Senne podrurze
#1
Data: jutro

Zobaczywszy jasną zorzę na bezchmurnym niebie, skulony podróżnik ruszył przed siebie, wpatrzony w bezkresny horyzont. Włożywszy dłoń do zamszowej kieszeni poczuł coś ostrego. Bez chwili zwątpienia wyciągnął przedmiot i badawczo na niego spojrzał. Lśniący biomedyk wił się z niezwykłą częstotliwością na słonej powierzchni wyschniętego akwenu. Podróżnik, patrząc beznamiętnie na inżyniera, przypomniał sobie nagle o puszce chromowego sprayu, znajdującego się w jego sfatygowanej torbie. Oneironauta po chwili mocowania się z leciwym już zamkiem, odsunął go i dostał się do obszernej komory plecaka. Tak jak przewidywał, leżało tam kilka skrawków pociętego materiału. Wziął jeden z nich i rzucił nim w stronę leżącego biomedyka. Efekt był oczywisty. Wyświetlacz pożółkłego monitora CRT, stojącego na masywnym stoliku, pokrytym elegancką, błyszczącą politurą nagle się rozjarzył. Podróżnik dostrzegł na pulpicie dobrze znaną mu, charakterystyczną tapetę Windowsa 97. Gdyby nie ona, z pewnością stwierdziłby, że to Windows 96 + 1. Dobrze, że użytkownik tego wyjątkowo estetycznego personalnego komputera, zachował oryginalny wystrój systemu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#2
Data: być może nigdy

Poprawiłem szelki od plecaka i ruszyłem dalej przed siebie. Wiał ciepły, przyjemny wiatr wzbudzający fale w połaciach soczystej, zielonej trawy, porastającej górskie hale. Błękitne niebo i przyjemne promienie popołudniowego słońca napawały mnie optymizmem i zachęcały do dalszej wędrówki.
Ujrzałem zagubionego kudłacza, stojącego wraz z Węgrem. Obaj mieli na twarzach maski odlane z bezradności. Przyspieszyłem kroku, aby czym prędzej dotrzeć do starych druhów i pomóc im w przeprawie. Mijając ich, z torby wysunął mi się syntezator znanej firmy produkującej sprzęt muzyczny. Z daleka dobiegała radosna melodia. Musiałem iść, wesele już się rozpoczęło.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#3
Data: prawdopodobnie

Nagle z obszernej szczeliny w ścianie wyłoniła się młoda dziewczyna, siedząca na kudłatym mule. Zbliżyłem się do zwierzaka o intrygującym wyglądzie i podałem mu zeszyt od analizy matematycznej. Na widok interesujących zadań i skomplikowanych obliczeń, włochaty wyciągnął kopytko w moją stronę. Przyjacielskie nastawienie muła zirytowało jednak siedzącą na nim dżokejkę. Stuknęła go lekko stopą w bok, a ten jak za dotknięciem różdżki pocwałował w dół schodów. Węgier pokiwał wtedy przecząco głową i zaprosił mnie do swojej ziemianki, zjeżdżając monocyklem po stromych stopniach. Starałem się go dogonić, jednak on oddalał się coraz szybciej wraz z losowymi słowami, które co jakiś czas wykrzykiwał. Stary druh zniknął z mojego pola widzenia, jednak ja kontynuowałem wędrówkę mimo nieudanego pościgu. Wkrótce okazało się, że mój upór się opłacił. Najpierw dostrzegłem leżący monocykl ze zgniecioną felgą, natomiast trochę dalej, siedzącego Węgra, który z lekkim grymasem bólu na twarzy rozsmarowywał potłuczone kolano. Uśmiechnięty szyderczo kontroler wziął w ręce uszkodzony pojazd i wsiadł z nim z powrotem do odjeżdżającego autobusu miejskiego. Kiedy zapragnąłem pomóc wstać przyjacielowi, on odepchnął mnie i o własnych siłach ruszył w stronę małego, kolorowego domku stojącego na placu zabaw. Stamtąd po chwili zabrała go policja, bowiem Węgier podjął próbę wypicia soku ze słonecznikowca, który został niedawno zdelegalizowany w naszych stronach.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#4
Data:.

Tak jak podejrzewałem, Kudłaty i Węgier ukryli się przed uciążliwym żarem słońca nieopodal sklepu. Ustawiony był tam klasyczny parasol, a pod nim plastikowy stolik oraz słabej jakości krzesła, na których siedzieli moi przyjaciele. Przywitałem się z nimi serdecznym uściskiem dłoni, a następnie zająłem miejsce obok przymuła. Węgier raz po raz zajadał się nasionami słonecznikowca, rozrzuconymi niedbale na blacie, w pobliżu których leżał oskubany kwiat owej rośliny. W milczeniu rozkoszowaliśmy się błogim cieniem, kontrastującym z upałem panującym poza granicami naszej miniaturowej oazy. Wpatrywałem się z zadumą w rozgrzany asfalt ulicy rozciągającej się tuż przy żelaznym płocie ogradzającym ten wiejski sklepik. Wkrótce na horyzoncie ujrzałem sylwetkę młodej dziewczyny idącej w naszą stronę.
Kiedy zbliżyła się do nas na odpowiednią odległość, nie miałem już wątpliwości, że to Patrycja. Z uśmiechem otwarła nieco skrzypiącą furtkę i po chwili do nas dołączyła. Przywitałem się z ukochaną, a następnie przedstawiłem ją druhom. Obecność wyjątkowo urodziwej przedstawicielki płci pięknej wyraźnie speszyła Węgra. Kudłaty natomiast nie odczuwał jakichkolwiek zahamowań i niebawem zabawiał już Patrycję swoją porywającą rozmową oraz autyzmem. Widok ten nie do końca przypadł mi do gustu, więc zaprosiłem dziewczynę na tańce w pobliskim namiocie rozrywkowym, gdzie na dobre rozpoczęła się już znakomita zabawa, doprawiana głośną muzyką elektroniczną. Chciałem w ten sposób odwieść Patrycję od niekorzystnych dla niej wpływów charyzmatycznego muła. Ku mojemu zdziwieniu, Kudłaty nie miał żadnych obiekcji co do mojego czynu. Z uśmiechem wstał od stołu i chwilę później u jego boku pojawiła się inna urocza dziewczyna. Wzruszyłem ramionami i udałem się w stronę namiotu. Węgier natomiast wypluł z oburzeniem na twarzy na wpół zgryzione nasienie słonecznikowca i opuścił cień parasola, przewracając za sobą plastikowy stolik i krzesełko. Wyszedł przez otwartą furtkę, a następnie, przekraczając drogę, wbiegł w gęste łany zboża porastające tereny znajdujące się po drugiej jej stronie. Niedługo później zniknął za falującym od żaru horyzontem. Patrycji już nie było. Kudłaty oddalał się powoli wraz ze swoją nowo poznaną towarzyszką. Zabawa wkrótce ucichła i zerwał się porywisty wiatr, który przyciągnął wraz ze sobą szare chmury utkane z przygnębienia. Wyszedłem na ulicę i ruszyłem w drogę. Mogłem już tylko iść przed siebie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#5
(..) W pokoju rozległ się donośny dźwięk telefonu. Pingwin powolnym ruchem chwycił za słuchawkę, po czym przyłożył ją do ucha. Miał nadzieję, że tym razem Podróżnik odbędzie z nim faktyczną rozmowę.
- Halo? - zapytał zamulonym głosem.
Odpowiedzią była jednak cisza i ciche charczenie, podobnie jak przy innych próbach komunikacji głosowej z zakapturzonym. Kilka sekund później połączenie zostało zerwane. Kudłatego ogarnęła lekka melancholia i ze smutkiem spojrzał na szare chmury przepływające leniwie za oknem. (...)

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#6
Tej nocy wiatr wyjątkowo dawał się we znaki samotnym podróżnikom. Porywisty huragan dął z niezwykłą siłą, czesząc połacie dzikiej trawy, porastającej zapuszczone pole. Nade mną rozciągało się gwieździste niebo, gdzieniegdzie tylko zakryte przez skrawki chmur gnane w pośpiechu przez wichurę. 
W oddali dostrzegłem migoczące, blade światło, powoli zbliżające się w moim kierunku. Wraz z nim docierały do mnie również dziwne odgłosy, jakoby skrzypienie lub też nieprzyjemne tarcie. Wkrótce dane mi było poznać źródło owych dźwięków. Na sypiącym się rowerze powoli sunął Kudłaty, w jednej ręce trzymając leciwą latarkę. Bardziej zdziwiła mnie jednak zawartość drugiej, gdyż w niej znajdowała się puszka taniego piwa, na wpół wypitego przez chwiejącego się cyklistę. Zbliżywszy się do mnie na odległość kilku metrów, włochaty ostatecznie stracił panowanie nad bicyklem
i runął w pozbawiony jakiejkolwiek gracji sposób na ziemię. Próbując utrzymać równowagę wypuścił również browar
z ręki, który upadł nieopodal niego i rozlał się na wysuszoną glebę. Czym prędzej pomogłem przyjacielowi wstać,
a następnie razem udaliśmy się w miejsce wskazane przez Kudłatego. Niebawem usłyszeliśmy przytłumione śpiewy,
z których mogłem wyodrębnić pojedyncze słowa:

Raz jak polem żem przechodził
I na lasek tak spojrzałem
To z krzaczorów się wyłonił
Incestus z browarem

Okazało się, że autorem radosnej piosenki był nie kto inny jak Sławomir, siedzący przy rozżarzonym ognisku
i wykrzykujący coraz to bardziej fantazyjne zwrotki swojego utworu. Krasnolud w międzyczasie zajadał się pokaźnych rozmiarów kiełbasą, umieszczoną między dwoma kawałkami chleba pieczonego na zakwasie. Zapijał ją natomiast piwem o jakości równej trunkowi, którego jeszcze niedawno trzymał skitranego pod pazuchą Kudłacz. 
Zbliżywszy się do bijącego przyjemnym ciepłem paleniska, przywitałem się ze Slavią i usiadłem obok niego. Zaciekawiony spytałem, skąd wziął się pomysł na pieśń tego pokroju. On natomiast milcząco uśmiechnął się i wskazał na znajdujące się nieopodal zapuszczone krzaki. Ku mojemu zdziwieniu, rośliny zaczęły się gwałtownie poruszać
i wkrótce zza gałęzi wyłonił się w niezgrabny sposób Incestus. W istocie, tak jak głosiły słowa piosenki, brodacz trzymał w ręku butelkę złocistego napoju.   
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#7
Incestus chwiejnym krokiem zbliżał się w naszym kierunku. Miejscami zdawało się, że piwosz lada moment straci grunt pod nogami i osunie się gwałtownie na bujne kępy dzikiej trawy. Ku naszemu zdziwieniu, udało mu się jednak dotrzeć do celu i przywitać się z nami w akompaniamencie niezrozumiałego bełkotu. Uścisnąwszy rękę każdego z nas, Inces zaczął pospiesznie przeszukiwać kieszenie swoich przybrudzonych w wielu miejscach zielenią spodni. Włożywszy dłoń do jednej z nich, uśmiechnął się szeroko. Znajdowała się w niej bowiem bogato zdobiona, okrągła puszka na landrynki. Po jej otwarciu, okazało się, że zawartością pojemnika bynajmniej nie są słodkie łakocie, a białe tabletki powlekane. Brodacz zaczął częstować nas pigułkami nieznanego pochodzenia. Kiedy przyszła kolej na mnie, starałem się jakoś wymigać od przyjęcia obcej dla mnie substancji. Za każdą odmową jednak, Incestus coraz bardziej nalegał, co sprawiło, że w końcu uległem aptekarzowi. Chwilę przed zażyciem medykamentu zawahałem się jednak i upewniwszy się, że Incestus przestał mnie już obserwować, ukradkiem schowałem tabletkę do kieszeni. Pozostali towarzysze zgromadzeni przy ognisku bez zastanowienia pochłonęli swoje porcje. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Sławomir wkrótce zaczął poruszać się w takt muzyki grającej w jego głowie i chwilę później nieudolnie wznowił uprzednio rozpoczętą przyśpiewkę. Kudłaty natomiast odruchowo wyciągnął z kieszeni swoją drogocenną kostkę Rubika i spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. Szybko doszedł do wniosku, że jej ułożenie przestało już mieć jakikolwiek sens, gdyż każda ze ścianek zabawki zabarwiona była na ten sam kolor. Zmartwiony tą niemożliwością wlepił wzrok w jaskrawe płomienie żarzącego się paleniska i wkrótce zastygł w bezruchu. Śpiew Sławomira również niebawem ucichł, a sam bard zdrętwiał, wpatrując się w otaczającą nas ciemność.

Przerażony niepokojącym się zachowaniem przyjaciół, zdającym się znacznie odbiegać od normy, powoli podniosłem się z miejsca i ruszyłem do ucieczki. Niestety, nie udało mi się pozostać niezauważonym. Piwosz, dostrzegłszy moją nadmierną aktywność, ruszył w pościg, kołysząc się z jednej strony na drugą, ze względu na poważny stan upojenia alkoholowego. Mimo, że na pierwszy rzut oka prędkość naszych ruchów znacznie się od siebie różniła, brodacz wbrew wszelkim pozorom znajdował się coraz bliżej.

Wnet poczułem silny uścisk na ramieniu i mimowolnie odwróciłem się do tyłu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#8
(Wczoraj, 01:00 )Traveler napisał(a): Miejscami zdawało się, że piwosz lada moment straci grunt pod nogami i osunie się gwałtownie na bujne kępy dzikiej trawy.
Gambrynista, Traveler. Gambrynista :>
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1