W świecie moich eLDe
Sen z moim ulubionym motywem podróżowania.

Przygoda zaczęła się w Szczyrku, skąd wraz z kolegą podróżowaliśmy w losowo wybranym kierunku. Co mnie zawsze urzeka w tych snach - towarzyszy mi uczucie pokonywania ogromnych dystansów, zwiedzania znacznego kawałka lądu, mimo że mijam budynki i ulice, które zdawałyby się być w obrębie jednego miasta. Tak było i tutaj, choć odnoszę wrażenie, że lokacja była bardziej urozmaicona i zdecydowanie żywsza, szczególnie dzięki napotkanym projekcjom.

W Zakopanem spotkałem grupę osób czekających na autokar. Po krótkiej wymianie zdań ruszyłem dalej wzdłuż drogi, ale wkrótce się zatrzymałem. Parę metrów dalej droga się urywała, przechodząc w szerokie, błękitne urwisko. Widok zaparł mi dech w piersiach, ale momentalnie obróciłem się, nie mogąc uwierzyć w tą wizję. Gdy spojrzałem ponownie, urwisko ukazało się być ogromnym polem ryżowym, którego rtęciowa tafla pokrywała niemal całość uprawy. Byłem pewien, że tędy nie przejdę, wybrałem zatem inną drogę.

Akcja nabierała tempa i filmowego wymiaru. Zyskałem nowego towarzysza, którym była pół-dziewczyna pół-wilk. Wspólnie biegliśmy przez górski szczyt, pokryty lasem i nieregularnymi kamieniami. Parę metrów niżej biegł kanał, do którego okresowo wpadałem, gdy noga powijała mi się na zboczu. Sen potraktował to jak próbę, wejście do kanału wiązało się z jej niezaliczeniem.

Równolegle lokacja podlegała dynamicznym zmianom. Las przekształcił się w ruiny muru wijącego się wokół góry. Z kolei po pokonaniu ostatniej kamiennej ściany budowli ukazał się obraz rzadko zabudowanego miasta, częściowo ukrytego pod rozciągającym się niżej lasem. Rzucał się w oczy budynek przypominający stadion, którego smukły dach wyłaniał się z drzew i przykrywał znaczną część terenu.

Fabuła zmieniła nieco swoje tory, okazało się, że moja towarzyszka była w posiadaniu jedynego na świecie egzemplarza płyty jakiegoś mniej znanego artysty. Wiadomość obiegła miasto, wkrótce zaczęły pojawiać się projekcje szczególnie zainteresowane jej osobą. Akcja utrzymała swoje tempo - obserwatorzy ruszyli w pogoń, zaczęliśmy uciekać. Powietrze przecinały skrawki winylowych płyt, próbowałem odgadnąć, która jest tą słynną. Ostatecznie dobiegliśmy do bunkru zatopionego w ogromnej skale, gdzie dziewczyna ukryła się na odpowiednio długi czas.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Haha, umysł po raz kolejny mnie zaskakuje. Zwiedzałem dzisiaj miasto, które we śnie przyjmowałem za moją miejscowość. Przemierzałem różne ulice, mijałem dziwne post-industrialne budowle, a także przechodziłem przez całkiem znajomy park, którego centrum stanowił betonowy plac i wyrastające z niego białe instalacje rurowe. Za punkty orientacyjne służyły mi rzucające się w oczy budynki oraz charakterystyczne przecięcia ulic. Przechadzałem się trochę odkrywając, trochę wspominając pewne rzeczy.

Po obudzeniu zdałem sobie jednak sprawę, że fałszywa pamięć perfekcyjnie mnie wyciulała. Chociaż ogólna koncepcja przedstawienia mojego miasta nie była błędna, samo wykonanie nie wskazywało na jakiekolwiek połączenie z oryginałem. To trochę jakby sen wziął ogólniki i na ich bazie za pomocą skojarzeń wyszukał w google grafice odpowiadające obrazy, pociął je i sklecił w coś, co można by nazwać moim miastem.

lolz

Ostatnio też częstym motywem jest latanie z karabinem w jakiejś grze. Choć sny o grach traktuję zazwyczaj jako the lowest tier onirycznych doświadczeń, to niektóre z nich całkiem nieźle maskują niedoskonałości gier i przedstawiają w miarę spójną i ciekawą rozgrywkę. Dzisiaj było coś bardziej w rodzaju Gears Of War połączonego ze strzelaniem do kaczek - kryłem się z oddziałem za betonową barierą i strzelałem z zabawkowego karabinu snajperskiego do chodzących po dachu paskud. Innym razem byłem na spotkaniu jakichś wojskowych elit, obserwowałem siedzących na sali pod kątem potencjalnego zamachu.

Pamiętam jeszcze dość ciekawą "wizję". Obserwowałem kilkunastopiętrowy budynek budowany od podstaw. Przypominało to time-lapse - począwszy od parterowej, przypominającej bunkier przychodni (o czym świadczył rzucający się w oczy napis "NFZ") dodawane były kolejne segmenty. Przypominały one glinę albo plastelinę o różnych odcieniach brązu, trochę jak w The Neverhood. Około dziesięć pięter wyżej konstrukcja zrobiła się nieco węższa, a przy tym cały budynek wydawał się nieco przekrzywiony. W końcowej fazie ujrzałem ogromną rampę, do której był przyklejony budynek, zapobiegając tym samym przewróceniu.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Sen z niebanalną fabułą oparty na jakichś pieprzonych urojeniach.

Akcja zaczyna się podczas czytania fikcyjnej książki, wydanej przez autora fanpage'a Węglowy Szowinista. Przeglądałem dział dotyczący zmian klimatu na ziemi. Temat szczególnie mnie poruszył - w głowie zaczęły mi się kłębić różne myśli zahaczające o pokrewne wątki.

Wkrótce pojawiłem się w muzeum wypełnionym tablicami interaktywnymi, które opowiadały o konsekwencjach wojny nuklearnej. Na jednej z nich znajdowała się podświetlona plansza do windowsego sapera, a lektor opowiadał o sposobach przetrwania w obliczu niebezpieczeństwa wybuchu bomby atomowej. Kolejno przechodziłem przez serię scen przygotowujących na różne zagrożenia. Oprócz podstaw takich jak ukrycie się w budynku w celu ograniczenia narażenia na promieniowanie, pojawiła się perełka dotycząca stosunku z osobami napromieniowanymi. Kilka niemoralnych scen uświadomiło mi, że kontakt z taką osobą nieuchronnie prowadzi do samowyniszczenia.

Nagle pojawiłem w środku akcji, w dosyć sztucznej lokacji. Przesiadywałem ze sporą grupą osób, najpewniej w moim wieku, w drewnianym, piętrowym domku, mieszczącym się gdzieś na środku rozległego pola. W mojej głowie kłębiła się myśl dotycząca promieniowania, którą wziąłem za pewnik. Przypomniałem sobie wszystkie wskazówki podane przez lektora i starałem się do nich stosować.

Nie mogłem jednak pogodzić tego, co usłyszałem, z tym, co działo się wokół mnie. Obserwowałem, jak co chwilę ktoś wychodził lub wracał. Mimowolnie uznałem to za akt lekceważenia panujących reguł gry, ale nie próbowałem nikogo przekonywać, żeby zmienił swoje zachowanie. Wyglądało to, jakby cała wiedza o wszechotaczającym zabójczym promieniowaniu była jedynie urojeniem. Mimo wszystko uraza do wszystkich odkładała się gdzieś na boku i nie mogłem tego tak po prostu wyprzeć.

Aż do pewnego momentu.

Wymknąłem się schodami na strych, gdzie do mojej głowy zawitał głos lektora. Nie pamiętam jego treści, przypominam sobie natomiast wizję siebie skaczącego po srebrnych platformach wijących się wokół pomieszczenia. W pewnym momencie zatrzymałem się i złapałem jedną z bel przytrzymujących konstrukcję dachu. Śmiałym ruchem wyrwałem ją ze szkieletu - budynek momentalnie zadrżał. Zszedłem pewnym krokiem na parter, minąłem tłum ślepych projekcji i wyszedłem na zewnątrz.

Dom zawalił się.

Ocknąłem się w podobnym miejscu co poprzednie - rozległe pole, obok mnie jakaś sterta gruzu, a tuż przy niej kamienny, prostopadłościenny budynek z szerokim wejściem. W mojej głowie kłębiła się myśl dotycząca promieniowania, którą wziąłem za pewnik. Podążyłem za leśną ścieżką, czując odrazę do skażonego otoczenia. Minąłem gniazdo pełne os z nienaturalnie wielkimi odwłokami. Nie wywołały we mnie jednak większych emocji niż wstręt, który towarzyszył mi od samego początku.

Na końcu drogi spostrzegłem starszą kobietę, która wydawała się zapraszać mnie do swojego domu. Ruszyłem za nią, wkrótce wkraczając na brukowaną ulicę. Wokół stały podobne do siebie parterowe zabudowania, przypominające bardziej skwadraciałe, hobbitowe dziuple niż faktyczne mieszkania. Wszedłem do jednej z nich, kobieta udała się prawdopodobnie do kuchni. Usiadłem przy stole, odetchnąłem z ulgą zauważając, że znowu otaczają mnie cztery ściany.

Gościnność nie trwała jednak długo. Niebawem zjawił się mąż kobiety, który rzucił mi niepewne spojrzenie. Nie wiedząc, czego się spodziewać, wstałem i opuściłem budynek, szybko jednak znalazłem schronienie w sąsiednim domu. Zostałem ciepło przyjęty przez mieszkającą tutaj staruszkę. Rozejrzałem się po przestronnym wnętrzu i zaciekawiły mnie obrazy wypełniające cały sąsiedni pokój i poprzedzający korytarz. Każda ściana została ozdobiona abstrakcyjnym malowidłem, które kusiły do dalszego zwiedzania. W ostatnim pokoju, który okazał się znajdować tuż obok obok pomieszczenia z drzwiami wejściowymi, stało dziwne urządzenie - przypominało fotel Stephena Hawkinga, wzbogacony o masę przełączników i ogromną konsoletę. Nie zastanawiając się długo nad jego przeznaczeniem, wróciłem do salonu.

Popijając herbatę i oczekując na obiecany posiłek, dostrzegłem obok mnie lustro. Spoglądając na nie ujrzałem swoją siną, zmarnowaną twarz wraz z opadłymi oczodołami. Zrobiło mi się słabo na sam widok, ale po chwili uspokoiłem się. W tym samym momencie gospodyni podała mi talerz z zupą. Spojrzałem na niego bez emocji, dopijając resztki herbaty.

// Normalnie jakieś Donnie Darko w cosmicowym wydaniu.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Miałem ostatnio krótkie LD, ale ciekawe rzeczy, działy się właściwie przed uświadomieniem, gdzie sama świadomość była już całkiem wysoka. Po wcześniejszym użeraniu się z ministrem obrony, który stopniowo przekształcał się w pudla, miałem okazję przyjrzeć się nietypowej konstrukcji na moim osiedlu. Było to coś na kształt dźwigu portowego, ale tak wielkiego, że nie mogłem go objąć wzrokiem. Składał się z losowych, olbrzymich komponentów - różnego rodzaju belki, kabiny, wysięgniki i tym podobne. Położyłem się na trawie i podziwiałem ogrom tego inżynierskiego monstrum. Jednocześnie dziwiło mnie, że w konstrukcji tej maszyny nic do siebie pasowało - to było jak elementy wyjęte z różnych zestawów klocków i pospawane ze sobą w sposób jedynie przypominający finalny produkt.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Ostatnie noce były ciekawe - częste pobudki, całkiem ciekawe sny, no i koszmary senne dwa razy z rzędu. Dzisiaj lęk i napięcie utrzymywały się w lżejszej formie. Zaczęło się od snu o tematyce gry, którą traktowałem jako swego rodzaju symulator wszystkiego. Do dyspozycji było miasto z opcją rozegrania dowolnego scenariusza. Pierwszy był dosyć typowy i przewidywalny - musiałem uciekać przed mafią, skacząc po balkonach i dachach kilkupiętrowych budynków, przypominających nieco swoim stylem orient. Drugi scenariusz wzbudził we mnie gamę mieszanych uczuć, choć okresowo dominował lęk i poczucie zamknięcia. Kilkoma ustawieniami zdołałem zarazić całą ludzkość swoim wirusem, zupełnie jak w Plague. Miałem potem możliwość chodzenia po mieście i obserwowania, jak choroba ewoluowała, zmieniając ludzi w chodzące trupy, a ich życia w chaos.

Cóż, ale najlepsze było później, w oderwaniu od całej poprzedniej akcji. Ujrzałem przed sobą rozmazaną teksturę szpitala, która nie wyglądała obiecująco. Kiedy zbliżyłem się do pikselowatych, automatycznych drzwi, okazały się działać i wszedłem do środka... tam uraczył mnie obraz mojego typowego, sennego szpitala. W większości przypadków moje sny kreują to miejsce na spory, nawet kilkunastopiętrowy budynek, pełen pacjentów o najdziwniejszych przypadłościach, którzy okupują korytarze, strasząc odwiedzających. Tutaj nie było inaczej, dodatkowo wnętrze było niesamowicie sterylne, jaskrawe i żywe. Przypominało podkoloryzowane stockowe zdjęcie, jednak im głębiej się zapuszczałem, tym bardziej kłóciło się to z tym porównaniem. Mijałem kolejne łóżka szpitalne, na których leżały zdeformowane ciała podpięte do jakichś tajemniczych apatur, obsługiwanych przez lekarzy siedzących przy monitorach. Jedna z sal osiągnęła wyżyny abstrakcji, prezentując zajmujący całą ścianę układ kilkunastu inkubatorów, w których leżeli ludzie z amputowanymi kończynami. Przypominało to małą szklarnię. Obok przy biurku siedział lekarz w kitlu, ze skupieniem przyglądający się kilku białym monitorom.

Szpitalne senne wizje może nie są jakieś szczególnie odkrywcze i zaskakujące, ale podoba mi się, w jak dobitnie naturalistyczny sposób wyrzucają na powierzchnię wszystko co złe i obleśne. Tworzą atmosferę bycia ściskanym ze wszystkich stron przez niemożność ucieknięcia od praw natury.

A i miałem LD, ale w sumie nic ciekawego - skonfabulowana pamięć i brak pomysłu na sen. Prawie jak w życiu lol.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Fajny, dosyć długi sen z epizodem świadomości, o tematyce fantastyki naukowej.

Fabuła rysowała się mniej więcej tak: byłem jednym z pierwszych mieszkańców księżyca lub marsa (nie udało mi się w końcu tego wydedukować, miałem jednak wspomnienia czerwonej planety - jej pomarańczowego nieba i jałowej powierzchni). Ziemia postawiła na swojej orbicie ogromną stację kosmiczną, do której dojeżdżałem codziennie z kumplem czymś w rodzaju gokarta, choć nie wiem w jakim celu.

Generalnie zdecydowana większość moich snów o tej tematyce cierpi na brak wizualnej futurystycznej oprawy i ogranicza się jedynie do elementów znanych mi z życia codziennego. Mogę przechadzać się po najzwyklejszym mieście, ale fałszywa pamięć wkręca mi całą historię i przekonuje o tym, że tak naprawdę jestem na obcej planecie lub pod kopułą na odległym księżycu. Dzisiaj nie było inaczej, zewsząd dała się odczuć tandetność i niekonsekwencja w generowaniu lokacji.

Mimo wszystko stacja trzymała poziom i wyglądała naprawdę intrygująco. Składała się z kilku oddzielnych struktur połączonych mostami, przypominających ogromne diamenty, ale o nieco smuklejszym, stożkowym kształcie. Całość okraszał blask fioletowych neonów, co potęgowało wrażenie nowoczesności. Dokowanie odbywało się przy cienkiej platformie w kształcie dysku, otaczającej jeden z budynków gdzieś w połowie. Do środka prowadziła śluza mieszcząca się tuż obok mojego miejsca parkingowego.

Towarzyszyło mi nieustannie niesamowite poczucie lekkości, gdy przechadzałem po schludnym wnętrzu, przywołującym na myśl typowe centrum handlowe. Mimo znanego wystroju, świadomość stąpania po lekkiej konstrukcji zawieszonej gdzieś w kosmicznej pustce napawała mnie ekscytacją. Zmierzałem właśnie z kolegą (który nagle okazał się jeździć na wózku) do jednego z segmentów, gdzie mieściła się komora symulująca nieważkość. Coś podsunęło mi myśl, że to jedyny dla niego sposób ukojenia cierpienia związanego z jego przypadłością.

Miejsce, w którym się znaleźliśmy, miało kształt cylindra. Na samym środku, w półmroku stała sporych rozmiarów tuba, zakończona wielkimi wirnikami. Zaczepił mnie mężczyzna, który okazał się nadzorować tą część stacji. Krótko po tym, jak zrozumiałem, że zajmował się szeroko pojętą rozrywką, dostałem propozycję spędzenia wolnego czasu - oglądanie zdjęć z klinik aborcyjnych. Niechętnie podziękowałem i poszedłem w kierunku wyjścia.

Po przekroczeniu progu ujrzałem miasto, wydawało się całkiem spore. Przekonałem się o tym w momencie, gdy wsiadłem na mój koc i wystrzeliłem w powietrze. Już po pokonaniu wysokości kilkupiętrowego budynku dostrzegłem, że budynki ciągły się aż po horyzont, a ja sam zacząłem tracić obraz z oczu pod wpływem narastającego przeciążenia.

***

Akcja ponownie nabrała tempa w momencie, gdy latałem na kocu przez pofałdowany teren, przypominający wybrzuszenia na dywanie. Tor mojego lotu przypominał sinusoidę, gdzie przy każdym spadku i narastającym przyspieszeniu obraz znikał i pojawiało się zamroczenie. Zacząłem ogarniać, że coś jest nie tak, co w konsekwencji doprowadziło do uświadomienia. Odczułem, jakby otoczenie się zamykało, a ja sam znajdowałem się w wielkim pudle. Dobrnąłem do ściany, wylądowałem i wszedłem do okolicznej dziupli.

Tam powitała mnie starsza kobieta. Początkowo nie mogłem odczytać emocji z jej twarzy i w napięciu oczekiwałem na jakikolwiek gest z jej strony. Ta jednak uśmiechnęła się i zaprosiła mnie do siebie. Przyglądałem się jej mieszkaniu z zainteresowaniem - to była całkiem potulna, wygrzebana w ziemi nora o podłużnym kształcie. Na jednej ze ścian wisiały czarno-białe fotografie w drewnianych ramkach, które, jak zapewniała kobieta, były zdjęciami incesa. Z trudem jednak udawało mi się odnaleźć podobieństwa pomiędzy wspomnianym a brodatym mężczyzną w marynarskim przywdzianiu. Przy przeciwległej ścianie stał stół i drewniany taboret, na którym siedział gargulec, również posiadający bujny zarost. Okazjonalnie komentował moje spotkanie z kobietą.

Niebawem oprócz mnie pojawiały się kolejne osoby, głównie moi znajomi. Norka wypełniła się wówczas ciepłem i życzliwością, że aż się wzruszyłem. Poczułem zasmucenie faktem, że to tylko sen i prędzej czy później przyjdzie mi się obudzić. Naprawdę, to przenikliwe uczucie wszechogarniającej troski wytrąciło mnie nieco z równowagi. Po pewnym czasie odrzuciłem jednak tą myśl, wykonałem TRa i pognałem za ulatniającym się tłumem. Mimo wszystko świadomość nie była już tak jasna, jak przed wejściem do tego miejsca.

Wszyscy okazali się przyjechać swoimi kosmicznymi gokartami, w tym mój stał zaparkowany na łące. Wsiadłem razem z kolegą i ruszyliśmy za znikającym w oddali sznurem latających pojazdów.

***

Stałem przy balkonie z kocem w rękach. Zawahałem się w momencie skoku, ale szybko uzmysłowiłem sobie, że nic mi się nie stanie. Wszak to tylko sen. Rzuciłem się przez barierkę, ale narastająca prędkość skutkowała pogarszającą się jakością zmysłów.

***

Kolejny dzień, dokowanie przy stacji, zmierzam z kolegą do znanego nam segmentu. Tam jednak zamiast komory nieważkości znajduje się lodowisko, przy którym stał kierownik. Wtem przypomniało mi się o rozrywce, którą zaproponował mi poprzedniego dnia. Niechętnie przełamałem opór, zgłosiłem się do niego i już chwilę później pojawiłem się w mojej łazience. Kafelki okazały się białe, niejako symulując ową klinikę. W niektórych miejscach ściany zaczęły ociekać rzutowaną przez projektor krwią. Zwątpiłem i natychmiast wyszedłem.

Wracałem właśnie znanym mi korytarzem prowadzącym wprost do śluzy. W połowie drogi rozbrzmiał komunikat, którego treść była dla mnie niejasna. Ludzie zmierzający w identycznym kierunku zaczęli biec, a po wejściu do szatni pośpiesznie zakładali swoje kombinezony i wsiadali na swoje statki. Nie przypominało to ewakuacji, bardziej bieg na uciekający pociąg. Poczekałem chwilę na kolegę, który zasiadł za mną, przygotował gokart do lotu i oderwaliśmy się od platformy.

END OF STREAM
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Odkąd zacząłem trochę więcej jeździć pociągami i autobusami, sny bardzo powoli zaczęły przesiąkać podróżami. Te pierwsze okazały się szczególnie oporne - początkowo sen jedynie zasygnalizował podróż pociągiem ładując mi do głowy fałszywe wspomnienia, nie przedstawiając jednak już samej drogi z punktu A do B.

Dzisiaj było nieco inaczej. We śnie byłem zmuszony przesiąść się z jednego pociągu na drugi i pech chciał, że nie wsiadłem do odpowiedniego. Przekonał mnie o tym zawieszony na ścianie wyświetlacz, który informował o stacji końcowej. Mimo że nie udało mi się przeczytać tej zawiłej i obcej nazwy, z pewnością nie zmierzałem w dobrym kierunku. Stałem wtedy przy drzwiach, oczekując na najbliższą stację, na której mógłbym wsiąść w pociąg powrotny. Para stojąca obok wyglądała na równie zaskoczonych, zapytałem ich, czy również pomylili pociągi. Odpowiedzieli twierdząco.

Droga dłużyła się. Krajobraz za oknem stawał się coraz mętniejszy. Wydawało się, jakby pociąg unosił się kilkanaście metrów nad ziemią. Robiło się ciemno, mgła spowiła całe otoczenie i nie byłem w stanie rozróżnić poszczególnych obiektów za oknem. Wkrótce obraz pociągu zniknął, zostały jedynie tory i cała gama odczuć związana z jazdą. Droga w pewnym momencie zawisała w powietrzu, szyny ustawione były pod kątami ostrymi, gdzieniegdzie zakręcając w spiralę. Czułem się jak na kolejce górskiej, czułem każdy zakręt i przyspieszenie z nim związane.

Apogeum atrakcji nastąpiło przy wjeździe na szereg pętli, gdzie tory przecinały powietrze, tworząc zwartą kulistą strukturę. Miałem wrażenie, że zaraz wylecę z pociągu, choć praktycznie byłem już jedynie obserwatorem, fruwającym nad torami. Ostatecznie przejażdżka stała się na tyle dynamiczna i intensywna, że obudziłem się.

[Also]
W momencie gdy krajobraz stawał się coraz bardziej tajemniczy, wspominałem jeden z poprzednich snów...

Pociąg wywiózł mnie gdzieś na środek pustynnego pustkowia, które przypominało lokację z jakiejś gry. Spałem z kimś pod namiotami, kiedy nagle usłyszeliśmy narastający huk. Gdy wyszedłem na zewnątrz, okazało się, że był to samolot, który przeleciał kilka metrów nad naszymi głowami, a następnie wylądował. Szybka analiza doprowadziła nas do wniosku, że rozłożyliśmy się na pasie startowym.

Od tamtego miejsca bił fajny klimat niewielkiego miasta, arabskiej metropolii w wersji very in development. Zewnątrz dominował surowy wygląd zmęczonego pustynnym piaskiem miasteczka. Wnętrza były jednak niesamowicie schludne, wręcz nieskazitelne. Do tej pory uchował mi się jedynie obraz przychodni, gdzie na pierwszy plan wysuwały się paprocie i białe kafelki.

Przeglądałem mapę i wypatrywałem sąsiednich lokacji oraz połączeń między nimi. Obudził się we mnie zmysł odkrywcy, Traktowałem to jak grę nastawioną na eksplorację.
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Haha, byłem się zdrzemnąć przed chwilą i śniło mi się, że inces wstawił post na forum w dziale offtopowym. Okazało się, że był tam link do jakiegoś nowego filmu, imię jakiejś aktorki, która miała dostać już trzecią nominację do jakiejś tam prestiżowej nagrody i wydany zakaz spoilerowania, zanim inces go nie obejrzy. xD Z krótkiej rozmowy na czacie wynikło, że zarys tego dzieła narodził się jako czterominutowy filmik traktujący o kobiecie wychodzącej z domu, teraz powstał jego pełnometrażowy odpowiednik, gdzie czas trwania tej szaleńcze interesującej czynności został wydłużony aż do godziny. Zacząłem trochę powątpiewać w sens incesowych słów i zacząłem wymyślać, że to pewnie coś bardziej filozofia-oriented, np. w postaci fallenowej walki myśli, którą film prezentuje w czasie rzeczywistym, gdy wspomniany próbuje wyjść do ludzi. xD
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
W drzemce miałem sen, w którym wraz z fallenem i slavią jechaliśmy dokądś pociągiem. W pewnym momencie fallen wyciągnął mąkę, posypał mi nią udo, a następnie rzucił na nie spory kawał ciasta i kazał mi ugniatać. Początkowo nie ogarniając, po pierwszych nieśmiałych ruchach zdołałem oswoić się z tą abstrakcyjną sytuacją i chwilę później czerpałem z tego autystyczną przyjemność, badając konsystencję nieznanej mazi - przelewając ją, dzieląc i ściskając. Gdy wróciłem do domu, pochwaliłem się mamie, która wzięła moje wygniociny do ręki, dodała parę dodatków w postaci awokado i innych pyszności, a następnie wstawiła do piekarnika. Przez ten cały czas siedziałem przy przeszklonych drzwiczkach piekarnika i obserwowałem rosnące ciasto.

Poczułem się jakbym miał znowu 6 lat lol
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Nieustępujący katar i konieczność oddychania ustami zaoferowały mi frustrujące doświadczenie senne. Byłem w jakimś mieszkaniu, trudno określić z kim i w jakim celu. Motywem przewodnim była ciągła suchość w gardle i próba jej załagodzenia. Sen podsunął mi pomysł, że została ona spowodowana przez ostatnią lekcję wfu. Przez większość snu przechadzałem się po pokojach o swojskim, prostym wystroju w poszukiwaniu czegoś do picia. Czasami udawało mi się odnaleźć końcówkę wody w butelce, ale każdy łyk tylko pogłębiał suszę - miałem wręcz wrażenie, jakby mój język stracił czucie, a woda po prostu swobodnie spływała do gardła. Chwilę ulgi przyniosła mi jakaś mieszkanka a la Kubuś z dodatkiem niezidentyfikowanych kawałków warzyw, które obijały się o mój język, przywracając na chwilę czucie. Niemniej, walka trwała dalej.

Okresowo pojawiały się fałszywe przebudzenia nakłaniające mnie do wstania i sięgnięcia po wodę, byłem jednak niewystarczająco zmotywowany. Zasypiałem znowu i wpadałem w ciąg rozmyślań nad moim stanem, których efektem były nieudane próby załagodzenia męczących skutków suszy.

Kiedy ostatecznie się obudziłem i chwyciłem za butelkę, odczułem zajebistą ulgę xD
cosmic.checkReality();
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1