Rdzeń ludzkiej motywacji
#21
Incestus napisał(a):Podstawowy ludzki wolnopłynący lęk, że jest się w tyle, że jest się nieważnym, że życie ucieka itd. Tego lęku nie da się uśmierzyć działaniami, utrzymuje się on więc nawet po osiągnięciu sukcesu, ciągle motywując do dalszej gonitwy. Wydawałoby się, że jest to przekleństwo prostego człowieka, ale jestem przekonany, że to jemu zawdzięczamy rozwój ludzkości. Bo po co do czegoś dążyć, kiedy wszystko jest w porządku lub przyjemność jest w teraźniejszości?
High Contrast napisał(a):Wiem o co Ci chodzi, mnie ten lęk strasznie denerwuje, wkurza i demotywuje, jest to moja pięta achillesowa, bo zamiast jak każdy normalny człowiek ogarnąć się i jechać dalej to przez ten lęk daję sobie spokój z wszystkim - paradoksalnie odwrotny skutek.
Moim zdaniem to co opisałeś HC bardziej pasuje do potrzeby kontroli. Boisz się iść do przodu bo wiesz, że coś po drodze może nie wyjść i wylądujesz w gorszym miejscu niż jesteś obecnie. Lęk o którym pisze Incestus w obu przypadkach (stania w miejscu z powodu obaw i brnięcia przed siebie) może być na podobnym poziomie. Różnica leży w interpretacji, czyli zetknięcia się z innymi motywacjami. W pierwszym przypadku pcha człowieka do demotywowania się, wkurzania na siebie, że nie potrafi ruszyć do przodu i wewnętrznej walki, a w drugim do spełniania celów w obawie, że coś przegapi.

High Contrast napisał(a):Czemu oddalać od celów? Dla mnie ciekawe życie, adrenalinka, ciągle nowe doświadczenia już same w sobie są celem, nie mam żadnych większych planów na osiągnięcie sukcesu w przyszłości, jak przyjdzie sukces to będzie jedynie efektem ubocznym, nie mam nic przeciwko
Skąd to wiesz? Nie da się tak wyprzedzać siebie. Priorytety zmieniają się z każdą chwilą. Będziesz to dopiero wiedział jak osiągniesz już cel :)

Ogółem to czuć lekką spinę z Twojej strony. Zarzucasz Incestusowi oszukiwanie siebie, choć za każdym razem wyprowadza (moim zdaniem przynajmniej) sensowną argumentację. Każdy kto ma odmienne zdanie, nie doświadczył tego co Ty? Po co więc ten temat? Czekasz tylko na kogoś kto przyzna Ci całkowitą rację?  :)

Załóżmy, że jest człowiek, który jest przekonany, że korzystanie z życia to obraza siebie, czy Boga. Taki asceta XXI w. Te same bodźce, ale nie powiesz, że dostarczy to mu tyle samo szczęścia, że będzie chciał do tego wracać :)

Osobiście owe korzystanie z życia nie rajcuje mnie szczególnie. Odczuwam, że takie chwile mają dla mnie wartość głównie dlatego bo mogę szczerze przed sobą przyznać, że pod kątem widzenia społeczeństwa "żyję". Z drugiej strony jak ma się świadomość, że chwile te mają jakieś znaczenie dla Ciebie tylko w chwilach gdy wracasz myślami do przeszłości, to automatycznie tracą na wartości. Czyli czysty system przekonań. Odwrotną sytuacją będzie jeśli ktoś uważa, że wartość człowieka zależy od ilości przeżytych intensywnych chwil. Oczywiście możesz powiedzieć, że ogarnę to dopiero przy totalnym puszczeniu hamulców. Że gdy raz poczuję życie to nie będę chciał wracać. Prawda przebije się przez fałszywy ograniczający światopogląd :)
Dreamweaver - break your chains and make your move
Or you might just see a dreamweaver's fall
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
@High Contrast
Mam wrażenie, że Twoja wizja dobrobytu opiera się na skutecznym sztachaniu się endorfinami. Wszystko pięknie, tylko po co wkładać tyle wysiłku i czasu w coś, co będzie trwało tylko chwilkę? Co nie będzie miało przełożenia na, w zasadzie, nic w Twoim życiu, poza właśnie przyjemnością. Nic więcej nie osiągniesz, będziesz zbyt zajęty szukaniem kolejnej dawki. To znaczy, jeśli właśnie to jest Twoim największym marzeniem - te krótkie momenty uniesienia, jeden po drugim, no to nie widzę problemu. Każdemu według potrzeb (i mówię to szczerze, nie uważam, że istnieją potrzeby gorsze lub lepsze, tylko inne - to nie kwestia tolerancji czy dobrego serduszka u mnie, tylko logiki - różnorodność biologiczna to prowokuje).

Co powiesz na opcję z długotrwałymi skutkami, które możesz odczuć? Ja, na przykład, byłam bardziej zainteresowana podniesieniem codziennego poczucia szczęścia, niż poszukiwaniem krótkotrwałych uniesień. To ostatnie robiłam wcześniej i (to zabawne, bo schemat przypomina ćpanie) każdy wjazd był coraz trudniejszy i wymagał większych nakładów, a zjazd z powrotem do dziennego poczucia (nie)szczęścia był coraz bardziej bolesny. Po co się tak męczyć, jak możesz zainwestować i do swoich uniesień startować z nowego poziomu.

Co do Twojego uczepienia się stwierdzenia "wszystko to tylko chemia, yeah" - żadnej chemii (chyba, że ze strzykawki) nie dostaniesz tak długo, jak nie uwierzysz w to, co można nazwać własnymi wartościami, dążeniami lub przekonaniami. Taki mały paradoks.

Zastanawia mnie jeszcze sprawa: jak właściwie definiujesz tę swoją szeroką dupę, w której chcesz wszystkich pomieścić? Znam ludzi, którzy nie biorą poprawki na innych w wewnętrznych odczuciach, ale biorą w działaniach, bo inaczej ich skuteczność spada. Ty, zdaje się, postulujesz, trochę chyba też niechcący, coś odwrotnego - POKAZYWAĆ, że masz wszystkich w dupie, ale w środku nadal się telepać. Co to ma wnosić, poza konfliktami? Czy nie lepiej postarać się właśnie o to, żeby wewnętrznie się nimi nie przejmować, ale w kalkulacjach brać ich pod uwagę, jako czynniki?

Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się od czegoś odcinać, lub spłaszczać, jak buddyści. Wolę raczej poznawać schematy, na jakich działa człowiek, żeby nauczyć się ich używać, tak, jak na przykład nauczyłam się projektować własny system wartości i w oparciu o niego - potrzeby, żeby to, co robię, lepiej składało się z superego, niż dotychczas. :> Zamiast, na przykład, pałować się z przemożną chęcią prokrastynacji, wolę znaleźć jej źródło i przeprojektować, żeby sama osłabła, lub połączyć większe odczuwanie przyjemności z wypełnianiem innej potrzeby, żeby samą siebie przekonać, że coś innego jest bardziej warte robienia.

@incestus
Nie zawsze lęk jest siłą napędową. Studium przypadku FTW, ale pozwolę sobie. Dla mnie tego typu lęk jest paraliżujący i szkodliwy. Wyzwanie (coś, co wymaga mojego dużego skupienia/wysiłku umysłowego lub fizycznego), natomiast, jest motywujące - ze względu na moją ciekawość i chęć sprawdzenia siebie. Udało mi się połączyć wychodzenie poza strefę komfortu z przyjemnością. Dlatego to poczucie związane z przygodą nie wiąże się tylko z nurkowaniem na 10 metrach w oceanie, ale też, na przykład, z wykonaniem i spisaniem wywiadu z majorem albo pójściem na dziwne spotkanie muzyczne w czyimś mieszkaniu. I oczywiście, że siłą rzeczy ta sfera komfortu się powiększa i coraz mniej rzeczy jest tym wyzwaniem. Trochę jednak udało mi się oszukać system, bo wyzwanie jest też odkrywaniem i próbą zrozumienia czegoś, czego wcześniej nie znałam (a takich rzeczy jest sporo i będzie zawsze).
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
(04-06-2016, 14:07 )incestus napisał(a): Według pierwszych postów szukasz stanu umysłu, który zapewni motywację do dobrobytu. Twierdzisz, że chcesz się rozwinąć, posunąć o krok naprzód w kierunku tego stanu. Ja tu jednak tylko widzę prostą fascynację wolnymi ptakami, rodem z filmów akcji czy pokroju wilk z wall street, blow, fight club. Wszystko podciągasz ( w tym ten przykład z dziećmi i pasożytami - to nie ma nic do superego ) pod swoją teorię, że ten typ człowieka jest po prostu lepszy pod każdym względem tylko wymagający, a reszta to cipy. Zmiana nawyków jest ok, każda próba wyjścia ze strefy komfortu wniesie rozwój dla jednostki, ale nie jeżeli stoi za tym fantazja bycia jakąś gwiazdą rocka.
Sorry za taki ton, ale z twoich postów jedzie wielkościowością. Ludzie nie dzielą się na lepszych i gorszych.

To ludzie nie dzielą się na podludzi i ludzi? :O Powiedz to dwóm kolesiom co chcieli skakać po masce audika mojemu bratu i grozili mu pobitą butelką, bo ktoś się krzywo spojrzał... #ŻycieOstreJakMaczeta "Ja tu jednak tylko widzę prostą fascynację wolnymi ptakami" Hipisami to akurat gardzę, ale co do reszty to może i tak myślę, za to Ty zamykasz się całkiem na takie ekscesy i koniecznie sprowadzasz wszystko do jednego, objechanego schematu, dla mnie to przegrana. Żeby nie było, czasy buntu mam już dawno za sobą, po prostu zaszła we mnie już jakaś zmiana widocznie i już nawet nie chcę wracać do tego schematu myślowego przeciętnego kowalskiego.

Nie przepraszaj, dla mnie to ton grzecznościowy, jakbyś napisał High Contrast to **** ***** i ********* **** ******, to może bym się zastanowił czy mnie to obraża. Nie jesteśmy tu po to, aby sobie lizać jaja, a jak gówno walnie w wentylator to przynajniej wiadomo na czym stoimy.
Apropo wielkościowości... to nie ja mam podpisane pod nickiem "Bug Jedyny" :v
BTW. Co jest złego w byciu gwiazdą rocka? :v

@Fallen Leaf Twoje myśli są kręte jak tor Nurburgring, a logika kobiety wydaję się przy Twojej jak 2+2. Nie piszę tego złośliwie, imponujące.

(04-06-2016, 15:07 )Fallen Leaf napisał(a): Ogółem to czuć lekką spinę z Twojej strony. Zarzucasz Incestusowi oszukiwanie siebie, choć za każdym razem wyprowadza (moim zdaniem przynajmniej) sensowną argumentację. Każdy kto ma odmienne zdanie, nie doświadczył tego co Ty? Po co więc ten temat? Czekasz tylko na kogoś kto przyzna Ci całkowitą rację?  :)
Czekam na kogoś kto poda w końcu jakieś konkrety zamiast się kłócić czy mam rację czy nie. Jestem ciekaw jak się rozwinie ten temat.

(04-06-2016, 15:07 )Fallen Leaf napisał(a): Załóżmy, że jest człowiek, który jest przekonany, że korzystanie z życia to obraza siebie, czy Boga. Taki asceta XXI w. Te same bodźce, ale nie powiesz, że dostarczy to mu tyle samo szczęścia, że będzie chciał do tego wracać :)
Problem w tym, że nie chcę być ascetą :)

(04-06-2016, 15:07 )Fallen Leaf napisał(a): Osobiście owe korzystanie z życia nie rajcuje mnie szczególnie. Odczuwam, że takie chwile mają dla mnie wartość głównie dlatego bo mogę szczerze przed sobą przyznać, że pod kątem widzenia społeczeństwa "żyję". Z drugiej strony jak ma się świadomość, że chwile te mają jakieś znaczenie dla Ciebie tylko w chwilach gdy wracasz myślami do przeszłości, to automatycznie tracą na wartości. Czyli czysty system przekonań. Odwrotną sytuacją będzie jeśli ktoś uważa, że wartość człowieka zależy od ilości przeżytych intensywnych chwil. Oczywiście możesz powiedzieć, że ogarnę to dopiero przy totalnym puszczeniu hamulców. Że gdy raz poczuję życie to nie będę chciał wracać. Prawda przebije się przez fałszywy ograniczający światopogląd :)
Taka dygresja mała - za dużo myślisz. W ogóle, ale to już wiesz :P Od razu masz już 1000 teorii zamiast po prostu coś zrobić, tak po prostu. Bez tłumaczenia sobie a po co, a dlaczego. Spróbuj, serio.



@System W końcu konkrety, to mi się podoba!!

(04-06-2016, 17:11 )System napisał(a): @High Contrast
Mam wrażenie, że Twoja wizja dobrobytu opiera się na skutecznym sztachaniu się endorfinami. Wszystko pięknie, tylko po co wkładać tyle wysiłku i czasu w coś, co będzie trwało tylko chwilkę? Co nie będzie miało przełożenia na, w zasadzie, nic w Twoim życiu, poza właśnie przyjemnością. Nic więcej nie osiągniesz, będziesz zbyt zajęty szukaniem kolejnej dawki. To znaczy, jeśli właśnie to jest Twoim największym marzeniem - te krótkie momenty uniesienia, jeden po drugim, no to nie widzę problemu. Każdemu według potrzeb (i mówię to szczerze, nie uważam, że istnieją potrzeby gorsze lub lepsze, tylko inne - to nie kwestia tolerancji czy dobrego serduszka u mnie, tylko logiki - różnorodność biologiczna to prowokuje).
Musisz też zrozumieć, że przez całe życie byłem typem muła na 100% i korzystałem z życia na 0%. Jak to zwykle bywa, sinusoida wywala nas z jednego ekstremum na drugi i właśnie tak mam ku temu potrzebę teraz, co nie znaczy, że nie chcę połączyć tego z czymś pożytecznym i przy okazji się rozwijać. Właśnie po to założyłem temat, przyjmę każdą propozycję, ale liczą się konkrety, bo jak ktoś pisze ogólnikowo jak Inces czy Fallen to ja nie wiem w ogóle czasami o czym oni piszą, a co dopiero przeniesienie to do rzeczywistości.

Nie uważam tego za męczarnie czy podejmowanie jakiegoś specjalnego wysiłku ku temu, raczej jako naturalny pociąg, coś co płynie w żyłach. Wysiłkiem byłoby odejście od tego i zajęcie się żmudnym pięciem w szczeblach społeczeństwa.

(04-06-2016, 17:11 )System napisał(a): Co powiesz na opcję z długotrwałymi skutkami, które możesz odczuć? Ja, na przykład, byłam bardziej zainteresowana podniesieniem codziennego poczucia szczęścia, niż poszukiwaniem krótkotrwałych uniesień. To ostatnie robiłam wcześniej i (to zabawne, bo schemat przypomina ćpanie) każdy wjazd był coraz trudniejszy i wymagał większych nakładów, a zjazd z powrotem do dziennego poczucia (nie)szczęścia był coraz bardziej bolesny. Po co się tak męczyć, jak możesz zainwestować i do swoich uniesień startować z nowego poziomu.
Bardzo chętnie poczytam o tym więcej, jesteś w tej komfortowej sytuacji, że pewnie z niejednego drzewa owoce jadłaś i masz ogląd na całokształt, chętnie posłucham Twojej wizji.

(04-06-2016, 17:11 )System napisał(a): Co do Twojego uczepienia się stwierdzenia "wszystko to tylko chemia, yeah" - żadnej chemii (chyba, że ze strzykawki) nie dostaniesz tak długo, jak nie uwierzysz w to, co można nazwać własnymi wartościami, dążeniami lub przekonaniami. Taki mały paradoks.
Będę pamiętał ;) Wiara czyni cuda.

(04-06-2016, 17:11 )System napisał(a): Zastanawia mnie jeszcze sprawa: jak właściwie definiujesz tę swoją szeroką dupę, w której chcesz wszystkich pomieścić? Znam ludzi, którzy nie biorą poprawki na innych w wewnętrznych odczuciach, ale biorą w działaniach, bo inaczej ich skuteczność spada. Ty, zdaje się, postulujesz, trochę chyba też niechcący, coś odwrotnego - POKAZYWAĆ, że masz wszystkich w dupie, ale w środku nadal się telepać. Co to ma wnosić, poza konfliktami? Czy nie lepiej postarać się właśnie o to, żeby wewnętrznie się nimi nie przejmować, ale w kalkulacjach brać ich pod uwagę, jako czynniki?
Tak, tak, tak! Tego wniosku mi brakowało i nie chodzi nawet o specjalne wykorzystywanie ludzi z założenia czy też przez mój system przekonań, a z prostego faktu, jak nie będziesz kłaść na ludzi ch*ja to ktoś inny położy na Ciebie. Jednak nie szukam zwady, wręcz przeciwnie, przyjaciół. Tutaj sprawdza się stare porzekadło, Twój resp na dzielni jest wprost proporcjonalny do ilości wrogów jakich posiadasz. Idealnie to zobrazowałaś, lepiej bym tego nie ujął.


(04-06-2016, 17:11 )System napisał(a): Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się od czegoś odcinać, lub spłaszczać, jak buddyści. Wolę raczej poznawać schematy, na jakich działa człowiek, żeby nauczyć się ich używać, tak, jak na przykład nauczyłam się projektować własny system wartości i w oparciu o niego - potrzeby, żeby to, co robię, lepiej składało się z superego, niż dotychczas. :> Zamiast, na przykład, pałować się z przemożną chęcią prokrastynacji, wolę znaleźć jej źródło i przeprojektować, żeby sama osłabła, lub połączyć większe odczuwanie przyjemności z wypełnianiem innej potrzeby, żeby samą siebie przekonać, że coś innego jest bardziej warte robienia.
Widzę, że masz podobne zdanie co ja #teamsystem.
Niektórzy się męczą grindując na siłę swoją pozycję w społeczeństwie, a nie zawsze jest warto. Lepiej odejść, wziąć drugi oddech i zobaczyć całą sytuację z góry, może jest inny sposób. Wiadomo, że sprawdzone sposoby są bardziej komfortowe, ale ja wymagam więcej.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
@High Contrast
Haha, wydaje mi się, że chociaż podchodzimy do tego zupełnie różnie, jeden z celów mamy podobny - przygodę. Zaczyna mnie jednak zastanawiać czy naprawdę wiesz JAKIEJ przygody szukasz.

(04-06-2016, 22:43 )High Contrast napisał(a): Musisz też zrozumieć, że przez całe życie byłem typem muła na 100% i korzystałem z życia na 0%. Jak to zwykle bywa, sinusoida wywala nas z jednego ekstremum na drugi i właśnie tak mam ku temu potrzebę teraz, co nie znaczy, że nie chcę połączyć tego z czymś pożytecznym i przy okazji się rozwijać. Właśnie po to założyłem temat, przyjmę każdą propozycję, ale liczą się konkrety, bo jak ktoś pisze ogólnikowo jak Inces czy Fallen to ja nie wiem w ogóle czasami o czym oni piszą, a co dopiero przeniesienie to do rzeczywistości.

Nie uważam tego za męczarnie czy podejmowanie jakiegoś specjalnego wysiłku ku temu, raczej jako naturalny pociąg, coś co płynie w żyłach. Wysiłkiem byłoby odejście od tego i zajęcie się żmudnym pięciem w szczeblach społeczeństwa.
Rozumiem, że nagle zdałeś sobie sprawę, że to co masz, to nie jest to, o co Ci chodzi. Tylko, że teraz to, co chcesz, definiujesz właśnie w kontrastach (nomen omen, hehe) - albo szybkie laski i piękne samochody, albo korpo-wegetacja w boxie. Może spróbuj, z pomocą auoobserwacji (jest na nią milion i jeden sposób), sprawdzić co tak naprawdę wyzwala w Tobie największą przyjemność. Możliwe, że sam siebie zaskoczysz, że to, co Ty będziesz definiował jako przygodę, dla innych będzie koszmarem albo nudą. Rozumiem, że w tej chwili interesuje Cię "tu i teraz". Być może będziesz potrzebował chwilę porzucać się w te i z powrotem. I wrócisz do tematu dopiero jak przyjemność stanie się bardziej jałowa i poczujesz wtedy wyraźnie, że część z tych przygód, co koledzy obiecywali, że miały być takie świetne, dla Ciebie wcale nie są. Nie mówię tu o jakimś moralnym nawróceniu, tylko o tym, że chociaż niby "każdy facet lubi szybką jazdę", to Ty akurat nie i wolisz spływ kajakowy, ale nie idziesz na niego, bo nawet nie ma z kim. Ale, to już ostre gdybanie z mojej strony. ;)

High Contrast napisał(a):Bardzo chętnie poczytam o tym więcej, jesteś w tej komfortowej sytuacji, że pewnie z niejednego drzewa owoce jadłaś i masz ogląd na całokształt, chętnie posłucham Twojej wizji.
To jest... ciekawy wniosek. :D Skąd go wziąłeś, tak właściwie?

A jeśli chodzi o szczegóły, to może rozwinę o co mi chodziło z tym codziennym poziomem szczęścia. Są rzeczy, które Cię martwią, codziennie "ciągną Cię w dół", nie pozwalają się cieszyć drobiazgami, a czasem nawet dużymi rzeczami. W moim przypadku to był mój problem z postrzeganiem własnej wartości. W momencie, w którym rozpoznałam to źródło mojego niskiego poziomu codziennego szczęścia, mogłam zacząć zastanawiać się jak to zmienić. Wiele perypetii (i błędów, a jakże, też) dalej, udało mi się przewartościować własne postrzeganie - zmieniłam swoją "wewnętrzną narrację" (to jak sama siebie postrzegam), no i wreszcie trochę się uspokoiłam wewnętrznie i stałam się szczęśliwsza. :) Zauważ jednak, że nawet do tego wyjściową była autoobserwacja.

High Contrast napisał(a):Będę pamiętał ;) Wiara czyni cuda.
Haha, bardziej "wiara to skuteczny bodziec z zakresu autosugestii", ale założenia się zgadzają, jak sądzę. :>

High Contrast napisał(a):Tak, tak, tak! Tego wniosku mi brakowało i nie chodzi nawet o specjalne wykorzystywanie ludzi z założenia czy też przez mój system przekonań, a z prostego faktu, jak nie będziesz kłaść na ludzi ch*ja to ktoś inny położy na Ciebie. Jednak nie szukam zwady, wręcz przeciwnie, przyjaciół. Tutaj sprawdza się stare porzekadło, Twój resp na dzielni jest wprost proporcjonalny do ilości wrogów jakich posiadasz. Idealnie to zobrazowałaś, lepiej bym tego nie ujął.
To jest, hmm, ciekawe, ale cały szkopuł w tym, żeby właśnie nie postrzegać tego w kategoriach zemsty czy samoobrony. Bo to wiąże się z negatywnymi emocjami, a przecież założenie było, że ludźmi nie chcesz się przejmować za bardzo, tak? Branie ludzi pod uwagę w kalkulacji niewiele ma wspólnego w wykorzystywaniem. To znaczy, jak powiedział Underwood (ten od House of Cards): "I don't use people unless I can throw them away afterwards". Zasoby ludzkie są delikatne i cenne, nie można ich marnować, bo to w dalszej perspektywie działa na szkodę Tobie samemu. To jest założenie, które płynie z logiki. Zdaję sobie sprawę, że może brzmieć bardzo zimno i nieprzyjemnie, ale de facto często zakłada większą dbałość o ludzi, niż podejście emocjonalne (bo ono dopuszcza, na przykład, działanie na szkodę w afekcie).

High Contrast napisał(a):Widzę, że masz podobne zdanie co ja #teamsystem.
Niektórzy się męczą grindując na siłę swoją pozycję w społeczeństwie, a nie zawsze jest warto. Lepiej odejść, wziąć drugi oddech i zobaczyć całą sytuację z góry, może jest inny sposób. Wiadomo, że sprawdzone sposoby są bardziej komfortowe, ale ja wymagam więcej.
No właśnie dlatego sugeruję najpierw przyjrzeć się porządnie własnym preferencjom i potrzebom.
Możesz zdefiniować "sprawdzone sposoby" i "więcej"?
Co jesteś skłonny poświęcić dla tego, co chcesz osiągnąć?

***

A co do tematu tego wątku, czyli "rdzenia ludzkiej motywacji" w ogóle, to na razie udało nam się wyróżnić trzy:
- lęk (z pomocą Incestusa),
- pogoń za przygodą (to #teamsystem),
- dążenie do rozwoju/zwiększania skuteczności (to moja druga największa motywacja do działań, więc pozwalam sobie dorzucić).

Jestem ciekawa, czy ktoś jeszcze się odezwie i określi swój rdzeń motywacji.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
Naprawdę nie podążam za tym, co się dzieje w tym temacie. To w końcu szukasz recepty na szczęście czy promujesz swoją wizję dobrobytu i zastanawiasz się jak do niej dotrzeć, skąd czerpać motywację ? Stawiasz pytania na które sam odpowiadasz. Spróbuj proszę przedstawić swój dylemat w postaci jednego pytania, zamiast wywodu na kilka postów.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
(04-06-2016, 23:54 )System napisał(a):
High Contrast napisał(a):Bardzo chętnie poczytam o tym więcej, jesteś w tej komfortowej sytuacji, że pewnie z niejednego drzewa owoce jadłaś i masz ogląd na całokształt, chętnie posłucham Twojej wizji.
To jest... ciekawy wniosek. :D Skąd go wziąłeś, tak właściwie?
Zdaje się, że jesteś dziennikarką, albo masz coś wspólnego z mediami, prowadzisz wywiady etc, ale nie wiem, tak strzelam, a skoro masz taki kontakt z różnymi ludźmi to pewnie i spojrzenie z różnej perspektywy.

(04-06-2016, 23:54 )System napisał(a): To jest, hmm, ciekawe, ale cały szkopuł w tym, żeby właśnie nie postrzegać tego w kategoriach zemsty czy samoobrony. Bo to wiąże się z negatywnymi emocjami, a przecież założenie było, że ludźmi nie chcesz się przejmować za bardzo, tak? Branie ludzi pod uwagę w kalkulacji niewiele ma wspólnego w wykorzystywaniem. To znaczy, jak powiedział Underwood (ten od House of Cards): "I don't use people unless I can throw them away afterwards". Zasoby ludzkie są delikatne i cenne, nie można ich marnować, bo to w dalszej perspektywie działa na szkodę Tobie samemu. To jest założenie, które płynie z logiki. Zdaję sobie sprawę, że może brzmieć bardzo zimno i nieprzyjemnie, ale de facto często zakłada większą dbałość o ludzi, niż podejście emocjonalne (bo ono dopuszcza, na przykład, działanie na szkodę w afekcie).
Aha, no to jeszcze lepiej, dla mnie wcale nie jest to zimne traktowanie. Ciekawe czy da się tak całkiem bez emocji podchodzić do tego.

(04-06-2016, 23:54 )System napisał(a): No właśnie dlatego sugeruję najpierw przyjrzeć się porządnie własnym preferencjom i potrzebom.
Możesz zdefiniować "sprawdzone sposoby" i "więcej"?
Co jesteś skłonny poświęcić dla tego, co chcesz osiągnąć?
Przyjrzę się, bo na razie tak jak mówisz, szamotam się trochę, nie wiem za co się złapać.
Sprawdzone sposoby czyli szkoła, studia, stabilna praca, ciepły stołek i tak do usranej śmierci. A więcej, czyli wykazać więcej własnej inicjatywy, coś kombinować, improwizować.
Co jestem w stanie poświecić? Dużo, jestem w stanie daleko się posunąć. Nie mam wiele do stracenia ;)

(05-06-2016, 18:12 )incestus napisał(a): Naprawdę nie podążam za tym, co się dzieje w tym temacie. To w końcu szukasz recepty na szczęście czy promujesz swoją wizję dobrobytu i zastanawiasz się jak do niej dotrzeć, skąd czerpać motywację ? Stawiasz pytania na które sam odpowiadasz. Spróbuj proszę przedstawić swój dylemat w postaci jednego pytania, zamiast wywodu na kilka postów.
Oto pytanie: "Jak żyć jak pieprzony Alonso?"

Temat ewoluuje, cały czas dyskutujemy, motywem przewodnim jest "motywacja". Skąd się ona bierze, jak ją pozyskać i do czego warto dążyć?
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
Kurde nie wiem kto to jest Alonso :)
Odniosę się jeszcze raz do tego ekonoma - albo jesteś kimś, kto chce wygrywać, albo kimś kto chce mieć komfort, albo kimś, kto chce mieć rację, albo kimś kto musi być kochany przez wszystkich. Co cię rajcuje w takim życiu typu Alonso? Nie przypadkiem wygoda ? ;) Spróbuj sobie na to odpowiedzieć najpierw.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
High Contrast napisał(a):Ciekawe czy da się tak całkiem bez emocji podchodzić do tego.
Jedyne, co mogę stwierdzić z pełną pewnością, to to, że da się podwyższać granicę stresu (od której coś Cię rusza). Ale do jakiej "wysokości" - to zapewne bardzo osobnicza sprawa.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
(05-06-2016, 23:07 )incestus napisał(a): Kurde nie wiem kto to jest Alonso :)
Odniosę się jeszcze raz do tego ekonoma - albo jesteś kimś, kto chce wygrywać, albo kimś kto chce mieć komfort, albo kimś, kto chce mieć rację, albo kimś kto musi być kochany przez wszystkich. Co cię rajcuje w takim życiu typu Alonso? Nie przypadkiem wygoda ? ;) Spróbuj sobie na to odpowiedzieć najpierw.

Jestem kimś kto chce wygrywać, raczej ;) Nie umiem czuć się w pełni komfortowo, a jak już to zawsze mam wrażenie, że coś mnie omija, nie wyobrażam sobie, że komuś nawet na tym zależy, jak już mówiłem, dla mnie to przegrana. Racji mieć nie potrzebuję, wolę odpuścić jak widzę, że mam z tego większe korzyści, zresztą fajnie jest popatrzyć jak ludzie nie mają racji i żyją w błogiej nieświadomości, a potem mają zdziwko jak sytuacja się wyjaśnia ;] Kochanym też nie muszę być i dobrze mi z tym. Powtarzam pytanie, jak wygoda może kogokolwiek rajcować?! Owszem, fajnie jest żyć wygodnie, ale jako dodatek, a nie cel sam w sobie, jak bym chyba popełnił harakiri. Rajcuje mnie niebezpieczeństwo, przygoda, krzywe akcje, ogólnie jak gówno uderza w wentylator.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
(06-06-2016, 13:11 )High Contrast napisał(a): [...]Rajcuje mnie niebezpieczeństwo, przygoda, krzywe akcje, ogólnie jak gówno uderza w wentylator.

SHTF School
Ta strona jest, więc dla ciebie :D
Ogólnie dotyczy przetrwania.


SHTF = Shit Hits The Fan
We are all of you in the future that is rapidly becoming the present.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1