Awakenizmy
#21
Podobno zatrzymanie umysłu może nastąpić nawet gdy klocek wpada do toalety z głośnym PLUM.
Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
Najprostsza medytacja - odpuszczenie

Raz po raz zadziwia mnie potęga odpuszczenia. Nie bardzo odnajduje się w konkretnych medytacjach z instrukcjami. Działa za to dla mnie "nic nie robienie". Po prawdzie jednak, nie mam pojęcia na czym to polega.

Kiedy siadam do medytacji, umysł często pyta "Co teraz?", "Od jakiego punktu zacząć?". Mam poczucie, że trzeba coś konkretnego zrobić. Gdzieś się udać umysłem. Poszukać spokoju, albo jakiegoś stanu. Z im bardziej pomieszanego stanu umysłu zaczynamy, tym to poczucie większe i tym mocniej myśli za sobą ciągną. I tym ciężej jest zaufać, że nie trzeba nic robić z umysłem i ciałem. Jednak im większemu pomieszaniu udaje się nie uwierzyć, tym więcej spokoju zyskujemy. Z każdym pojedynczym niepochwyconym ruchem, umysł nabiera klarowności. Myśli choć nie blokowane, stopniowo cichną.

Przez odpuszczenie nie mam na myśli koniecznie pełnego odpuszczenia. Takowe skutkowało by natychmiastowym odsłonieniem natury umysłu, ale gdy nasz umysł jest pogrążony w pomieszaniu, nie jest to łatwe. Mam na myśli odpuszczenie na ile w danym momencie potrafimy. W takim odpuszczeniu kiełkuje i pogłębia się klarowność. A gdy będzie dostatecznie duża, całkowite odpuszczenie przyjdzie spontanicznie.

Wraz z trwaniem w takim odpuszczeniu, myśli są coraz lżejsze. Będą ciągnąć za sobą z coraz mniejszą siłą. Aż w końcu te poczucie, że może warto coś jednak zrobić, całkiem zniknie. Będziemy zadowoleni z tego jak jest. Mamy też możliwość zobaczenia, że nic innego nawet nie może być. Myśli o "udaniu się gdzieś" w świetle tej świadomości brzmią absurdalnie. Absolutnie nie ma gdzie się udać.
I choć to takie oczywiste, to wychodząc ze stanu pomieszania, raz za razem potrafi zaskakiwać, że wystarczyło odpuścić. Zaskakuje też, że kilka minut "wstrzelenia się" w nurt odpuszczenia potrafi bardziej uspokoić umysł niż kilkadziesiąt minut mniej udanej medytacji.

Jest to jednak niezmiernie subtelna kwestia. Kiedy doświadczymy już wspaniałego potencjału odpuszczenia, często chcemy sobie je niejako przywłaszczyć. Sprowadzić do postaci kartki umysłu i schować w jednej z jego szuflad, aby mieć go na wyciągnięcie ręki. Mieć pewność, że będziemy potrafili odpuścić za każdym razem, gdy będziemy tego potrzebowali. Niestety nieważne jak bardzo przekonywujące nasze mapy do tego stanu by nie były, nie uda się to. Każda mapa stworzy punkt odniesienia, a sedno polega na porzuceniu punktów odniesienia.

Najistotniejszą kwestią od którego zależy skuteczność naszego odpuszczenia, jest wgląd w pustą naturę zjawisk. Im jest on głębszy tym odpuszczenie jest dla nas bardziej naturalne.
Sporo w moim odczuciu daje też wybranie dobrego momentu. Nawet stan pomieszania ma niewielkie luki, w których umysł jest w miarę oswobodzony. Zaczęcie medytacji w takim momencie daje duże szanse na to, że ta przestrzeń się naturalnie rozwinie.
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
odpuszczenie = akceptacja tego-co-jest, która następuje, gdy w końcu dociera do człowieka, że nie może być inaczej. Gdy już musi zaakceptować obecną sytuację, bo nie ma innego wyjścia. Kojarzy mi się z poddaniem się, byciem przegranym, pokonanym przez los.
Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
To brzmi mi na radykalne odpuszczenie, stosunkowo łatwe do doświadczenia, kiedy czujemy się przyparci do muru. Przeżywałem takowe przy badtripach i wyciągały mnie z opresji.
Ale w tekście nie chodziło mi koniecznie o taką radykalność, a raczej o łagodne odkrywanie przestrzeni i pozwalanie się jej naturalnie rozwijać. Nie muszą padać żadne ściany. Właściwie nic się nie musi dziać. Możesz nawet nie zauważyć, kiedy odpuszczasz.
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
Smak wolności

Dużo się mówi w duchowości o wolności. Większość rozumie to wręcz jako cel rozwoju duchowego. Stawiany ponad wszystko. Porzucić przywiązanie do świata materialnego, do ego, do szczęścia i nieszczęścia, a nawet do samej duchowości. Wszystko dla prawdziwej wolności. Strać jak najwięcej, żeby "mieć" jak najwięcej. I ma to sens. Czujemy wraz z odchodzącymi przywiązaniami wzrastające poczucie wolności. Ale czym jest ta wolność? Jaka jest największa wolność, której doświadczyliśmy bądź chcemy doświadczyć? Jak smakuje?

Myślę, że nasze rozumienie wolności zmienia się wraz z doświadczeniem. Doświadczenia poszerzają znaną nam "skalę" wolności. Nie tylko w sensie ilościowym, ale i jakościowym. W toku tych zmian, to co kiedyś uważaliśmy za wolność, dzisiaj możemy widzieć jako zniewolenie. Widzimy lepiej subtelne napięcia, które za tym stały, bądź jak wzmacniało to nasze przywiązania i paradoksalnie ograniczało wolność.

Dla mnie dzisiaj wolnością jest, kiedy umysł rozpuszcza się w przestrzeni i czuć błogie poczucie swobody. Brak potrzeby zmiany. Poczucie kompletności. Kontaktu z sobą. Pojawia się przestrzeń dla doświadczeń, które przepływają swobodnie. Z tego poziomu działa i doświadcza się na flow przepełnioną jasną obecnością. I to światło wraz z przebywaniem w tym stanie przybiera na sile.
Ujmuje mnie bardzo jednak to co się czasem z tego rozwija. Pewien rodzaj piękna. Mianowicie w pewnym momencie można poczuć, że dociera do nas głębia obecnego doświadczenia. Ale oprócz samej głębi i błogości jest w tym też aspekt swego rodzaju beztroski. Tak jakby ktoś wyjął nasze wyidealizowane wspomnienia z dzieciństwa i przelał je na percepcję. I jest w tym ogromne poczucie wolności.

Mamy poczucie śnienia własnego pięknego snu. To jakby odwrotność znużenia życiem, które może być przygnębiające bądź nijakie. Mamy wtedy w głowie swego rodzaju sztywny schemat poznawczy, która odbiera rzeczywistość w bardzo ciasnych logicznych kategoriach. Możemy doświadczać przez to poczucia rutyny bo co rusz, odwołujemy się do tego stelażu. Ten stelaż może się jednak rozpuścić i pojawia się poczucie magii. Mamy wrażenie, że ta magia nie ma dna, że można ją eksplorować w nieskończoność. Tysiące magicznych światów, przewijające się przez naszą percepcję jak w kalejdoskopie. Nie mamy jedynie posmaku tej magii, ale lądujemy w niej całym sobą. To przekształcenie całej percepcji. W tym poczuciu śnienia własnego snu, rozpuszcza się potrzeba klasyfikowania rzeczywistości, nazywania, porównań. Przestajemy nawet wierzyć, że to możliwe. Rozpuszcza się też tożsamość, więc można poczuć lęk przed tą nieskończonością. Z drugiej strony jednak chcemy tonąć dalej. Chcemy utonąć. Czy można na zawsze utonąć w tej magii? Być może umysł musi czasem przyjmować sztywniejszą formę, jednak z pewnością można ten stelaż koncepcji poluźniać i coraz bardziej uwalniać wyobraźnię. Pierwotną energię umysłu. I gościć tą magię częściej w naszym doświadczeniu.

PS. Polecam też w temacie świetny tekst na temat wyobraźni: https://duchonautyka.blogspot.com/2019/1...razni.html

"Tak naprawdę, "materialna rzeczywistość" to po prostu zły pomysł wyobraźni zestalony w zniewolonych mózgach. Jeżeli poszukujesz czegoś, co Ciebie zniewala, jest to właśnie to; Twoja wyobraźnia jest wychudzona i zablokowana; nie może oddychać. Nie może uczestniczyć w Twoim życiu; obcujesz wyłącznie z wielokrotnie recyklowanymi (do porzygu) jej MARTWYMI tworami. Tzw. "koncepcje", które internalizujemy to martwe twory wyobraźni; nieruchome i wywierające statyczną presję. Wyobraź sobie, że możesz je przekroczyć swobodną siłą woli. [... ] "
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Niedawno fejsbuk podsunął mi ciekawą grupkę czytelników książki o ludziach, którzy myślą "nadwydajnie". Ciekawą, bo wciąż mnie fascynuje jak bardzo człowiek jest w stanie sobie tłumaczyć swoje raczej wady, niż zalety, wzniosłymi ideami. Wiele osób na grupie narzeka na swój "dar", więc wrzuciłem tam poświęcony temu tekst zachęcający do medytacji, skupiając się m.in. na wpływie na procesy poznawcze. Może ktoś wyciągnie coś z tego dla siebie.

"Hej :) Wielu z Was doświadcza pewnie mniej lub bardziej męczącego natłoku myśli. Część z tych myśli jest pożyteczna i wnosząca, część odbieramy jako niepotrzebny hałas a inne (przeważnie większość) "udają", że są wartościowe. Dla niektórych jest to tak bardzo znany stan i tak wpasowujący się w ich obraz siebie, że są przekonani, że to po prostu ich natura. Dużo zauważam, więc dużo myślę - logiczne. I za bardzo się tego nie zmieni. A nawet jeśli można by było, to nie chcą (sic!).

Często wiele poprawy może wnieść psychoterapia. Niezdrowe przekonania, często zabierają dużo energii i fundują zbędne rozkminy. Dobra psychoterapia wnosi dużą i stabilną poprawę, ale ma ona swoje ograniczenia i jeśli chcemy jeszcze bardziej odblokować swój potencjał zarówno pod względem dobrostanu jak i skuteczności, to niezmiernie wiele może nam dać regularna praktyka medytacji.


Medytacja na zachodzie jest kojarzona najczęściej z medytacją uważności "Mindfulness". Mówi się w ramach jej o redukcji niepokoju, większym rozumieniu siebie, docenianiu chwili obecnej. Brzmi spoko. Rzeczywiście może spełnić obietnicę. Jednak w porównaniu do tego do czego dochodzą praktycy medytacji zakorzenionych w konkretnych np. buddyjskich tradycjach, u praktykujących mindfulness wygląda to dosyć miernie. Raczej praktyka pod względem jej wartości nie broni się sama z siebie i trzeba do niej dokładać wzniosłe idee o byciu "tu i teraz" (tak jakbyśmy mogli być gdzieś indziej ?). Poza tym, narzuca pewną formę kontroli poznawczej, a raczej większość z Was nie tego pragnie. Chcemy żyć bardziej na luzie, być szczęśliwsi, cieszyć się zarówno z małych i dużych rzeczy, ale przy tym puszczać wodze umysłu zupełnie swobodnie, aby cieszyć nasze zmysły jego kreatywnością, magią i pięknem.

Ok. Tyle słowem odradzenia jak nie warto zaczynać. A jak warto? Bardzo dobrym pomysłem jest znalezienie w swojej okolicy i zapisanie się do wspólnoty medytacyjnej. Środowisko, wspólnota i nauczyciel dają wiele. Pójdźmy, spróbujmy. Jeśli nas bardzo odrzuci spróbujmy innej. Określona tradycja i wspólnota nie jest decyzją na całe życie i zawsze możemy zmienić tor. Ważne po prostu, żeby się nieco zakorzenić w praktyce.
Jeśli kogoś odrzuca ten pomysł, niech praktykuje sam. Ważna jest regularność i praktykowanie przez jakiś czas (np. tydzień) jednej konkretnej metody. To nie musi być wiele na początek. Np. 10 minut codziennie, albo chociaż co dwa dni. Później można wydłużać czas sesji. Kiedy znajdziemy praktykę, która dobrze na nas działa - zostańmy z nią na dłużej.

Wiele osób może reagować awersją na religijną czy mistyczną otoczkę w praktyce medytacji. Jest tego rożna ilość w zależności od praktyki i nurtu, ale generalnie pewna doza tej otoczki i na chwilę odsunięcie na bok racjonalnego (a raczej przeracjonalizowanego) umysłu jest potrzebne. Próbę wyciągnięcia "esencji" z praktyk i usunięcia wszystkiego co mogłoby kolidować z jakimś przekonaniem religijnym, bądź awersją do religii, widzimy w postaci wspomnianego "Mindfulness" właśnie. Praktyka dla każdego. Nie musisz w nic wierzyć. Możesz być katolikiem, ateistą. W rzeczywistości...wyszło słabo. Tak więc polecam dać sobie trochę luzu w kwestii mistycznej otoczki. "It's just a mind" ;) No ale nie musimy od razu medytować z np. czakrami. Ja do dzisiaj uważam to za dziwny pomysł :P

Wracając do profitów. Zdecydowanie warto się w to szczerze zaangażować. Skuteczna praktyka medytacji wyważy każdy umysł. Bez wyjątków. Nie nie. Nie masz takiego wyjątkowego umysłu, że nie dałoby się ogarnąć :D Przez ogarnięcie, mam na myśli wprowadzenie do umysłu przestrzeni i swobody, dzięki której wszystkie nasze energie psychiczne, zasoby i emocje, znajdą swoją miejsce i będą współżyć ze sobą w zachwycającym harmonicznym tańcu. Nie tylko zyskasz upragniony spokój, ale też odblokujesz swój potencjał. Jak bardzo, zależy od tego na ile był stłumiony. Medytacja wprowadza nas w pewnego rodzaju flow i podobnie jak stan flow właśnie - odblokowuje nasze zasoby. Przestaniemy być "nadwydajni". Będziemy po prostu wydajni. Przy dozie szczęście przywiązanie do tej koncepcji odpadnie, bo już nie będziemy widzieli sensu w jej używaniu. To nie wszystkie profity z medytacji, ale mam nadzieję, że wystarczająco Was zachęciłem :)"
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1