Senne podrurze
#11
Na horyzoncie majaczyła sylwetka o osobliwym kształcie. Postać miała wyciągnięte na boki ramiona i poruszała się na pojeździe nieznanego mi rodzaju. Oświetlona przez kojący blask zachodzącego słońca, rzucała długi cień na łany złocistego zboża, porastającego pole. Dziwny podróżnik powoli zbliżał się do mnie ruchem przypominającym niezdarny slalom. Wkrótce jednak silny wiatr sprawił, że monocyklista zatracił równowagę, a następnie sprawnie zeskoczył z pojazdu, ratując się od upadku. Zrezygnowawszy z dalszej jazdy, ujął sprzęt pod pachę i ruszył w pieszą wędrówkę.

Węgier podał mi rękę, patrząc na mnie ponurym wzrokiem. Od pierwszych chwil domyślałem się, że znany był mu już los pingwina. Milcząc, wpatrywaliśmy się w rozciągające się przed nami, niekończące się pustkowie porośnięte kępami wysokiej, bujnej trawy. Trwająca nieprzerwanie od wielu dni nawałnica smagała bezlitośnie jej źdźbła. W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z powagi zaistniałej sytuacji.

Położyłem rękę na ramieniu Kudłatego, na znak ultimatum, jakie zostało mu postawione. Włochaty westchnął żałośnie, gdyż wiedział, że nie ma innego wyjścia. Ponowna wizyta u gambrynisty zdawała się być nieunikniona.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#12
Zbliżaliśmy się do leciwego już przystanku autobusowego, znajdującego się po środku trawiastego pustkowia. Wzdłuż niego biegła polna droga, zdająca się nie być uczęszczaną od wielu lat. Czekała tam już na nas Patrycja. Jej długie, złociste włosy smagane były przez porywisty wiatr, wiejący z północy. Z oddali wymieniłem z ukochaną porozumiewawcze spojrzenie.
Zaintrygowany, spojrzałem na rozkład jazdy znajdujący się wewnątrz tej niewielkiej, murowanej konstrukcji. Ku mojemu zdziwieniu, tabliczka okazała się być pusta.
- Autobus niebawem tutaj się zjawi... - mruknęła dziewczyna, widząc zaniepokojenie na mojej twarzy
- Skąd mam wiedzieć, dokąd nim dojedziemy? - zapytałem roztrzęsiony
- To nie ma znaczenia. Ważne, że zaprowadzi was do gambrynisty - odparła z opanowaniem w głosie
Nie odpowiedziałem nic. Nie wiedzieć czemu, zawsze ufałem Patrycji, a jej słowa nigdy nie zasiewały we mnie ziarna zwątpienia. Wkrótce okazało się, że i tym razem tego nie pożałowałem. W oddali ujrzeliśmy zbliżający się do nas wysłużony pojazd marki Jelcz. Dźwięk jego silnika momentalnie wywołał u nas nostalgię za dawnymi czasami.
Pojazd w pozbawiony jakiejkolwiek gracji sposób zajechał do niewielkiej zatoczki znajdującej się przed przystankiem. Szarpnąłem za nieco przerdzewiałą klamkę przednich drzwi, jednak te okazały się być zamknięte. Ruszyłem więc do tylnych, które na szczęście tym razem otworzyły już przed nami wnętrze autokaru. Wsiadając jako ostatni do autobusu, spojrzałem ze smutkiem na wciąż stojącą na przystanku Patrycję, wpatrzoną pozbawionym emocji wzrokiem w dal.
- Dlaczego z nami nie jedziesz? - zapytałem, chcąc oszukać samego siebie
- Przecież wiesz, że nie mogę... - odpowiedziała, chowając się w głębi wiaty
Westchnąłem ze zrezygnowaniem i zatrzasnąłem wrota pojazdu.

Zdezelowany Jelcz okazał się być kompletnie pusty, poza jednym, oczywistym wyjątkiem. Z samego końca autobusu byliśmy w stanie dostrzec masywną, owłosioną rękę kierowcy, wrzucającą pierwszy bieg przy użyciu długiej dźwigni. Poczuliśmy mocne szarpnięcie i ruszyliśmy do przodu. Węgier nerwowo zaczął przeszukiwać kieszenie, jednak w żadnej z nich nie był w stanie namacać biletu. W obawie przed kontrolerem, z impetem ruszył w stronę drzwi i efektownie opuścił pokład autokaru. Milcząco kiwnąłem głową w stronę Pingwina i razem ruszyliśmy w stronę przedniej części pojazdu.

Brodacz zaśmiał się złowieszczo, nie odwracając wzroku od rozciągającej się przed nami drogi. Oderwawszy jedną rękę od kierownicy, złapał za stojącą nieopodal butelkę złocistego trunku, a następnie wziął kilka głębokich łyków, opróżniając ją tym samym niemal do połowy. Odłożywszy napój na swoje miejsce, wyciągnął w moją stronę ułożoną płasko dłoń. Sięgnąłem do kieszeni spodni w nadziei, że znajdę tam to, czego chcę. W istocie, ku mojemu zadowoleniu, znalazłem tam białą tabletkę powlekaną. Gambrynista gwałtownie wyrwał mi z ręki pigułkę, łapczywie połknął i popił piwem. Nie mówiąc nic, otworzył po chwili niedomykający się schowek w kokpicie kierowcy i wyciągnął z niego pomieszaną kostkę Rubika. Natychmiastowo podmieniłem fałszywą wersję zabawki, znajdującą się w dłoniach zamroczonego Pingwina na realną. Kudłaty w ciągu kilku sekund ułożył kostkę i rzucił ją z rozmachem o stół, uderzając jednocześnie obiema rękami o matę ze stoperem. Tym samym odzyskał również dawno zatraconą świadomość.

Opanowawszy sytuację, zauważyłem, że znajdowaliśmy się właśnie na skrzyżowaniu. Z lewej strony nadjeżdżał ogromny TIR wiozący ze sobą potężny ładunek. Między zegarami Jelcza ujrzałem migoczącą strzałkę, wskazującą iż również zmierzamy w tym kierunku.
Nagle Incestus ruszył. Poczułem momentalny zastrzyk adrenaliny. Wiedziałem, że zbliżający się samochód ciężarowy zamierza bez zastanowienia przeciąć skrzyżowanie.
- Co robisz? - krzyknąłem przerażony
- Nie widzisz? Przecież ma migacza. - odpowiedział ze stoickim spokojem piwosz.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1