dreaming.log
#21
Byłam u jakiegoś lekarza, chcąc wyleczyć wyjątkowo dorodną opryszczkę na ustach. Dostałam jakieś pastylki, ale okazało się, że to jakiś działający przez cały dzień środek halucynogenny, od którego widziałam smugi srebrnego światła. Na opryszczkę to nie pomogło. Zirytowałam się, gdzie szukać kolejnego lekarza, skoro ten to zwykły szarlatan.

===========================================

Byłam w jakimś mieście, przypominającym miejscowości w Albanii albo Macedonii. Niby byłam tam rekreacyjnie, ale jednocześnie byłam w trakcie egzaminów i była tam ze mną profesor P. Kilka razy musiałam u niej odpowiadać. Pod koniec egzaminów spytałam ją o coś z dziedziny biochemicznej, ona po tym jak odpowiedziała, dodała, że nie czuje, że jej wiedza jest pełna, że pewnie mogłaby się więcej nauczyć swego czasu w tym prosektorium (??)

===========================================

# Dzisiaj w nocy, chyba LD, wywołany niewygodną pozycją i szybkim odpłynięciem

Czułam, że coś ściska moje ciało, naciska na plecy. Rozejrzałam się. Byłam w jakimś mieszkaniu w bloku, gdzie korytarz zakręcał. Stwierdziłam, że musiałam przysnąć i to już sceneria snu. Przeszłam tym korytarzem do końca. Cały czas czułam nacisk i jakby blokujące moje ruchy zagęszczenie powietrza. Weszłam do dość dużego, pogrążonego w półmroku pokoju, w którym ktoś był. Obcy młody mężczyzna. Nie musiałam patrzeć w jego stronę, czułam po prostu, że on tam stoi. Na stoliku na środku pokoju stała pusta szklana butelka. Jak na chwilę się odwróciłam, na jej miejscu były już odłamki tłuczonego szkła. Pomyślałam coś o tym, że wcale mnie nie dziwi niestabilność tego otoczenia. Podeszłam do drzwi balkonowych i otworzyłam je. Wyszłam na balkon, chciałam się zorientować, gdzie jestem. Obudziłam się zaraz potem, cały czas zresztą czułam, że się obudzę.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
Dom rodziców znajdował się na jakiejś kreskówkowej pustyni, pod pomarańczowo-różowo-fioletowym niebem. W pokoju, gdzie w realu jest "gabinet" mamy było coś w rodzaju pokoiku w domu uciech. Siedziałam tam z moją ciocią. Ciocia miała kolorowe lakiery do paznokci, które najpierw mnie i mojej siostrze (która w tym śnie była jeszcze nastolatką) pożyczała, potem już krzywo na to patrzyła. Ja zdążyłam jeszcze pomalować sobie niektóre paznokcie, zanim ciocia zaczęła być o to na mnie zła. Zezłościłam się i zaczęłam zmywać te paznokcie. Rozmyślałam o tym, że "kto daje i odbiera..." i dziwiłam się tej cioci nieżyczliwości.

===========================================

Miała nadejść katastrofa, coś w rodzaju inwazji obcej cywilizacji na Ziemię. Jednocześnie do walki z obcymi miały stanąć liczne rzesze niepowiązanych ze sobą zwyczajnych ludzi. Większość działań dokonywało się jakoś zdalnie albo telepatycznie, tak, że nie było widać żadnych efektownych scen walki :( Grupa dowodzona przez Billa Gatesa robiła sabotaż, utrudniając działania obrońców planety. Jakoś tak jakby w końcowych scenach, kiedy ludzie gromadzili się na plaży i mieli gdzieś się wystrzelić z katapult, jakaś niska czarnowłosa dziewczyna, latająca na lotniach, w końcu pokonała, chyba także telepatycznie, Billa Gatesa i jego ludzi. Ludzie mogli wystrzelać się gdzieś ponad morze bez przeszkód. W którymś momencie stało się jasne, że już pokonali tych kosmitów, ale niektórzy z rozpędu nadal się wybijali i lądowali gdzieś w morzu. Ta dziewczyna, która umożliwiła im atak, leżała na piachu i się śmiała.

===========================================

Stałam w nocy na podwórku między kilkoma wiejskimi chałupami. Z jednej z nich na wozie wyjechał katafalk z trumną i świecami. Świec było sześć dookoła zwłok, jedna gdzieś pośrodku trumny. Tylko ta jedna się paliła, fioletowym ogniem. Zaczęłam pytać człowieka, który wypychał te wozy z trumnami z domu, po co te inne świece, skoro i tak ich nie zapala. Chciałam dopilnować, żeby kolejnym razem zapalone były wszystkie, ale i tak się nie udało.

===========================================

Byłam w dość dużym pokoju (sypialni? garderobie?) z żółto-pomarańczowymi ścianami. Mierzyłam jakieś ubrania, ciągle musiałam rozbierać się i coś zakładać. Kiedy miałam wyciągnięte i odsłonięte ręce, jakaś starsza kobieta, która pomagała mi się przebierać, spytała, czemu mam na nadgarstku zawiązany ten sznurek. Jęknęłam w duchu na myśl, że zaraz będę musiała te skomplikowane rzeczy tłumaczyć, ale na szczęście obudziłam się, zanim to zrobiłam.

===========================================

# Dedykacja dla Se. dzięki któremu większość pomieszczeń w moich snach ma teraz pomarańczowe ściany :P
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
Byłam na polu za domem rodziców i wiedziałam, że przed czwartą muszę być na wydziale. Odległości były tam większe niż w rzeczywistości, tak, że musiałam przejść kilka kilometrów do samego domu, potem ten kilometr na przystanek. Jakoś tak się złożyło, że część budynków Politechniki była w Bełchatowie. Niewiele to pomogło, bo kiedy biegłam na przystanek, była już prawie czwarta. Poczułam, że jestem głodna i zaraz umrę, jeśli czegoś nie zjem. Siedząc w autobusie, liczyłam pieniądze i rozważałam gdzie w mieście mogę coś szybko zjeść.
Wjechałam do miasta, wyglądało trochę bajkowo, jak miasteczka Mikołaja w filmach familijnych. Choinki na zasypanych śniegiem rondach, jakieś dziwne ozdobione mostki przechodzące nad ulicami. Dotarłam w końcu do wydziału, przypomniałam sobie, że tam jest bufet. Weszłam do środka, zatrzymałam się za drzwiami. Po lewej stronie stały automaty do kawy, obok były schody do piwnic. Z dołu przyszli V. i dziewczyna podobna do Szefowej od Psychopatów. Starałam się przejść za nimi tak, żeby mnie nie zobaczyli i nie zaczęli pytać, dlaczego nie idę wprost do Jaskini Nerdów. Przeszłam korytarzami dalej, do bufetu. Po lewej stronie było okienko, którym wydawali jedzenie, teraz przymknięte. Po prawej było wbudowane w ścianę wysokie biurko, za nim siedziała starsza siwa kobieta. Pomyślałam sobie, że to wygląda jak sąd i chyba zostało stworzone właśnie po to, żeby stresować i onieśmielać studentów.

===========================================

Dziwna historia toczyła się jakby obok mnie, jak film. Czułam, że to film w dwóch częściach.
Młoda dziewczyna zmieniła się w kobietę-kota. Mogła albo przybierać ludzką postać, albo takiej humanoidalnej kocicy o niebiesko-fioletowej sierści. Jej matka nie była zadowolona z tych zmian i zabrała dziewczynę do instytutu, gdzie naukowcy w białych fartuchach mieli coś z tym zrobić. Kobieta twierdziła, że ta zmiana wpłynęła na charakter dziewczyny i głównie to jej przeszkadzało.
Najpierw zaczęła się skarżyć, że jej córka zjada żywcem dżdżownice, objada się nimi bez opamiętania i od tego wymiotuje.
Ja pomyślałam wtedy z rozbawieniem, że koty chyba mogą bez problemu zjadać dżdżownice i nie wiem, w czym jest problem.
Potem matka dziewczyny stwierdziła, że jej córka wobec innych osób jest taka otwarta, chętnie z nimi rozmawia, a przy niej jest milcząca i zamknięta i to jest bardzo zły znak. To wydało mi się jeszcze bardziej absurdalne, myślałam sobie, że też nie miałabym ochoty z nią rozmawiać, gdyby była moją matką i tak się wszystkiego czepiała :D
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
Było to coś w rodzaju komputerowej gry strategicznej.
Trzeba było przebiec pod ostrzałem do wrót animowanej twierdzy, poprzez trawnik wyglądający jak zielona guma. Główny bohater stracił już kilku towarzyszy. Na następną towarzyszkę, która miała mu pomagać wybrał Ra'San Ael, wybrankę krwi, która po trafieniu piorunem odblokowałaby swoje zdolności. Przy pierwszej próbie zdobycia twierdzy zresztą to się stało.
Potem jakoś dobiegli do tych wrót, ale nastąpił przeskok do innych snów.
Ten główny bohater zmienił się częściowo w dawnego kolegę ze studiów, Testera i w tej postaci podróżował ze mną w roli tej Ra'San Ael po pustyni. Ja, używając mniej więcej takich samych technik jak w LD, wytwarzałam w dłoniach pioruny, potem, też takim sposobem, sprawiłam, że niebieska kilkumetrowa błyskawica uderzyła z nieba w piach. Czułam przy tym, że to ten sam, znany dobrze sposób, ale nie uświadomiłam się od tego :(
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
Grałam z jakimś bliżej nieokreślonym człowiekiem na automatach. Chodziło o to, żeby stworzyć sobie postać i pojedynkować się z drugim graczem. Każdy przed sobą widział kwadrat, na nim schematyczne przedstawienie twarzy postaci, broni, zdeformowanej stopy ze zwierzęcymi szponami i czegoś jeszcze, trudnego do zidentyfikowania. Po jakimś czasie zauważyłam jeszcze, że tam są wzory, które nadawałyby się na tatuaż.
Kiedy przestałam grać, pomyślałam, że może naprawdę zrobię sobie jeszcze jakiś tatuaż. Zaczęłam wymyślać wzory. Wizja, która najbardziej mi się spodobała, przedstawiała alchemiczne symbole żywiołów na nadgarstkach i stopach, na klatce piersiowej i plecach stylizowane wizerunki Słońca i Księżyca. Potem pomyślałam, że z tymi nadgarstkami i stopami będzie to trochę przypominać stygmaty, co byłoby zabawne w przypadku ateistki/agnostyczki.


============================================

# Początek tego snu doskonale wiem, czym był spowodowany :/

Miałam rejestrować się na przedmioty na nowy semestr. Byłam zdziwiona, że jest ich więcej niż powinno być w teorii. Z planu wynikało, że większość wykładów ma być na początku tygodnia, potem tylko dwie godziny dziennie. Patrząc na plan, wyliczałam w myślach, jak to ustalić, żeby łącznie wyszło jak najmniej godzin.
Po zapisaniu się, poszłam na uczelnię. Budynek wydziału w tym śnie przypominał bardziej moją szkołę podstawową. 
Miałam jakieś sprawy o załatwienia, potem spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że chyba właśnie się spóźniłam i ominęły mnie zajęcia. Żeby się upewnić, pobiegłam do miejsca, gdzie w szkole podstawowej znajdowałaby się świetlica, a tam było coś w rodzaju dziekanatu i obok drzwi na tablicy korkowej wywieszone były plany dla studiów drugiego stopnia. Spojrzałam na plan czwartkowy. A jednak się nie spóźniłam, wykłady miały być od 20:20 do 22:30. Zdziwiłam się jednak, bo wydawało mi się, że jak wcześniej widziałam ten plan, to godziny się różniły.

# Miałam takie niejasne przeczucie, że coś jest nie tak, że się zmieniło, ale nie uświadomiłam się :(

Następny sen po obudzeniu się na chwilę był jakby pośrednią kontynuacją. Ja i kilka koleżanek z mojej grupy miałyśmy robić jakiś projekt i napisać z niego sprawozdanie. Chodziłyśmy długo po budynku wydziału, który tym razem jeszcze inaczej wyglądał, zanim znalazłyśmy spokojne miejsce, gdzie dało się spokojnie usiąść i wziąć do pracy. Musiałyśmy w pierwszej fazie doświadczeń zrobić coś z wydłużonymi kryształami siarczanu miedzi, leżącymi na dnie naczynia z roztworem. Problem polegał na tym, że roztwór zawierał duże ilości wody i kryształy się rozpuszczały. Zastanawiałyśmy się, co z tym zrobić. Podeszła do nas starszawa pracownica uczelni i poradziła, żebyśmy dodały do naczynia mieszankę szkła wodnego pół na pół z wodorotlenkiem sodu. Ja miałam do tego sceptyczne podejście i zażartowałam, że zaraz to te kryształy pędy wypuszczą i tyle z tego będzie. Naprawdę trochę tych nitek z kryształów wyrosło, ale jakoś rozwiązało to problem rozpuszczania. Rozejrzałam się po grupce siedzącej przy małym kwadratowym stoliku i stojącej wokół. Siedząca po mojej prawej stronie dziewczyna, bardzo podobna do pewnej osoby z mojego liceum, pisała coś po rozrzuconych na całym blacie kartek i wydawała się bardzo zadowolona. Ostatecznie dalej robiłyśmy eksperymenty z tym szkłem wodnym. 
Miejsce gdzie stał stolik, było w pobliżu klatki schodowej. Schody otaczały coś, co przypominało ciągnące się przez wiele pięter akwarium w ZOO. W dolnej części, przy dnie stylizowanym na naturalny piasek i skały, był odpływ, coś w rodzaju jaskini z dawnych gier komputerowych. Woda jakoś napływała z górnych pięter, przemieszczała się w dół, przy tym odpływie robił się wir i była zasysana do ciemnych tuneli i dalej do kanalizacji. W tym akwarium pływały dwie wielkie jasnoszare ryby.
Z jakiegoś powodu nasze doświadczenia zwiększyły skalę i używałyśmy całej objętości tego akwarium. Tam też dałyśmy szkło wodne i wodorotlenek. Ja tylko czekałam, kiedy od tego szlag trafi ryby. Ryby pływały sobie w kółko, czasem zbliżając się do szyby, w którymś momencie naprawdę zaczęła schodzić z nich skóra. Potem pływały bardziej bezwładnie i w końcu zostały wessane przez odpływ. Dziewczyny z grupy dziwiły się, dlaczego właściwie ryby zdechły, ja z irytacją i pewnym rozbawieniem powiedziałam, że przecież pływały w roztworze wodorotlenku sodu.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Miałam spotkać się z księdzem w takim małym, zagraconym biurze jak w filmach o XIX-wiecznych podróżnikach. Byłam zestresowana i bałam się, spodziewałam się wszystkiego najgorszego po tym spotkaniu. Obawiałam się, że znów skończy się to prawie-awanturą. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, ksiądz był dla mnie dziwnie uprzejmy, uśmiechał się, nawet trochę żartował. Dał mi jakieś trzy koperty z dokumentami i mówił, że to już na pewno mi pomoże w dokonaniu apostazji. Ja grzecznie podziękowałam, myśląc przy tym, że przecież nawet bez tego już dawno dałam sobie radę. Uznałam, że mogę skorzystać z okazji i przy pomocy dokumentów z tych kopert w jakiś sposób sprawdzić, czy w końcu mi się udało. Ksiądz wcisnął mi jeszcze gazetkę z rodzaju tych, które świadkowie Jehowy dają czasem na ulicy i zażartował sobie z tego, że ja jestem heretyczką czy coś. Potem dał mi do zrozumienia, że już późno i wszyscy mają to biuro opuścić, on też. Zebrałam wszystkie papiery, prawie wypadały mi z ręki, jak ułożyłam z nich stos. Z trudem szłam za księdzem do drzwi, starając się nic nie upuścić. Przed drzwiami zerknęłam jeszcze w lustro, powieszone na prawo od nich. Zobaczyłam dziwne deformacje mojej twarzy i nosa, tak mnie to zszokowało, że obudziłam się :D
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
Akcja działa się w jakimś alternatywnym świecie, coś jak ta wizja z "Pomnika Cesarzowej Achai". Jeden świat ściśle połączony z drugim, stojącym cywilizacyjnie trochę wyżej i infiltrujące ich wszystkich Istoty z Oceanu - coś jak Reptilianie.
Armie tych najmniej cywilizowanych, dowodzone przez tych drugich z kimś walczyły na łące. Na tych "dobrych" spadały pociski i bomby. Jedna dziewczyna, z tych jakby głównych bohaterów, dostała, coś stało jej się w nogę. Zignorowała to i dalej walczyła. Najpierw to wyglądało tak, jakby miała zdarte kolano, ale z czasem się pogarszało i w końcu miała rzepkę i pół kości piszczelowej na wierzchu. Usiadła na ziemi i czekała, w końcu przyszedł do niej zaprzyjaźniony starszy doktor, pochodzący z tej bardziej zaawansowanej cywilizacji. Powiedział jej, że może zrobić jej operacje, ona, tak częściowo żartem, spytała, czy zrobi to pod narkozą. Doktor zaczął się śmiać, dał jej jakiś wywar do picia. Zanim zasnęła, dostała zdolności wizjonerskich i zobaczyła coś, z czego dało się wywnioskować, że ten doktor to zakamuflowana Istota z Oceanu. W tym momencie ta scena zmieniła się w kolejne, ułożone jedna nad drugą klatki komiksu. Na ostatniej były biało pomarańczowe chmury z jakimiś napisami, niby ostatnimi myślami tej dziewczyny przed zaśnięciem.
Potem przeskok do jakiejś karczmy, już chyba jakiś czas później od tamtej bitwy. Ta dziewczyna też tam była. Miała opatrunek na nodze i kulała. Jej starsza koleżanka dogryzała jej z tego powodu, ta dziewczyna powiedziała wtedy, że straciła jakieś tam ścięgna, dlatego nie może na razie wyprostować tej nogi.
Kolejny przeskok, armie znów idą łąką. Przechodzi to w łąkę za domem rodziców. Ludzie zbliżają się do stawu dziadka. Po drugiej stronie w szeregu stoją członkowie jakiegoś plemienia, w środku szeregu Asterix i Obelix. Na widok nadchodzących Obelix mówi coś drwiąco, że Inkowie przyszli z nimi walczyć.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
# Jakieś dziwne akcje, spowodowane chyba:
# a) tym, że ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat LD
# b) wyrzutami sumienia, że ostatnio nie mam czasu praktykować

===========================================

Byłam w dziwnym budynku, z krętymi korytarzami, w których ściany były wyłożone drewnem, jak wiele lat temu w domu moich dziadków. Za zakrętem jednego z korytarzy było coś w rodzaju zagraconej sypialnio-pracowni. Przy ścianie obok drzwi stał szeroki tapczan przykryty żółtą narzutą. Obok stanęła dziewczyna z krótko obciętymi blond włosami. Najpierw po prostu stałyśmy i gadałyśmy, potem jakoś tak się stało, że leżałyśmy na tym tapczanie, ściskając się i całując. Myślałam sobie, że może po prostu jestem lesbijką. Próbowałam analizować, czy czuję się jakoś "inaczej". Nie doszłam do żadnych twórczych wniosków, bo twarz blondynki nagle zaczęła się zmieniać. Stawała się spuchnięta jak twarz topielca, blada, jedno oko się zmniejszyło, drugie pokryło szarawą mgłą i powiększyło. Cofnęłam się od tej zmory i pomyślałam sobie, że skoro to i tak sen, to mogę się obudzić. Jakoś się na tym skupiałam aż w końcu "obudziłam się" w tym samym miejscu.
Przez pomieszczenie, w którym byłam, przechodził facet. Nie jestem tego pewna, ale chyba czarnoskóry. Pchał przed sobą rodzaj wózka, składający się z dwóch elementów - małego, zamontowanego na czymś w rodzaju rury do odkurzacza i dużego, z czerwonego plastiku, przypominającego te większe koszyki w niektórych marketach. Mężczyzna w tym czymś przewoził zakupy przez labirynt korytarzy tego budynku.
Poszłam za nim. On zaczął mi tłumaczyć, że przecież nie muszę chodzić tak z tym kikutem palca na wierzchu. Spojrzałam na swoją rękę i rzeczywiście, końcowy człon przedostatniego palca miałam usunięty. Odpowiedziałam, że to przecież niczemu nie szkodzi. Szliśmy dalej tymi korytarzami, w którejś chwili ja przejęłam od niego wózek. Sterowało się tym jeszcze trudniej niż wyglądało to z boku. Dotarliśmy do odgałęzienia korytarza odchodzącego od kąta pustego pomieszczenia.

# Tutaj już zupełnie wyglądało to jak sceneria z gry Rayman 2.

Mężczyzna powiedział, że najlepiej, żeby teraz wlazła tam z tym wózkiem, bo kto pierwszy się wepchnie, ma prawo pierwszy przejechać. Panowało tu coś w rodzaju ruchu wahadłowego. Weszłam do korytarza, zobaczyłam, że po lewej stronie jest nisza w ścianie. Tam zaczęła się chować kilkuletnia dziewczynka z wózkiem dla lalek, aby zejść mi z drogi. Na drugim końcu korytarza stała kobieta z czymś podobnym do spacerowego wózka dla dziecka. Przepuściła mnie.
W następnym pomieszczeniu czarnoskóry mężczyzna zaczął mnie pytać, jak ja to zrobiłam z tym palcem, że zdołałam od czasu operacji tak szybko się zregenerować. Zaczęłam mu wyjaśniać, że przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego, potem coś nie chciało mi się zgadzać - jako datę operacji podałam 15 marca, czułam coś, że to nie może być prawdziwa data. Powiedziałam, że to też/nadal musi być sen, bo tak w ogóle w realu nadal mam za mało krwi, żebym zdołała się tak szybko zregenerować.
Naprawdę się obudziłam.

===========================================

Kręcona była ekranizacja jakiejś szkolnej lektury na temat wojny albo komunizmu. Ulicami jakiegoś miasta, przeczucie podpowiadało, że rosyjskiego, szedł pochód. Z okien domów, wyglądających trochę jak w filmach o starożytnym Egipcie, wyglądali oburzeni ludzie i coś krzyczeli do idących, w większości przypadków nie były to rzeczy życzliwe. Z jednego okna wyglądała biała niedźwiedzica o humanoidalnej sylwetce. Facetka, która była reżyserem tego filmu albo kimś w tym rodzaju, wyjaśniła, że to ma być alegoria którejś tam carycy. 
Dwaj nastoletni aktorzy jakby sami kręcili jakieś inne sceny, które miały być bliżej końca filmu. W tych scenach przebrani chłopcy, bawiący się w Indian na łące na wzgórzu, mieli przypadkiem coś zobaczyć. W niektórych momentach pojawiały się sceny z wnętrza ich wyobraźni. Wtedy oni naprawdę byli Indianami, byli znacznie starsi, a całe sceny robiły się animowane jak w kreskówce.

===========================================

Leciałam nad czymś w rodzaju toru przeszkód albo toru wyścigowego. Wyglądało to trochę jak w starych grach. Jak byłam wyżej, sceneria wyglądała bardziej jak makieta, z bliska stawała się realistyczna. Też miałam przeczucie, że to sen, coś też mówiło mi, że latanie przychodzi mi z taką łatwością, bo jestem w tym miejscu, w strefie specjalnych oddziaływań. W którymś momencie na drodze w tej makiecie znalazła się moja mama. Chciałam jej pokazać, jakie tu są możliwości i uniosłam się tak wysoko, że w którymś momencie trudno mi było to kontrolować.
Później, jak już opuściłam ten dziwny tor przeszkód, jeszcze wiele razy próbowałam latać. Tym razem było bardzo trudna, efekty były prawie żadne. Kiedy mama patrzyła na mnie dziwnie, tłumaczyłam jej, że przecież to też jest sen i musi się w końcu udać.

===========================================

# Oczywiście to wszystko były niestety tylko sny o LD :/
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
Ja i siostra znów mieszkałyśmy z rodzicami. Długo spacerowaliśmy po łąkach, wyglądało to na okolice wsi, w której mieszkaliśmy wiele lat temu. Wróciliśmy do domu, ja i siostra poszłyśmy spać. Obudziłam się następnego dnia częściowo ślepa, przez zamknięte oczy widziałam jakby łunę beżowego światła. Nie miałam w pełni władzy nad rękami i nogami, miałam drgawki, nie mogłam wstać. Kiedy częściowo to przezwyciężyłam, przerażona poszłam do mamy, mówiąc jej, że coś się dzieje i boję się, bo nie chcę być kaleką. Mama zaczęła tłumaczyć, że to nic takiego, na pewno nie będę kaleką, że to tylko ze zmęczenia, bo poprzedniego dnia zrobiliśmy ileś tam kilometrów. Jakoś nie mogłam w to uwierzyć.

# Obudziłam się roztrzęsiona, z szybko walącym sercem.

Byłam w domu dalekiej rodziny w C. Chyba byłam młodsza niż w rzeczywistości. Z grupką dziewczyn przebiegłyśmy na drugą stronę ulicy, do lasu. Tak jak w jakimś poprzednim śnie o tym miejscu, las znajdował się na zboczu wzgórza, inaczej niż w realu, musiałyśmy biec dość stromo pod górkę. Upadałyśmy, wpadałyśmy w pokrzywy. Raz musiałam jeszcze wracać, żeby pójść do łazienki. Potem jak znów dołączyłam do grupy, myślałam o tym, że przy okazji powinnam się przebrać, skoro już byłam w domu, a tak mam całe ubranie zabrudzone.
Potem wzgórze zmieniło się w coś pomiędzy salą kinową a takim dmuchanym zamkiem do zjeżdżania dla dzieci. Ja i inne dziewczyny zaczęłyśmy wyglądać jak animowane lalki barbie. Udowadniałyśmy sobie nawzajem, która jest odważniejsza i potrafi z rozpędu wskoczyć na najbardziej stromą ściankę do zjeżdżania. Potem na dole, tam gdzie były fotele kina, zaczęła się schodzić jakaś grupa, więc musiałyśmy stamtąd odejść.

============================================

Grałam w coś w rodzaju gry RPG poprzez tworzenie historii. Jednocześnie pojawiały się osoby i miejsca na mapie, którą widziałam z lotu ptaka. Częściowo były to jakieś wyspy na jeziorze, częściowo rodziców i dziadków podwórko, oraz droga, przy której się znajdują. Główna bohaterka tej gry miała dołączyć do bohaterów moich opowiadań, wyszkolić się na wojowniczkę i walczyć z armią przeciwnika - częściowo wmieszane w to były realia z "Pomnika Cesarzowej Achai".
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
Byłam na uczelni. Niby był to budynek mojego wydziału, ale wyglądał jak gmach główny, tylko korytarze były jeszcze szersze. Pośrodku, na dziedzińcu, był trawnik z placem zabaw. Były tam dwie huśtawki, takie do siadania na ich końcach. W jakiś dziwny sposób ja siedziałam na końcu jednej, siostra na tym samym końcu drugiej. Dało się o dziwo w ten sposób odbijać od ziemi. Ja czułam przy tym straszny dyskomfort w nogach i unosiłam się coraz wyżej. Miałam jakąś wiedzę o tym, że coś mam nie tak z mięśniami nóg i powinnam uważać. W końcu za którymś razem huśtawka zaczęła wyrywać się z ziemi a za następnym wyleciałam w powietrze i wylądowałam w kucki przy żywopłocie na skraju dziedzińca.
Potem jakoś znalazłam się na ścieżce, oddzielonej murkiem od dziedzińca i szybą od wnętrza korytarza. Chodziłam chodnikiem, ćwiczyłam, gimnastykowałam się. Z korytarza przez szybę zajrzał ochroniarz i zaczął krzyczeć na mnie, że nie powinnam tu tak ćwiczyć, jakby to była jakaś nieprzyzwoitość. Odruchowo się cofnęłam, wpadłam na stertę suchych liści i przewróciłam się na chodnik. Leżąc, usiłowałam zrobić przewrót w tył, aby wyjść z tych liści.

===================================

Do ogromnego, w większości pustego budynku weszli czterej bracia, centaury. Był to jakiś rodzaj eksperymentu i częściowo jakby jakaś gra. Ktoś wypowiedział się, że mogą stać się dziwne rzeczy, bo oni mają niestabilną osobowość i w sumie to niebezpieczne, że tak długo są starymi kawalerami.
Ktoś wezwał braci do dolnych kondygnacji budynku. Coś się stało, że najmłodszy, rudowłosy, był w windzie, kiedy ta spadła. Przez chwilę widziałam to jakby z jego perspektywy, blaszane wnętrze windy i przesuwającą się przed oczami stalową linkę z nawleczonymi pierścieniami.
Ktoś spoza tej rzeczywistości-gry powiedział, że w tej chwili lepiej niech pozostali po niego nie wracają, bo coś w biegu wydarzeń może się zdestabilizować. Potem szukali tego najmłodszego, nie mogli go znaleźć, bo wszyscy przemieszczali się pomiędzy tymi piętrami w taki dziwny nieskoordynowany sposób. Gdzieś aktywował się jakiś licznik czasu, wskazujący, że szybko muszą spotkać się wszyscy razem. 
Trzeci brat zaatakował najstarszego, brodatego bruneta. Zaczęli spadać po schodach. Drugi brat musiał jakoś pomóc najstarszemu, podczas gdy trzeci atakował go i próbował zepchnąć z tych schodów. Co jakiś czas na środku pola widzenia pojawiały się prostokąty z czerwonym tłem i twarzą najstarszego brata i rysunkową strzykawką.

===================================

W mojej dawnej szkole podstawowej organizowali bal maskowy. Ja i mój chłopak długo rozważaliśmy, czy tam pójść i ciągle zmienialiśmy zdanie. Doszliśmy w końcu do wniosku, że i tak nikt nas nie pozna i nie zapamięta.
Znaleźliśmy się w korytarzu na parterze szkoły. Było jeszcze jasno. W większości były tu dzieciaki, chociaż ja i mój chłopak też byliśmy trochę młodsi niż w rzeczywistości. Coś dziwnego działo się z naszymi ciałami, co jakiś czas jedno z nas albo rozciągało się albo robiło niskie.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1