dreaming.log
#71
# Miałam najpierw jakieś sny, zanim się obudziłam. Byłam w łazience i ostatecznie minęło ponad pół godziny, co przypadkiem chyba dało mi WBTB :)

Pojawiłam się w rozległym budynku, częściowo było to mieszkanie w bloku, częściowo coś w stylu szkoły. Szłam tymi korytarzami, zastanawiając się, czy to przypadkiem nie jest sen. Kiedy już bardziej "poczułam" ten fakt, rozległe przestrzenie wewnątrz jakoś się skurczyły, bardziej ograniczyły do rozmiarów mieszkania. Spróbowałam jakoś wczuć się w swoją postać we śnie, trochę pochodziłam, jakoś znalazłam się w miejscu podobnym do mojego pokoju. Siedziałam obok szafki nocnej, nie jestem pewna, czy na łóżku, i patrzyłam na swoje dłonie. Zacisnęłam lewą rękę w pięść i zaczęłam wysuwać szpony jak Wolverine.
# W realu ostatnio ciągle tak mam, że jak jestem zła, zaciskam pięści i wyobrażam sobie, że zaraz takie wysunę i posiekam pierwszą osobę, jaka się nawinie.
Miałam tylko pojedyncze szpony, pomiędzy palcem wskazującym a środkowym. Jakoś powoli się wysuwały, jakbym czuła opór. Szpony były wykonane z czegoś o właściwościach magnetycznych, raz przylgnęły do nich jakieś kawałki pomalowanego na czarno złomu, które odczepiłam i wyrzuciłam gdzieś na bok. Z jakiegoś powodu mogłam wysunąć je maksymalnie na ok. 12 cm.
Wstałam i spróbowałam wyjść z tego mieszkania. Kiedy wyszłam z pokoju na korytarz, obraz nagle mi się rozmazał w jedną biało-beżową nicość. Przez chwilę bałam się wywalenia, spróbowałam celowo jakoś "rozwiać" to jak mgłę.
# Z jakiegoś powodu wkręciłam sobie, że to coś bardziej skomplikowanego niż brak wzroku w LD, w których to sytuacjach zwykle po prostu używałam dotyku i szłam dalej.
Kiedy znów widziałam otoczenie, przeszłam dziwnie spiralnie biegnącym korytarzem do pomieszczenia oświetlonego dziennym światłem z zewnątrz. Wyszłam na balkon, nie chcąc sobie utrudniać życia szukaniem drzwi. Stanęłam na barierce. Było tu dużo niżej niż oczekiwałam, chociaż miałam dziwne wrażenie, że to powinno być pierwsze piętro. Na wszelki wypadek jeszcze się upewniłam, że to sen, patrząc na dłonie. Zanim zdążyłam przebić palcem rękę, palce zaczęły na moich oczach skracać się i deformować, co uznałam za wystarczający dowód. Skoczyłam na trawnik na dole.
Po prawej stronie miałam drugi taki sam niewysoki blok jak ten, który opuściłam, ten drugi ustawiony był prostopadle do pierwszego. Między tymi blokami biegały dzieci. Miałam dziwne wrażenie, że moja postać w tym śnie jest młodsza niż w realu, ale nie miałam jak tego sprawdzić. Rozejrzałam się, miałam wrażenie, że to miejsce, gdzie powinna znajdować się moja szkoła podstawowa w małej wsi. Kiedy pomyślałam o tym, moje myśli jakby bezwładną siłą rozpędu zaczęły opisywać to miejsce, jak wewnętrzny głos narratora, dyktującego mi przyszły wpis do dziennika snów. Narrator stwierdził, że tutaj dom nauczyciela stoi na miejscu szkoły, zamiast po drugiej stronie ulicy. Postanowiłam sama sprawdzić, co jest po drugiej stronie. Przeszłam pomiędzy dziećmi, zauważyłam, że teren jest jakby ogrodzony pasem wyschniętych wysokich trzcin. Trochę wyglądało to jak ściany roślin i innych obiektów w grach, ograniczające teren, gdzie można się poruszać. Ten widok wywoływał u mnie wrażenie, że po prostu "łatwiej" było wygenerować te trzciny, skutecznie zasłaniające widok, niż bardziej złożone elementy krajobrazu dalej.
Obeszłam dookoła blok, korytarzem wyznaczonym przez trzciny, znalazłam się na drodze, pokrytej cienką warstwą prymitywnego asfaltu, niewiele lepszego niż mocno ubity żwir. Po drugiej stronie stał chyba dom nauczyciela. Ruszyłam drogą w tę stronę, w którą szłabym do domu rodziców. Żeby poruszać się szybciej, chciałam najpierw lecieć. Kiedy zaczęłam się wznosić, przypomniałam sobie o rzeczy, którą chciałam kiedyś sprawdzić. Zamiast latać spróbowałam poruszać się jak Allomanci, wybijając się w górę poprzez Odpychanie od określonego punktu. Nie za bardzo byłam w stanie przełączyć się w tryb Allomancji, nie widziałam żadnych linii wokół siebie, zauważyłam też, że nie mam w okolicy metalowych obiektów, od których mogłabym się Odepchnąć. Spróbowałam zatem odtworzyć sam ten mechanizm Odpychania w linii prostej, wybrałam punkt na drodze i wybiłam się w górę. Najpierw dość nisko, spadłam po łuku jakby kilka kroków do przodu. Żeby lepiej określić punkt przy drugiej próbie, wybrałam niewielki kamyk leżący na drodze. Możliwe, że nawet go w tamtym momencie zmaterializowałam z niczego.
# Zazwyczaj mogę przy mniejszym lub większym wysiłku materializować różne obiekty bezpośrednio w polu widzenia, takie małe elementy mogę tworzyć niemal mimowolnie, nie odczuwając tego.
Odepchnęłam się od kamyka, uniosłam na jakieś 6 m w górę. Zaraz zaczęłam spadać po łuku, jako że grawitacja działała na mnie normalnie, kiedy przestałam być idealnie pionowo nad tym kamykiem, niezależnie od siły która nadal odpychała mnie od kamyka, teraz przemieszczając mnie w przód. Próbowałam jakoś przemieścić ten kamyk, co było raczej niewykonalne, albo znaleźć/stworzyć sobie drugi, żeby się Odepchnąć, ale nie zdążyłam. Spadłam na drogę. Było to raczej nieprzyjemne.
# Zawsze w snach spadanie po tym jak uniosę się do góry jest nieprzyjemne i boję się tego, chociaż właściwie przy lądowaniu nie dzieje mi się nic złego.
Idąc dalej drogą, pomyślałam, że taki sposób przemieszczania się jest znacznie bardziej niepewny, niestabilny i potencjalnie niebezpieczny, niż wcześniej sobie wyobrażałam.
Później jakoś świadomość mi odpłynęła, w którymś momencie chyba miałam FA, potem jakiś normalny sen. 
# Jak naprawdę się obudziłam, ledwie pamiętałam ten LD, aż się zdziwiłam, że zdołałam prawie to wszystko zapomnieć. Po celowym przypomnieniu te wszystkie obrazy w myślach stały się jednak wyraźniejsze niż w podobnych przypadkach wspominania normalnych snów.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#72
Chodziłam po lasach, łąkach i opuszczonych budynkach, głównie nocami, poszukując czegoś. Co jakiś czas porozumiewałam się telepatycznie albo przez jakiś niewidoczny komunikator z tajemniczą szefową, która wyznaczała mi zadania. Z tych zadań składałam jej raporty.
W którymś momencie wycinałam próbki drewna z małego pnia ściętego drzewa, używając do tego mojego "lepszego" noża. Od tego jakoś wykrzywiłam czubek ostrza. Bardzo mnie to zmartwiło, nie wiedziałam, jak to naprawić. Skądś wziął się w pobliżu V., powiedział mi, że to na szczęście nie jest chyba całkiem nieodwracalne.
Później szukałam jakichś szczególnych drzew. Telepatyczny głos szefowej wspomniał coś o pomniku przyrody. Przemieszczałam się po linach rozpiętych między drzewami. Pod koniec znalazłam się na czubku bardzo wysokiego drzewa, o nierozgałęzionym, prostym pniu. Miałam stamtąd zejść przy użyciu czegoś w rodzaju huśtawki na linie, co było jakby owinięte wokół drzewa i rozwijając się spiralnym ruchem wokół pnia, obniżało się. Poruszałam się w ten sposób z przerażającą szybkością, bardzo bałam się, że spadnę i kurczowo ściskałam rękami linę.

=================================================

Miałam jechać gdzieś pociągiem. Posiadałam niejasną wiedzę, że właściwie jest to powrót, po jakimś wyjeździe. Ja i V. czekaliśmy na podziemnym peronie. Czerwono-białe pociągi, podobne do warszawskich podmiejskich, mijały nas z dużą szybkością. Trudno było zdążyć, żeby wsiąść. Powiedziałam, że pewnie jak przyjedzie nasz, nie zdążę, V. zapewnił mnie, że wcale tak nie będzie. Jednak jakoś naprawdę nie zdążyłam, on wsiadł i pojechał. Potem dzwoniła do mnie mama, denerwowała się, pytała, jakim sposobem nie zdążyłam. Jej nadopiekuńczość mocno mnie irytowała, nawet zaczęłam przez to mieć pewną satysfakcję z sytuacji, w jakiej się znalazłam, czułam, że coś stało się na przekór mojej mamie.

=================================================

# Uwaga, pojawiają się motywy na pograniczu pornografii!

Siedziałam w pokoju chemicznego koła naukowego na dawnym wydziale. Na fotelu przed biurkiem siedział student, który był chyba połączeniem kilku znanych z jawy osób. Jakoś przez chwilę widziałam do w postaci prześwietlenia, z którego wynikało, że chyba miał dwa penisy, poruszające się jak macki. Nie wytrzymałam i spróbowałam go o to pytać. W końcu niechętnie się poddał i powiedział, że może mi pokazać, jak tak bardzo chcę. Ściągnął spodnie i bieliznę i okazało się, że ma nienaturalnie długi penis, który poruszał się jak macka, nad nim miał węższe i dłuższe prawdziwe macki. Tym wywijał już we wszystkie możliwe strony. Potem przyznał się, że żaden z tych narządów nie jest jego prawdziwym, bo on urodził się z wadą wrodzoną, a potem dorobił sobie bioniczną protezę z tym penisem i mackami. Sprawił, że kawałek ciała, owalna płaszczyzna, wraz z mackami i penisem, odczepiła się od jego tułowia i zaczęła pełznąć po podłodze pod biurko. Ten chłopak zdalnie tym sterował. Powiedziałam coś w stylu: "Ty jednak naprawdę jesteś cholernym robotem".
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#73
Ktoś tu ogląda męskie Hentai :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#74
Nie oglądam właśnie... A takie rzeczy tam są? :P
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#75
Tak. Choć to i tak nic w porównaniu z tym co znalazłem w odmętach internetu eeeee tzn. kolega mi mówił ,że znalazł :">
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#76
Ja i V. podróżowaliśmy steampunkowym pojazdem kosmicznym na jakąś zamieszkaną planetę. Kiedy otworzył się właz i wysunęła taka ukośna rampa, wyszło nam na powitanie kilkoro mieszkańców tego świata. Ubrani byli jasno, w większości w długie białe albo jasnoszare szaty. Wyglądali trochę jak oświeceni mnisi, zwłaszcza, że część miała jeszcze długie śnieżnobiałe włosy. Najwyższa kobieta w białej szacie, która chyba postanowiła zostać naszą przewodniczką, weszła do nas na górę i powoli sprowadzała nas na ziemię po rampie. Idąc u naszego boku, mówiła z pewną dumą, jak bardzo na ich świecie rozpowszechniona jest magia i jak wielu spośród mieszkańców jest obdarzonych mocą. Odpowiedziałam wtedy z lekką przekorą, że ja i V. jesteśmy jednymi z najpotężniejszych na naszej planecie, gdyż posiadamy wszystkie Allomantyczne moce, co obecnie jest prawie niemożliwie unikalne. Mówiąc to, miałam świadomość jak niesamowitym zbiegiem okoliczności było to w owych czasach degeneracji krwi.
Poszliśmy do domostwa, w którym przebywało dużo osób. Gospodarze - nie jestem pewna, czy do nich należała nasza przewodniczka, ale prawdopodobnie tak - przygotowali poczęstunek. Część osób usiadła wokół niskiego stołu, w pomieszczeniu przypominającym salon w domu moich rodziców, ale większym, jaśniejszym i posiadającym więcej drzwi wyjściowych do innych pomieszczeń i korytarzy. Wtedy też niektórzy z obecnych ujawnili tę szeroko rozpowszechnioną moc. Mogli oni jakoś przekształcać swoje pozytywne lub negatywne uczucia w coś w rodzaju energii Qi i wypuszczać ze swojego ciała a następnie nadawać temu formę i działanie. Jakoś zrozumiałam, że dużo łatwiej jest przekształcać w energię radość niż smutek. Kilka kobiet w długich szatach ze śmiechem zachęcało mnie i V., żebyśmy sami spróbowali tak zrobić. Chyba chodziło im o to, żebyśmy w przypadku niepowodzenia - wszak nie mając pokrewieństwa z tutejszym ludem nie mieliśmy skąd mieć tej mocy - stracili część naszej pewności siebie. Siedziałam przy tym stole-ławie razem z mieszkańcami i próbowałam jakoś wypuścić z siebie chmurę energii, naśladując innych siedzących, którzy zaczęli się bawić tą mocą. Nie byłam w stanie nic zrobić, dziewczyny siedzące naprzeciwko miały z tego ubaw. Pomyślałam, że to może dlatego, że odruchowo chciałam użyć radości, a będąc ogólnie raczej smutna, nie miałam jej w sobie.
Na chwilę nastąpił przeskok, ja jakbym opisywała to wszystko w dzienniku snów. Do połowy był to zeszyt, do połowy tablet, w którym okno z otwartym dziennikiem miałam jakoś tak ściśnięte w rogu ekranu jak czasem miewam w EXWM. Niewygodnie było tak pisać, tekst uciekał za ekran, zatem przestałam. 
Odeszłam od stołu, przeszłam korytarzem na jakiś rodzaj dziedzińca. Po drugiej stronie, pod dachem był stół warsztatowy, chaotycznie zawalony narzędziami. Stał przy nim dość potężnie zbudowany gość, trochę wyglądający jak stereotypowy chłop z kreskówki. Stanęłam obok, oparłam się łokciami o blat. Przez chwilę o czymś rozmawiałam z tym mężczyzną, potem znów spróbowałam emitować energię. Tym razem skupiłam się na smutku i coś poczułam. Wyciągnęłam rękę w miejsce, gdzie mniej więcej musiałam wypuścić oddech. Poczułam, że powietrze jest zagęszczone i gorące. Powiedziałam, że zdołałam to zrobić, wtedy otoczyły mnie bardzo młode dziewczyny, prawie dzieci, wyraźnie zachwycone moim wyczynem. Miałam niejasne wrażenie, że one albo jeszcze nie odkryły u siebie mocy, albo dopiero uczyły się tego używać, dlatego budziło to w nich tak silne emocje. Sięgały ręką i dotykały małego skupienia energii nad tym stołem. Któraś z nich spytała, co zrobiłam, odpowiedziałam wówczas coś w stylu, że to energia mojego smutku, albo coś podobnego. Zaraz pomyślałam, że to źle brzmi, tak trochę jakbym była dumna i afiszowała się z tym, że jestem nieszczęśliwa.
Potem znów weszłam do wnętrza budynku. Przewodniczka w białej szacie znalazła się obok. Zaczęła mnie wypytywać, jak właściwie to zrobiłam, bo raczej nie powinno mi się udać. Odpowiedziałam, że mam w sobie siedem kolców Hemalurgicznych i do tej pory nie byłam pewna, co one mi dają, teraz w końcu może zaczęłam to odkrywać. Czułam wielką chęć zabawy tą energią, skoro już mniej więcej wiedziałam, jak to robić. Wróciłam na moje miejsce przy stole i wzięłam do ręki pudełko, nieco większe niż paczka papierosów. Koncentrowałam się na nim, żeby oddziaływać tą energią, wtedy coś jakby zaczęło rozsadzać ciśnieniem to pudełko od środka. Któraś z siedzących obok kobiet powiedziała, żeby uważała, bo zaraz je ugotuję. Odpowiedziałam, że raczej nie bo do ugotowania potrzebna byłaby woda, a to jest suchy papier. W sumie miałam wrażenie, że to pudełko, coraz bardziej drgające, zaraz ulegnie samozapłonowi. Przestałam się tym bawić, jak ktoś przyniósł deser.
Kiedy jadłam, skądś pojawiła się moja mama. Miała normalne ubranie, dziwnie wyglądała na tle tych wszystkich postaci rodem z fantasy. Zaczęła się czepiać, że nic dziwnego, że tak utyłam, jak jem słodycze. Poczułam irytację i zmęczenie. Powiedziałam, że to bardzo dziwne, bo w tej chwili jem słodycze pierwszy raz od dwóch lat i na prawdę nie sądzę, żeby mi to miało zaszkodzić.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#77
Przebywałam z mamą i siostrą w domu rodziców. Nocowałyśmy w starym pokoju, który wyglądał mniej więcej tak jak przed przemeblowaniem. Siedziałam na górnym łóżku piętrowym i patrzyłam w dół. Widziałam, że po podłodze biegało coś rozmiaru myszy, niebiesko-zielone, z metalicznym połyskiem. Siostra zaczęła z dołu krzyczeć, że coś tu jest. Powiedziałam, że to wyjątkowo wielki skarabeusz i że jest bardzo ładny. Niechętnie zeszłam na dół, żeby go złapać. Z bliska okazało się, że to zbiegła z laboratorium zmutowana mysz, z zielono-niebieskim fluorescencyjnym futerkiem. Spodobała mi się, wzięłam ją na ręce. Przeszłam do salonu, tam też biegała jakaś mysz, najprawdopodobniej również mutant, chociaż już bez dziwnych kolorów. Miała odcięty ogon, który później znalazłyśmy na podłodze pod stołem. Mama podniosła ten ogon i wyrzuciła go na podwórko. Zauważyłam, że pod zabytkowym stolikiem od maszyny do szycia coś się rusza. Podeszłam bliżej. Był tam okrągły ptak porośnięty puchem, trochę jak z Angry Birds, tylko ten miał nieproporcjonalnie długie nóżki. Jakoś wiedziałam, że to nie jest ptak, tylko zmutowana mysz z ptasimi genami. Wzięłam to stworzenie na ręce. Miałam wówczas ręce wolne, wcześniej musiałam puścić kolorową mysz, chociaż nie zarejestrowałam tego momentu. Nastąpił jakiś przeskok o kilka/kilkanaście godzin albo do następnego dnia. Okazało się, że ta fluorescencyjna mysz odgryzła sobie ogon i zostawiła go pod ławą w salonie. Podniosłam ten ogon, był on nienaturalnie powiększony i pokryty świecącymi błękitnymi włoskami. Mama powiedziała coś o tym, że gryzonie może są urocze, ale mają takie obrzydliwe ogony. Ja zaczęłam myśleć, że to jakiś rodzaj celowego działania wyższej inteligencji. Owe myszy były rodzajem oświeconych istot i pozostawiały nam te ogony jako amulet ochronny przed nieokreślonym zagrożeniem, które miało wkrótce nadejść.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#78
Super :) Uwielbiam oświecone istoty i wszystko, co zmutowane :)
Oceniam post, nie użytkownika.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#79
Już chyba kiedyś się dzieliłem skojarzeniem z Jerboa :)

https://www.youtube.com/watch?v=bvoFTZ1Luro
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1