Miałem dzisiaj dwa sny. W pierwszym nie pamiętam jak to się zaczęło ale moja mama jechała wraz z kimś kogo znałem (wujek chyba). I oni nie chcieli się zatrzymać abym mógł wsiąść, a mnie wtenczas dokądś się spieszyło. I nagle zauważyłem że lewituje równolegle do podłoża, tylko moje ręce dotykają ziemi. I ja w pewnym momencie zacząłem tymi rękoma iść po ziemi, tak iż nie mal leciałem ze znaczną prędkością a samochód, który jechał obok jakby nie przyśpieszał, gdy leciałem powoli. Ale ja szybko przyśpieszyłem i wzniosłem się na daną wysokość, aby dotrzeć na miejsce. Podczas lotu czułem się tak fajnie, czułem wiatr itp. Potem podleciałem na jakieś skrzyżowanie gdzie były wilki albo coś wilczo podobne, ja cały czas będąc zawieszonym w powietrzu, obserwowałem jak jakieś osoby na koniach strzelają do nich z łuków. W pewnym momencie zszedłem na ziemie i był tam malutki biały krąg, żeby dołączyć do klanu, musiałem do niego wejść. Gdy wszedłem pojawiło trochę się jak w jakiejś grze okienko i klan w którym jestem, ale szybko to zamknąłem i pomknąłem do celu. Gdy tam dotarłem, znalazłem się w jakimś budynku sporym, gdzie był duży czarny pies, z którym były problemy, nawet sam właściciel miał z nim problemy, ale gdy się z nim spotkałem od razu mnie polubił. Taka cudowna psina, cały czas była na moje zawołanie. Przy mnie był strasznie spokojny. Raz nawet zdarzyło się, że wołał go właściciel i ja go zawołałem i posłuchał mnie.
Potem miałem jeszcze krótki sen, że byłem z moją babcią na ławeczce na dworze, i przyszli koledzy z mojej klasy, paląc takie długie papierosy i robiąc straszny dym. Moja babcia nie wytrzymała i sobie poszła a ja próbując ją odnaleźć znalazłem się w jakiś szpitalu (miałem wrażenie że tu pracuje moja mama). Pani była bardzo miła i gdy spytałem czy można zadzwonić aby spytać się czy nie ma tu mojej babci, podała mi telefon a ja zacząłem rozmawiać z ordynatorem albo kimś kto traktował mnie jak starego przyjaciela. Bardzo szczęśliwy wydawał się, że mógł ze mną porozmawiać.