Awakenizmy
#21
Podobno zatrzymanie umysłu może nastąpić nawet gdy klocek wpada do toalety z głośnym PLUM.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
Najprostsza medytacja - odpuszczenie

Raz po raz zadziwia mnie potęga odpuszczenia. Nie bardzo odnajduje się w konkretnych medytacjach z instrukcjami. Działa za to dla mnie "nic nie robienie". Po prawdzie jednak, nie mam pojęcia na czym to polega.

Kiedy siadam do medytacji, umysł często pyta "Co teraz?", "Od jakiego punktu zacząć?". Mam poczucie, że trzeba coś konkretnego zrobić. Gdzieś się udać umysłem. Poszukać spokoju, albo jakiegoś stanu. Z im bardziej pomieszanego stanu umysłu zaczynamy, tym to poczucie większe i tym mocniej myśli za sobą ciągną. I tym ciężej jest zaufać, że nie trzeba nic robić z umysłem i ciałem. Jednak im większemu pomieszaniu udaje się nie uwierzyć, tym więcej spokoju zyskujemy. Z każdym pojedynczym niepochwyconym ruchem, umysł nabiera klarowności. Myśli choć nie blokowane, stopniowo cichną.

Przez odpuszczenie nie mam na myśli koniecznie pełnego odpuszczenia. Takowe skutkowało by natychmiastowym odsłonieniem natury umysłu, ale gdy nasz umysł jest pogrążony w pomieszaniu, nie jest to łatwe. Mam na myśli odpuszczenie na ile w danym momencie potrafimy. W takim odpuszczeniu kiełkuje i pogłębia się klarowność. A gdy będzie dostatecznie duża, całkowite odpuszczenie przyjdzie spontanicznie.

Wraz z trwaniem w takim odpuszczeniu, myśli są coraz lżejsze. Będą ciągnąć za sobą z coraz mniejszą siłą. Aż w końcu te poczucie, że może warto coś jednak zrobić, całkiem zniknie. Będziemy zadowoleni z tego jak jest. Mamy też możliwość zobaczenia, że nic innego nawet nie może być. Myśli o "udaniu się gdzieś" w świetle tej świadomości brzmią absurdalnie. Absolutnie nie ma gdzie się udać.
I choć to takie oczywiste, to wychodząc ze stanu pomieszania, raz za razem potrafi zaskakiwać, że wystarczyło odpuścić. Zaskakuje też, że kilka minut "wstrzelenia się" w nurt odpuszczenia potrafi bardziej uspokoić umysł niż kilkadziesiąt minut mniej udanej medytacji.

Jest to jednak niezmiernie subtelna kwestia. Kiedy doświadczymy już wspaniałego potencjału odpuszczenia, często chcemy sobie je niejako przywłaszczyć. Sprowadzić do postaci kartki umysłu i schować w jednej z jego szuflad, aby mieć go na wyciągnięcie ręki. Mieć pewność, że będziemy potrafili odpuścić za każdym razem, gdy będziemy tego potrzebowali. Niestety nieważne jak bardzo przekonywujące nasze mapy do tego stanu by nie były, nie uda się to. Każda mapa stworzy punkt odniesienia, a sedno polega na porzuceniu punktów odniesienia.

Najistotniejszą kwestią od którego zależy skuteczność naszego odpuszczenia, jest wgląd w pustą naturę zjawisk. Im jest on głębszy tym odpuszczenie jest dla nas bardziej naturalne.
Sporo w moim odczuciu daje też wybranie dobrego momentu. Nawet stan pomieszania ma niewielkie luki, w których umysł jest w miarę oswobodzony. Zaczęcie medytacji w takim momencie daje duże szanse na to, że ta przestrzeń się naturalnie rozwinie.
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
odpuszczenie = akceptacja tego-co-jest, która następuje, gdy w końcu dociera do człowieka, że nie może być inaczej. Gdy już musi zaakceptować obecną sytuację, bo nie ma innego wyjścia. Kojarzy mi się z poddaniem się, byciem przegranym, pokonanym przez los.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
To brzmi mi na radykalne odpuszczenie, stosunkowo łatwe do doświadczenia, kiedy czujemy się przyparci do muru. Przeżywałem takowe przy badtripach i wyciągały mnie z opresji.
Ale w tekście nie chodziło mi koniecznie o taką radykalność, a raczej o łagodne odkrywanie przestrzeni i pozwalanie się jej naturalnie rozwijać. Nie muszą padać żadne ściany. Właściwie nic się nie musi dziać. Możesz nawet nie zauważyć, kiedy odpuszczasz.
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
Smak wolności

Dużo się mówi w duchowości o wolności. Większość rozumie to wręcz jako cel rozwoju duchowego. Stawiany ponad wszystko. Porzucić przywiązanie do świata materialnego, do ego, do szczęścia i nieszczęścia, a nawet do samej duchowości. Wszystko dla prawdziwej wolności. Strać jak najwięcej, żeby "mieć" jak najwięcej. I ma to sens. Czujemy wraz z odchodzącymi przywiązaniami wzrastające poczucie wolności. Ale czym jest ta wolność? Jaka jest największa wolność, której doświadczyliśmy bądź chcemy doświadczyć? Jak smakuje?

Myślę, że nasze rozumienie wolności zmienia się wraz z doświadczeniem. Doświadczenia poszerzają znaną nam "skalę" wolności. Nie tylko w sensie ilościowym, ale i jakościowym. W toku tych zmian, to co kiedyś uważaliśmy za wolność, dzisiaj możemy widzieć jako zniewolenie. Widzimy lepiej subtelne napięcia, które za tym stały, bądź jak wzmacniało to nasze przywiązania i paradoksalnie ograniczało wolność.

Dla mnie dzisiaj wolnością jest, kiedy umysł rozpuszcza się w przestrzeni i czuć błogie poczucie swobody. Brak potrzeby zmiany. Poczucie kompletności. Kontaktu z sobą. Pojawia się przestrzeń dla doświadczeń, które przepływają swobodnie. Z tego poziomu działa i doświadcza się na flow przepełnioną jasną obecnością. I to światło wraz z przebywaniem w tym stanie przybiera na sile.
Ujmuje mnie bardzo jednak to co się czasem z tego rozwija. Pewien rodzaj piękna. Mianowicie w pewnym momencie można poczuć, że dociera do nas głębia obecnego doświadczenia. Ale oprócz samej głębi i błogości jest w tym też aspekt swego rodzaju beztroski. Tak jakby ktoś wyjął nasze wyidealizowane wspomnienia z dzieciństwa i przelał je na percepcję. I jest w tym ogromne poczucie wolności.

Mamy poczucie śnienia własnego pięknego snu. To jakby odwrotność znużenia życiem, które może być przygnębiające bądź nijakie. Mamy wtedy w głowie swego rodzaju sztywny schemat poznawczy, która odbiera rzeczywistość w bardzo ciasnych logicznych kategoriach. Możemy doświadczać przez to poczucia rutyny bo co rusz, odwołujemy się do tego stelażu. Ten stelaż może się jednak rozpuścić i pojawia się poczucie magii. Mamy wrażenie, że ta magia nie ma dna, że można ją eksplorować w nieskończoność. Tysiące magicznych światów, przewijające się przez naszą percepcję jak w kalejdoskopie. Nie mamy jedynie posmaku tej magii, ale lądujemy w niej całym sobą. To przekształcenie całej percepcji. W tym poczuciu śnienia własnego snu, rozpuszcza się potrzeba klasyfikowania rzeczywistości, nazywania, porównań. Przestajemy nawet wierzyć, że to możliwe. Rozpuszcza się też tożsamość, więc można poczuć lęk przed tą nieskończonością. Z drugiej strony jednak chcemy tonąć dalej. Chcemy utonąć. Czy można na zawsze utonąć w tej magii? Być może umysł musi czasem przyjmować sztywniejszą formę, jednak z pewnością można ten stelaż koncepcji poluźniać i coraz bardziej uwalniać wyobraźnię. Pierwotną energię umysłu. I gościć tą magię częściej w naszym doświadczeniu.

PS. Polecam też w temacie świetny tekst na temat wyobraźni: https://duchonautyka.blogspot.com/2019/1...razni.html

"Tak naprawdę, "materialna rzeczywistość" to po prostu zły pomysł wyobraźni zestalony w zniewolonych mózgach. Jeżeli poszukujesz czegoś, co Ciebie zniewala, jest to właśnie to; Twoja wyobraźnia jest wychudzona i zablokowana; nie może oddychać. Nie może uczestniczyć w Twoim życiu; obcujesz wyłącznie z wielokrotnie recyklowanymi (do porzygu) jej MARTWYMI tworami. Tzw. "koncepcje", które internalizujemy to martwe twory wyobraźni; nieruchome i wywierające statyczną presję. Wyobraź sobie, że możesz je przekroczyć swobodną siłą woli. [... ] "
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Niedawno fejsbuk podsunął mi ciekawą grupkę czytelników książki o ludziach, którzy myślą "nadwydajnie". Ciekawą, bo wciąż mnie fascynuje jak bardzo człowiek jest w stanie sobie tłumaczyć swoje raczej wady, niż zalety, wzniosłymi ideami. Wiele osób na grupie narzeka na swój "dar", więc wrzuciłem tam poświęcony temu tekst zachęcający do medytacji, skupiając się m.in. na wpływie na procesy poznawcze. Może ktoś wyciągnie coś z tego dla siebie.

"Hej :) Wielu z Was doświadcza pewnie mniej lub bardziej męczącego natłoku myśli. Część z tych myśli jest pożyteczna i wnosząca, część odbieramy jako niepotrzebny hałas a inne (przeważnie większość) "udają", że są wartościowe. Dla niektórych jest to tak bardzo znany stan i tak wpasowujący się w ich obraz siebie, że są przekonani, że to po prostu ich natura. Dużo zauważam, więc dużo myślę - logiczne. I za bardzo się tego nie zmieni. A nawet jeśli można by było, to nie chcą (sic!).

Często wiele poprawy może wnieść psychoterapia. Niezdrowe przekonania, często zabierają dużo energii i fundują zbędne rozkminy. Dobra psychoterapia wnosi dużą i stabilną poprawę, ale ma ona swoje ograniczenia i jeśli chcemy jeszcze bardziej odblokować swój potencjał zarówno pod względem dobrostanu jak i skuteczności, to niezmiernie wiele może nam dać regularna praktyka medytacji.


Medytacja na zachodzie jest kojarzona najczęściej z medytacją uważności "Mindfulness". Mówi się w ramach jej o redukcji niepokoju, większym rozumieniu siebie, docenianiu chwili obecnej. Brzmi spoko. Rzeczywiście może spełnić obietnicę. Jednak w porównaniu do tego do czego dochodzą praktycy medytacji zakorzenionych w konkretnych np. buddyjskich tradycjach, u praktykujących mindfulness wygląda to dosyć miernie. Raczej praktyka pod względem jej wartości nie broni się sama z siebie i trzeba do niej dokładać wzniosłe idee o byciu "tu i teraz" (tak jakbyśmy mogli być gdzieś indziej ?). Poza tym, narzuca pewną formę kontroli poznawczej, a raczej większość z Was nie tego pragnie. Chcemy żyć bardziej na luzie, być szczęśliwsi, cieszyć się zarówno z małych i dużych rzeczy, ale przy tym puszczać wodze umysłu zupełnie swobodnie, aby cieszyć nasze zmysły jego kreatywnością, magią i pięknem.

Ok. Tyle słowem odradzenia jak nie warto zaczynać. A jak warto? Bardzo dobrym pomysłem jest znalezienie w swojej okolicy i zapisanie się do wspólnoty medytacyjnej. Środowisko, wspólnota i nauczyciel dają wiele. Pójdźmy, spróbujmy. Jeśli nas bardzo odrzuci spróbujmy innej. Określona tradycja i wspólnota nie jest decyzją na całe życie i zawsze możemy zmienić tor. Ważne po prostu, żeby się nieco zakorzenić w praktyce.
Jeśli kogoś odrzuca ten pomysł, niech praktykuje sam. Ważna jest regularność i praktykowanie przez jakiś czas (np. tydzień) jednej konkretnej metody. To nie musi być wiele na początek. Np. 10 minut codziennie, albo chociaż co dwa dni. Później można wydłużać czas sesji. Kiedy znajdziemy praktykę, która dobrze na nas działa - zostańmy z nią na dłużej.

Wiele osób może reagować awersją na religijną czy mistyczną otoczkę w praktyce medytacji. Jest tego rożna ilość w zależności od praktyki i nurtu, ale generalnie pewna doza tej otoczki i na chwilę odsunięcie na bok racjonalnego (a raczej przeracjonalizowanego) umysłu jest potrzebne. Próbę wyciągnięcia "esencji" z praktyk i usunięcia wszystkiego co mogłoby kolidować z jakimś przekonaniem religijnym, bądź awersją do religii, widzimy w postaci wspomnianego "Mindfulness" właśnie. Praktyka dla każdego. Nie musisz w nic wierzyć. Możesz być katolikiem, ateistą. W rzeczywistości...wyszło słabo. Tak więc polecam dać sobie trochę luzu w kwestii mistycznej otoczki. "It's just a mind" ;) No ale nie musimy od razu medytować z np. czakrami. Ja do dzisiaj uważam to za dziwny pomysł :P

Wracając do profitów. Zdecydowanie warto się w to szczerze zaangażować. Skuteczna praktyka medytacji wyważy każdy umysł. Bez wyjątków. Nie nie. Nie masz takiego wyjątkowego umysłu, że nie dałoby się ogarnąć :D Przez ogarnięcie, mam na myśli wprowadzenie do umysłu przestrzeni i swobody, dzięki której wszystkie nasze energie psychiczne, zasoby i emocje, znajdą swoją miejsce i będą współżyć ze sobą w zachwycającym harmonicznym tańcu. Nie tylko zyskasz upragniony spokój, ale też odblokujesz swój potencjał. Jak bardzo, zależy od tego na ile był stłumiony. Medytacja wprowadza nas w pewnego rodzaju flow i podobnie jak stan flow właśnie - odblokowuje nasze zasoby. Przestaniemy być "nadwydajni". Będziemy po prostu wydajni. Przy dozie szczęście przywiązanie do tej koncepcji odpadnie, bo już nie będziemy widzieli sensu w jej używaniu. To nie wszystkie profity z medytacji, ale mam nadzieję, że wystarczająco Was zachęciłem :)"
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
W trakcie przebywania na wspomnianej grupce dla "nadwydajnych" wrzuciłem tam 2 teksty oceniające koncepcję. Teksty są luźno powiązane z tematyką duchowości, ale szkoda na to osobny temat robić, więc wrzucam je tutaj.
Pierwszy tekst w miarę neutralnie podchodzący do koncepcji, drugi dosyć krytyczny. Powiedzmy, że ten drugi tekst to takie zwieńczenie mojego zainteresowania tym zjawiskiem. Musiałem wykrystalizować pogląd jak i przetrawić większość zniesmaczenia, które odczuwałem w kontakcie z tym kwiatkiem pop-psychologii. Myślę, że udało mi się napisać tekst bez ostrego tonu. Czy tak rzeczywiście było, nie wiem. Spotkałem się z samymi negatywnymi komentarzami (pierwszy tekst w miarę się spodobał), no ale spodziewałem się :P

Swoją drogą miałem ostatnio rozkminę - co się stało z modą na introwertyzm? Czemu już nie piszą o tym książek. A zamiast tego jest WWO i od niedawna po części nadwydajność. Z tego co kojarzę, książki o introwersji głównie przemycały przekaz "Twoja introwersja ma zalety! Choć ma też wady". Być może ktoś poszedł w pewnym momencie krok dalej w zarabianiu na potrzebie dowartościowania i powiedział "Twoja wysoka wrażliwość/nadwydajność ma zalety! Ma też wady...ale wynikają one z zalet! ;)". Aż rączki świerzbią do książek i odkrywania swojej prawdziwej natury :>

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Większość osób na grupie pewnie czytało książki Christel Petitcollin. Kojarzycie e-mail od Francois w książce "Jak mniej myśleć"? 21 Strona. Autor maila opisuje w nim autorce książki, swój dzień kiedy ją poznał, a dokładnie swój monolog wewnętrzny. Monolog ten najeżony jest pytaniami w oparciu o szczegóły, które Francois wyłapywał z otoczenia wszystkimi zmysłami. Ilość wychwytywanych szczegółów oraz liczba pytań jaką zdążał sobie zadawać może zaimponować czytelnikowi. Christel załączyła tą relację jako wyraźny przykład nadwydajności i hiperstezji wszystkich zmysłów naraz. Moim zdaniem to szkodzące ogromne uogólnienie.

Żeby przypisać takie zachowania po prostu do nadwydajności i wyczulenia zmysłów trzeba spojrzeć na mózg jak na coś co "bezmyślnie" trwoni energię na losowe działania. Biorąc pod uwagę do jakich złożonych zadań wyewoluował nasz mózg jest to raczej naiwne myślenie. Myślę, że każdy mózg stara się być "wydajny" w obrębie tego co uznaje za istotne. Procesy poznawcze obejmują nasze motywacje, tożsamość, światopogląd. Kwestie, które w większości leżą poza zasięgiem naszej świadomości. Każde działanie czy to zewnętrzne czy wewnętrzne, stara się spełnić jak największą liczbę "zadań" i być spójnym z naszym światoobrazem. Losowość nie wchodzi w grę, choć mogłoby się tak wydawać. Mamy jednak ograniczoną ilość zasobów dlatego percypując rzeczywistość pod jednym kątem, tracimy z oczu inny. Uwolnienie zasobów przez odciążenie umysłu z zadań, które są zbędne, albo niemożliwe do zrealizowania, jest konieczne jeśli chcemy dążyć do wydajności w praktycznym sensie.

Jeśli się wgłębić w relację Francois jest ona tego dobrym przykładem . Dostajemy wskazówkę od Christel - wspomina, że Francois doświadcza ciągłego poczucia nieufności. To co jeszcze możemy zauważyć w jego relacji to to, że niemal wszystkie pytania odnoszą się do świata zewnętrznego. Ponadto żadne z pytań, które sobie zadaje nie zostaje z nim na dłużej tylko przerzucę uwagę na inny obiekt.
Można więc wysunąć wniosek, że takie natarczywe analizowanie rzeczywistości jest dla Francois strategią ścisłej kontroli wydarzeń. Realizacji potrzeby, którą z jakiegoś powodu posiada, a którą można przepracować.
Petitcollin nie nasuwa za bardzo takiej perspektywy. Zamiast tego łączy ową nieufność bezpośrednio z nadwydajnością, co jest w moim odczuciu strzałem w kolano dla takiej osoby jak Francois jeśli chce zredukować swój natłok myśli.

Piszę to dlatego bo zauważyłem, że wiele osób pisze o jakichś problemach jako bezpośrednio wynikłych z nadwydajności pomijając całkiem aspekt potrzeby, jakie to działanie wewnętrzne bądź zewnętrzne spełnia. Nadwydajność jest raczej komponentem temperamentu, który zmienia dynamikę realizacji tej potrzeby, ale to zawsze potrzeba jest pierwszym ogniwem. Kwitując problem jako skutek po prostu nadwydajności już na starcie blokujemy sobie drogę do wglądu w przyczynę naszych reakcji, a w późniejszej kolejności - do jej zmiany. To nie jest tak, że taki umysł po prostu lubi dużo myśleć. Że lubi ciężko pracować. Potrzeba stymulacji owszem może być duża, ale kierunek tej stymulacji nie bierze się znikąd. Warto mieć to na uwadze :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czy nadwydajność "istnieje"? Czy ta koncepcja jest sensowna i dobra? - Moja opinia.
Tekst odnosi się do nadwydajności, choć można w ten spoób spojrzeć też na koncepcję WWO. Moim zdaniem sposób w jaki wpływają one na osobę jest bardzo zbliżony.

Nadwydajność jest w mojej opinii swego rodzaju "pudełkiem". Osądzanie w kategoriach "istnieje", albo "nie istnieje" jest dosyć ograniczające, więc nie jest to moim zdaniem właściwe pytanie. Do tego pudełka osoba wrzuca różne rzeczy. Na pewno nie jest to według mnie jednoznacznie złe. I nie jest bez sensu. Wylądują tam rzeczy, dzięki którym ktoś spojrzy na siebie łagodniej jak i na krytykę ze strony otoczenia. To jest dobre, bo może kogoś zbliżyć do zdrowej łagodności wobec siebie, jak i dobre dlatego bo wiele osób, które utożsami się z osobą nadwydajną, ma układ nerwowy rzeczywiście mocno odmienny od typowego rysu (celowo unikam słów neurotypowy i nieneurotypowy, ponieważ nie ma jakiejś jednej budowy układu nerwowego, który podziela większość osób. Poza tym te słowa niosą już dosyć silne konotacje kulturowe). Z racji tej nietypowości niektóre umiejętności społeczne czy poznawcze mogą być dla niej po prostu cięższe i "poprawka" na to, przy słuchaniu opinii czy ocenie siebie powinna być brana.

Ta poprawka jednak bardzo łatwo może stać się masywnym usprawiedliwianiem. No i tutaj dochodzimy do "złych" rzeczy, które lądują w tym pudełku. Ponieważ praktycznie zawsze w jakimś stopniu w tej całej gamie szeroko pojętych utrudnień których doświadczamy, "winę" ponoszą po części nasze biologiczne predyspozycje i po części nasze przekonania, nawyki, zasoby (czyli uwarunkowania społeczne). Pierwszego nie zmienimy za bardzo. Drugie natomiast tak. Są tam kwestie do przepracowania, najlepiej na psychoterapii. Te dwa czynniki się jednak silnie ze sobą splatają i nie da się postawić wyraźnej granicy. Nie wiemy co jest do zmiany, a co nie jest (choć na pewno coś jest). Stwierdzając, że konkretne zachowanie, postawa, nawyk jest niezmienny czy nawet charakterystyczny dla nas, prawdopodobnie utrudniamy sobie zmianę, bo pod tym "czymś" jest coś bardzo ogólnego co prawdopodobnie odnosi się też do tego co jest zmienne (choć przez nasze przekonanie o niezmienności, staje się mniej podatne na zmianę).

Inaczej mówiąc, gdy doświadczamy różnych trudności w związku z naszą "nadwydajnością", mamy mniej motywacji do skierowania się na terapię czy chociaż spojrzenia na siebie samokrytycznie. Co więcej, nawet gdy już zaczniemy chodzić na terapię to możemy utrudnić skorzystanie sobie z niej, bo w momencie gdy terapeuta zacznie nieco podważać nasze bardzo "własne" cechy, jakoby były czymś na co warto spojrzeć z dystansem, to szybko może odpalić się nam obrona w postaci "Ty mnie nie rozumiesz", bowiem na koncepcji nadwydajności zbudowaliśmy nasze poczucie wartości. Boimy się więc, że to się zawali i ponownie będziemy musieli się skonfrontować z naszymi kompleksami bez znieczulenia.
Jest też opcja, że dostaniemy diagnozę konkretnego zaburzenia, lub choroby psychicznej. No tutaj różnie może być. Diagnozy nie powinny być stawiane pochopnie i bardzo możliwe, że trafiliśmy na kiepskiego lekarza. Jest też opcja, że rzeczywiście kwalifikujemy się pod dane zaburzenie. Może być też tak, że terapeuta sam entuzjastycznie podchodzi do koncepcji typu nadwydajność czy WWO i proces terapii będzie w obrębie tej narracji. Nie mam najlepszego zdania o takich terapeutach, no ale ok. Na pewno jest to lepsze niż ograniczanie się do książek i "własnych wniosków" :) Bo w zasadzie czytanie książek nie wprowadza głębokich i długotrwałych zmian.
W każdym razie nie warto się zniechęcać i jeśli coś nas będzie mocno razić to próbować różnych terapeutów. Ryzyko usprawiedliwiania problemów nadających się na profesjonalne leczenie to jedna z wad koncepcji nadwydajności. Raczej najcięższa.

Inne ryzyko to idealizacja swoich dobrych cech w przypływie zachwytu nad własną "wyjątkowością". Może się to wydawać nieszkodliwe, ale w rzeczywistości taka idealizacja napędza wahania samooceny i przyczynia się do naszych ogólnych problemów. Bowiem idealizacja nie istnieje bez dewaluacji. Jeśli nie nas samych (w innym okresie), to innych ludzi. Ciężko zbudować koherentną osobowość wraz z takim poczuciem wyjątkowości.
Poza tym możemy tracić nieco naszej rzeczywistej wydajności na zbędne zachwycanie się sobą. Jest też ryzyko u osób predysponowanych do popadnięcia od takiej sodówki w stany hipomaniakalne, albo nawet maniakalne.

Co do samej "wyjątkowości". Nie każdy musi w takie poczucie wpaść jednak myślę, że dotyczy to większości z racji charakterystyki koncepcji nadwydajności jak i sposobu w jaki pisane są książki Christel Petitcollin (często autorka buduje bądź podbudowuje w nas coś co określiłbym jako fałszywą skromność). Dotyczy większości, jednak wiele osób się do tego nie przyzna ponieważ kłóci się to choćby z przekonaniem o swojej empatii. Nie przyzna też często dlatego, ponieważ okresy zaniżonej samooceny świadczą według niej o czymś innym. Poczucie wyjątkowości jednak bardzo często przeplata się z niską samooceną. Powiedziałbym nawet, że to poczucie JEST w istocie niejawną niską samooceną. W każdym razie to się nie wyklucza i nie jest to powód, aby nie rozpatrywać poczucia "bycia lepszym" u siebie. Wyparte poczucie własnej wyższości/niższości to jedna z podstawowych blokad utrudniających autentyczny kontakt z sobą i wgląd.

Do innych wad koncepcji zaliczyłbym umacnianie wiary w to, że ludzi da się zaszufladkować i podzielić na grupy. W tym przypadku na ludzi nadwydajnych i "normalnych". Nasza ocena zawsze będzie w jakimś stopniu generalizacją i kiedy będziemy mieli silne przekonanie, że z osobami "zwyczajnymi" się nie dogadamy, to potencjalnie izolujemy się od dużego grona osób. Zamiast uczyć się, że nie musimy mieć poczucia "połączenia dusz", żeby mieć satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi, że poczucie dysharmonii jest w dużej mierze uwarunkowane szeroko pojętym stresem i blokadami u obu osób i może zaniknąć wraz z rozwojem relacji, czekamy na idealną harmonię kultywując przekonanie, że bardzo ciężko nas zrozumieć, jesteśmy skomplikowani, otaczają nas ludzie z innego świata.

Skupiłem się na wadach używania koncepcji nadwydajności (nie nadwydajności samej w sobie), bo o zaletach już i tak się dużo mówi. Wrzucam więc ten post jako zdrową myślę przeciwwagę.
Uważam ogólnie, że potraktowanie siebie jako osoby nadwydajnej może być pomocne, ale raczej jako przystanek na drodze rozwoju osobowości. Pomaga nam pójść do przodu, ale jednocześnie obniża próg rezyliencji jaką mamy możliwość osiągnąć w całym życiu, a także...wydajności :) Rezyliencja oznacza umiejętność dostosowywania się, naszą psychiczną odporność. Domyślam się, że niektórzy teraz pomyślą, że nie chcą się dostosowywać. Nie chodzi jednak o konformizm, ale o elastyczność, która jest fundamentem zdrowej psychiki. W im więcej "twardych" narracji wtoczymy swój umysł tym trudniej mu być elastycznym i tym bardziej ograniczamy rozwój naszej osobowości. Wytaczamy mu sztywne ramy, choć może nam się tak nie wydawać.
Opisałem ryzyka koncepcji w moim odczuciu, jednak pewne kwestie myślę są nierozerwalnie połączone z utożsamieniem, bowiem nasz umysł uznaje pewne rzeczy za "prawdziwe" i "istniejące" i to ma dalekosiężny wpływ na nasz światopogląd. W końcu stara się być z tym jak najbardziej spójny.

Jeśli przeczytałeś/aś cały tekst - zachęcam do napisania opinii albo/i dyskusji :)
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
tl;dr?
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
Nie ma co się chwalić lenistwem @Nalewa . Nie zaśmiecaj tematu nic nie wnoszącymi komentarzami ;)
let's worship cats
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
Przebrnąłem :)
I zgadzam się, też krzywo patrzę na takie desperackie etykietowanie się :)
Ostatnio sporo mi reklamuje na facebooku książki o prokrastynacji. Ich sloganem jest "prokrastynacja to nie lenistwo, zobacz jak sobie z nią poradzić". Bardzo mi się podoba, że po krótkim wgłębieniu się w ich tekst przesłanie wybrzmiewa "prokrastynacja to nie lenistwo, ale TY akurat jesteś leniwy" :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1