Od zera do Dominika Cobba
#81
@incestus 
 

 @sz4m4n  Przepraszam ,że nie zaspokoiłem twojej żądzy krwi  :> . Dziś TYLKO poderżnąłem jakiemuś gościowi gardło ,innego nafaszerowałem ołowiem i usiłowałem zabić kobietę a no i jeszcze zestrzeliłem samolot ,najpewniej pełen ludzi w środku. Tak więc ten. Następnym razem postaram się mieć bardziej krwawe sny  :P  Up .
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#82
(16-09-2018, 22:59 )Rebeliusz napisał(a): polecam jeśli lubicie krew ,flaki i inne wnętrzności człowieka latające po ekranie

Użytkownicy tego forum również odsłaniają swoje wnętrze na ekranie.
404 body not found
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#83
Na tym forum mamy przynajmniej poczucie anonimowości, dzięki czemu chętniej dzielimy się prywatnymi wydarzeniami z naszego życia czy najgorszymi upodobaniami i upośledzeniami, czy zaburzeniami.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#84
Otóż to 


22-23.09.2K18
  Pomimo 7 godzin snu niczego nie zapamiętałem. Jedynie po jakichś pięciu-sześciu godzinach od obudzenia się ,podczas słuchania wykładu przed oczami w ułamku sekundy przeleciał mi kawałek snu. Mało nie podskoczyłem z wrażenia ,zwłaszcza ,że już trochę przysypiałem od słuchania. Niestety tak szybko jak się pojawił tak szybko zniknął więc i tak pozostałem z niczym.


23-24.09.2K18
Czas snu ok. 5 + 2h

1) Bardzo płytki sen ,wybudzałem się co chwila i zasypiałem. Gdy zrozumiałem z czym mam do czynienia powiedziałem stop i obudziłem się całkowicie.  
  W fabule chodziło o to ,że chodziłem po mieście i robiąc różne rzeczy sprawdzałem czy zasnę np. zjadałem banana ,kładłem się na chodniku ,zasypiałem i byłem budzony przez dziadka\sędziego ,który wyglądał jak Aleksander Doba. Udało mi się zasnąć po trzech zrobionych rzeczach. Zjedzeniu bananów ,jakichś czerwonych owoców i przebiegnięciu krótkiego toru z przeszkodami. Byli też inni ludzie ,którzy robili dziwne rzeczy ,chodzili po nich spać a jeśli ich sędziowie uważali ,że już zasnęli byli budzeni i biegli do kolejnej konkurencji...


WBTB Obudziłem się planowo po pięciu godzinach. Jestem niezmiernie szczęśliwy z tego powodu ,że obudził mnie mój mózg przy pomocy alfa-budzika ... co zwykle mu się nie zdarza. 
  Niestety była to ostatnia pozytywna rzecz tejże nocy ponieważ po odczekaniu 90 minut ... nie mogłem zasnąć  facepalm 


24-25.09.2K18
Czas snu ok. 5+2h

NIC

WBTB Nie miałem problemu z zaśnięciem tak jak dnia poprzedniego. Zasnąłem prawie natychmiast.

-) Hmmmm. Miałem jakieś cztery lub pięć snów po każdym z nich budziłem się i patrzyłem na godzinę w telefonie.
 Najwcześniej obudziłem się godzinę a najpóźniej 3 minuty przed budzikiem. Przedostatni raz natomiast 19 minut przed alarmem. Wszystkie sny pomiędzy wybudzeniami były bardzo krótkie. Z racji iż po przebudzeniu miałem pilniejsze sprawy na głowie to zapamiętałem jedynie jeden sen. Najwcześniejszy po WBTB. 

1) W szkole jazdy ,do której uczęszczam ,wszyscy uczniowie dostali za zadanie wyruszenie samochodami i przejechanie się po okolicy. W czasie naszej małej podróży mieliśmy znaleźć przynajmniej jedną panią lekkich obyczajów i zawieść ją do ośrodka szkoleniowego. Mieliśmy na to tylko godzinę. Byłem jednym z pierwszych ,którym się to udało. Co ciekawe (lub nie) wszystkie kurtyzany ubrane były w szare bluzki z napisem na plecach w języku rosyjskim. Zaczynał się od liter Хо...


25-26.09.2K18
Czas snu ok 9h
Stan: lekko podziębiony

Postanowiłem nie bawić się w WBTB ,bo uznałem ,że lepiej jest się porządnie wyspać by zregenerować organizm.

1) Pamiętam iż miałem sen. Jednakże jego większość uleciała zaraz po obudzeniu się. Jedyne co zostało w mej pamięci to ogromna gotycka katedra w środku miasta i jakieś zamieszki oraz ,że coś w owym mieście robiłem...


Żeby nie było tak smutno to macie tu jeszcze jeden sen.
X-X+1.09.2K18
Czas snu n.n.


1) Szaro ,noc idę po małym ,piaszczystym oraz zalesionym wzniesieniu. Dochodzę do końca piaszczystego pagórka i mym oczom ukazuje się niewielka ale za to piękna dolina skąpana w świetle księżyca. 
  Na jej środku znajduje się jakiś ośrodek badawczy ogrodzony płotem. Na jego przedpolu rozstawione są niewielkie domki\budki ,skrzynie z zaopatrzeniem oraz coś co bardzo mocno przykuło moją uwagę. Mała drewniana skrzyneczka bez jednej ściany. W jej środku znajdowało się świecąca kulka. Emanowała biało-niebieskim światłem nie na tyle mocnym by oświetlić coś więcej niż kilka metrów wokół siebie ale nie na tyle słaba by nie rozbudzić mojej wyobraźni. Pomyślałem "To na bank musi być diament ,bo cóż by innego". Przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku dni kiedy okradłem (w śnie) podobny zielony ,cenny diament z banku. Ucieszyłem się ,bo w porównaniu do tamtej sytuacji ta była banalnie prosta do zrealizowania. Zejść po schodach ,przebiec kilka metrów ,dopaść skarb i usunąć się w mrok. Już miałem stanąć na pierwszym stopniu małych betonowych schodków ciągnących się do dolinki ,gdy dostrzegłem ich. Rzuciłem się na piach. Najdelikatniej jak się dało ,bez zbędnych ruchów wyciągnąłem z plecaka lornetkę i przystawiłem ją powoli do oczu. Tak to bez wątpienia oni ... moi starzy. Przechadzali się wolno po piaszczystych ścieżkach wokół skrzyń mających znaleźć się w nieodległej przyszłości w ośrodku badawczym. Wiedziałem ,że to moi rodzice ale nie wiedzieć czemu nie chciałem się ujawniać. Spędziłem jakieś piętnaście sennych minut leżąc na brzuszku i wypatrując ich ruchów. W końcu oboje udali się za bramę ośrodka. Oprócz płotu oddzielał ich tęż rząd krzewów przy nim posadzonych. Uznałem ,że lepszej szansy nie będzie i trzeba działać. 
  Wstałem zbiegłem po schodkach i w przykucu dobiegłem do drewnianej skrzyneczki. Już cieszyłem się z łupu ,lecz gdy spojrzałem do środka ... okazało się ,że to najzwyklejsza w świecie żarówka a nie cenny klejnot. Przekląłem w duchu swą głupotę. Postanowiłem ,że nie odejdę stąd z pustymi rękami. Ułożyłem szybko plan przekradnięcia się w pobliże bazy gdzie składowane były skrzynie i wybranie sobie jakiegoś soczystego "kęsku". Był tylko jeden problem. Chodzący w te i wewte goście w białych kitlach. By dostać się do celu musiałem oprócz skradania się na paluszkach nie robiąc hałasu jeszcze skrywać za wszystkim co mogło ukryć mnie przed wzrokiem pracowników ośrodka. Poszło mi całkiem sprawnie. Nie zostałem przez nikogo zauważony. Dotarłem do celu. Rozejrzałem się ,nikogo w pobliżu nie było kto mógłby mi przeszkodzić w tym co po chwili zrobiłem. Zacząłem otwierać skrzynie mniejsze i większe. Nie pamiętam co dokładnie się w nich znajdowało ale było to samo badziewie.
   Pierwsza badziewie ,druga jakiś szajs ,trzecia gówno ,czwarta kroki. WHAAAAT kroki ?! Odwróciłem się ale było już za późno "Kur*a!" zakląłem. Przede mną stał gość w kitlu zdziwiony chyba jeszcze bardziej ode mnie. Patrzyliśmy na siebie kilka długich sekund po czym gość z kamienną twarzą powoli ruszył ,ominął mnie i zaczął przemieszczać się w stronę bramy ośrodka. "No pięknie mam przejeb... Trzeba się zbierać" Otworzyłem jeszcze dwie średniej wielkości skrzynki ale tak jak w poprzednich same gówno. Już miałem się wycofywać ale dostrzegłem mały pakunek oprawiony czarną skórą. Złapałem szybko maleńki przedmiot i już podając tyły otworzyłem go. W środku znajdowało się piękne ,ciemno-krwiste wieczne pióro ,pomyślałem "może być" i schowałem do plecaka. Przebiegłem już bez ukrywania się obok kilku innych zadziwionych pracownikach w kitlach. Wbiegłem na pagórek w piachu którego jeszcze niedawno leżałem. Gdy dotarłem na szczyt usłyszałem za sobą alarm. Ruszyłem więc jeszcze prędzej ,byle dalej stąd. Po drodze dobiegł do mnie buldog francuski mojego brata. Wybiegł z lasu i przyłączył się do mnie. 
  Po kilkuset metrach biegu przez ciemną ścieżkę w ponurym lesie wybiegłem na rozległą ,zieloną łąkę. Panował tu dzień. Na środku obszaru zieleni dostrzegłem swoją willę. Ruszyłem w jej stronę biegiem ,bo czułem ,że jestem ścigany. Przeskoczyłem metrowej wielkości mur podbiegłem na taras i wskoczyłem do cieplutkiego basenu ,w którym już kąpały się trzy ładne dziewczyny w bikini. Poczułem się rozluźniony ,przestałem bać się pościgu. Piłem sobie drinka i rozmawiałem z dziewczynami przez następne kilka minut ,gdy nagle zza moich pleców do basenu wskoczył mój ojciec i z uśmiechem na ustach powiedział "No cześć co porabiacie?". Zamurowało mnie. Nim ktoś zdążył coś odpowiedzieć nad nami pojawił się Belzebub i rzucił na nas klątwę ,żeby ją zdjąć musieliśmy coś dla niego zrobić. Wyglądał a raczej sama jego głowa ,która jako jedyna pojawiła się w obłokach biało-różowego dymu lub mgły. 
(...)
  Jechaliśmy wąską ,górską drogą wiodącą na ośnieżony szczyt. Ciężarówkę prowadziłem ja a moja pasażerka w kabinie podziwiała ośnieżone masywy górskie po naszej prawej stronie oraz rozmawiała ze mną o zadaniu powierzonym nam przez samego diabła. W tym właśnie celu jechaliśmy dróżką nad ogromną przepaścią. Dodam iż dziewczyną ,która ze mną podróżowała była jedną z tych ,z którymi kąpałem się wcześniej w basenie. 
  Dotarliśmy do tunelu. Wjazd do niego zagradzały nam wielkie żelazne wrota. Zatrzymałem się ...
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#85
26-27.09.2K18
Czas snu ok. 5h


1)  Duży ,wysoki ,typowy postsowiecki blok. Tejże szary ,brudny i obskurny. Podobna sytuacja miała miejsce na klatce schodowej gdzie farba odpadała razem z tynkiem. Jedynym co go wyróżniało od realnie istniejących bloków to ,to iż był wyższy niźli szerszy jak to zwykle bywa. Podstawa zrobiona była na planie kwadratu. No właśnie jeśli już o wysokości mowa ,to może bym sprecyzował. Otóż w apartamencie ,w którym dane mi było nocować widok na miasto zapierał dech w piersiach ,obstawiałbym jakieś pięćset metrów a nie urzędowałem na samym szczycie. 
  Do rzeczy. Pamiętam iż wchodziłem po schodach z jakimś gościem oraz pięcioma dzieciakami. Bachory biegały i plątały mi się ,pomiędzy nogami co trochę mnie denerwowało. Na środku klatki schodowej była wielka dziura ,w której jeździła winda ,oddzielona od nas jedynie barierką. Tak więc nic nie stało na przeszkodzie by wskoczyć na dach nadjeżdżającej maszyny. I jak się pewnie domyślacie...nie zrobiłem tego  :P ,tylko kulturalnie wsiadłem do środka i pojechałem w górę (winda też była stara i obskurna). Wysiadłem na pożądanym piętrze wraz z tym gościem ,który mi towarzyszył.
   Weszliśmy do apartamentu ,rzuciliśmy walizy na łóżka i przez chwilę w ciszy przyglądaliśmy się krajobrazowi miasta o złotej godzinie ... tylko przez chwilę ,bo piękno na jakie patrzyłem nie zrobiło na mnie we śnie większego wrażenia ( facepalm ) . Rozpocząłem rozpakowywanie swojego bagażu. W pewnej chwili na podłogę upadł mi plecak. Schylając się po niego spojrzałem pod łóżko. Mym oczom ukazał się wielki stos banknotów. Krzyknąłem "(imię współlokatora) jesteśmy bogaci!" i zacząłem wygrzebywać kasiorę. Banknoty koloru biało-różowego pochodziły z jakiegoś państwa afrykańskiego. Nie posiadały dużej wartości rynkowej ale było ich tak dużo ,że na pewno kupiłbym sobie za to coś ładnego i drogiego  :D ...



2)  Siedzę sobie w sali biesiadnej ,która bardziej przypominała wnętrze kościoła ,nie tylko wystrojem ścian ale także ustawieniem wąskich stołów w sposób jaki w świątyni ustawiane są ławki. Siedzieć można było tylko z jednej strony stołu ,co jeszcze mocniej przypominało kościół. Poza tym wszyscy siedzieli zwróceni w stronę pustej przestrzeni przypominającej ołtarz. Ja siedziałem mniej więcej w środku na prawym boku przejścia wiodącego do owej pustej przestrzeni. Siedząc dostrzegłem iż przy suto zastawionych stołach siedzi wielu moich członków rodziny ,bliższej i dalszej oraz w ogóle nie znani mi ludzie. Wszyscy odświętnie ubrani w garnitury oraz suknie. Po mej prawicy siedzieli zaś nie kto inny jak moi rodzice. 
  Po chwili kontemplacji połączyłem ze sobą klocuszki rozumowania i zrozumiałem ,że siedzę na czyimś weselu. 
Nagle ktoś z końca sali krzyknął "Zdrowie młodej pary". Wszyscy biesiadnicy zaczęli klaskać oraz po chwili wstawać trzymając w jednej dłoni kieliszki pełne wódki. O dziwo wszyscy z przodu zaczęli odwracać się do tyłu. Pomyślałem ,że to pewnie ktoś za mną jest wybrańcem. Spojrzałem się przez prawe ramię ,wszyscy z tyłu patrzą przed siebie. Odwróciłem wzrok i myślę sobie "Co jest kurw...?". Poczułem czyjąś rękę na swym ramieniu. Odwróciłem się w lewo i zobaczyłem ją ,piękną dziewczynę w białej jak śnieg sukni patrzącą prosto na mnie. 


  Zamurowało mnie a ta jeszcze powiedziała "To za nas piją kochanie".  :o

  Nie to żebym był homo  :> czy coś ale kompletnie się tego nie spodziewałem. Poza tym to nie był LD więc myślałem ,że to real a jestem jeszcze troszeńku zbyt młody by pakować się w związek do końca życia ...albo rozwodu. 
  Dziewczyna była piękna. Skłaniam się ku temu ,że mój mózg połączył najpiękniejsze cechy ,wszystkich dziewczyna ,w których się podkochuję ...ekchem... ,które się we mnie podkochują*  :> i stworzył z tego jedną ,piekielnie ładną\seksowną istotę.
  Po chwili zastanowienia "przypomniałem sobie" ,że na prawdę się niedawno ożeniłem. Opróżniłem więc z mą lubą kieliszki i zaprosiłem ją na parkiet przed stołami. Zaczęliśmy tańczyć ,po chwili dołączyła do nas cała sala i tańczyli już wszyscy...


3)  Krótki sen. Pewna ulica w Ursusie(Dzielnica Warszawy). Idę sobie chodniczkiem wychodzę za róg jednego z budynków i co widzę? Plaża ,morze i cieplutki piasek pod stopami. Zdjąłem buty i wszedłem na piach. Do mych uszu doszedł dźwięk donośnego głosu jakiegoś mówcy. Dostrzegłem faceta stojącego na skrzyni i prawiącego jakieś swoje mądrości. Słuchało go może z dziesięć osób ,lecz przyłączyłem się i ja. Słuchałem go przez kilka minut.
(...)
  To samo miejsce ,z którego zaczynałem ten sen. Przejechałem chodnikiem tą samą trasę do plaży. Jak to przejechałem? Otóż tym razem siedziałem na wózku inwalidzkim. Dojechałem do plaży. Tym razem była pusta. Oratora także nie było...



27-28.09.2K18
Czas snu: 5+2+1h


1) Pierwszy sen był długi i niestety bardzo wyraźny. Nie chcę o nim pamiętać dlatego go nie zapiszę.


WBTB 


2)  Świat Harrego Portfela. Dostąpiłem zaszczytu głównej roli w tym sennym spektaklu. Byłem tam wraz z Hermioną   ,Ronem (wyglądali inaczej niż ich filmowi odpowiednicy) oraz kilkoma innymi uczniami Hogwartu ,którzy mi sprzyjali. Jeden z nich wyglądał podobnie do Kokosza z komiksów Janusza Christa. 
  Podróżowaliśmy po bajkowej krainie. Nizinny teren z niewielkimi pagórkami mijanymi po drodze. Co chwila napotykaliśmy małe laski i sady. Wszędzie łąki ,zero upraw sama trawa. Gdzieniegdzie małe chatki z ceglanymi kominkami. Pomimo sielskiej scenerii sytuacja była poważna. Zmierzaliśmy biegiem do magicznej studni życzeń. Potrzebowaliśmy jej by wzmocnić moją moc i umiejętności przed niechybną walką z Lordem Voldemortem. Niestety przydupasy łysola bez nosa co chwila dawały nam się we znaki. Stoczyliśmy z nimi kilka potyczek na różdżki. Każdą wygraliśmy ,lecz spowalniały nas one przez co ich ziomkowie mogli w tym czasie szukać studni w spokoju. 
  Podczas jednej z potyczek ,w której napotkaliśmy większą grupę wrogo nastawionych do nas czarodziejów postanowiłem rozdzielić naszą grupę. Pierwszą część skierowałem do szukania studnia z drugą zaś zostałem na polu bitwy by dokończyć walkę. Po kilkuminutowym ,zaciekłym na szczęście zwycięskim boju mogliśmy dołączyć do pierwszej grupy. Gdy już to uczyniliśmy zostaliśmy mile zaskoczeni otóż pierwsza grupa znalazła wejście do studni. Znajdowało się ono na zboczu jednego z rozsianych po całej okolicy pagórków. Dwóch krewkich sprzymierzeńców podniosło klapę zrobioną z ziemi i trawy. Ruszyłem do środka. Zamykając klapę powiedzieli mi ,że nie będą na mnie czekać ,bo mogą przez to przyciągnąć fagasów Voldemorta. 
  Klapa zostaje zamknięta z trzaskiem po którym nastała całkowita cisza i ciemność. Rzucam zaklęcie oświetlające i mym oczom ukazuje się podziemny tunel. Ruszam ,mijam zakręt i już po kilkunastu krokach ukazuje mi się cel mego pożądania. Sześcioboczna ,wyciosana z jednego wielgachnego kamienia studnia ,o płaskich równiutkich ścianach. Piękna w swej prostocie ,mająca w sobie coś magicznego ... w końcu to magiczna studnia lel. 
  Zaglądam do środka ,ma różdżka oświetla kilkadziesiąt metrów gładziutkich ,kamiennych ,ścian o okrągłym kształcie. Dalej jest nieprzenikniona ciemność pochłaniająca światło. Biorę głęboki wdech i wskakuję do środka. Spadam kilkadziesiąt metrów. Zatrzymuję się po niedługim locie a raczej zawisam w przestrzeni. Nie widzę dna ,co gorsza ciemność także nade mną. Nie musiałem długo czekać pogrążony w swych myślach. Z ciemnej otchłani pode mną wyłania się wielki wężosmok o głowie gryfa. Mimo iż jego podłużne ciało mieni się ognistoczerwonym blaskiem ,to jest on niematerialny jak mgła ,z której wydaje się stworzony. Nie atakuje mnie ,na szczęście. Dolatuje do mej wysokości śmiały niczym pędzący pociąg ,rozświetlający swym ognistym cielskiem ściany zniewalającego mnie nieskończonego tunelu. Otacza mnie kilka razy lustrując nie tylko me ciało ,lecz także umysł. Staram się zachować spokój. W końcu przemawia swym niskim ,powolnym a jednocześnie syczącym głosem.
 "WITAJ PSZSZSZBYSZSZUU. WIEM CÓSZSZ CIĘ SSSPROWADZA. WYJAW MI SSSWE ŻYCZENIE SZSZ. POTRAFISZSZSZ JUSZSZ RZUCAĆ OGIEŃ ZE SSSWYCH DŁONI. CZEGÓSZSZ CHCESZSZ WIĘCEJ BY ZWIĘKSZSZYĆ SSSWĄ MOC?". 
Odpowiedziałem "Witaj strażniku. Proszę cię daj mi (zapomniałem o co poprosiłem ,jakaś magiczna supermoc)".
Mój rozmówca "DOBSZE WIĘC OTSZYMASZ TO O CO PROSISZ ,CZY PRAGNIESZSZ CZEGOŚŚŚ WIĘCEJ?".
Pomyślałem ,że skoro mogę poprosić o coś jeszcze to nie mogę stracić takiej szansy "Proszę daj mi moc strzelania piorunami z rąk".
Na co wąż "DOBSZSZE ,DOBSZE ,LECZ WIEDZ ,ŻE TYLKO JEDNO ŻYCZENIE BYŁO DARMOWE ,BY UZYSSSKAĆ DRUGIE MUSISZSZ ODBYĆ PRÓBĘ SZSZSZ".  
  Wężosmok odwrócił się i niespiesznie wszedł w ciemną otchłań pode mną. Gdy w mroku zniknął jego ogon usłyszałem szelest. I jeszcze jeden i kolejny. Szelest setek rąk tudzież nóg zmierzających od dołu w moją stronę. Słyszałem ich coraz głośniej i głośnie aż w końcu zaczęli wyłaniać się z mroku i wchodząc jeden po drugim zmierzać w moją stronę. Z ciemnej nicości wyłoniły się czarne jak noc humanoidalne postaci bez twarzy wyglądające wszystkie tak samo. Zacząłem się bronić. Z jednej ręki zionąłem ogniem z drugiej zaś strzelałem piorunami ,mą nową umiejętnością. Rozwalałem w sekundę dziesiątki przeciwników ,lecz to nie wystarczało. Sunęli w górę jak jedna masa ja zaś nie mogłem wzlecieć wyżej. W końcu dopadli mnie ,zaczęli mnie szarpać i drapać ,mimo tego walczyłem dalej zacząłem sunąć wraz z masą w górę. W końcu ich szeregi zaczęły się przerzedzać ,było ich coraz mnie i mniej. Donieśli mnie aż do samej krawędzi otworu. Złapałem się jej. Unicestwiłem ostatniego złodupca i dopiero teraz zauważyłem ,że ich ciała nie spadały w otchłań ,lecz po uśmierceniu rozpływały się. Wdrapałem się na górę. Przeszedłem tunel ,podniosłem klapę i wyszedłem na zewnątrz. Była już noc. Żadnej żywej duszy w okolicy. Wypowiedziałem jakieś zaklęcie i przeteleportowałem się do naszej kryjówki. 
  Była to duża willa z wielkim salonem. Z jej wnętrza rozciągał się piękny widok na majestatyczne góry majaczące w oddali. Salon był ogromny i bogato wystrojony w nowoczesne meble. Z jednej strony przez okna zajmujące całą powierzchnię ściany widać było wspomniane już góry ,zaś po drugiej były pokoje kuchnia oraz wejście na piętro tudzież taras. 
  Przybyłem akurat na odprawę w jednym z mniejszych pokoi tego monumentalnego domu. Opowiedziałem szybko o moich przeżyciach oraz o tym iż zdobyłem dwie kolejne epickie moc. Ktoś powiedział ,że fatalnie wyglądam. Przez chwilę widziałem siebie w trzeciej osobie i rzeczywiście niedawna walka z magicznymi stworami i przybycie mi nowych epickich mocy zostawiły ślady na mym ciele. Postarzałem się ,wyłysiała mi część głowy a ma twarz wyglądała beznadziejnie. Jednakże nie przejąłem się tym zbytnio. Poza tym postanowiliśmy nie ruszać się nigdzie tego dnia z bazy. Dowiedziałem się również ,że jeden z nas opuścił niedawno naszą kryjówkę by udać się gdzieś w góry ,po coś ważnego. 
  Wybiegłem przed willę by pożegnać się z tym czarodziejem jednak spóźniłem się. Był już daleko. Widziałem go jako małą kropkę na tle gór w promieniach porannego słońca. Mimo tego postanowiłem pomachać. Machając dostrzegłem kątem oka przeci... TRZASK uchyliłem się od nadlatującego zaklęcia w ostatniej chwili. Zostaliśmy zaatakowani. Śmierciożercy Voldemorta znaleźli nasze schronienie. Zacząłem krzyczeć i machać z całych sił do uchodzącego w stronę szczytów czarodzieja żeby wrócił. Porzuciłem swe starania po niedługiej chwili ,bo nie było szans ,że mnie usłyszy a po drugie musiałem się ukryć. Wbiegłem do salonu. I schroniłem się za oknem. Możecie pomyśleć ,że to głupi pomysł chować się za czymś za czym przeciwnik cie widzi. Niby tak ale szyby były czaroodporne tak więc byłem dobrze chroniony. 
Po szybkiej i zaciętej wymianie zaklęć nastał pat ,ani oni ,ani my nie mieliśmy przewagi. Nikt nie wiedział w jaki sposób ją uzyskać. Nagle Hermiona z pomocą magi wyciągnęła jednego z wrogów z jego kryjówki i przyciągnęła go do siebie z dużą prędkością. Jako ,że stała za wytrzymałą szybą to agresor przydzwonił w okno z ogromną siłą i stracił przytomność. Uznaliśmy to za dobrą okazję do kontrataku. Przegrupowaliśmy się. Ja pobiegłem do drzwi frontowych aby zajść adwersarzy z flanki. Zastałem tam dwie wrogie czarodziejki ,które przebiły się do środka. Jedna pobiegła po schodach na górę druga zaś zaszarżowała na mnie. Udało mi się wytrącić jej różdżkę z rąk i złapać od tyły. Zacząłem ją podduszać. Wierzgała się ostro ,myślałem ,że zaraz mi się wymknie. Zobaczyłem pod ręką wazon pokryty specjalną tapetą szkodliwą dla ludzi ,aby się nią posługiwać trzeba było być specjalnie zaszczepionym. Postanowiłem spróbować. Zerwałem kawałek tapety i walnąłem nim dziewuchę w twarz. Zaczęła krzyczeć z bólu. Widocznie kontakt z tą substancją osłabił ją. Wzmocniłem chwyt i powiedziałem "i co antyszczepionkowcy łyso wam". (XD) Wykończyłem ją już bez większych problemów. Puściłem truchło i pobiegłem walczyć dalej...



Jako iż miałem jeszcze czas postanowiłem się zdrzemnąć by być bardziej wypoczęty.


3)  W domu podobnym do tego z poprzedniego snu. Poszedłem do kuchni by wyrzucić coś do śmieci. Otworzyłem szafkę ,wyrzuciłem to co miałem wyrzucić i już zamykałem drzwiczki myśląc co zaraz zrobię ,gdy kątem oka dostrzegłem banknot dwustuzłotowy w śmietniku. Zacząłem więc grzebać w śmieciach by odkopać pieniądz z kupy bezwartościowych papierów. Jednocześnie zacząłem krzyczeć na matkę ,że jak mogła wyrzucić pieniądze do śmieci. Gdy w końcu dobrałem się do banknotu okazało się ,że to reklama jakiejś loterii umieszczona w gazecie ,gdzie do wygrania był hajs grrrr ...
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#86
28.09-05.10.2K18

Przez te kilka dni nie miałem czasu na długie wypoczywanie tak więc i sny nie były zachwycające. Jednakże coś tam zapamiętałem. Wszystkie ,krótkie.


1) Oglądałem walkę dwóch wielkich mrówek. Choć z drugiej strony to ja mogłem być bardzo malutki hmmm . Nie ważne. Wokół była tylko biel. Owady nie wyglądały 1:1 jak w realu. Były trochę ,jakby to powiedzieć senne/magiczne. Nie wiem ,która mrówa wygrała ,bo nim pojedynek się zakończył sen się skończ...


2) Wcieliłem się w króla Jana Kazimierza. Siedziałem na tronie (nie takim w kiblu ;) ) a wokół mnie siedzieli moi doradcy ,którzy coś do mnie mówili...


3) Leżałem na swym łóżku i ... podduszałem się czarnym ,jedwabnym sznurem. Robiłem to w celu doświadczenia halucynacji spowodowanych brakiem tlenu w mózgu 8-} . Przeprowadziłem trzy próby ,podczas których nic się nie działo. Oczywiście oprócz tego ,że nie mogłem oddychać.
  Rozczarowany brakiem efektów postanowiłem zabawić się w Kara Mustafę i zakończyć swój żywot w taki jak on sposób. No więc obwiązałem sobie szyję i czekam. Czekam ,czekam i już tylko kilka sekund dzieli mnie od odejścia na łono Abrahama kiedy myślę sobie "A pierdo*ę to". Rozwiązuję sznur i rzucam go na podłogę...


05-06.10.2K18
Czas snu ok. 5+4h

Dziś w końcu mogłem się porządnie wyspać.

WBTB


1) Miałem dziś bardzo ciekawe (przynajmniej dla mnie) zjawisko podczas snu. Otóż moja Podświadomość ukazała mi się w śnie pod postacią mego autorytetu z realnego świata ,następnie wypomniała mi moje negatywne przywary/zachowania a na koniec udzieliła mi lekcji tego jak powinienem się zmienić by żyło mi się lepiej oraz bym osiągnął to co chcę. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw ,gdy rozmawiałem z tą osobą po części czułem ,że tak na prawdę rozmawiam sam ze sobą i wykładam karty swego życia na stół. 
  Co warte dodania nie zmieniłem się pod wpływem tego dialogu natychmiastowo w innego człowieka. Wolnego od przywar ,o których rozmawiałem z podświadomością. Najprawdopodobniej dlatego ,bo sen był dość głęboki a co więcej nie świadomy. I jak to powiedział towarzysz @Onejronauta : "Nie wypędziłem swych potworów z podświadomości". Pomimo tego dostrzegłem pewne negatywne  rzeczy w mym życiu ,których wcześniej nie dostrzegałem i myślę ,że to dobry początek do rozpoczęcia zmian. 
  Spróbuję się dziś ponownie skontaktować z mą Podświadomością/Przewodnikiem/Aniołem Stróżem. Jak zwał tak ,zwał. Mam nadzieję ,że nie zakończymy znajomości na jednej sesji ,bo na pewno mógłby mi w niejednej rzeczy pomóc.

  Fabuła nie była najważniejsza w tym śnie ale warto ją przytoczyć ,bo swoje wnosiła do przesłania.

  Byłem na czymś w rodzaju obozu/koloni letniej. Na obozie głównie pracowaliśmy nad zrealizowaniem swych marzeń. Dodam iż byłem o kilka lat młodszy niż w rzeczywistości. 
  Pierwsze co pamiętam to ,to ,że siedziałem wieczorkiem przy jakimś biurku lub stole i coś pisałem. Do mego pokoju wbiła zgraja dzieciaków w moim wieku. Zaczęli namawiać mnie na wypad w miasto i "rozerwanie się". Po kilku minutach dałem się namówić. Wyruszyliśmy do pobliskiego miasteczka. 
  W mieścinie zaczęliśmy rozróbę ,śpiewanie oraz skakanie po wszystkim. Wbiliśmy nawet do kościoła i rozwaliliśmy jego wnętrze. Wygłupialiśmy się na całego.
(...)
  Przeniosłem się nawet nie wiem kiedy na polną drogę wiodącą przez las do naszego ośrodka. Byłem sam a wokół panowała nocna ciemność. Ruszyłem powoli po dróżce do obozu. Po kilkudziesięciu metrach doszedłem do rozwidlenia dróg. W świetle samotnej lamy stało dwóch policjantów przy swych motorach oraz On ******** ******** aka moja Podświadomość. Rozmawiali o nas ,dzieciakach ,które uciekły z ośrodka. Próbowałem przedostać się niepostrzeżony obok nich ale jakimś cudem dostrzegli mnie za pagórkiem ,który nas oddzielał. IksX może tak będę go nazywał ,przywlókł mnie do ośrodka. Zaciągnął mnie do mojego ciemnego pokoju i zamknął za sobą drzwi. 
  Stanęliśmy naprzeciw siebie. On wysoki ,postawny ,lecz widocznie zasmucony mym zachowaniem ,ja natomiast stałem jak przed katem ,niski i zgarbiony. Po chwili ciszy westchnął i w końcu się odezwał. Zaczął mówić jak to się na mnie zawiódł ,że miałem potencjał itp. ale zmarnowałem to wszystko przez ten wybryk w mieście. Powiedział ,że bardzo mocno zastanawia się czy nie wyrzucić mnie z obozu. 

I w tym miejscu z mowy dotychczas typowo z sennej fabuły ,przeszedł do konkretów.

IksX powiedział "Jak tak dalej pójdzie nigdy nie osiągniesz swoich marzeń i celów" 

Zaczął wypominać mi moje przywary ,także te ,które nie ujawniły się podczas fabuły snu. Podawał przykłady z mego życia. Aż dziwię się teraz ,że nie uświadomiłem się wtedy ,musiałem naprawdę głęboko spać. Wymieniał po kolei wszystkie moje wady i do czego prowadzą (Niestety nie zapamiętałem wszystkiego co mówił  facepalm ).
  Gdy byłem już na skraju załamania po usłyszeniu swych negatywnych cech ,położył mi rękę na ramieniu i zaczął mówić ,że mogę to wszystko zmienić. Powiedział mi co robić by było dobrze (niestety tu też nie zapamiętałem wszystkich jego porad ,właściwie to zapamiętałem tylko jedną  facepalm). Gdy skończył mówić ,zakończył się również sen...
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#87
Rewelacyjny sen - gratuluję! Nie przejmuj się, że wszystkiego nie zapamiętałeś to w Tobie zostało i zmierza we właściwym kierunku :-)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#88
Plusik za sen numer trzy.
404 body not found
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#89
22-23.10.2K18
Czas snu ok. 6 godzin plus trzy godzinki ,które przespałem w ciągu dnia.

  Przed pójściem spać byłem niezwykle zaczytany w książkę pt. "Na zachodzie bez zmian" autorstwa Erich'a Remarque'a. Gdy w końcu oderwałem się od wciągającej lektury i postanowiłem zasnąć ,uświadomiłem sobie ,że może być nieciekawie jeśli mózg wplecie w mój sen okrutne obrazy wojny ,jakie wytworzyły się w mej głowie podczas czytania. Jednak nie miałem zbytnio wyboru ,bo wypocząć trzeba więc się położyłem. No i niestety nie myliłem się...


1) Jakoweś miasto. Jeden płytowiec dominujący nad niewielkimi domkami w jego okolicy. Na ostatnim piętrze mieszkała dziewczynka o latynoskich rysach twarzy ,w wieku ok. siedmiu lat (uprzedzam pytania jakie najpewniej niektórzy sobie teraz zadają ,NIE ,nie zabiłem jej  :D ). Wiedziałem tylko tyle ,że jej rodzice w ogóle się nią nie zajmują i kolokwialnie mówiąc mają ją w du*ie. Na wszystko patrzyłem jako osoba trzecia. Pewnego dnia dziewczynka postanowiła ,że ucieknie. Wybiegła z bloku nieniepokojona przez nikogo. Pobiegła na niedalekie lotnisko i odleciała do jakiegoś amerykańskiego miasta ,którego nazwy nie pamiętam. 
.
.
.
  Przeskok czasowy. Minął rok. Po jakichś dwóch tygodniach złapano ową dziewczynkę i odstawioną ją do domu. Obecnie mieszkała w nowowybudowanym  bloku naprzeciwko starego ,także na ostatnim piętrze. Jej rodzice nadal mieli ją w ... głębokim poważaniu ale zapewnili jej ochronę ,która miała jej pilnować by znowu nie uciekła. A to nie była byle jaka straż ,dziesięciu lekko uzbrojonych strażników ,dwudziestu ciężko ,dwa wozy opancerzone oraz heliko...wróć śmigłowiec. Tu wkraczam do akcji ja ale nie jako ja ,ja tylko ja jako ja czyli mój klon. Wbił do dziewczyny ,że niby wspólne odrabianie lekcji. Posiedzieli sobie i pogadali chwilę w pokoju. Dodam iż mój klon był w jej wieku. W pewnym momencie postanowili uciec. Wybiegli z bloku i ruszyli w stronę lotniska. Stanęli w długiej kolejce do kas. Słysząc pościg postanowili znaleźć inny sposób na ucieczkę...


2)  Pierwsza wojna światowa. Jestem niemieckim żołnierzem z Prus niczym główny bohater książki ,którą raczyłem się przed snem. Akcja rozpoczyna się z grubej rury. 
  Noc. Biegniemy przez zrytą pociskami ziemię niczyją. Słyszę jedynie sapanie dobywające się z mojej oraz kilkuset innych gardzieli oraz klekotanie rynsztunku śmierci trzymanego w rękach. Po kilkudziesięciu metrach żwawego biegu słyszymy pierwszy krzyk francuskich przeciwników oddalonych może o sto metrów od nas. Podnoszą raban i zaczynają strzelać. Najpierw pojedyńcze wystrzały ale po chwili odzywają się już wszystkie wrogie karabiny razem z tymi maszynowymi. Po naszej stronie padają pierwsi zabici i rozerwani przez pociski. W oddali dudni artyleria wroga zwiastująca pożogę ,która już leci w naszą stronę. Jednak nadaremnie. Francuzi zorientowali się zbyt późno. Wlewamy się nieprzebraną masą w ich linie obronne. Z krzykiem dźgamy bagnetami żołnierzy przeciwnika. Ja także. Wskakuję na niewielki murek i zeskakując z niego rozpłatam brzuch przeładowującego broń chłopaka we francuskim mundurze. Nie oglądamy się za siebie ,przemy dalej. Wbijamy na kolejną linię obrony. Dźgamy bagnetami i uderzamy saperkami bezsilnych niemilców. Uciekającym strzelamy w plecy. Następnie ruszamy dalej. W końcu dopadamy do gospodarstwa z niewielką fabryką. Szybko pokonujemy obrońców. Większość naszych rusza dalej w pościg ja jednak z jakiegoś powodu zostaję bardziej z tyłu. Nagle zza fabryki ,z dwóch stron wyjeżdżają trzy czołgi przeciwnika z serii Mark. Zamurowało mnie ,schowałem się wraz z grupką innych żołdaków za domem. Próbowaliśmy jakoś powstrzymać żelazne walce ,lecz nie za bardzo mieliśmy jak. Wycofaliśmy się z gospodarstwa.  

Co trochę dziwne wrogie czołgi miały na kadłubach wymalowane krzyże żelazne czyli niemieckie oznaczenie a ,że ja też w tym śnie byłem Niemcem to tak trochę nie pasuje do siebie ,no ale cóż w końcu to sen.
.
.
  Najgorzej zapamiętana część snu. Pamiętam walkę ,strzały i ogólny chaos starcia ale żadnych szczegółów poza tym.
.

.
  Najstraszniejsza część snu. Nie był to koszmar ale raczej koszmarny sen. 
 Inna miejscówka. Trochę jakby pustynia. Ziemia miała piaskowy kolor. Po jednej stronie były okopy niemieckie zaś po drugiej rosyjskie. Po środku zaś znajdowała się ziemia niczyja niezbyt rozorana przez pociski ale i tak całkowicie pusta i w pewien sposób przerażająca. Okopy Rosjan i Niemców były równiutkiej szerokości. Rozdzielały się i skręcały w wielu miejscach zawsze pod kątem 90 stopni. 
  Obraz przybliżył się do rosyjskiego podoficera czatującego przy niemieckich okopach na ziemi niczyjej. Nie wszedłem w jego ciało ale widziałem wszystko to co on ,tyle ,że z góry. Okopy oraz transzeje jego wrogów wydawały się opustoszałe. Ani widu ani słychu przeciwników. Zadowolony żołdak powoli przeczołgał się do swoich i zameldował po rosyjsku ,że Niemcy się wynieśli i jest to idealny moment do ataku. 
  Po chwili transzeje wypełniły się tysiącami młodych chłopaków ,ubranych w mundury ,aż po sam horyzont. Masa ludzka przekradła się do pierwszej linii. Wypełniali każdą wolną przestrzeń. Czekają i czekają trzymając Mosiny w rękach. Powoli zaczyna się ściemniać. I nagle rozlega się gwizdek oficera rozpoczynający atak. Młodzi wyskakują z okopów i z krzykiem ruszają biegiem. W tej chwili niespodziewanie rozpoczyna się prawdziwe piekło. Po drugiej stronie ziemi niczyjej jak jeden mąż kanonadę rozpoczynają działa ,moździerze ,karabiny ,granaty oraz zbierające najkrwawsze żniwo karabiny maszynowe. Rosjanie są koszeni niczym zboże. karabiny maszynowe nieprzerwanie wypluwają pociski rozrywające biedaków na strzępy. Niemcy są tak dobrze okopani ,że widać jedynie płomienie wystrzałów wydobywające się z luf ich broni. W okopach po drugiej stronie rozgrywa się dramat. Krew ,flaki ,kości i kawałki mózgów zaściełają swą czerwienią ziemię. Patrzę na to wszystko z góry i czuję jedynie strach. Niektórzy jeszcze próbują ruszyć do ataku ,lecz nie przebiegają nawet kilku metrów a ich ciała są już masakrowane. Inni starają się uciekać ale i tych dosięga brutalna śmierć. Do tego balu śmierci dołącza bóg wojny - artyleria. Rozrywająca nieszczęśników i rozrzucająca jak szmaty szczątki ,które jeszcze przed chwilą były ludźmi. Aż po horyzont widzę jedynie brutalną śmierć. Jeśli komuś udało się przeżyć ten armagedon to próbuje w rozpaczy uciec jak najdalej stąd. Natomiast Niemcy rozpoczynają kontratak. Przechodzą przez czerwoną od krwi i ciał ziemię ,która do niedawna mieniła się biało-żółtym blaskiem. Wdzierają się w głąb ziemi przeciwnika niczym nóż w masło. Dochodzą do płytkiej rzeki ,którą forsują. W tej chwili wchodzę w ciało jednego z żołnierzy siedzących w czołgu. Naparzam z armaty do rosyjskiego bunkra. Po pokonaniu rzeki oraz umocnień znajdujących się zaraz za nią ruszamy dalej.
.
.
 Wracam do gospodarstwa z pierwszej części snu. Atakujemy je ponownie i ponownie udaje nam się to. Tym razem pojawia się jedynie jeden czołg. Podwozie wyglądało jak czołg A7V tyle ,że dodatkowo na jego szczycie znajdowała się wieżyczka jak w Flakpanzer 4. Wystrzeliłem w jego stronę kilka pocisków ,lecz żaden nie zadał mu większych obrażeń tak samo jego mi. Krzyknąłem do kilku pobliskich żołnierzy by nam pomogli. Podbiegli do wrogiego czołgu i przewrócili go na bok tak ,że nie mógł się w żaden sposób ruszyć (Tak kilka osób podniosło kilkadziesiąt ton stali #SNY). Wykończyłem go strzałem w podwozie...


Ten sen był niestety bardzo realistyczny i naturalistyczny. Zwłaszcza trzecia część snu przyprawia mnie nadal o dreszcze. Mój opis tego nie oddaje w pełni tego co widziałem dziś w nocy.
Per labores ad victorias. Per aspera ad astra.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#90
Wow, ciekawe czy można nabawić się PTSD takimi snami :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1