Ostateczna Krucjata przeciwko Bogu, czyli Robaczkowa Księga Nalewy
Ło Chryste, ten sen zaspokaja wszystkie moje artystyczno-turpistyczne potrzeby jakich oczekuje po snach :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Sen #1: "Agent 007 zgłasza się do rozpoczęcia misji." Tymi słowami napisanymi do kolegi na messengerze ropocząłem śledzenie brata mniejszego, który podejrzliwym krokiem kierował się w stronę opuszczonej fabryki, w pobliżu szkoły muzycznej w Gdańsku. Instynktownie zasłaniałem się za śmietnikami i skrzynkami na listy, płotami i krzakami aby nie zostać zauważonym. Gdy już wszedł na posesję fabryki, brama momentalnie się zatrzasnęła i nie miałem zbytnio możliwości dostania się do środka. Obkrążyłem ogrodzenie wokół, nie było najmniejszej szansy aby się niepostrzeżenie prześlizgnąć, ale misja nie mogła zostać porzucona.

Postanowiłem skorzystać z płytkiej wiedzy o tym, że śnie i przeskoczyłem przez część ogrodzenia zrobionej z blachy falistej (co z tego że obok była zwykła siatka z dużymi oczkami) w nadzieji że po drugiej stronie nikogo nie będzie, tak też było. Stałem naprzeciwko dużego budynku z cegieł, z gdzieniegdzie położonymi łatami z cementu. Nie chciałem wchodzić do środka, także postanowiłem obserwować co się dzieje wewnątrz z okna. Wziąłem beczkę leżącą nieopodal, podstawiłem pod ścianę i na nią wszedłem.

W środku zauważyłem cały pokój obłożony opakowaniami z klocków LEGO. Prawdopodobnie pustymi, bo podłoga tonęła w tychże zabawkach, a kilka osób przebranych w habity ochoczo się nimi bawiło. Jeden z nich, trzymając wikinga na białym koniu szturmował na zamek swojego kolegi. Jego znajomy obok budował coś na kształt pani Simpson, tylko że nie miał zbytnio niebieskich klocków więc używał różowych i czerwonych w nadzieji, że nikt nie zauważy. Brat którego wcześniej śledziłem wyjął spod sutanny opakowanie klocków z nowo wypuszczonej serii dla nastolatek. Cieszył się jak dziecko, które wygrało miśka na loterii. Aż się serce radowało patrząc na jego radość.

Uznałem, że misja zakończyła się sukcesem. Odkryłem, że bractwo opatów kradnie w Trójmieście klocki i zabawia się nimi w opuszczonej fabryce. Zadowolony z odkrycia kolejnej tajemnicy zdałem relację koledze, udając się na SKM (Szybka Kolej Miejska). Niestety, spóźniłem się na pociąg i zauważyłem jak odjeżdża. "O nie, nie dam Ci uciec". Korzystając z sennych zdolności skoczyłem na dach niebiesko-żółtego pojazdu, jednak krzywo wylądowałem i spadłem obok. Zdenerwowałem się. Postanowiłem znowu skorzystać z moich zdolności i pobiegłem z prędkością bliskiej prędkości dźwięku na następny peron, aby tam już normalnie wsiąść do środka.

Biegłem wzdłuż torów. Z idealnym timingiem wbiegłem przed pociąg zanim wjechał on do tunelu. Gdybym tego nie zrobił, prawdopodobnie musiałbym biec w tunelu za nim i nie zdążyłbym znowu wsiąść. Po chwili byłem już na przystanku, lecz zauważyłem tam *******, więc postanowiłem że wsiądę na kolejnym by z nim nie gadać, bo za nim nie przepadam. Na następnym przystanku spotkałem jakichś znajomych z osiemnastki *******. ale ich olałem i stałem obok nich. Nie poznali mnie na szczęście.

"Pociąg do stacji /*%$#??> odjeżdża za trzy minuty". Nareszcie, byłem na czas. Dokończyłem relację koledze na fejsbuku i wyłączyłem telefon. Pociąg już się zbliżał. Jednak, to nie był mój pociąg. Był to jakiś futurystyczny, dwu osobowy, czarny samochód przypominający Voklswagena Beetle poruszający się po torach. W środku siedziała Kim Kardaszian i pozdrawiała okolicznych podróżnych. "Chyba pomyliłem przystanki."
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Pozdrawiam Isabelę co mi inkubuje sny o ciastkach



Sen #1: Apokalipsa. Nadchodziła apokalipsa. Ciastka zaczęły... ożywać. Na niebie latały długie tasiemce, przypominające te z NieR:Automata i złożone z mojego ulubionego rodzaju wypieku - herbatników z agrestową galaretką na wierzchu polaną gorzką czekoladą wyprodukowane przez doktora Gerarda (sen zawiera śladowe ilości lokowania produktu). Słońce zamieniło się na złociście świecące zbożowe crunchy, chumry przypominały ptasie mleczko, a niebo czerwoną oranżadę. Na dodatek, jakby we wszystko wchodziło życie. Wszystko zamieniało się w słodycze i ożywało. 

Jako przedstawiciel nadrzędnego gatunku na ziemi czułem się w obowiązku wytoczenia partyzanckiej akcji w celu osłabienia przeciwnika. Wziąłem z szafki opakowanie ciastek, kruchych z różanym dżemem na wierzchu, blender i udałem się do piwnicy aby rozpocząć tortury. O dziwo czekała już tam na mnie siostra, trzymając w ręku kilka tabliczek czekolady. Zamknąłem za sobą szczelnie drzwi, zaświeciłem światło, podłączyłem blender do prądu i odpaliłem, wrzucając całe opakowanie naraz w paszczę urządzenia. 

Kiedy ostrza zaczęły kroić małych przeciwników ziemi, zaczął wydobywać się z nich agonalny dzwięk wołający o zemstę. W tym samym momencie drzwi do piwnicy zaczęły się trząść i łamać, a ze szczelin zaczął wydobywać się zielony śluz. Pomyślałem, że to koniec, prawdopodobnie były to ostatnie chwile mojego życia. Drzwi się otworzyły, wleciał jeden z olbrzymich agrestowych tasiemców i wirującym ruchem zaczął przecinać wszystko na swojej drodze, w tym także, oczywiście, mnie.



Sen #2: Byłem w podziemnej bazie znajdującej się tuż pod jakąś willą. Była to jedna z tajemniczych budowli postawiona przez humanoidalne ciastka, które rozwinęły się kilka lat po wybuchu elektrowni atomowej w Polsce. Miałem na sobie szary skafander i jakiś karabin, który potrafił strzelać bez przeładowywania. Przed moimi oczami widziałem swój pasek życia i mapę podziemnej bazy. Zółte obszary należały do ciastek, niebieskie zostały odbitę przeze mnie i moich towarzyszy, którzy byli ze mną równolegle na misji. Komunikowaliśmy się poprzez telepatyczne radio.

Akcja trwała dosyć długo, chodziliśmy w kółko i wybijaliśmy co się da. Spotkałem przeróżnej maści potwory, takie podobne do tych z serii DOOM i Residental Evil, tylo że złożone w całości z ciastek. Mapa zaczęła zapełniać się na niebiesko. Nagle, moi towarzysze zaczęli ginąc, jeden po drugim w zatrważającym tempie, a mapa znowu stawała się żółta. Poszedłem sprawdzić co się dzieje.

Widok zaczął przełączać się z pierwszej osoby, na izometryczną kamerę trzecioosobową. Wszedłem do pomieszczenia, w którym zginął ostatni z moich członków załogi. Byłem w jakimś biurze, na środku leżało rozszarpane ciało. Podeszłem by zbadać czy zostały jakieś ślady po napastniku. Nagle, z wentylacji wyskoczyło komaropodobne-cybernetyczne coś i wstrzyknęło mi w ciało jakiś jad. Odruchowo zacząłem strzelać do mutanta. Nic to nie dawało, był kuloodporny, a wokół lataly cyufry "0" oznaczające, że nawet nie zraniłem potwora. Sam zacząłem przemieniać się w ciastka. Po chwili byłem jednym wielkim ciastkiem w kształcie bobasa.

Wkurzyłem się i zatrzymałem grę, po czym załadowałem zapisany wcześniej stan gry i rozpocząłem misję od nowa. Nie mogłem sobie pozwolić na zostanie ciastkiem.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Zabawne, mi też śniła się dziś apokalipsa, konkretnie z głównym motywem eksplozji nuklearnej...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Dzisiaj była seria 3 fałszywych przebudzeń, następujących jedno po drugim w kolejnych fazach REM. Budziłem się we śnie, nie zwracając uwagi że to może być sen i szedłem w życie. Po pobudce z każdego z nich (w rzeczywistości po REMie) miałem wrażenie że we śnie przeżyłem tak jakby pół dnia. Tyle miałem informacji ze snu, chociaż sen mógłby się wydawać 10 minutowy. Trzeba się przymusić do nawyków TR po przebudzeniu bo zapominam ciągle o tym i LDki marnuje.

Informacje ze snów obejmowały (to co najbardziej pamiętam):
• godzinę wychowawczą na matematyce na której to pani pytała się kto nie będzie pił, a ja jako jedyny momentalnie się zgłosiłem, po czym ludzie wokół zaczęli też się zgłaszać po chwili zastanowienia. Wspomnienie to było kalką sytuacji z rekolekcji, gdzie było niemalże identyczne (położenie ludzi i zgłaszanie się). Niezgadzalo się tylko miejsce i temat.
• rozmowę z kolegą na fejsbuku na temat mojej i jego przyszłości z kobietami, będąca przełożeniem moich myśli podczas zasypiania pierwszy raz.
• codzienne moje rutyny

Zdaje się, że sny przekształciły moje wspomnienia z dnia wczorajszego w fabułę snu, zmieniając mało, może ma to związek z funkcją zapamiętywania, nie wiem. Zazwyczaj były to luźne powiązania, a tutaj niemalże dosłowność.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Wstałem o 0:23, przeczytałem parę wiadomości na fejsie i postanowiłem zrobić WILDa. Odwracając strone na której spałem (z głowy wskazującej północ na południe) i obserwując przestrzeń pod powiekami wchodziłem w sen. Co chwila zdawało mi się, że słyszę swój budzik. Sen rozpoczął się przed moim domem, jednak okolica wokół niego była lekko odmieniona. NIe było wzniesień, i dołków ziemia była równa i płaska w całym obszarze. Za domem znajdowała się dziwna plantacja fioletowych kapust. Zawuażyłem, że pod lasem coś się dzieje i udałem się w tamtą stronę.
Zadzwonił budzik. Jakiś dziwny, nie mój. 

Obudziłem się w łóżku, wyskoczyłem z łóżka jak to mam od niedawna w rutynie. Zastanawiając się kiedy  piosenka Hayami Saori została stawiona spojrzałem na godzinę. 2:28, jednak z trudem mogłem ujrzeć godzinę. W ogóle moje oczy były jakieś zaklejone, przez co ciężko było mi przesunąć palcem po ekranie. Próbowałem tak z dobre kilkanaście sekund, po czym zauważyłem jak w pokoju obok zaświeciło się światło. Musiałem obudzić domowników, więc z impetem uderzyłem telefonem o stół, aby się wyłączył. Byłem świadomy tego, że nie mam możliwości otworzenia klapy i wyjęcia baterii z obwodu lepszym sposobem.

Jednak nie udało się wyłączyć tym sposobem budzika, co gorsza, tylko muzyka się przez to zmieniła na jakąś elektroniczną muzykę taneczną, która wprost proporcjonalnie do czasu przyspieszała. Leciała ciszej niż piosenka co poprzednio, więc raczej nie powinna obudzić domowników, więc położyłem się spowrotem do łózka w nadzieji że kiedyś to coś przestanie grać. Gdy się tak jednak położyłem na moją twarz zaczęły padać dziwne promienie.

Spojrzałem za okno. Intensywnie świecił księżyc. Co z tego że był w złej fazie, był piękny. Nieco większy niż normalnie, ale piekny. Zabarwiał czarne niebo na granat. W ogóle, jakiś taki dziwny. Wryłem się w niego jak zahipnotyzowany. Wielki, biały, świecący rogal miał na mnie dziwny wpływ. Zaczął on pulsować wraz z niebem w rytm basów z muzyki grającej na telefonie. Całe niebo falowało i świeciało. A ja poczułem w środku mnie jakieś dzikie instynkty. Czułem jakiś dziwny przyrost siły, jak moje caiło się zmienia. Narastała we mnie agresja, zęby się powiększały, zmysły wyostrzały. Po chwili zmieniłem się w jakąś bestię. Wyskoczyłem za okno i wrzasnąłem w stronę księżyca. Był to bardzo potworny krzyk, który powodował, że rzeczywistość wokół falowała tak jak niebo. Księżyc tej mocy miał jakieś dziwne działanie.

Krzycąc tak obudziłem się z przyspieszoną akcją serca i strachem. Przerażony i z wytrzeszczonymi oczami obróciłem się na bok, zwinąłem w kulkę i zasnąłem jak dziecko w nadzieji że ponownie taki sen się nie przytrafi.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Leci plusik za księżyc w fazie REM.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Pewnego razu znalazłem się w białej przestrzeni, jak tej z Matrixa. U góry biało, po bokach, podłoga też biała, wszystko białei takie jasne. Nieopodal na białym prostokącie siedziała Ofelia wraz z Maksymilianem stojącym obok niej. Obydwoje patrzyli się na mnie i zapraszali mnie wzrokiem do rozmowy. Podszedłem do nich i rozpoczęli mi dawać wskazówki jak mam osiągnąć to co chcę. Początkowo miałem skupić się na Lucid DayDreamingu, opierając się na ospałej drodze w modelu Contenteo. Tradycyjny WILD nie wchodzi w grę.

Odkąd to mi powiedzieli starałem się być w miarę świadomy podczas odpływania myśli przed snem. Kluczem było zachowanie świadomości tego co się dzieje i że zasypiam. Na dniach nauczyłem się czegoś co nazwałem sobie roboczo Bordersurfing, czyli balansowanie na granicy jawy i snu. Leżę sobie zasypiając, tracę poczucie ciała i czuję jakbym wchodził w sen. Znajduję się w jakimś miejscu, widzę wszystko jak w rzeczywistości, ale nie jest to sen. Coś bardziej w stylui półsnu. Nie wiem jak objawiają się wrzeciona snu, ale możliwe że to to. Po kilku sekundach wracam do stanu czuwania, paraliżu, zwyczajnego NREMu. I tak sobie leżę i balansuję na tej granicy i czekam, aż ktorykolwiek "mini" sen przekształci się na pełnoprawny. Trochę czasu to zajmuje i praktycznie pamiętam kilkanaście takich mini snów. Zdaży się też, że podczas tego usnę bądź mnie wywali i będę leżał całkowicie obudzony. Tak jak z serfowaniem, chwila nieuwagi i albo spadniesz do morza (zaśniesz), albo fale wyrzucą Cię na brzeg (wybudzisz się całkowicie). Kiedyś opiszę to lepiej i bardziej, na razie testuję i obserwuję na czym dokładnie polega. Ale dzisiaj i wczoraj dzięki temu miałem LDki, więc progress jest.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Położyłem się spać jak zwykle o dwudziestej i zacząłem serfować na granicy. Straciłem poczucie tego kim jestem, gdzie jestem i co robię. Raz wydawało mi się, że śpię w szkole, ktoś obok mnie przechodził i patrzał jak na jakiegoś wariata, raz spałem na plaży i grzałem się w promieniach słońca, raaz po prostu unosiłem się w trójwymiarowej pustce. Generalnie teleportowało mnie w różne miejsca i zabierało świadomość chwili obecnej i mojego stanu. Przytomność była jedynym czynnikiem, który pozostał.

W jednym z dalszych mini-snów (jakoś 30 minut po rozpoczęciu serwofania, poczucie prawdziwego ciała było szczątkowe, nie zanikło całkiem). Leżała przede mną stara kobieta. Libido mi się podniosło, a ona była chętna. Jednak nie chciałem jej penetrować, więc wsadziłem swoją rękę w mocno zużytą i niewysoce atrakcyjną pochwę (przynajmniej ogolona, żeby przypominała te dziecięce). Była tak rozepchana, że bezproblemowo mogłem wsadzić całą rękę. W trakcie masturbowania partnerki, czułem jakbym walił tym samym samego siebie. Gdy ona doszła, ja doszedłem też i wybudziłem się z polucją.

Pomijając część nocy, obudziłem się o północy. Księżyc był ładny, pomarańczowy, po sprawdzeniu powiadomień i wiadomości na telefonie poszedłem serfować dalej. Wkrótce znalazłem się we śnie, popatrzyłem na swoje dłonie. Były dosyć kobiece. Poszedłem obejrzeć się w lustrze. Moje przypuszczenie się sprawdziło, byłem dziewczyną. W sumie moje jedno z moich marzeń się dzięki temu spełniło. Ubrany byłem w niebieską koszulę i jeansy. Po dogłebnym przeanalizowaniu doszedłem do wniosku, że byłem w ciele Ziry. Fryzura, wyraz twarzy i strój odpowiadał temu ze zdjecia które niegdyś mi wysłała.

Wyszedłem z domu, była noc, niebo fioletowe od latarni. Aura otoczenia dosyć niepokojąca, ale znajoma. Przypominała tę z koszmarów albo z moich dziwacznych snów odbywających sie w mojej wsi, ale nie zanosiło się aby był to koszmar. Poszedłem w stronę sklepiku wiejskiego, jedynego w okolicy. Po chwili usłyszałem radosne krzyki, wycia samochodów i odgłosy imprezy.

Pobiegłem (czy też poleciałem) momentalnie w stronę z którego się wydobywały. W między czasie obok mnie ze znacznie większą prędkością przejechał wóz strażacki, driftując. Zacząłem go gonić. Dotarłem tak aż do skupiska ludzi obserwujących zakręt niedaleko domu państwa ****. Wśród nich zauważyłem panią Grażynkę, moją ulubioną sąsiadkę, która wrzeszczała na cały regulator dopingując karetce, która na sygnale wzięła zakręt, również driftując. Postanowiłem się jej wypytać o co w tym wszystkim chodzi.
- Czy może mi pani powiedzieć, co się tutaj dzieje?
- Jak to Kamilku, nie widzisz, wyścigi! AAAaaaaa - krzyknęła w radosnej ekstazie, przykładając pięści do policzków i skacząc jak dziecko, kierując oczy do góry - aaaaaaaa... Ty nie wiesz jak ja się cieszę na to wydarzenie.
Tak więc w naszej wsi urządzono serię nielegalnych wyścigów samochodowych.

Nagle na ramieniu poczułem czyjąś dłoń. Znajoma (jak mi się wydawało) głowa przybliżyła się do mojego ucha, poczym wyszeptała:
- Nie zapomnij, że to sen...
odwróciłem się momentalnie, nikogo tam nie było.

Następnie obserwowałem sobie druftujące pojazdy i dalej gadałem sobie z Grażynką. Narzekała coś o komisji wojskowej, że na obiad ma za mało warzyw, ogólnie mówiła głupoty te same co w rzeczywistości zdarzyło mi się słuchać czekając z nią niegdyś na autobus. W międzyczasie Wóz strażacki i karetka zderzyły się na wysokości sklepu i zaczęły się palić. Kierowca tego pierwszego próbował ugasić pożar, ale sam zajął się ogniem. Potem przyleciał śmigłowiec telewizyjnym obszar w którym znajdował się ogień został zabezpieczony a wyścig wstrzymany.

[Jakieś dziwne efekty, tak jak analogowy telewizor śnieży]

Ojciec zerwał pościel z mego łoża i krzyknął, żebym przestał się masturbować. Mój penis wielkości 2 metrów, wsparty na dwóch kółkach, przypomnający armatę wyrzucał co jakieś 3-5 sekund kulę armatnią. Wyrzucał to dobre określenie, bo te kule nie leciały, tylko się staczały z lufy i pionowo opadały w dół. Członek mój przypominał takie wielkie jedno działo, które ma się przyjemnosć oglądać w filmach o wojnie secesyjnej. 

Generalnie nie byłem w swoim pokoju, ściany były zielone, a za oknem był krajobraz niczym namalowany w paint'cie. Zniknąłem momentalnie ojca, pstryknięciem palców powróciłem moje ciało do normalności i wstałem. Sprawdziłem godzinę i datę. 72 nonemvember 2727 roku, godzina 72:27. Zrobiłem dodatkowy TR z nosem, poczym się wybudziłem w rzeczywistości.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Dzisiaj bez większych sukcesów, ale jedyne co chcę odnotować to dziwne uczucie, które miałem po przebudzeniu koło 1:30. Wstałem sobie i we wnętrzu czułem głos, który pytał się mnie czy nie chciałbym się cofnąć w czasie (timeshift) do listopada do ******. Na wpół jeszcze senny rozważałem czy bym tak chciał. Najwyraźniej wcześniejsze przemyślenia na ten temat, że jakbym miał się cofać to maks na kilka dni do tyłu i tylko z zapamiętanymi numerami totka były słabsze od uczuć siedzących w podświadomości, skrycie tęskniącymi za pewną osobą i chwilami.

EDIT

Przypomniałem sobie sen, w którym do szkoły poszedłem owinięty kocem. Było 5 matematyk i na każdej lekcji siedziałem z inną panną. Najfajniejsza lekcja była z *****, fajna rozmowa o relacjach damsko-męskich i dzieciństwie. Raz poszedłem do tablicy i pani kazała mi zdjąć okrycie, bo wyglądałem niby jak menel (w sumie się nie dziwię, jak koc był brudny i śmierdział amoniakiem), ale odmówiłem, mimo iż miałem normalne ubranie pod nim (niebieski sweter i czarne spodnie, tak jak mam teraz kiedy to piszę). Było po prostu za zimno.

EDIT 2 (następny dzień)

Sny o szkole, jeden wynikał z drugiego, zwykły dzień na czilku, bez jakichś ważnych przesłań.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1