteki.
- Kiedyś. Jak uznam, że już nie potrzebuję podręcznika.
- Może w końcu usiądź do tego na poważnie, to zrobisz jakiś istotny postęp.
- A tam jest coś, co może mi pomóc z obecnym problemem? - spytałam, zdradzając głosem chyba trochę za dużo nadziei. Głupio. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Nie mogłam stwierdzić, czy to dlatego, że Kiri też nie wiedziała, czy po prostu NIE CHCIAŁA odpowiedzieć. Mogła też nie zrozumieć, czy mówiąc o problemie miałam na myśli nawiązanie kontaktu z Rdzeniem, czy zlokalizowanie innych Prawdziwych. Szczerze mówiąc, sama nie byłam pewna, o co dokładnie mi chodziło.
Przeszłam kawałek, zatrzymałam się przy jakimś niewysokim drzewie o kosmatym pniu i usiadłam pod nim. Spróbowałam się rozluźnić i osiągnąć odpowiedni stan umysłu. Na wierzch leniwie wypłynęła pojedyncza luźna myśl. Zdecydowanie nie powinnam robić kilku rzeczy dosłownie jednocześnie. Sam trans z definicji służył skoncentrowaniu się na jednym.
Główny problem był dokładnie taki sam jak w przypadku szukania kontaktu z Rdzeniem. Kompletnie nie miałam pojęcia, CO zrobić, czego poszukiwać, do czego dążyć. Jeśli w tym całym spokoju pojawiłyby się jakiekolwiek odczucia, do którego z nich miałabym próbować się zwrócić? Na którym się skupić, którego się chwycić i podążać za nim, które z nich rozbudzać i wzmacniać, aby osiągnąć cel?
Biernie płynęłam świadomością wśród słabej energii tła. Za sobą wyczuwałam słaby pik od drzewa, który mogłam spokojnie zignorować. Próbowałam w tym telepatycznym skanowaniu się przemieszczać, myślami zataczać stopniowo coraz szersze kręgi i obejmować większy obszar. To było spoglądanie, po prostu spoglądanie coraz bardziej w dal, zbliżając się powoli do momentu, kiedy zasięg widzenia zakończy się na horyzoncie. Czy coś takiego właśnie było owym mistycznym Trzecim Okiem, o którym tyle razy w życiu się słyszało i tyle samo razy ignorowało, nie zaprzątając tym sobie głowy?
(trzeba patrzeć we wnętrze)
Jedną rzecz dość szybko zauważyłam. Energia w otoczeniu różniła się od tła na pewnym obszarze. Był to obszar niewielki i bardzo konkretny. Droga, którą musiałam przejść, żeby znaleźć się w miejscu, w którym siedziałam.
Aż musiałam otworzyć oczy. Potem wstać i przyjrzeć się temu dokładniej. Wyglądało na to, że moje pierwsze przypuszczenia były słuszne. Dokładnie w tym miejscu, w którym wyczułam różnicę w energii, widziałam jeszcze przemieszczoną, nieco przygiętą do ziemi trawę.
Czyżby Kiri znowu miała rację – a Prawdziwi rzeczywiście zostawiali energetyczne ślady swojej obecności?
Wyciągnęłam z kieszeni miernik i zbliżyłam go do tego miejsca, początkowo trzymając w wyciągniętej przed siebie ręce. Nie zauważyłam statystycznie istotnej różnicy, uznałam, że może powinnam mierzyć bliżej ziemi. Zdążyłam przykucnąć, zanim zorientowałam się, że to nie ma sensu. W końcu poruszałam się w trójwymiarowej przestrzeni, obejmującej również powietrze ponad ziemią, także na wysokości, gdzie dokonałam pomiaru. To nie powinno mieć większego wpływu na wynik.
- O ile to się nie rozcieńcza w tym powietrzu. No wiesz, jak dym. Albo zapach.
Westchnęłam, ale na wszelki wypadek znów spróbowałam wczuć się w otoczenie. Na szczęście, jak już zdążyłam się zorientować, przełączenie percepcji na postrzeganie energii nie wymagało tak wytężonego skupienia i oczyszczenia umysłu jak zaglądanie do Struktury. Osiąganie wystarczającego stanu w krótkim czasie dawało się opanować przy odrobienie wprawy.
Idąc wstecz po swoim świeżym tropie, doszłam do wniosku, że odczuwalne różnice muszą być raczej jakościowe niż ilościowe i to wyjaśniałoby wskazania licznika. Jeśli tak w istocie było, tutejsze przyrządy pomiarowe mogłyby nie być użyteczne w takim przypadku. Pozostawało chyba to, co właśnie robiłam, podążanie po śladach jak pies tropiący.
- Myślisz, że węszenie z nosem przy ziemi to ułatwi?
Nie czułam potrzeby, żeby doświadczalnie sprawdzić akurat to.
Dotarłam do któregoś odcinka drogi, co przyjęłam z ożywiającym entuzjazmem. W takim miejscu, z definicji nieco bardziej uczęszczanym, potencjalnie mogłam znaleźć ciekawą mieszankę śladów. Coś rzeczywiście po dłuższej chwili węszenia znalazłam. Jakiś słaby trop, cień cienia, mieszaninę rozcieńczonych smug dymu. Smug. W liczbie mnogiej. JAKOŚCIOWO wyczuwałam, że było tam kilka rodzajów, które różniły się między sobą. Tyle mogłam stwierdzić, nie mając żadnego wzorca, z którym mogłabym to porównać. Cofnęłam się też trochę, żeby zobaczyć jak ten bukiet eterycznego aromatu zmienił się po domieszaniu mojego własnego energetycznego śladu. W tym wypadku nawet pewne różnice ilościowe zauważyłam, moje stężenie było większe niż sygnały od innych podróżników. Cóż, świeży ślad.
Miałam namacalny dowód, że taki trop rzeczywiście słabł z czasem. Jak szybko? To mogło tu być od kilkunastu godzin albo paru dni. Jeśli poruszający się w trójwymiarowym obszarze tej Krainy Czarów Prawdziwy Człowiek stale zostawiał za sobą energetyczny ślad, po upływie pewnego czasu znaczna część powierzchni musiałaby być tym pokryta. To, co badałam teraz, było raczej punktową, lokalną anomalią. Jakiś wpływ miało zapewne miejsce, które wybrałam do obserwacji, znajdowałam się raczej na pustkowiu. To dało się sprawdzić, nie musiałam mieć wszystkiego od razu.
- Twoje postanowienie unikania podróżników w Dhihrung-Jetter nadal obowiązuje? - zainteresowała się Kiri, cokolwiek niezdrowo.
- Myślę, że minęło wystarczająco dużo czasu, żeby bardziej stali bywalcy tych okolic w ogóle zapomnieli jak wyglądam – powiedziałam ostrożnie. Ostrożnie, bo nie chciałam, żeby moja wypowiedź w jakikolwiek sposób sprowokowała moją tulpę do jadowitego sarkazmu. Nie zamierzałam dawać jej tej satysfakcji.
- W razie czego zawsze możesz badać w swojej enklawie, albo w najbliższej okolicy. Tam kręcisz się wystarczająco często, żeby pokryć teren swoimi śladami.
Obecnie nie byłabym tego taka pewna. W ostatnim czasie, kiedy chciałam się gdzieś powłóczyć, raczej wykorzystywałam do tego teleportację. Przenosiłam się bezpośrednio ze swojego domu albo dowolnego punktu w promieniu paru metrów od drzwi. Wnętrza domu zaś nie uważałam za najbardziej fortunne miejsce do obserwacji. Tam działało zdecydowanie za dużo czynników, które mogły wprowadzać zakłócenia i niepotrzebnie zaciemniać obraz.
- Ile dni tak właściwie ci potrzeba?
Stanęłam w bezruchu na środku drogi. W pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć, co Kiri miała na myśli.
- Jaka musi być trwałość tych śladów, żebyś mogła przy ich pomocy znajdować innych podróżników – wyjaśniła moja tulpa cierpliwie. To znaczy nie do końca cierpliwie, bardziej z poirytowanym politowaniem zarezerwowanym dla osób niezbyt lotnych umysłowo. Już ona tak potrafiła, oj jak dobrze!
- Cztery dni by w zupełności wystarczały. Chociaż nie obraziłabym się za więcej.
Zaśmiałam się niewesoło.
- Chcieć to mogę wszystkiego. A jak jest naprawdę, to się okaże. Samym myśleniem życzeniowym niczego nie osiągnę.
Jeszcze zanim skończyłam mówić, poczułam, że powinnam być z siebie dumna. Właśnie wygłosiłam pewną prawdę, wyrażając swoje pogodzenie się z rzeczywistością taką jaką była. To chyba był jeden z kroków na drodze duchowego rozwoju.
Znalazłam jeszcze kilka bardzo słabych energetycznych śladów – zanim sama zostałam znaleziona. Niestety, nie przez tego, którego szukałam.
Ireasz zmaterializował się kilka metrów obok drogi i pomachał do mnie ręką. Witając się, oczywiście zapytał, co ja właściwie tu robię. Tego właśnie powinnam się spodziewać. Przynajmniej miałam na takie pytanie szybką odpowiedź.
- Uczę się węszoczucia.
Odpowiedź, która nawet była prawdą. I odpowiednio wyczerpująca, żebym nie musiała ujawnić RESZTY tej prawdy.
Nie miałam ochoty przyznawać się, że ja tu już drugi dzień SZUKAŁAM FADHIRA.
- Jesteś tym bardzo zajęta? - spytał Ireasz z rozbawieniem – Czy możesz do mnie na chwilę wpaść?
Westchnęłam w duchu. W zasadzie niewiele mogłam stracić, opuszczając to miejsce. Prawdopodobieństwo wpadnięcia fortunnym przypadkiem na Fadhira było naprawdę znikome. Już większe szanse miałam na wyciągnięcie pewnych informacji od Ireasza, pod warunkiem zadania wystarczająco sensownych pytań.
Zgodziłam się. Ireasz złapał mnie za ręce i zainicjował teleportację powrotną do siebie. Najwyraźniej tak mógł w najmniej irytujący sposób rozwiązać kwestię pól siłowych. I udało mu się, bo nie napotkaliśmy żadnego oporu Struktury.
Rzuciło nas na podwórko w jego enklawie, pomiędzy sadzawki, przed szerokim kamiennym mostem prowadzącym do wysokich drzwi. Front domu Ireasza trochę przypominał antyczną świątynię. W przeciwieństwie do mojej siedziby, dom Ireasza był w większości zbudowany z białego kamienia. Również w środku, o czym przekonałam się, kiedy za gospodarzem weszłam do wnętrza.
Przede wszystkim było tam dużo więcej przestrzeni niż u mnie. Tutaj widziałam raczej pół-ścianki i filary niż pełne ściany, większość pomieszczeń na parterze nie miała też drzwi. Było również dużo jaśniej niż u mnie. Wcale nie byłam przekonana, że wynikało to z obecności licznych wysokich łukowatych okien, bo zdążyłam zauważyć, że światło tutaj raczej nie wpadało do budynków wprost z zewnątrz przy przesunięciu w czwartym wymiarze.
W części znajdującej się blisko drzwi niektóre pomieszczenia z pierwszego piętra także były częściowo otwarte i przechodziły w balkony. W poprzek domu biegły dwa mostki łączące pomieszczenia po przeciwnych stronach głównego korytarza.
Ireasz zaprosił mnie do czegoś pomiędzy małym salonem a jadalnią. Wokół niskiego stołu stało kilka foteli o opływowych kształtach i jedna mała kanapa. Siedzący na nich człowiek znajdowałby się niewiele wyżej niż gdyby położył sobie poduszkę na podłogę. Kiedy zajęłam jedno z miejsc, musiałam skrzyżować przed sobą nogi, żeby wygodnie siedzieć. Ireasz wydawał się do tego dobrze przyzwyczajony.
Astralne stwory zamieszkujące dom szybko pobiegły przygotować nam coś do picia. Zdążyłam pobieżnie przyjrzeć się kilku z nich. Te akurat były dwunożne, smukłe, średnio półmetrowego wzrostu.
Rozmawialiśmy najpierw o wszystkim i o niczym. Ja natężonym wysiłkiem starałam się nie wyglądać jak zachwycone dziecko w wielkim sklepie z zabawkami. Zdążyłam już dawno zauważyć, że Ireasz pochodził do wszystkiego co nas tu otaczało w sposób o wiele bardziej naturalny. Może to była kwestia różnicy stażu.
Zanim domowe stworzenia Ireasza przyniosły nam owocowe napoje z kostkami lodu w wysokich szklankach z grubego szkła, już mimowolnie zaczęłam bawić się rękami. I siłą rzeczy energią. Nawet nie czułam się tak bardzo skrępowana, kiedy umiałam robić to tak… od niechcenia?
Pytanie o wyszukiwanie innych Prawdziwych też padło jakby mimochodem. Zwyczajnie wspomniałam o tym, że Ireaszowi już tyle razy udało się mnie znaleźć i zastanawiam się, w jaki sposób to robił. Na krótką chwilę – naprawdę nieskończenie krótką, która jednak wystarczyła, żeby przeszedł mnie zimny dreszcz – przyszło mi na myśl, że taki sposób mógł nie istnieć. Przynajmniej jako rzecz możliwa do celowego opanowania. Bo mogło to w końcu wynikać z poziomu duchowego rozwoju.
Chrzanić hermetyków!
- Słowo mocy, które pozwala zlokalizować innych podróżników to Sila’a-mar’vft – powiedział Ireasz. Powtórzyłam to szeptem, gorączkowo koncentrując się na tym, żeby NIE wywołać żadnego efektu. Zamierzałam tylko przećwiczyć wymowę.
- Samo z siebie to pokazuje o wiele za dużo – ciągnął Ireasz – Więc lepiej jak to połączysz z drugim słowem, erhit. To jest bardziej uniwersalne słowo.
- Jak uun?
- Mniej więcej. To oznacza koncentrację na poszczególnych aspektach… pojedynczych elementach zbioru.
Ireasz w zamyśleniu stukał paznokciem w brzeg swojej szklanki. Nagle przemknęła mi przez głowę zupełnie idiotyczna myśl, że może powinnam spróbować poruszyć telekinezą kostkę lodu unoszącą się na powierzchni mojego napoju. Rzecz jasna telekineza jawiła mi się w tym momencie jako sztuka jeszcze bardziej tajemna niż lokalizowanie innych Prawdziwych Ludzi.
- I to ci pozwalało za mną podążać? - spytałam. To wydawało się tak proste. Takie cholernie łatwe. Byłam zła na siebie, że zwyczajnie o to nie spytałam, mając wcześniej tyle okazji.
- To tylko mówiło mi gdzie jesteś – sprostował Ireasz – Teleportacja to już kolejny krok. Ale w jakimś stopniu ta wiedza pomaga. Jak się teleportujesz z myślą o konkretnej osobie, rzuci cię losowo bliżej Przez kilka dni coś możesz wyczuć, potem to coraz bardziej słabnie.miejsca, w którym ta osoba przebywa. Niekoniecznie tak, że od razu będziesz ją mieć w polu widzenia.
Odchyliłam się i zapadłam w miękkie oparcie fotela. Nawet przy technicznych ograniczeniach teleportacji to stanowiło spory postęp. Zawężało obszar poszukiwań do promienia mniej niż stu metrów w trójwymiarowej przestrzeni. Zawsze to lepsze niż zataczanie okręgów po Rdzeń jeden wie jak wielkim obszarze Dhihrung-Jetter. Czy tam Ascabii… albo dowolnego astralnego miejsca.
- Ślady! - syknął głos dzwoneczków w mojej głowie, niezbyt głośno, ale i tak prawie podskoczyłam. Opanowałam się i spojrzałam badawczo na Ireasza. On coś zauważył?
W obecności Prawdziwych dużo bardziej przejmowałam się tym, czy nie wyglądam albo nie zachowuję się głupio, niż w przypadku istot astralnych. Kiedy sobie to uświadomiłam, niemal mogłam usłyszeć w głowie pogodny, lekko rozbawiony głos Ireasza.
Przynajmniej nie popadasz w solipsyzm.
Trochę z racji w tym było.
- Zawsze mogę ostatni odcinek drogi przejść za tropem – zauważyłam – W momencie kiedy się zjawiłeś, właśnie badałam ślady, jakie ludzie tu za sobą zostawiają.
- Można i tak – potwierdził Ireasz – Jak już kogoś jakiś czas znasz to może pomóc.
- Jak długo to się utrzymuje?
Ireasz wzruszył ramionami. Poruszyły się przy tym także jego skrzydła.
- Nie jestem pewien. Kilka dni? Potem to coraz szybciej zanika.
Kiwałam głową z zadowoleniem. To w zupełności mi wystarczało. Nawet nie potrzebowałam tak długiego czasu.
- I to zadziała tylko wtedy, kiedy dany podróżnik będzie w Astralu – dodał chłopak po chwili – Ale to chyba oczywiste.
Pociągnęłam długi orzeźwiający łyk.
No i musiałam znać jego ident, pomyślałam. Czy też imię. Nadal nie wiedziałam, jak jedno ma się do drugiego. Widziałam tylko, że tak czy tak, ten prosty sposób ograniczał moje możliwości do osób, które już znałam.
Zabezpieczenie przed stalkingiem, level Astral. Musiałam więc jak najlepiej wykorzystać to, co miałam do dyspozycji.
Przymknęłam oczy
(przecież ich tak nagle nie zamkniesz, jak on patrzy!)
i skoncentrowałam się na sylwetce Ireasza po przeciwnej stronie stołu. Szukałam charakterystycznej dla niego energii. Chciałam ją poznać, spróbować, posmakować. Chciałam nauczyć się jej na pamięć.
Chciałam w przyszłości rozpoznawać jego ślad.
(baza wirusów została zaktualizowana!)
- Co robisz, Maddigan?
- Nic. Myślę.
Widziałam, że Ireasz skończył swój napój i zaczynał odwracać głowę, żeby zawołać astralne stworzenia i prosić o dolewkę. Szybko podniosłam swoją szklankę i wypiłam resztę.
Zdałam sobie sprawę, że nigdzie w polu widzenia nie było tulp Ireasza. W miarę dyskretnie rozejrzałam się po obszarze widocznym z miejsca, w którym siedziałam. Być może Ireasz potrafił znaleźć im jakieś pożyteczne zajęcie.
Posłałam w stronę Kiri nie do końca uformowaną myśl, która w zamierzeniu miała być lekko złośliwa, ale intencja rozmyła się gdzieś po drodze. Nie doczekałam żadnej odpowiedzi. Bardziej prawdopodobne było to, że jeśli moja tulpa otrzymała komunikat, świadomie mnie olała, nie wierzyłam, żeby jej sygnał osłabł jeszcze gorzej zanim do mnie dotarł.
Ireasz zacisnął palce na szklance z nową porcją napoju. Poruszyłby tą kostką lodu wykorzystując wolę, myśli i energię? Potrafił to zrobić czy nie?
Prosiłam go w myślach, żeby to zrobił – i jednocześnie dziękowałam temu Matrixowi, że tak był zrobiony, że normalnie podróżnicy nie mogli czytać wzajemnie swoich umysłów. Przynajmniej wiedziałam, że moja niedawna decyzja była słuszna. Nie mogłam odsłonić się przed Ireaszem. Jeszcze nie.



[I jest coś po długim czasie. Nie mam bladego pojęcia, kiedy będzie dalszy ciąg. Uffff....]
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#82
Dzień 58

- Sila’a-mar’vft!
Wokół mnie nagle zrobiła się próżnia. Tak po prostu, w jednej chwili stałam wśród wysokich pożółkłych traw na stepach Okręgu Jetter a zaraz potem wisiałam w czarnej kosmicznej nicości. I nawet to nie byłam ja. Raczej obserwator. Umysł bez ciała astralnego.
A potem stało się światło. Zobaczyłam cholerne gwiazdy, jakby coś uderzyło mnie w głowę. Mniej więcej tak się zresztą czułam. Fala informacji zalała mnie tak gwałtownie, że przez chwilę obawiałam się, czy nie zostanę zmiażdżona.
To było jak powtórka tego, co podczas medytacji zobaczyłam w bibliotece mojego astralnego domu. Tylko przynajmniej tam dane były statyczne. Uśpione i pasywne. To tutaj było interaktywne.
- Ireasz ostrzegał, że tego bywa za dużo.
Szok najwyraźniej utrzymywał mnie w stanie transu niezależnie od dodatkowych bodźców. Byłam nawet w stanie to sobie uświadomić bez przerwania tego stanu.
- eer… erhit… Fadhir…
Pędzące ku mnie z nieskończonej odległości i z powrotem gwiazdy nagle się zatrzymały. Czas zwolnił. Wręcz się rozciągnął. Punkty wydłużyły się w linie. Całe światło zaczęło koncentrować się w jednym miejscu do momentu, kiedy pozostał jeden niewielki punkt. Jedna informacja, której potrzebowałam.
Znów stałam pośrodku stepu, w lekkim rozkroku, na ugiętych nogach. Ręce miałam złożone, palce mocno dociśnięte do siebie, wnętrza dłoni znacznie luźniej. W pierwszej chwili, kiedy miałam pochyloną głowę, czubkami palców dotykałam nosa i ust.
Nie potrafiłam stwierdzić, w którym momencie przyjęłam taką pozycję. Spróbowałam ją zapamiętać zanim opuściłam ręce i rozluźniłam się.
- Myślisz, że to ma znaczenie? - spytał niecierpliwie dzwoneczkowy głos – Lepiej powiedz, gdzie on jest!
- Jest w Jetter – jęknęłam – Czyli gdzieś tutaj… Chyba. Nie mam pojęcia. Ani ochoty szukać sposobu, jak to sprawdzić.
To co zrobiłam teoretycznie nie powinno zużywać energii, przynajmniej bezpośrednio, ale czułam się wyczerpana.
Ruszyłam z miejsca, w kierunku mniej więcej przeciwnym do tego skąd przyszłam. Nie miało to sensu, ale tkwienie nieruchomo w jednym punkcie miało go jeszcze mniej. Odruchowo szukałam wzrokiem jakichś punktów orientacyjnych, w pewnym momencie z tęsknotą pomyślałam o wąskich torach pociągu Pana Zgubnika. Krasnoludek wspominał coś o tym, że jego droga prowadziła przez Jetter.
Wyjęłam z kieszeni miernik. W tym momencie wolałabym, żeby był kompasem. Czy on nie mógłby się zmieniać tak jak wiele innych obiektów tutaj?
- Jest jeden pewny sposób. To znaczy DOŚĆ PEWNY.
Westchnęłam. Moja tulpa naprawdę chciała, żebym teraz się teleportowała?
- Co najgorszego może się stać?
- Nie wiem. Dostanę astralnego kaca czy coś… Skąd wiesz, czy to nie jest możliwe?
Odruchowo sięgnęłam ręką do Klucza Portalu, który obecnie ukrywałam pod ubraniem. Wyczułam krawędź płaskiego amuletu przez materiał. Potrząsnęłam głową i chociaż tutaj nie musiałam oddychać, głęboko odetchnęłam. Jakbym chciała zdmuchnąć przypadkowe myśli.
- ziin Jetter.
Jakimś cudem nie miałam żadnego wypadku przy pracy. Podświadomość też działała na moją korzyść, bo przyciągała rzeczy lepiej znane. Rzuciło mnie przy granicy obszaru, będącej kręgiem wytyczonym przez luźno rozmieszczone kamienne słupki poznaczone runami. Za sobą miałam trawiaste wzgórza, kilkaset metrów przed sobą miasto.
Pierwsze miasto jakie widziałam w astralnym świecie.
Przez chwilę kontemplowałam widok w milczeniu napawając się poczuciem dziwnie gorzkiego triumfu. Obok mnie materializowały się ciała astralne innych podróżników. W niektórych przypadkach ludzie mieli przy sobie swoje dajmony. Pojawiali się mniej więcej na linii wyznaczonej przez słupki, zatem domyśliłam się, że zwyczajnie przekraczali granicę. Wszyscy kierowali się do miasta. Ruszyłam za nimi.
Z bliska Jetter przypominało miasta w MMORPG. Większość budynków miała chropowate płowopomarańczowe ściany, część, zwłaszcza wyższe poziomy, zbudowano z drewna. Niektóre budynki wydawały się wielkie, nawet nie w sensie bezwzględnego rozmiaru ale w sensie skali. Poszczególne elementy architektury zdawały się być zaprojektowane dla istot trochę większych niż ludzie. Przypominało to grafikę w starych grach, chociaż nie było przynajmniej aż tak toporne i kanciaste.
Wśród przechodniów widziałam zarówno astralnych podróżników, jak i gobliny i te brunatne, przekwitłe nie-driady. I trochę innych stworzeń, podobnych do tych, które zamieszkiwały moją enklawę. I czasem tulpy. W większości przypadków mogłam bez problemu określić, z którym Prawdziwym związane było konkretne duchowe zwierzę.
Większość budynków nawet posiadała okna – co z tego, jeżeli te cudowne międzywymiarowe granice nie pozwalały zaglądać do środka?! Żeby je zidentyfikować, musiałam do nich wejść. Starałam się wybierać te, które z zewnątrz zdawały się zachęcać do wejścia albo te, które posiadały bardziej jednoznaczne szyldy. Odkryłam tak parę barów i małych sklepików. Szybko zauważyłam, że sprzedawcami były albo nie-driady, albo stworzenia przypominające te z mojego domostwa. Raczej nie były one chowańcami tylko czymś... bardziej autonomicznym. Takim jak Mól Książkowy albo Hiss.
Czy były one tutejsze, czy pochodziły z astralnych domów innych Prawdziwych? Działały na ich zlecenie? Było w ogóle możliwe skłonić je do czegoś takiego?
Od strony Kiri nadeszła odpowiedź pełna niepewnej niewiedzy.
Z rosnącą rezygnacją wycofałam się na ulicę. Mrużąc oczy, przyglądałam się fasadom murowanych i drewnianych budynków. Wiedziałam, że nie wszystkie miały okna. Ale część nie miała także widocznych drzwi. Kilka razy próbowałam obejść takie konstrukcje z kilku stron, jeśli miałam możliwość, aby się upewnić.
- To też jest bardzo w stylu MMORPG.
W myślach kazałam Kiri zamilknąć. Przynajmniej tym razem nie byłam jedyną osobą snującą się bez celu. Widziałam innych podróżników, którzy również zdawali się nie wiedzieć, czego szukają w wąskich bocznych uliczkach.
Witamy na zjeździe żółtodziobów, pomyślałam ponuro.
Na ścianie jednego z tych budynków bez widocznego wejścia widziałam kilka pionowych serii wyrytych run. Nie mogłam oprzeć się pokusie dotknięcia ich. Nic się nie wydarzyło, ale sama nie byłam pewna, czego miałabym się spodziewać. Budowla nasuwała skojarzenia z makietą, czymś stworzonym właśnie po to, żeby tu stało, wyglądało i zajmowało przestrzeń. Nie musiała być nawet pusta w środku, z łatwością mogłam sobie wyobrazić bryłę litego kamienia.
Albo maszynerię, pomyślałam nagle. W środku mogły kryć się astralne mechanizmy, podobne do tych, jakie widywałam wcześniej. Tutaj elegancko zasłonięte przed wzrokiem mniej świadomych podróżników.
Na wszelki wypadek nawet przyłożyłam ucho do ściany, próbując usłyszeć warkot albo szum. Trochę bez sensu, jeśli hipotetyczne mechanizmy miałyby być w innej warstwie rzeczywistości.
Wróciłam do głównych ulic. Przyglądałam się ludziom opuszczającym bary i sklepy albo wchodzącym do środka. Ci akurat zdawali się doskonale wiedzieć, co zamierzają zrobić. I JAK. Do licha, oni musieli jakoś PŁACIĆ! Nadal nie byłam pewna, co tutaj stanowiło walutę. Skąd pozostali podróżnicy brali takie informacje? Istniała tu jakaś podstawowa instrukcja obsługi przestrzeni wspólnej? Taka dla laików, nie sięgająca głębiej niż widzialny dla podstawowych zmysłów trójwymiarowy obszar, bez wnikania w kod źródłowy tego Matrixa…
- Hej!
Nie w pierwszej chwili zrozumiałam, że wołanie było skierowane do mnie. Z nieco większym wstydem muszę wyznać, że nie od razu też rozpoznałam głos. Mimo wszystko naprawdę dobrze pamiętałam tu jedynie głos Ireasza.
- Hej, dzieciaku!
Obrzuciłam wzrokiem plac, przez który przechodziłam. Przypominał coś pomiędzy powiększonym placem zabaw, wystawą sztuki współczesnej i konstrukcją z rusztowań. Drewniane platformy i napięty ciemny materiał w dolnych partiach konstrukcji dawały nieco cienia. Głos dochodził właśnie z jednego z takich ocienionych miejsc.
I tak, kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że on tam był. Cholerny Fadhir, Pan Posępnego Klimatu, Mroczny Podróżnik w astralnym ciele centaura. Siedział – a może leżał, trudno mi było przy tym końskim ciele to jednoznacznie określić – w zaułku tworzonym przez dwie drewniane, bielone ściany. W prawej ręce ściskał pustą szklankę.
- Dlaczego tak mnie nazywasz? - spytałam. Starałam się, naprawdę się starałam, żeby w moim głosie brzmiał chłodny wyrzut, ale czułam, że entuzjazm przebijał się aż za bardzo. Czułam taki nagły przypływ sił, jakbym właśnie wciągnęła dawkę amfetaminy. Niby on mnie znalazł teraz, znowu, ale mimo wszystko to ja tu przyszłam. W sposób celowy i świadomy, zgodnie z tym, co podpowiedziała mi Struktura.
- Na pewno nie po to, żeby cię obrażać. Mało doświadczona jesteś i tyle. Spokojnie, może z czasem się wyrobisz.
Rozejrzałam się za czymś do siedzenia. Najbliższa belka konstrukcji była nawet mniej więcej pozioma. Bezpośrednio na pylistej ziemi nie miałam ochoty siadać.
- Właśnie próbuję nad tym pracować – oświadczyłam.
Przyglądałam się ponuro, jak Fadhir obraca szklankę w dłoniach. Nawet satysfakcja z odnalezienia tego drania musiała mi zostać odebrana! Jak tu pokazać, że go znalazłam, tak naprawdę, korzystając z słów mocy, skoro ostatecznie to on wcześniej zobaczył mnie?! A mogłabym mu pokazać, że nie byłam zagubionym dzieciakiem, który znalazł się tu przez przypadek…
- Dlaczego ci na tym zależy?
Kiri, na wszystkich astralnych bogów, nie jesteśmy w gabinecie terapeuty…
Fadhir chwycił szklankę inaczej, żeby spojrzeć na jej dno. Zobaczyłam, że na grubym szkle był wyryty albo wybity symbol niedomkniętego kręgu z dużo mniejszym dokończonym okręgiem w środku. Znak słabo świecił na pomarańczowo. Fadhir z namysłem przesunął kciukiem po zewnętrznym kręgu i szklanka zniknęła.
- Co to było? - spytałam zaskoczona. Cholerny błąd. Nie powinnam aż tak okazywać przy nim zdumienia.
- No, przełącznik. Nie widziałaś takich? Są wszędzie, gdzie oczekuje się, że interakcje ze Strukturą mają być proste, bezbolesne i niezauważalne dla podróżnika.
Uniosłam brwi. Zdecydowanie kontrola ekspresji własnej niewiedzy nie wychodziła mi w tym momencie najlepiej.
- Do czego one służą? Do teleportowania rzeczy?
- W tym przypadku tak – odpowiedział Fadhir – Ale mogą robić wszystko to, co robiłabyś słowami mocy w transie. To jest po to, żeby nie trzeba było do każdej pierdoły pamiętać właściwych słów… i nie trzeba było każdorazowo oczyszczać umysłu… Zresztą pewnie obecnie większość tych dzieciaków nawet tego nie potrafi…
Przez chwilę wyglądał jakby miał zamiar splunąć z pogardą na pylistą ziemię. Zdałam sobie sprawę, że jakbym miała opisać Fadhira za pomocą jednej cechy, byłoby to właśnie to. On był przepełniony pogardą do wszystkiego i wszystkich.
Absolutnie nie umiałam w tym momencie stwierdzić, jak wielką pogardą darzył mnie.
- Pewnie ja też trochę zdążyłem zapomnieć – mówił Fadhir w pustkę – I najczęściej zwyczajnie mi się nie chce. Ile w końcu można się tym wszystkim bawić… i po co… A tę szklankę Vilma i tak bez problemu by znalazła, jakbym jej nie odesłał. Tylko po co ją wkurzać?
Później zrozumiałam tyle, że Vilma była właścicielką albo pracownicą jakiegoś lokalu w Jetter, w którym Fadhir w miarę regularnie bywał. I że była NPC, sztuczną inteligencją, czy czym jeszcze były te astralne istoty.
Pomyślałam też o runach na tylnych ścianach niektórych budynków. Pewnie też były podobnymi przełącznikami. Może przy odrobinie skupienia zdołałabym je aktywować.
- Zamierzasz wysadzić miasto w powietrze?
Westchnęłam w duchu. To chyba nie mogło być tak niebezpieczne. W końcu razem z Ireaszem dawno doszliśmy do wniosku, że większość rzeczy była tu skutecznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym dostępem.
Ciekawe, czy dało się tu wyrobić licencję na destrukcję miast…
Czułam, że muszę zrobić coś z rękami. Gdybym była sama, zaczęłabym zapewne bawić się energią, ale w towarzystwie Fadhira nie miałam ochoty tego robić. Zamiast tego bezmyślnie sięgnęłam do kieszeni. Natrafiłam palcami na niewielki, dość płaski, okrągły obiekt. Miernik. Wyjęłam go i przez krótką chwilę przyglądałam się wskazaniom. Jak w większości miejsc, gdzie nie było nic nadzwyczajnego, wskazówka przesuwała się pomiędzy 220 a 350 na skali. Widziałam, że Fadhir na chwilę rzucił na to okiem i równie szybko stracił zainteresowanie.
Przez chwilę miałam wielką ochotę zbliżyć miernik do Fadhira, żeby sprawdzić, czy wskazania się zmienią. Nie byłam pewna, czy na przykład podróżnik z długim stażem będzie miał jakiś wyższy poziom energii. Szybko doszłam do wniosku, że nawet w takim przypadku, najprawdopodobniej nic bym nie wykryła. Żeby coś było możliwe do wychwycenia, Fadhir musiałby tę energię EMITOWAĆ. O ile zdążyłam się zorientować, takie rzeczy nie działy się samoistnie. W przeciwnym razie ja sama, trzymając miernik, powodowałbym zmiany.
- Czego tu szukasz? - spytał Fadhir tonem, który najłatwiej było zinterpretować jako lekkie rozbawienie. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Niczego. Może próbuję po prostu wprawiać się w używaniu tego.
- Za wiele ci to nie pokaże. A ty raczej nie wyglądasz na taką, co codziennie bada promieniowanie tła szukając objawów śmierci.
- Objawów CZEGO?!
Fadhir cicho parsknął.
- Niektórzy twierdzą, że poziomy energii powoli spadają i Nibylandia nam umiera. To bzdura. Mogę cię zapewnić, że promieniowanie tła jest stałe. To raczej starsze pokolenie podróżników wierzy w te teorie, ciebie bym nie podejrzewał. Niektórzy od pięćdziesięciu lat robią pomiary i jak dotąd nikt nie zaobserwował jakiegoś spadku. Co oczywiście nie przeszkadza im dalej wieszczyć katastrofy.
Położyłam miernik na ziemi przed sobą. Fadhir cały czas patrzył przed siebie, na budynki po przeciwległej stronie placu.
Pięćdziesiąt lat. Naprawdę niektórzy bywali tu od tak dawna? Zaczynali w dzieciństwie i wciągali się na całe życie? A sam Fadhir, który nadal tu bywał, nawet jeśli wspomniał, że nie chce mu się w to bawić… Coś tak mocno trzymało tu wszystkich?
Próbowałam odgadnąć wiek Fadhira na podstawie głosu i rysów twarzy astralnego ciała. Próżny trud, takie wskazówki były kompletnie niemiarodajne. Byłam skłonna uznać, że ma w rzeczywistości dwadzieścia kilka albo trzydzieści kilka lat, ale równie dobrze mógł okazać się starszy. Sposób mówienia nasuwał myśl o zgorzkniałym człowieku znużonym życiem. To wynikało z upływu czasu czy jego osobowości? Czy same astralne podróże mogły mieć na człowieka taki wpływ?
Ja sama czułam się tu raczej odmłodzona, jakby ofiarowano mi nowe dzieciństwo. To mogła być ekscytacja nowością, świadomość szans, jakie się przede mną otwierały. Ostatecznie byłam przy początku drogi.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#83
Dzień 61

Chociaż mrużyłam oczy, widziałam jedynie sylwetki, ciemne humanoidalne kontury. Były zbyt oddalone, żebym mogła rozróżniać rysy twarzy. Nie po raz pierwszy pomyślałam, że może istniał sposób przeniesienia samego wzroku, tak jakbym patrzyła przez lornetkę. Przypadkowe odkrycie czegoś takiego też mogłoby być sporym bonusem, ale ostatecznie nie po to tkwiłam tu już trzeci dzień.
Skoncentrowałam się i wniknęłam umysłem nieco głębiej w rzeczywistość. Starałam się utrzymać trans na poziomie, gdzie najlepiej dostrzegałam odrębność obiektów, nie wchodząc w kod źródłowy. Poruszające się osoby dość jednoznacznie odcinały się od otoczenia. Na pewno była to inna energia, zdecydowanie JAKOŚCIOWO, nie ilościowo. Kiedy przesunęłam postrzeganie bardziej w kierunku Struktury, wyczułam ich pola siłowe. Nie ich konfigurację czy opór jaki mi stawiały, ale samo ich istnienie. Być może nawet gdyby zdecydowali się na całkowita odsłonięcie, tutaj postrzegałabym ich dokładnie tak samo jak teraz.
- Zdecydowanie Prawdziwi – stwierdziłam. Fadhir parsknął krótkim śmiechem.
- I jak to stwierdziłaś, znowu szukałaś osłony? - spytał – Mówiłem już, że to nie jest najlepszy sposób. Jedyne co daje całkowitą pewność, to kiedy zobaczysz prawdziwy, ludzki ident.
Westchnęłam. Miałam wrażenie, że te osłony również były charakterystyczne dla astralnych podróżników – i chyba dla wszystkiego, co do nich należało. Być może dotyczyło to również chowańców, ale tego jeszcze do tej pory nie sprawdzałam. Na podstawie dotychczasowej wiedzy miałam powody sądzić, iż właśnie tak było.
Skoncentrowałam się znowu. Póki byłam ogólnie rozluźniona, za każdym razem było to łatwiejsze. Spróbowałam sięgnąć umysłem do smukłej sylwetki, która wyłoniła się spomiędzy budynków na skraju miasta. W tym przypadku nie czułam nic podobnego do pola siłowego. Odruchowo skupiłam się bardziej na Strukturze. Prawie na pewno istota astralna. Dla ostatecznego rozstrzygnięcia posłałam w jego stronę odpowiednie słowa.
ird’ir
Odbiłam się od błędu systemu jak od ściany. Faktycznie nie człowiek. Spróbowałam sięgnąć głębiej, wyciągnąć z niego cokolwiek. W sposób, którego absolutnie nie byłabym w stanie świadomie powtórzyć, jakoś skłoniłam stworzenie do zdradzenia mi swojej tożsamości. Odczytałam długi ciąg znaków. Vkr-d2tyMjMyODc2NzY4NTYwOTIzMTQK. Mimowolnie się uśmiechnęłam. To brzmiało nawet trochę znajomo.
Otworzyłam oczy i odwróciłam się do Fadhira.
- Ten szczupły, który idzie w naszym kierunku, to chyba goblin – oznajmiłam triumfalnie. Spróbowałam mentalnie przekazać towarzyszowi informacje wyciągnięte z goblina, ale nie dałam rady. Pole siłowe Fadhira skutecznie blokowało próby nawiązywania połączenia.
- W sumie dlaczego oni nie mają normalnych imion? - spytałam – Tylko te… numery seryjne czy co to jest?
Fadhir wzruszył ramionami.
- A odczytałaś jego? Cóż, nie widzę w jakim celu mieliby mieć imiona. Są tylko zjawiskami, jakie tu występują. Częścią układu. Komórki w naszych fizycznych ciałach też nie mają imion.
- Ta twoja Vilma ma imię – zauważyłam – I stworzenia w moim domu, przynajmniej niektóre, też.
- Bo one są... bardziej przeznaczone do interakcji z prawdziwymi ludźmi? W takiej sytuacji imiona ułatwiają sprawę. I zazwyczaj te jednostki żyją dość długo, czasami tylko jakaś rekonfiguracja Matrixa może je załatwić.
- A reszta?
Przypomniał mi się gnom spotkany kiedyś podczas wyprawy przez łąki. Kilka tygodni życia, tak przynajmniej twierdził.
- No cóż, komórki są regularnie wymieniane…
Potrząsnęłam głową i pochyliłam się do przodu, szukając na skraju miasta kolejnego celu.
Siedzieliśmy w pobliżu granicy terenu Jetter, wśród traw, mając słupki graniczne około dwóch metrów za plecami. Wystarczająco daleko, żeby widzieć jedynie sylwetki osób kręcących się pomiędzy pierwszymi budynkami, ale wciąż na terenie oddziaływania miasta. Fadhir zdawał się absolutnie nie przejmować tym, czy ktoś na niego patrzy, ja cały czas czułam się nieswojo. Może podróżnicy snuli się po Astralu w losowych miejscach ale rzadko SIEDZIELI w tych losowych miejscach na ziemi, tak jak my gdzieś na środku łąki.
Cholera, w końcu nawet mnie tu nie znali! Przynajmniej do momentu, kiedy ktoś z Prawdziwych sprawdziłby mój ident… i w sumie co dalej? Co by to dało?
- Fadhir, inni też robią to samo co my?
- Czyli co?
- No, identyfikują sobie dla zabawy inne osoby.
- Nie mam pojęcia – mruknął Fadhir – Teoretycznie mogą, ale bez żadnego celu wątpię, żeby im się chciało. A czemu pytasz, ukrywasz się przed kimś?
- No, nie – to była prawda. Ale niewiele mnie to pocieszało. Byłam przekonana, że jakaś kompromitacja tutaj była kwestią czasu.
- Dam ci taką radę na przyszłość – odezwał się Fadhir – Jak kiedykolwiek będziesz się przed kimś albo przed czymś ukrywać, po prostu tu nie przychodź. Tutaj nie masz szans. Serwer tego Matrixa tak działa, że twoja obecność tutaj jest zapisana w Strukturze. To jest widoczne dla każdego, kto zechce tego szukać i nie ukryjesz tego żadnym sposobem. Mogą cię zlokalizować z dokładnością do obszaru w czwartym wymiarze. Jak się bardziej postarają, na poziomie energii zobaczą dokładniej.
Odruchowo pochyliłam się do przodu jeszcze bardziej, jak w jakiejś satyrze „Króla Lwa”. Ukrywanie się wśród wysokich traw zapewne niewiele mi dawało, jeśli obok głowa i ramiona Fadhira były doskonale widoczne z daleka.
My patrzyliśmy na innych podróżników, oni mogli na nas.
Koncentrowałam się na na sylwetce kobiety w czymś w rodzaju lekkiego płaszcza. Zgadywałam, że to raczej Prawdziwa, ale dopuszczałam myśl, że to jednak taka no, przejrzała driada…
- Sylf – poprawił mnie Fadhir z rozbawieniem – To są sylfy. W większości stworzone do interakcji z podróżnikami. Jak jeszcze nie miałaś z nimi do czynienia, to pewnie szybko zauważysz, że są dużo bardziej… cywilizowane niż reszta tej astralnej hołoty.
Przytaknęłam. Kobieta w płaszczu okazała się jednak człowiekiem.
Byłam trochę rozczarowana, że w tym momencie jakoś nie widziałam w okolicy zwierząt. Miałam wielką ochotę sprawdzić, czy rzeczywiście tulpy były tak samo łatwe do identyfikacji.
- Ci dwaj po lewej też Prawdziwi – oznajmiłam triumfalnie po chwili – I ten trzeci dalej też.
Owszem, widziałam identy znacznej części osób, które próbowałam mentalnie badać. I absolutnie nic z tego nie wynikało. Nie próbowałam nawet zapamiętywać ich imion, bo ta wiedza nie była mi absolutnie do niczego potrzebna. Ale gdybym chciała… Mogłabym pewnie później śledzić dowolną osobę jakbym nieco się postarała. Cudowne możliwości dla stalkerów…
Zdołałam jeszcze znaleźć dwa gobliny. W jednym przypadku miałam wrażenie, że i tak oszukuję. Tamten osobnik snuł się na tyłach budynków w podejrzany sposób, o jaki nie podejrzewałabym prawdziwych.
- Zdziwiłabyś się. Spójrz na siebie.
Jednak miałam wrażenie, że byłam raczej wyjątkiem od reguły. Jeszcze nie spotkałam nikogo miotającego się tak chaotycznie jak ja – przynajmniej w dotychczasowej próbce badawczej.
- No i sama widzisz, że niewiele jeszcze widziałaś.
Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu. Spróbowałam wrócić do tego wyciszonego stanu umysłu, który utrzymywałam jeszcze kilka minut wcześniej. Poczułam się lekko zniecierpliwiona. Pierwszy raz w ciągu tych trzech dni. To chyba jakiś absolutny rekord! Nie podejrzewałam nawet, że potrafię pozostawać w stanie wyciszenia tak długo.
Może gdybym nie pozwoliła się rozproszyć, teraz z marszu osiągnęłabym pełen trans.
- Zmęczona? - zagadnął Fadhir. W odpowiedzi uśmiechnęłam się cierpko.
- Tutaj to raczej niemożliwe.
- Wiesz, że miałem na myśli zmęczenie w sensie mentalnym. Widzę, że tracisz koncentrację. Czas na przerwę?
Fadhir podniósł się i rozprostował nogi końskiej części ciała. Po chwili wahania ja również podniosłam się z ziemi. Energicznymi ruchami strzepnęłam pył i źdźbła trawy z ubrania. Tak, ręcznie, jak zwierzęta… Na to jeszcze żadnej magicznej sztuczki nie miałam.
Ruszyliśmy w stronę obrzeży Jetter. Nie byliśmy jedynymi wkraczającymi do miasta, chociaż zdecydowanie większość wchodzących wybierała raczej ścieżki. Miałam wrażenie, że sam fakt, iż byliśmy we dwójkę czynił nasz widok bardziej normalnym.
- Coś do picia? - spytał Fadhir – Stawiam.
- Idziemy do tej twojej Vilmy?
- Ona nie moja, tylko tutejsza…
Tak, zabawny żart, milordzie.
Kiedy Fadhir kluczył uliczkami wśród pociemniałych drewnianych budynków, ja denerwowałam się coraz bardziej. Do diabła, do tej pory nie zdołałam określić swojej sytuacji finansowej tutaj. Wiedziałam tylko tyle, że jakieś środki płatnicze tutaj istniały. Nie wiedziałam, czym są, czy jakieś posiadałam i skąd podróżnicy w ogóle je brali.
Fadhir je posiadał, tyle mogłam stwierdzić.
- To może go o to spytaj…
Prędzej mi język uschnie i odpadnie.
Weszliśmy do miejsca przypominającego trochę tawernę – może przez to ciemne drewno z każdej strony. Na sali na parterze było już kilka osób, ktoś na nasz widok podniósł głowę. Wyraźnie – i nie bez pewnej satysfakcji – zauważyłam, że tym razem uwaga Prawdziwych nie skupiała się na mnie, ale na Fadhirze. No cóż, podróżnik w postaci centaura siłą rzeczy wyróżniał się z tłumu. Niejeden Prawdziwy tu mutował, ale nie aż tak…
Vilma, o której wcześniej mówił Fadhir, także okazała się nie-driadą… To znaczy, przepraszam, SYLFIDĄ. Miała brunatną skórę jak reszta jej gatunku, okrągłą, łagodną twarz o regularnych rysach i ciemne włosy z bordowymi pasemkami, gładko zaczesane i ciasno związane na czubku głowy.
Kiedy Fadhir spytał, na co mam ochotę, szybko wskazałam lemoniadę z lodem i miętą. Wolałam nie zastanawiać się zbyt długo, czym były mieszanki w nietypowych kolorach, prezentujące się dumnie w wąskich butelkach albo co oznaczały abstrakcyjne nazwy nabazgrane żółtą kredą na tablicach wiszących za ladą.
Fadhir mruknął o czymś ciemnym. Nie wiem, czy Vilma słyszała go dlatego, że stał bliżej, czy częściowo mogła czytać jego myśli albo intencje, bo tylko skinęła głową i sięgnęła po wysoki kufel. A potem sylfida podeszła do…
Cholera, serio?!
Przetarłam oczy. Po prawej stronie od miejsca, gdzie przed ladą ustawiała się kolejka, leżały poziomo beczki z metalowymi kranikami. Vilma, ze swobodną wprawą osoby robiącej to od zawsze, odkręciła jeden z tych kraników i nalała do kufla coś, co wyglądało jak piwo.
Fadhir podziękował i wziął nasze napoje. Oszołomiona, bezwolnie poszłam za nim do stolika w kącie. Obojętnie przyjęłam obecność piętra i prowadzących na nie schodów. Przelotnie pomyślałam tylko, że Fadhirowi nie byłoby łatwo się tam dostać. Potem zarejestrowałam jeszcze fakt, iż pomieszczenie nie miało okien, jedynie ciemne pionowe szczeliny w ścianach, zaczynające się metr nad podłogą i ciągnące ponad pół metra w górę.
Fadhir postawił naczynia na blacie i spróbował wcisnąć się między stół a ścianę. Położył końską część ciała na podłodze. Nad blat wystawały tylko jego ramiona i głowa. Gestem wskazał mi krzesło naprzeciwko.
- Siadaj, dzieciaku.
Zajęłam miejsce i sięgnęłam po swoją lemoniadę. Na zewnętrznej stronie wysokiej szklanki zdążyła skroplić się para. Niektóre zjawiska fizyczne były tu całkiem realistyczne.
Pochyliłam się nad naczyniem, przywołując na twarz pogodną obojętność. Nawet jeśli Prawdziwi nie mogli swobodnie czytać sobie nawzajem w myślach, Fadhir bez problemu mógł widzieć moją minę. Wolałam nie zastanawiać się, jak łatwo byłoby mu dostrzec myślokształty. Byłam pewna, że w tym momencie nad moją głową unosiła się chmura migających znaków zapytania.
Podniosłam szklankę. Próbowałam przez warstwę lemoniady zobaczyć dno. Trudno było mi tak na pierwszy rzut oka sprawdzić, czy każde naczynie w tm lokalu miało ten świecący dotykowy przełącznik do teleportacji. Przesunęłam po denku dłonią. Coś tam rzeczywiście było, lekko wklęsły wzór. Podniosłam szklankę wyżej.
- Toast? - spytał Fadhir, szczerząc zęby w uśmiechu. Podniósł i wysunął w moją stronę swój kufel z czymś, co z bliska jeszcze bardziej przypominało piwo.
- Za to wariatkowo wokół nas? - zaproponował – I za nas, wariatów, siedzących tu, chociaż moglibyśmy robić w tym czasie milion bardziej pożytecznych rzeczy.
- Za Wymiar Astralny – powiedziałam uroczyście, stukając swoją szklanką w jego kufel.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#84
Dzień 62


- To w Astralu jest PIWO?!
Ireasz spojrzał na mnie ze zdumieniem i parsknął śmiechem.
- No, jest… I co w tym dziwnego? Jesteś tym oburzona? Przecież jesteśmy pełnoletni i wszystko jest dla ludzi.
Głęboko odetchnęłam i oderwałam wzrok od jego twarzy, zamiast tego spojrzałam na ściany drewnianych budynków po drugiej stronie drogi.
- Nie jestem oburzona – poprawiłam – Najwyżej zaskoczona. Po prostu się tego nie spodziewałam. No wiesz, duchowa płaszczyzna oświecenia i te sprawy…
Ireasz pokręcił głową.
- Ile razy mam jeszcze powtórzyć, że to miejsce nie ma nic wspólnego z oświeceniem w jakiejkolwiek religii? Zresztą sama widzisz… Jakby to był wymiar dla szczególnie uduchowionych, to takie szumowiny jak Fadhir nigdy nie miałyby tutaj wstępu.
Przewróciłam oczami, zanim zdałam sobie sprawę, że Ireasz na mnie w tym momencie nie patrzył.
- Moglibyście sobie darować – mruknęłam – Z tego co rozumiem, wy się nawet wzajemnie nie znacie, tylko plujecie tak na siebie jadem z dystansu. To jakieś wasze męskie kompleksy?
- Męskie kompleksy?
Zakryłam ręką usta.
- Nieważne, tak mi się powiedziało. Zalecam zignorowanie.
Ciekawe, czy silne zażenowanie mogło wypchnąć myślokształty tak bardzo na powierzchnię, że każdy podróżnik mógł je zobaczyć gołym okiem. Całe szczęście, że w tym momencie w tej części Jetter nie było nikogo poza naszą dwójką.
Siedzieliśmy na murku z czegoś w rodzaju żółtawego piaskowca, otaczającego jeden z tarasów sporego budynku, wyglądającego jak zlepek kilku mniejszych. Takie konstrukcje były tu często spotykane. Zwykle na poziomie ulicy znajdowały się w nich sklepy, rzadziej puby i inne przybytki gastronomiczne. Te ostatnie częściej występowały na wyższych piętrach. Jeśli wierzyć szyldom na górze kilku podobnych budowli znajdowały się pokoje do wynajęcia. My znajdowaliśmy się mniej więcej na wysokości pierwszego piętra. Był stąd całkiem niezły widok na ulicę.
- Znam… trochę za duże słowo… ale znam Fadhira od ładnych paru lat – ciągnął Ireasz – I po prostu nie jestem w stanie strawić jego sposobu bycia. I tej odstręczającej aury jaką roztacza.
- Pogardy? - podsunęłam.
- Tak – zgodził się Ireasz – I tego cholernego mroku. Jakby nigdy do końca nie wyrósł ze swojej nastoletniej emo fazy.
Parsknęłam śmiechem i mocniej przycisnęłam dłoń do ust. Nie chciałam mu przerywać, wolałam, że mówił tak dalej.
- On sprawia wrażenie, jakby oczekiwał tu właśnie piekła. Jakby wręcz tego chciał, żeby ta rzeczywistość dopasowała się do jego ponurej duszy. On chyba chciałby tu nie tylko alkoholu, ale też amfy i heroiny. I sylfickich prostytutek u demonicznych alfonsów. I czarnych mszy, krwawych pentagramów, satanistycznych orgii…
Z coraz większym trudem nad sobą panowałam. Nie miałam ochoty wskutek ataku śmiechu polecieć w dół. Nawet jeśli istniała niewielka szansa, że kryzysowa sytuacja mogłaby znowu odblokować moje zdolności spowalniania upadku.
- No, po prostu chciałby, żeby wszystko było tu 18+ - dokończył Ireasz z zawziętą satysfakcją – Bo wtedy on mógłby z wyższością ogłosić wszem i wobec, że projekcje astralne nie są dla dzieci.
- Ale on sam… - zaczęłam, zanim Ireasz uciszył mnie gestem.
- Oczywiście – powiedział z szatańskim uśmiechem – Ale on przecież od dawna był już emocjonalnie dojrzały. Jak każdy arogancki dupek. Każdy z nich ci powie, że jego sytuacja jest wyjątkowa.
Przez chwilę siedział w milczeniu. Potem, nieoczekiwanie, odepchnął się rękami od krawędzi murku i skoczył w dół.
Dobra, to nie było może tak bardzo nieoczekiwane. W podobny sposób w losowym momencie każdy mógłby wstać z czegoś, na czym właśnie siedział. Tylko niekoniecznie skacząc przy tym cztery metry w dół. Ale w końcu on miał skrzydła…
Rozłożył je i wykonał kilka dość oszczędnych ruchów. Z gracją zatoczył niewielki łuk, na jaki pozwalała szerokość ulicy. Jakby nie musiał na mnie czekać, mógłby się nie zatrzymywać i kontynuować marsz w naszą lewą stronę.
Tak cholernie naturalnie.
No ale musiał czekać, aż cofnę się do zewnętrznych schodów i zgramolę się na dół. Tak właśnie popsułam cudowną scenę. W innych okolicznościach, gdzie wreszcie odkryłabym jak to celowo i świadomie zrobić, skoczyłabym do przodu razem z nim i zahamowałabym upadek, zawisając na chwilę niecałe pół metra nad brukiem. Po czym powoli opadłabym na ziemię i razem moglibyśmy tak triumfalnie iść dalej.
- Jak to zrobiłeś, że w którymś momencie wyrosły ci skrzydła? - spytałam ponuro.
- Nie mam pojęcia. Ja nie zrobiłem nic. Po prostu któregoś dnia same zaczęły wyrastać. Najpierw myślałem, że rośnie mi garb czy coś… Potem wyszły spod skóry na zewnątrz.
Mimowolnie się wzdrygnęłam. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jednego z jego już złożonych skrzydeł.
- To bolało?
Ireasz pokręcił głową.
- Nie. Zresztą nie wiem, czy tutaj w ogóle da się odczuwać ból. Swego czasu, jak jeszcze byłem narwanym dzieciakiem, chciałem udowodnić, że tutaj nie będę takim powolnym mięczakiem jak w fizycznym świecie. Próbowałem trochę trenować sztuki walki w Szkole Hamleta… parę razy nieźle się oberwało. Raz Akkimus tak uderzył mnie kijem w nogi, że mnie przewrócił. W jednej chwili stałem, w drugiej leżałem na glebie. I oczywiście musiałem upaść przodem, prosto na ryj…
- Auć – powiedziałam odruchowo.
- No i właśnie nie odczułem tego zbyt mocno – odparł Ireasz – Trochę dyskomfortu było, ale nie tyle ile mogłem oczekiwać. Jak wstałem, krew spływała mi z nosa po brodzie, nie wiem, czy nos nie był złamany… przynajmniej do momentu utraty połączenia tamtego dnia… Ale w fizycznym świecie w takiej sytuacji pewnie zemdlałbym z bólu.
Mruknęłam, powoli kręcąc głową. Przestałam wreszcie dotykać puszystych białych piór na jego skrzydłach i przyspieszyłam kroku, zrównując się z nim.
Zatem istniał tu jeszcze jeden rodzaj zabezpieczenia, chroniący nieostrożnych podróżników przed zrobieniem sobie krzywdy. Dobrze wiedzieć.
- Dlaczego w takim razie Fahir utrzymuje, że tu jest niebezpiecznie?
Wiesz co mówią o LSD, odpowiedziałam w myślach. Może uważa, że jak człowiek za dużo tu siedzi, potem zaczyna wierzyć, że w fizycznym świecie też jest niezniszczalny i próbuje skakać z okien.
Zagryzłam wargę. Fadhir wspominał, nawet wielokrotnie, o wpływie projekcji astralnej na umysł, ale raczej było mało prawdopodobne, żeby to do tego stopnia pozbawiało człowieka zdrowego rozsądku, wolnej woli i zdolności racjonalnego działania.
Myśl o Fadhirze sprawiła, że odruchowo spróbowałam poszukać go w Strukturze. Skorzystałam z najbliższej okazji, kiedy Ireasz na chwilę się zatrzymał, żeby przyjrzeć się czemuś przy ulicy. Najszybciej jak mogłam wyciszyłam umysł i weszłam w niezbyt głęboki trans. Nie uzyskałam od świata zadowalającej odpowiedzi. Ale nie byłam tym również zaskoczona. Tego dnia kilka razy próbowałam go zlokalizować, z takim samym skutkiem. Najwyraźniej wziął sobie wolne – czy wręcz przeciwnie, był obecnie pochłonięty Poważną i Śmiertelnie Ważną Pracą w prawdziwym świecie.
Ekhm, nie prawdziwym. Fizycznym.
Ostatecznie spróbowałam zamiast tego zlokalizować Ireasza, jak się okazało, lecącego gdzieś ponad Dhihrung-Jetter. Tym sposobem wylądowaliśmy tutaj.
Ireasz spytał, czy może chciałabym zatrzymać się gdzieś i czegoś napić. Taaa, jasne… Chyba tylko wówczas, gdyby to miało być u niego.
Wyczułam w głowie rozbawienie Kiri i spróbowałam szybko je zgasić.
Do diabła, nie mogłam obecnie przyjmować żadnych zaproszeń do knajp. Inaczej byłabym poważnie zadłużona u wszystkich znajomych osób, zanim wreszcie dowiedziała się, jak działają tu płatności.
- Cóż, ta lista nie byłaby zbyt długa…
Dzięki za pocieszenie. Teraz może, uprzejmie proszę, powiedz mi coś przydatnego. Albo poszukaj gdzieś w bibliotece na piętrze jakichś informacji.
Ireasz wskazał gestem ręki odchodzący od naszej ulicy zakręt w prawo. Kiedy trzymał rękę uniesioną, miałam wrażenie, że widzę coś na wewnętrznej stronie jego przedramienia. Jakby wyblakły, znikający tatuaż wykonany jasnobrązowym tuszem. Ireasz, przynajmniej tutaj, miał bardzo jasną karnację, dlatego blade znaki na jego skórze w ogóle były w tym momencie widoczne.
Chciałam go o to spytać ale moje myśli niejako mimowolnie pobiegły za ciągiem skojarzeń. Znak-przełącznik na dnie szklanki. Fadhir mówiący o przełącznikach. Runy na tylnych ścianach niektórych budynków i na porożu jeleni w lasach Ascabii. I podłużny sześciokątny amulet, który obecnie na wypadek Sama-Nie-Wiem-Czego chowałam pod ubraniem. Klucz Portalu też miał na sobie znak, chociaż ten nie świecił. A kiedy odruchowo sięgałam do miejsca, gdzie spoczywał pod moją koszulą, przypomniałam sobie o drugim przedmiocie, który ostatnio nosiłam przy sobie, bardziej nawet przez zapomnienie.
- Fadhir ostatnio mówił mi coś takiego… że niektórzy twierdzą, że świat astralny umiera. Pytał się, czy mierzę promieniowanie tła i szukam spadków energii.
Sięgnęłam do kieszeni, do miernika i nie wyciągając dłoni, zaczęłam obracać go w palcach. Ponieważ się zatrzymałam, Ireasz zrobił to samo i spojrzał w moją stronę.
- Ja kiedyś trochę mierzyłem, ale zbytnio nie przykładałem się do tego – mruknął – Kilka razy w roku może sprawdzałem i nic nie zaobserwowałem. Praktycznie na każdym obszarze, gdzie nie występuje jakieś szczególne oddziaływanie, poziom jest taki sam. Tak dwieście kilkadziesiąt w skali Eckharta. Z tego co rozumiem to chyba norma i tak powinno być.
Mimo wszystko ta odpowiedź nie do końca mnie uspokoiła.
- Ale dlaczego Astral ma umierać? - spytałam – Co się dzieje? Pamiętam, że kiedyś mówiłeś mi, że jest jakiś kryzys…
Ireasz jęknął głośno.
- No, jest, ale to nie są jakieś szczególnie świeże wydarzenia – wyjaśnił niecierpliwie – To była już stara sprawa w czasie, kiedy pierwszy raz tu przybyłem.
- Ale CO TAKIEGO?! - spytałam z naciskiem.
- Sam do końca nie wiem. To ma jakiś związek z tym, że obecny Cykl trwa zbyt długo. Podobno wcześniej, dawno temu, Rdzeń co jakiś czas się odradzał. A obecnie zatrzymał się w tym stadium od jakichś siedemdziesięciu lat czy coś koło tego.
Przez chwilę stałam z szeroko otwartymi ustami. Nie dlatego, że Ireasz zdradził mi właśnie jakiś Święty Sekret. Po prostu pierwszy raz słyszałam z jego ust cokolwiek, co dotyczyło Rdzenia. On o nim cały czas doskonale wiedział?
- Wiesz, może wśród większości podróżników… tych ROZGARNIĘTYCH podróżników ta wiedza jest powszechna.
Kiedy postanowiłam wyrazić swoje wątpliwości na głos, Ireasz zareagował zaskoczeniem.
- Wiesz, nigdy mnie o to nie pytałaś…
Ale w sumie to było logiczne. Jak mogłam pytać o coś, o czym w owym czasie nie miałam zielonego (a właściwe to dlaczego zielonego?) pojęcia.
Spróbowałam znów skoncentrować się na tym, co w tym momencie było istotne.
- Wiesz co właściwie stało się z Rdzeniem? W sensie dlaczego nie może teraz się odrodzić i wejść w nowy Cykl…
- Nie za bardzo – westchnął Ireasz – Serwer Matrixa się przyciął czy coś? Nie interesowałem się tym zbytnio, bo skoro ten stan trwał już długo i nikt nie umarł, to nie uznawałem tego za istotne zagrożenie. Tyle usłyszałem tu i ówdzie, że chyba obecnie nikt nie ma wiedzy potrzebnej do tego, żeby jakoś ten Rdzeń ruszyć.
Skrzywiłam się. Nie umiałam sobie wyobrazić, jaka wiedza mogłaby pomóc astralnemu podróżnikowi w wywarciu na Rdzeń jakiegokolwiek wpływu. Czy Ireasz doświadczył kiedyś transcendentnych przeżyć, jakie zapewniał Rdzeń w bliższym kontakcie? Czy zdawał sobie sprawę, z jaką potęgą musiałby ów człowiek mieć do czynienia? Może byłam żółtodziobem, ale nie sądziłam, żeby pojedynczy człowiek – ba, nawet grupa astralnych podróżników – mógłby osiągnąć poziom pozwalający mierzyć się z czymś takim. Niezależnie od doświadczenia.
- Mówiłeś kiedyś, że to ma coś wspólnego z wilkołakami – odezwałam się po dłuższej chwili – Że teraz jest ich więcej.
- No, namnożyły się. Poza Rdzeniem inne mechanizmy też nie mogą się od tamtego czasu odnawiać. To w paru miejscach trochę zachwiało równowagę. Ale to nie znaczy, że ten świat od tego umiera. Rdzeń cały czas żyje, energia krąży i płynie.
- Miałam kiedyś pewne… spotkanie z wilkołakami. Ukryłam się przed nimi. One coś wtedy zniszczyły. I… sama nie jestem pewna jak to opisać… Ja wtedy telepatycznie czułam Rdzeń. Przed i po tym jak to zniszczyły. I poczułam coś takiego… Miałam wrażenie, że one w ten sposób zrobiły Rdzeniowi krzywdę.
Ireasz zaśmiał się krótko.
- To raczej niemożliwe. Istoty astralne nie mają mocy niszczenia rzeczywistości na takich poziomach. Inaczej te wszystkie astralne stworki z lasów, pożerające się wzajemnie przy każdej sprzyjającej okazji, doprowadziłyby do implozji tego świata już wieki temu.
- Może masz rację – mruknęłam bez przekonania. Nie chciałam się z nim teraz kłócić o tak nieistotne szczegóły, zwłaszcza że sama NIE BYŁAM PEWNA co właściwie wtedy czułam. Wciąż nie potrafiłam interpretować wielu sygnałów, nawet jeśli część zdążyłam się nauczyć odbierać.
- Jeśli jest między tym jakieś powiązanie to raczej odwrotne – dodał po chwili Ireasz – To nie aktywność wilkołaków popsuła serwer Matrixa. To awarie pod spodem i brak równowagi doprowadził do wzrostu aktywności wilkołaków.
- Czy wobec tego coś nam obecnie grozi?
- Chyba nie. Przynajmniej nie powinno.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#85
Plus za:
  • sylfickie prostytutki
  • demonicznych alfonsów
  • czarne msze
  • krwawe pentagramy
  • satanistyczne orgie
  • skalę Eckharta.
jaja LaBerge
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#86
Dzień 63


Fadhir NADAL był poza zasięgiem. Ireasz chwilowo też.
Sprawdziłam kilka razy, z mimowolną satysfakcją, że chociaż mogłam to zrobić. Przynajmniej nie czułam, żeby brakowało mi jakiejś tajnej wiedzy, o którą mogłabym podejrzewać innych.
- Ale Fadhir chyba NAPRAWDĘ coś wie…
Westchnęłam i przeniosłam wzrok z nieco oddalonych budynków Jetter na skalne odłamki lewitujące wokół mnie. Sama siedziałam – a może półleżałam – na dużo większym kawałku o nieregularnym kształcie, który mógł mi służyć jako średnio wygodny fotel z oparciem. Większość tych kamieni była pokryta porostami i zwieszającymi się swobodnie włóknistymi pnączami.
Skoncentrowałam się i stworzyłam niebieskawą kulę energii przed uniesioną na wysokość klatki piersiowej dłonią, po czym siłą woli pchnęłam ją przed siebie. Oczywiście nadal działały atawistyczne ludzkie odruchy z fizycznego świata i mimowolnie poruszyłam też samą dłonią.
Obojętnie przyglądałam się jak kłąb lekko świecącego dymu przelatuje między kamiennymi odłamkami, żeby ostatecznie rozproszyć się na większym głazie unoszącym się mniej więcej na wprost mnie. Potem posłałam przed siebie kolejną kulę. I kolejną. Starałam się obserwować, czy przypadkiem spowodowałam ruch porastającej kamienie roślinności, ale trudno było jednoznacznie stwierdzić. Powietrze czy też inny eter wypełniający trójwymiarową przestrzeń nie był zawsze całkowicie nieruchomy.
Kiri przeskoczyła między kamieniami, próbując dostać się bliżej mnie. Nie starałam się celową w nią trafiać, ale też nie próbowałam przesadnie uważać. Nie sądziłam, żeby moja energia jakkolwiek na nią wpłynęła.
- Co właściwie próbujesz osiągnąć? - spytała moja tulpa. Na to mogłam tylko wzruszyć ramionami.
- Nie wiem. Chyba cokolwiek zbliżonego do telekinezy. Ale może wcześniej Ireasz się zjawi…
- Chodzi mi o to, co w ogóle zamierzasz tu osiągnąć. Bo z jakiegoś powodu jednak wracasz tu każdej nocy.
- Chcę doświadczyć świata bez ograniczeń? Do diabła, Kiri, nie masz łatwiejszych pytań?!
Gdzieś w środku czaszki czułam, że ona się ze mnie śmieje. Nie musiała wydawać do tego żadnych dźwięków.
- Dlaczego tkwisz zatem tutaj, w pobliżu Jetter, jakby coś przywiązało cię do tego miejsca? Fadhir i Ireasz cię znajdą, mają w tym znaczenie większą wprawę.
Gwałtownym ruchem usiadłam i odwróciłam się w stronę miasta, które wcześniej miałam bardziej za plecami.
- Może ja tu… obserwuję…
Zmrużyłam oczy, patrząc na ruch pomiędzy budynkami. Głównie podróżnicy, pomiędzy nimi trochę ich chowańców. Po dłuższej chwili zauważyłam, że część osób oddziela się od tej losowej krzątaniny i idzie w kierunku, który dla mnie był lewą stroną. W sposób już niewątpliwie celowy. Najpierw pomiędzy budynkami miasta, potem dalej, konsekwentnie, przez pustkowie zbrązowiałych traw.
Nie wiem, czy to była jakaś mentalna więź, czy Kiri przypadkowo pomyślała o tym samym w dokładnie tym momencie, ale usłyszałam jej niepewny głos.
- Tam coś jest, prawda?
Wstałam i powoli stanęłam na bardziej wystającym kawałku mojego lewitującego głazu. Próbowałam prześledzić ruch podróżników wychodzących z miasta.
- Powell twierdził, że astralne oczy mogą zrobić zoom jak luneta – podpowiedziała uczynnie Kiri. Miała szczęście, że nie byłam w stanie sięgnąć do niej stąd szybkim ruchem, w dodatku nie tracąc przy tym równowagi. Albo że nie umiałam (JESZCZE!!!) oddziaływać energią na otoczenie.
- Nie jestem Powellem – odpowiedziałam tylko, myśląc o tym, że w sumie też chciałabym móc zrobić wzrokiem zoom jak luneta.
Potem, niewiele myśląc, dałam krok do przodu, w powietrze.
Byłam przygotowana na upadek… ale właśnie coś się stało. Coś subtelnego, czego być może wcześniej bym nie dostrzegła. Tak jakby trochę czas zwolnił. Nie teleportowało mnie metr niżej ani nie zawisłam nieruchomo w powietrzu.
Powietrze pode mną było… gęste? Coś jak pole magnetyczne leciutko popychało mnie w górę, efektywnie spowalniając upadek. Przybrałam odruchowo pozycję jakbym chciała wylądować na rękach i kolanach. Kiedy byłam jakieś trzydzieści centymetrów nad ziemią, to oddziaływanie było najsilniejsze. Przez nieskończenie krótką chwilę czułam to niemal fizycznie.
Ostatecznie wylądowałam w przysiadzie na trawie. Uniosłam głowę, triumfalnie spoglądając na Kiri.
- Widziałaś to?
- Że skoczyłaś z wysokości prawie trzech metrów? -spytała Kiri z przekąsem – Owszem.
- Nie – potrząsnęłam głową – Dobrze wiesz o co mi chodzi. Zrobiłam to!
Bo chyba to zrobiłam, prawda? Prawda? Nie zdawało mi się, nie uległam złudzeniu… Coś poczułam – wiem, że brzmi to subiektywnie, ale tym razem byłam prawie pewna, że coś się stało. I jeszcze bardziej pewna, że gdybym teraz celowo chciała to powtórzyć, za nic w świecie bym nie zdołała.
Mogłam tylko wstać, otrzepać się i iść dalej. Z cichym triumfalnym uśmiechem.
Kiedy znalazłam się blisko pierwszych budynków Jetter, zauważyłam, że ludzie zarówno podążają w tamtym tajemniczym kierunku jak i wracają stamtąd do miasta. Wmieszałam się między nich. Nie widziałam przed sobą nic szczególnego. Nieco dalej teren w kilku miejscach nieznacznie się wznosił i miałam wrażenie, że na wzgórzach trawa jest wyższa niż dookoła. Było tam też kilka głazów o nieregularnych kształtach, na pierwszy rzut oka zwyczajnych i nudnych. Te nawet nie lewitowały tylko grzecznie leżały na ziemi.
Na końcu ścieżki zobaczyłam cel – pomiędzy wzgórzami i głazami znajdował się kamienny obiekt przypominający kapliczkę. Coś jak niska kolumienka ze stopionych ze sobą spłaszczonych kamieni otoczona czterema wielokrotnie węższymi. Na powierzchni tej szerokiej w środku, blisko krawędzi było kilka wyciętych w kamieniu i lekko fosforyzujących symboli.
Mijający mnie ludzie podchodzili do obiektu i kładli na nim dłonie. Zanim zdążyłam uznać to za rodzaj oddawania czci, zobaczyłam jak dotykające kamiennej struktury osoby znikają.
Rodzaj teleportu? Przesłałam telepatycznie do Kiri pytanie. Nie chciałam się ośmieszać przy tych wszystkich Prawdziwych wokół mnie.
Poczekałam aż tłum chociaż trochę się przerzedzi i dopiero wtedy niepewnie podeszłam do prawdopodobnego teleportu. Środkowa część sięgała mi mniej więcej na wysokość brzucha. Całkiem dogodna wysokość do dotknięcia. Powoli zaczęłam zbliżać rękę do zaokrąglonego kamienia wieńczącego konstrukcję. Symbole wyryte przy jego brzegu zaświeciły nieznacznie mocniej. Odruchowo zwolniłam i bardzo ostrożnie dotknęłam kamienia w bezpiecznej odległości od symboli.
- Boisz się? - zadrwiła Kiri – Obleciał cię nabożny strach przed uświęconym kamieniem?
W myślach kazałam jej stulić dziób… to znaczy PYSZCZEK.
Nie sądziłam, żeby teleport, jeśli to faktycznie było to, stanowił zagrożenie. To przypominało mi przełączniki, o których niedawno wspominał Fadhir. Rzecz prosta w obsłudze, przeznaczona do machinalnego używania przez podróżników.
Zauważyłam, że zależnie od tego gdzie dokładnie zbliżałam palce, powodowałam wzrost intensywności świecenia różnych symboli. To pozwalało na wybór kierunku? Wszystkie symbole wydawały mi się jednakowo obce. Poprzedni użytkownicy tego teleportu w większości sięgali bliżej lewej strony, ale nie mogłam być tego całkiem pewna. Kiedy stałam za nimi, widziałam głównie ich plecy. Czując, że teraz za mną ustawiają się następni, zrobiłam najmniej oryginalną i najbardziej uporządkowaną rzecz jaką mogłam. Wybrałam symbol pierwszy od lewej i położyłam na nim palce.
Wywołałam tym już nie poblask ale pełnoprawne światło, chociaż w pierwszej chwili nie stało się nic więcej.
- Chyba musisz to potwierdzić.
Jak? spytałam w myślach. Miałam wejść w trans i wypowiedzieć jakieś słowa mocy, których oczywiście nie znałam i nie miałam skąd znać?
- Nie, to ma być PROSTE W OBSŁUDZE. Musisz pewnie wyrazić wolę. ŚWIADOMA INTENCJA.
Skoncentrowałam się. Nie na tyle żeby wejść w trans. Nawet nie tak jak musiałam przy celowym emitowaniu energii. Wystarczyło przez chwilę skupić się na pragnieniu, żeby tego użyć.
Przerzuciło mnie w miejsce, które chyba też musiało znajdować się w Okręgu Jetter. Przynajmniej tyle wywnioskowałam z podobnej stepowej scenerii wokół. Tylko trawa była tu znacznie niższa, spory obszar wyglądał jakby została celowo skrócona.
Sam proces przeskoku wydawał się jakby szybszy i mniej odczuwalny niż samodzielna teleportacja. Nie umiałam stwierdzić, czy to wynikało z mojej niezbyt dużej wprawy, czy po prostu to był inny mechanizm działania. Może w tym świecie, stworzonym ze zbiorowej podświadomości, podatnej na oczekiwania, zdanie się na zewnętrzne czynniki również często bywało bardziej komfortowe niż zrobienie czegoś własnoręcznie…
Od teleportu, podobnego jak ten obok Jetter ale z nieco innymi symbolami, odchodziła kamienna ścieżka prowadząca do kilku niewielkich budynków o szarofioletowych ścianach. Te wyglądały podobnie do tych, które widziałam pierwszy raz w tym rejonie. Dalej widziałam coś w rodzaju ciągnącego się daleko w obie strony muru. W miarę zbliżania się dostrzegałam więcej szczegółów. Otoczony tym murem obszar był czymś w rodzaju stadionu. Boisko? Tor wyścigowy?
Kiri z własnej inicjatywy – albo odbierając moje podświadome sygnały nieodczuwalne przeze mnie samą – zręcznie wskoczyła na jedno z drzew, żeby się temu przyjrzeć, po czym stwierdziła, że chyba to było to ostatnie.
Po wewnętrznej stronie mur przechodził w trybuny. W czasie, kiedy tu przebywałam, nie było tu szczególnie wielkiego tłumu. Nikt nie próbował mnie zatrzymywać, kiedy znalazłam wąskie przejście ze schodami i dostałam się pomiędzy rzędy siedzeń. Usiadłam dość daleko od innych podróżników, tak, żeby za bardzo nie zwracać na siebie uwagi. Moje pojawienie się tu nie wywołało żadnej reakcji, ale ciągle nie byłam pewna, czy mogłam przebywać tu legalnie.
Zajęło mi to dłuższą chwilę, zanim zorientowałam się, że na dole cokolwiek się DZIAŁO. W jednym punkcie, niestety akurat dość daleko od mojej strony trybun, niewielka grupa ustawiała się na linii startu. Albo może bardziej NAD linią startu. Zawodnicy ustawili się ponad pół metra nad ziemią na lewitujących platformach albo podstawach. Człowiek stojący wewnątrz tworzonego przez tor kręgu dał znak chorągiewką i zawodnicy ruszyli.
Ruszyli! Pochyleni lekko do przodu, na rozstawionych nogach, napięci tak, że widziałam to nawet, kiedy jeszcze byli daleko. Trochę przypominało to windsurfing chociaż nie byłam pewna, jaka siła pchała ich deski naprzód tym miękkim płynnym ruchem.
Kiedy byli w najbliższym punkcie, mogłam lepiej zobaczyć używany w tej dyscyplinie sprzęt. Deski były szersze niż te surfingowe, kształt miały bardziej zbliżony do rozszerzającego się z tyłu trójkąta. Tylne rogi tego trójkąta zakrzywione były do góry, jak skrzydła papierowego samolotu. Nie widziałam silnika ani tym bardziej niczego, co mogło służyć za sterowanie. Zdążyłam zobaczyć, że zawodnicy byli boso, więc może w jakimś stopniu mogli wpływać na ruch lewitujących desek przez zmiany nacisku stóp. Bo chyba nie robili tego po prostu siłą woli?!
- Tutaj akurat by mnie to nie zdziwiło. Nie zapominaj gdzie jesteśmy.
Westchnęłam, patrząc na plecy coraz bardziej oddalających się zawodników.
Jak to mogło działać? To zależało od koncentracji? Od poziomu energii – zakładając, że coś takiego używało energii w bardziej czy mniej pośredni sposób. Mógł to być rodzaj oddziaływania na poziomie Struktury, ale chyba wtedy nie dawałoby to szans na jakąkolwiek uczciwą rywalizację, z której cokolwiek by wynikało. O ile dobrze rozumiałam do tej pory niektóre rzeczy, astralne mechanizmy zawsze, powtarzalnie reagowały w ten sam sposób na takie same działania.
- Może tu trzeba mieć silną więź z Mocą jak młody Anakin Skywalker? - podsunęła Kiri.
Tutaj chyba każdy ma więź, pomyślałam. Inaczej chyba nikt nie byłby w stanie w jakikolwiek sposób wchodzić w interakcje z otoczeniem.
Aż sama byłam zdumiona, odkrywając, ile rzeczy na temat działania tego wymiaru już rozumiałam.
Kiri, siedząca na tym samym miejscu obok mnie, wystarczająco blisko, żeby mnie dotykać, wykonała jakiś ruch, może wiewiórczy odpowiednik wzruszenia ramionami. Raczej to czułam a nie widziałam, bo bardziej skupiałam się w tym momencie na uczestnikach wyścigu, robiących właśnie kolejne okrążenie.
- Może po prostu ich spytaj – zasugerowała Kiri – Albo kogokolwiek tutaj. Możesz założyć, że tutaj znajdziesz kogoś, kto zna się na… tej dyscyplinie sportu, jakkolwiek to się nazywa.
Jasne, mogłam spytać. Jak wyścig się skończy.
Zawodnicy właśnie mijali moją część trybun, żeby znowu zacząć się oddalać.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#87
Dzień 65

Dyscyplina nazywa się grav-surfing, jak powiedział jeden z fanów zagadniętych w okolicach toru wyścigowego. W czasie, kiedy na torze nic się nie działo, zeszliśmy na dół i mogłam zobaczyć z bliska te szerokie deski, na których latali zawodnicy. Rzeczywiście nie miały ani napędu, ani nic do sterowania. Kiedy pytałam, już bardziej dla formalności, czy rzeczywiście steruje się tym wyłącznie siłą umysłu, już wiedziałam, jaką dostanę odpowiedź.

Z dwójką młodych ludzi, którzy przedstawiali się jako Pat i Mavik, poszliśmy do pawilonu pod trybunami, gdzie składowano więcej takich desek. Pat uruchomił taką jedną przez dotykanie niewielkich symboli wyrytych na jednej z jej krawędzi
(przełączniki)
i urządzenie zawisło nieruchomo w powietrzu. Chłopak wskoczył na deskę zwinnym ruchem.
Pytałam go, czy na pewno chce startować w zamkniętym pomieszczeniu, czy jest pewien, że to się źle nie skończy, ale on tylko się roześmiał. Nie wykonał żadnego widocznego ruchu, kiedy mistycznym sposobem sprawił, że deska zaczęła płynąć w powietrzu. Pat skierował się do szerokiego łukowatego wyjścia i wydostał się na zewnątrz. Mavik i ja wybiegliśmy za nim. Przynajmniej na początku szybkość jego lotu nam na to pozwalała.
Kiedy znalazł się na torze – NAD NIM! - wyraźnie przyspieszył. Teraz zmienił pozycję ciała, stanął na lekko ugiętych nogach. Nie byłam pewna, jak bardzo mu to pomoże, kiedy rozwinie taką prędkość jak zawodnicy ścigający się tutaj dzień wcześniej. Jakimś niepojętym cudem jednak cały czas utrzymywał równowagę, nawet jak przyspieszał. Dobra, nie rozwinął może takiej szybkości jak miałam okazję obserwować podczas wyścigu, ale w fizycznym świecie człowiek jadący albo lecący w ten sposób na platformie bez żadnego uchwytu już dawno leżałby na glebie z poważnymi obrażeniami.
Mavik w którymś momencie spojrzał na mnie i najwyraźniej zinterpretował mój wyraz twarzy na swój sposób.
- Masz swoją deskę? – spytał szczerząc zęby w radosnym, nie wróżącym nic dobrego uśmiechu.
Cholera, oczywiście, że nie mam i nigdy nie miałam. O istnieniu grav-surfingu dowiedziałam się ledwie dzień wcześniej!
A on tymczasem, niech go diabli wezmą, wyciągnął z kieszeni jakiś niewielki obiekt. Kawałek kryształu albo czegoś bardziej metalicznego, o kilku ostrych wierzchołkach. Kiedy wyciągnął rękę z tym przed siebie, ten przedmiot zaczął znikać a przed nim zaczęła się materializować jak duch cholerna deska, już wisząca w gotowości pół metra nad ziemią.
- No, dalej, nie bój się.
Mavik zrobił nieokreślony gest, w jego mniemaniu chyba zachęcający. Ja raczej poczułam, że stopy wrastają mi w grunt.
Nie, nie o to chodziło, że tchórzyłam. ABSOLUTNIE nie o to. Po prostu wyobraziłam sobie, że próbuję wskoczyć na tę deskę i lecieć, tutaj, na stadionie, na oczach wszystkich Prawdziwych na trybunach i wokół toru. Już widziałam swój sromotny upadek i publiczne upokorzenie, na które zdecydowanie nie byłam gotowa.
Raz już ośmieszyłam się wystarczająco, żeby przez pewien czas trzymać się z daleka od Okręgu Jetter.
- Nie wykręcaj się. Widzę, że tchórzysz.
Skubana tulpa, jednak miała szansę mnie do tego namówić. Sama nie wiem jak, wskoczyłam na tę deskę. To trzymało poziom nawet całkiem stabilnie. Żeby tym jakkolwiek zachwiać, musiałam celowo używać więcej siły, przenosząc swój środek ciężkości.
- No dobra – mruknęłam – To jak tym poruszyć?
- Pomyśleć, że to wszystko iluzja twojego umysłu? - Kiri życzliwie podsunęła mi parafrazę z Matrixa. No, dziękuję, bardzo to było pomocne.
- Skoncentruj się na ruchu – powiedział Mavik niepewnie – To tak całkiem serio twój pierwszy raz na desce?
- Nie widać?
Spróbowałam jakoś przesunąć się do przodu. Spróbowałam chcieć się poruszyć.
To był proces podobny do emitowania energii? Może powinnam wejść w podobny stan umysłu jak przy zabawach w tworzenie kuli światła. O ile to nie były jakieś interakcje na poziomie Struktury. Deski miały na sobie przełączniki, które, o ile dobrze rozumiałam, powiązane były z oddziaływaniem na Strukturę.
Dobra, to musi dać się zrobić. Bez przełączników, bez transu i bez słów mocy. Nie wyobrażałam sobie utrzymywania transu lecąc ze znaczną szybkością, zatem to musiało być prostsze.
Chciałam ruszyć do przodu. To powinno ruszyć do przodu. To takie cholernie naturalne, że ta deska powinna przesuwać się do przodu.
Coś drgnęło. Prawie na pewno drgnęło. Jeszcze trochę, to takie naturalne i oczywiste…
Deska płynnym ruchem przeleciała metr do przodu, zanim znów zamarła wśród lekkich drgań.
Czy teraz powinnam skakać i cieszyć się jak Hiro Nakamura z „Herosów” po tym jak pierwszy raz użył swojej mocy?
- Skakać nie radzę, możesz tym za bardzo zachwiać.
Nie bez gorzkiej sarkastycznej satysfakcji pomyślałam, że nawet jakbym miała spaść, deska nie była tak wysoko nad ziemią. I w tym momencie stała w miejscu. Dopiero zamierzałam to zmienić.
Drugi raz poszło szybciej. Może już lepiej to czułam. Przesunęłam się kilka metrów wzdłuż toru, mniej więcej w momencie, kiedy Pat zrobił pełne okrążenie i przeleciał obok, machając do nas ręką.
Spróbowałam ruszyć za nim, niemiłosiernie powoli i niemrawo. Nie byłam pewna, JAK w ogóle to robiłam, mogłam stwierdzić tyle, że po prostu odruchowo się napinałam, ale nie było w tym żadnej celowości. A w momencie, kiedy w jeszcze bardziej mistyczny sposób przyspieszyłam, poczułam, że utrzymanie równowagi zaczyna wymagać wysiłku.
Pat znacznie się oddalił. Właściwie nie spodziewałam się, że będzie czekał na taką niedorajdę. Zaciskając zęby, spróbowałam przyspieszyć bardziej i może skręcić, coby lepiej dostosować swój ruch do toru wyścigowego, ciągnącego się teraz po mojej lewej stronie. Zdecydowanie nie powinnam robić tego jednocześnie na tym etapie. Nawet mi się jakoś udało. Tak, że deska przekrzywiła się, prawa strona znalazła się wyżej niż lewa a ja nagle znalazłam się na trawniku.
- Bardziej niebezpieczne niż hulajnogi elektryczne? - usłyszałam w głowie rozbawiony srebrny głosik. Na chwilę zamarłam, uświadamiając sobie, że moja tulpa, istota obecna jedynie w tym świecie, nigdy nie mogła widzieć hulajnogi elektrycznej. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam jak bardzo jesteśmy ze sobą powiązane.
Wstałam w momencie, kiedy zdążyłam wzbudzić zainteresowanie innych podróżników przebywających w tej samej części toru. Ktoś spytał mnie, czy wszystko było w porządku.
- Pierwszy raz? - spytał ciemnowłosy chłopak, który w niewyjaśniony sposób przez swoje rysy twarzy wydawał się jednocześnie starszy i młodszy ode mnie. Przytaknęłam.
- To jeszcze pewnie nieraz spadniesz – stwierdził beztrosko. Kiedy przyglądałam się jego uśmiechniętej śniadej twarzy, zwróciłam uwagę na jego oczy. Całe jednolicie czarne, bez tęczówek i białek. Pomyślałam, że jeśli nie zdołam zapamiętać twarzy, po tych oczach z pewnością zawsze go rozpoznam.
Próbowałam jeszcze wielokrotnie tej jazdy nad ziemią. Mavik był bardzo cierpliwy, wręcz sam mnie zachęcał do kolejnych prób.
- To jak z jazdą na rowerze – powiedział, kiedy po raz kolejny podnosiłam się z trawy – To chyba kwestia wyczucia, żeby poruszać się na tym i utrzymać równowagę.
- Może – mruknęłam niechętnie – Tylko tam przynajmniej wiem, że mam przebierać nogami. Tutaj… nie wiem co właściwie robię poza staniem na bardziej albo mniej ugiętych kolanach.
Mavik w zadumie pocierał palcem podbródek. Jeśli myślał, że jestem tępa i nie ogarniam, niech lepiej powie to na głos, zamiast silić się na dyplomację.
- Tu nie chodzi o to, żeby się spinać i jakoś stanąć. Musisz mieć intencję, co chcesz zrobić.
(Użyj Mocy, Luke)
Mimo wszystko nie byłam w stanie się poddać. Zamierzałam próbować do skutku – w tym przypadku tym pożądanym skutkiem miał być względnie płynny ruch z szybkością większą niż u zaspanego żółwia.
- Chodzi o latanie, prawda? - zagadnęła Kiri.
Wcale nie wydawało mi się, że chodziło o to. Miałam wrażenie, że deski do grav-surfingu i tak nie mogły wznieść się zbyt wysoko ponad stałe powierzchnie. Nie pozwalały na swobodny lot, chociaż niewątpliwie znacznie poszerzały możliwości. Przy poziomie wprawy porównywalnym z grupką dzieciaków, które miałam okazję obserwować, dało się osiągać całkiem przyzwoite szybkości.
Poczułam w pewnym momencie, że poruszam się szybciej i odruchowo pochyliłam się lekko do przodu, mocniej uginając kolana. To wszystko zależało od skupienia na intencji? Równowaga i stabilność też?
Stoję prosto i mocno, moje nogi są jak kamienne filary, związane z ziemią… eeee, deską… jak korzenie wielkiego przedwiecznego drzewa…
Kurczę, może praktyki medytacyjne miały tu dużo więcej zastosowań.
W którymś momencie Mavik odłączył się od Astralu. Pokazał mi wcześniej, skąd mogę pożyczyć deskę, jeśli zechcę bawić się dalej. A w tym momencie bardzo chciałam. Nabrałam jakiegoś rozpędu, nawet jeśli nie dosłownie. Nawet nie oczekiwałam, że zbliżę się do szybkości, którą wcześniej zaprezentował Pat. Wystarczającym sukcesem był dla mnie nieprzerwany ruch, który nie wyglądał jakbym łapała lagi.
Pocieszał mnie fakt, iż nie byłam jedyną bez doświadczenia w grav-surfingu. Po kilku godzinach mogłam się całkiem dobrze zorientować, dla kogo z ludzi wokół był to pierwszy albo drugi raz na desce. Tylko miałam dziwne wrażenie, że w przypadku dzieciaków i nastolatków upadki na trawnik przynajmniej wyglądały artystycznie. Miały w sobie ten romantyczny urok Odkrywania. Ci, którzy wyraźnie wyglądali na dorosłych, spadali na ziemię bardziej żenująco.
Gdzie dokładnie była ta granica między urokiem a żenadą?
Przynajmniej nie spadałam już tak często. Tylko w losowych momentach, kiedy byłam pewna, że nie wykonałam ABSOLUTNIE żadnych specjalnych działań, deska pode mną przyspieszała nagłym zrywem. Kiedy zdarzyło się to kilka razy, próbowałam bardziej uważnie obserwować siebie. Nie wyglądało na to, że akurat tuż przed tym jak deska wyrywała się do przodu, wykonywałam jakiś szczególny ruch albo gest.
Mogłam się tak bawić z przerwą półtora dnia. Potem wszyscy musieli zejść z toru, bo miały zacząć się wyścigi. Część osób odeszła albo zerwała połączenie, reszta zajęła miejsca na trybunach. Ja też postanowiłam zostać.
Przyglądając się pierwszej ósemce zawodników ustawiających się na starcie, uświadomiłam sobie nagle ciszę w mojej głowie. Nie słyszałam dochodzącego zewsząd i znikąd głosu Kiri. Z niewyjaśnionego powodu moja gadatliwa tulpa zdecydowała się dać mi spokój. A przy moich akrobatycznych popisach miała tyle doskonałych okazji do prawienia mi złośliwości!
W którymś momencie spytałam kogoś z fanów, na jakich zasadach podróżnicy mogli startować w zawodach. Nie żebym też chciała. Zdecydowanie się do tego nie rwałam. Tylko chciałam wiedzieć. Tak z ciekawości.
Okazało się, że podstawowym warunkiem była możliwość swobodnej projekcji astralnej na życzenie dowolnego dnia, tak, żeby mieć gwarancję pojawienia się na czas zawodów. Taka zasada obowiązywała tu właściwie w każdej dyscyplinie sportu. No i oczywiście dobrze było mieć jakieś doświadczenie w panowaniu nad tą lewitującą deską.
Ciekawe… Pierwszy z tych warunków na upartego spełniałam właściwie od początku, chociaż nadal nie miałam pojęcia dlaczego. Czy nie do końca kontrolowane, ale codzienne i stabilne przejścia się liczyły? Drugi… Jak długo musiałabym trenować, żeby na tym latać? Czy to naprawdę działało podobnie jak emitowanie energii? Miałam wrażenie, że prędzej już nauczę się tego, niż zdołam przekształcić zabawy z energią w coś pożytecznego jak telekineza.
I nie, powtarzam, nie myślałam serio o startowaniu. Nie planowałam tu sportowej kariery. To były tylko takie luźne rozważania.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 6 2,732 12-05-2018, 22:40
Ostatni post: Slavia

Skocz do:

UA-88656808-1