W świecie moich eLDe
Zaraz po obudzeniu zerwałem się z łóżka. Bynajmniej nie z zachwytu.

Pierwsze wspomnienia minionego snu sięgają starego dworca kolejowego ograniczonego zewsząd zieleniną. Przypadkiem, miałem okazję odwiedzić to miejsce już parę nocy wcześniej, kiedy biegłem spóźniony na peron, omijając przejeżdżające przez kolejne tory pociągi jak w Froggerze.

Tym razem wspólnie z Travelerem postanowiliśmy zająć nasz senny czas wysokopoziomową rozrywką z serii "Nie daj się rozjechać przez nadjeżdżający pociąg". Siedzieliśmy na szynach, Podróżnik jakby zgięty w pół z pochyloną głową, przypominając swoją posturą znajomego od Węgra. Pociągi wydawały się nie przestrzegać praw grawitacji i najczęściej sunęły po torach, opierając się jedynie o jedną z szyn. Niewzruszony tym faktem Traveler nie drgnął ani trochę, gdy nadjeżdżający pociąg Kolei Śląskich przejechał mu po stalowych plecach, nie czyniąc żadnych szkód. Będąc świadkiem tej nieco kulawej pod względem wizualnym sytuacji, zaczynałem odczuwać pewną niezgodność w logice tego snu... jednak najbardziej oburzającą sytuacją okazał się pociąg zajmujący obie szyny, przed którym musiałem uciec, kładąc się płasko na torach. Z punktu widzenia praw rządzących tym miejscem, to wydawało się sensowne.

Po tamtym incydencie zdecydowaliśmy się postawić na inną zabawę. Klimat podniszczonego dworca wśród gęstej roślinności przywiódł na myśl inne postapokaliptyczne lokacje, wplatając ten element w fabułę snu. Od teraz byłem wyczulony na wszelkie przedmioty, które mogłem znaleźć na swojej drodze. Parę torów dalej wrzucił mi się w oczy pokaźnych rozmiarów śrubokręt, który niedługo po tym posłużył mi do walki ze zmutowaną kapucynką. Była podobna wzrostem do swojego zdrowego odpowiednika, ale posiwiała i potężnie umięśniona, wzdłuż jej pleców biegła gruba żyła. Nabuzowany małpiszon okazał się trudnym przeciwnikiem - jego nadpobudliwe ruchy utrudniały mi celowanie. Musiałem się mocno skupić, do tego stopnia, że w myślach miałem obraz systemu walki z Fallouta, gdzie stopując walkę, mogłem wybrać atakowaną część ciała przeciwnika. Mimo usilnych prób, cios za ciosem małpa trzymała się dzielnie. Straciwszy nadzieję, przyparłem zwierzę do ziemi i za n-tym dźgnięciem ukatrupiłem kapucyna, najpewniej grzebiąc długim śrubokrętem gdzieś w okolicach rdzenia kręgowego. Zwłoki napastnika posłużyły nam jako zbiorowisko tłuszczu wzbogacające nasz inwentarz.

Chwilę po tym atmosfera się rozluźniła, pojawiło się przed nami ognisko, skóra odlepiła się od zwłok kapucyna i grzała się rozprostowana przy ogniu. Do mojej głowy napłynęły myśli mówiące, że przecież muszę śnić, w końcu to ja wymyśliłem tą zabawę. Miałem nadzieję, że to wspólny sen i po obudzeniu będę mógł to potwierdzić. Skończyło się jedynie na myślach.

Chwilę później trafiliśmy do supermarketu, po którym przechadzali się nieumarli. Chwyciłem za dwie, ciężkie patelnie wystające z metalowego koszyka i zacząłem nimi machać niczym wielkimi mieczyskami z Final Fantasy. Otyłe zombie poddawały się potężnym ciosom jak w wyreżyserowanej animacji komputerowej, przez co dawały faktyczny feedback i nakręcały do dalszej walki. Starcie za starciem przesuwało nas wgłąb sklepu, aż ostatecznie dotarliśmy... do dość osobliwej lokacji. Na tyłach sklepu mieściła się przeszklona ściana, za którą majaczyły kolorowe światła. Przypominało to jakąś scenę położoną niżej za widownią.

Kurwa, ile bym dał, żeby to przypuszczenie było fałszywe.

Nagle pojawiłem się na owej scenie, obok mnie Slavia i Fallllen Lif. Przed nami stały trzy gumowe rury przytwierdzone do podłogi i sufitu, na które nałożony był jakiś szarawy, marszczący się materiał. Za nimi, na podniesieniu blisko widowni siedziała trzy dziewczyny, częściowo roznegliżowane. Ponad tym błazeństwem, za szybą stał niczym król przedstawienia, mistrz teatru i ekspert od każdego ruchu twojego ciała - Michał Piróg. Nie dając nam czasu na reakcję, wyjaśnił nam pokrótce, że mamy wykonać taniec na rurze dla owych dziewcząt, przy czym wymienił garść wskazówek, którymi powinniśmy się kierować. Muzyka rozbrzmiała, dzbany zdezorientowane, Fallen wykonywał jakieś niemrawe ruchy, jakby bał się gumowego drągala. Czując presję wywieraną przez zdolności moich konkurentów, zacząłem ruchem okrężnym zbliżać się do elastycznego przyrządu treningowego, co jakiś czas schylając się w pozbawiony erotyzmu sposób. Utwór progresował, wymuszając na nas coraz bardziej skomplikowane sekwencje ruchów. Niedługo po tym musiałem wskoczyć na rurę, która wyginając się ciskała mną na lewo i prawo. Sen dodał mi sił witalnych. Wykonałem znamienity obrót, utrzymując się na gumie samymi nogami. Czułem, że mój performance nabiera wyrazu, choć dosłownie nic się w nim nie zgadzało. Parę salt i wygibasów później, dziwnych efektów artystycznych w postaci jakiejś kuchni otworzonej na boku widowni i ktowieczegojeszcze, występ dobiegł końca.

Piróg spojrzał na nas krytycznym wzrokiem i nie owijając w bawełnę zaczął krytykować nasz występ, co jakiś czas dorzucając słowo otuchy, jak gdyby nie chciał nas zniechęcić do dalszych treningów. Przy tym, opisał jak według niego powinien wyglądać idealny występ. Na samym początku, uczestnik winien był wykonywać gównoruchy bez dotykania elastycznego kompana, tworząc napięcie u widza. Dalej występ powinien nabrać dynamiczności, sekwencje z użyciem drągala powinny być dynamiczne i w rytm muzyki. W czasie pokazu, a dokładniej w momencie otworzenia kuchni, wszyscy uczestnicy powinni byli przerwać wygibasy i pójść się nawpierdalać każdego rodzaju jedzenia, im więcej, tym lepiej, a następnie wrócić na scenę i kontynuować swoje żenua.

Na koniec dane nam było obejrzeć powtórki z najbardziej żenujących akcji w tym moje dziewicze schylanie. Resztę najprawdopodobniej wyparłem ze świeżej pamięci.

Sen wkrótce zmienił tory i zafundował nieco mniej uprzykrzającą rozrywkę. Znalazłem się w dość tajemniczym miejscu, przypominającym niekończący się ogródek działkowy - gdzieś był mostek, gdzieś jakaś ścieżka z ciągnącym się przy niej żywopłotem, altanka bądź dwie. Pośród tych akcentów znajdowała się również osobliwa góra obrazująca program do streamowania w konwencji - niższe poziomy góry oznaczały elementy bliższe użytkownikowi. Im wyżej, tym góra stała się coraz bardziej stroma obrazując komponenty bliższe systemowi operacyjnemu ukryte pod tonami abstrakcji. Na samym szczycie znajdowało się pudełko z napisem "kernel". Tam spoczywało serce GNU/Linuxa.

Moich niedoszłych partnerów scenicznych gdzieś wywiało, ale spotkałem znajomą, którą sprowadziłem na zjazd. Ponieważ krainę, w której przebywałem, można byłoby uznać za magiczną, również ona posiadała magiczną zdolność - suwak na czole, jak w graficznym interfejsie programu. Początkowo myślałem, że dzięki niemu, znajoma może zmieniać perspektywę świata i obserwować przedmioty jako bardzo dużo lub małe, w zależności od ustawienia. Okazało się jednak, że perspektywa zmieniała się również dla towarzyszących jej osób. Przesunąłem wajchę na jej czole i ku mojemu zdziwieniu, góra się pomniejszała. Kontynuowałem ruch suwaczkiem, aż stała się odpowiednio mała by ściągnąć z niej magiczne pudełko. Przy okazji, zauważyłem, że część przedmiotów nie podlegała pomniejszaniu, przez co niektóre elementy góry odczepiły się od niej albo same w sobie rozszczepiły ze względu na niepasujące do siebie części.

Przesunąłem suwak na czole koleżanki w drugą stronę i pudełko w mojej ręce wróciło do oryginalne rozmiaru. W środku znalazła się stara, sypiąca się kartka z tajemniczym ułożeniem wyrazów, które starałem się rozszyfrować. Mając odpowiedź już na końcu języka poczułem, że ktoś się zbliża. Czym prędzej wsadziłem kartkę do pudełka i odłożyłem je za siebie. Człowiek, który posturą i ubiorem przypominał jaskiniowca, okazał się rdzennym mieszkańcem tego terenu i wyznawcą kultu kernela. Mówił, że od dawna jego ludzie starali się dostać do tego pudełka, ale nikomu się to nie udało. Chciał je ode mnie pozyskać, ale zawarłem deal - oddam mu kernel, jeśli pokaże mi, gdzie znajduje się sławek i felek.

Jakiś czas później, gdy wszyscy spotkaliśmy się w jednym miejscu, przekazałem tubylcowi zdobycz. Wkrótce po tym pojawił się sam Linus Torvalds, wyglądający jak guma do żucia z Sausage Party. Oświadczył nam uroczyście przekaz zawarty na kartce: "Everything is a package". Tubylec zbladł, gdy usłyszał prawdę o swoim istnieniu i próbował popełnić samobójstwo, ale kolejne zgony restartowały go parę metrów dalej jako inna postać. A pomimo wydania się najświętszej prawdy, kernel nie panikował.

Dobra, nie mam już sił, którym przyciskiem wyłącza się śnienie?
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Daj lajka za poprawne używanie słowa "bynajmniej"   =D>
Wysłane z mojego Commodore 64


Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Zwykłem powtarzać z Travelerem, że sny o grach to lowest tier sennych rozrywek. Ale dzisiaj po raz kolejny się przekonuję, że to nieprawda.

Będąc wtłoczonym w akcję jakieś mmorpga, próbowałem doprowadzić naszą niebieską drużynę do zwycięstwa, choć szanse na wygraną prysły już w czasie matchmakingu. Czerwoni byli znacznie potężniejsi, co było widać po ich postaciach - z braku lepszego pomysłu zajmowałem się drażnieniem olbrzymiego trolla z maczugą. Gdy tracił cierpliwość, zadawał mi śmiercionośny cios, po którym się respawnowałem w najbliższym przyjętym punkcie i kontynuowałem rozgrywkę. Ruchy postaci były naturalne, jak gdyby napędzane przez prawdziwych graczy w obrębie wirtualnej rzeczywistości.

Walka toczyła się na dwóch serwerach z odrębnymi mapami. Znużony ciągłym wysłuchiwaniem araba, krzyczącym nagminnie często allahu akbar do swoich towarzyszy, postanowiłem udać się na sąsiednie pole bitwy. Po ultraszybkim loadingu okazało się, że sytuacja wyglądała jeszcze gorzej niż na pierwszym serwerze - wszystkie punkty zostały przejęte przez czerwonych, a teleport między mapami był oblegany przez wrogich graczy, czyhających na niebieskich niedobitków. Mimo ustawionej obrony byłem w stanie przedrzeć się przez zasieki czerwonych. Wykonując dzikie piruety przez pobliskie moczary, udało mi się zdjąć kilku wrogich graczy.

No dobra, ale póki co ten sen nie wykazał się niczym więcej niż typowy sen o grze. Ano rzecz polega na tym, że w pewnym momencie ukryłem się w jaskini na owej mapie. Spotkałem tam biednego, pozbawionego oręża Travelera. Będąc w uprzywilejowanej pozycji, mogąc siać zniszczenie bez konsekwencji, postanowiłem go trochę podrażnić. Miałem świetny ubaw, gdy za każdym podejściem Podróżnika, wymierzałem mu celny i potężny kop w szczękę. Odlatywał wówczas na paręnaście metrów, odbijając się bezwładnie od uproszczonej siatki kolizyjnej groty.

Kiedyś Traveler przygrzmocił mi belą w jednym z moich snów.
Teraz miałem okazję rzucać nim jak ścierą.
Życie jest piękne.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dziennik Zmorą Żyjący czyli Przygody Freskum w świecie snów i paraliżu Freskum 50 8,752 10-09-2018, 17:52
Ostatni post: Onejronauta

Skocz do:

UA-88656808-1