Na cześć bogini AANS
#1
Odnaleziona przypadkiem pseudoartystyczna twórczość z czasów błędów, wypaczeń i nawracających epizodów depresyjnych.


Szalona tęsknotą, u stóp szubienicy
Stała, przez nadmiar uczuć targana
Jak na miejscu kaźni, choć ognie wygasły,
Podobna do strażniczki wielkiej tajemnicy,
Tylko trwać zdolna,
Gotowa tak noc całą aż do rana
Tylko w ciemności ma siłę do zniesienia
Kresu jedności ze sprawcą cierpienia
„Ja będę ci śmiercią, ty mi dręczycielem
Ja będę ci drogą, kiedy będziesz rzeką
W chwili, gdy miażdżysz, jesteś przyjacielem
Wrogiem się staniesz, gdy będziesz daleko!”
Krzyczała, własnym oślepiona szałem,
Tak bardzo blada a wewnątrz gorąca
Pragnęła duszę wyzwolić od tęsknoty
W chwili, kiedy się podda całym ciałem
W imię odwiecznej ognistej ochoty,
Dla żywiołu, którego dążeniom nie ma końca
Tak bardzo kochała, aż do kresu złości
Nienawidziła całą duszą na miarę tej miłości
„Tyś jest całość, w to będę wierzyć niezachwianie!”
Wołała, we łzach, padając na kolana
„Zostałam przez ciebie wykorzystana,
Gdyś ku całości dążył nieprzerwanie
Nie byłam celem, lecz drogą do celu,
Najmniejszą drogi cząstką, bez znaczenia
Zmiażdżyłeś Sposobem, tak jak miażdżysz wielu
Tylko narzędzia, wzgardliwie odrzucone,
Te same, które pociągasz w swoją stronę,
Aby zapomnieć, pragnąc nieistnienia!
Lecz w takim akcie nigdy nie ma zdrady!
Do czarnej dziury, bezdennej otchłani, 
Posłuszny przedziwnym prawom natury
Rządzą tym bezwzględne zasady
Tak, zdradziłeś mnie dla tej czarnej dziury!
Po trupach do celu, bez wahania ranić
W imię dążenia, które w dół prowadzi,
Stokroć szlachetniejszego od dążeń do góry
Nie było i więcej nie będzie nikogo,
Kto pokochał chwilę, w której był ci drogą!”

Szarpała łańcuchy, przeklinając wolność
Tę samą, która sprawiła, że jej nie krępują,
Która nie czyniła jej tęsknić niezdolną,
Jak cząstkę całości, jednakowo cenną
A ból był w końcu losem tych, co czują,
Kiedy wyrwała się ognistym dłoniom,
Szukającym kresu z tą żądzą niezmienną,
Co stają się Sposobem, gdy go odnajdują
I tak stale, i zawsze ku tym celom gonią
Lecz nigdy nie widzą w swym gwałtownym biegu,
Tego, który ich wiedzie, rzeki brzegu
Nie widzą, że łańcuch dzieli się na troje,
Że początek i koniec, sieć i labirynt
„Nie wiedzą, że tam było ciało moje,
Że bliżej, głębiej, więcej niż marzyłam,
Że tak bezwstydnie, gdy narzędziem byłam”
Krzyczała i padła, by ziemię całować
„Jakże kochałeś tę otchłań niezmiernie,
Gotowy wśród krwi biec, do mgły podobnej,
Potrafiłeś na okamgnienie zdradzić tak wiernie,
Niby pojednania dając mi nadzieję
I może wdzięczność prawdziwą dla tej cząstki drobnej,
Która wywiodła cię w pyłu zawieję!
Opuściłeś żywe, by w martwym się schować!
To jedyne było, co uczynić mogę
I później pragnąć, byś w otchłani cenił boczną drogę!”

Wiedziała, że tego jej dusza żądała,
By w upojeniu świętować powroty
Przez wnętrze, tę jedność duszy i ciała,
Przez drogę, która łaknęła strumienia
A on wyzwolony ze Sposobu i ochoty,
Podobny bardziej do dymu niż płomienia,
Lecz nawet takiego wtedy go chciała,
W tym przedziwnym czasie, gdy nie znał otchłani,
Kiedy nie oślepł w bolesnych dążeniach,
Zdolny istnieć i przy tym nikogo nie zranić
„Jak wielka jest żądza” szeptała w upojeniu
„Co drogę znajduje w gwałcie i cierpieniu!
Lecz taki jesteś, krwawa ofiaro pożądania,
Że potrafisz, przeciw sobie obrócony,
Gwałcić się w dzikim szale do skonania,
Do kresu sił, ataku i obrony!”
Cofnęła się, łącząc w tym akcie niepewnym
Cały ogrom tęsknoty, złości i odrazy,
By pokusą nie być tym piorunom gniewnym,
Co tak ślepo błądzą, chociaż są bez skazy
Lecz gdy nagle cel zanika w niepewności,
Gotowe całość objąć, giną od całości

Wstała, niezdolna, by widzieć jego drogę,
Która mogła być za każdym razem inna,
Lecz ważny był tylko początek, ten widzialny,
Łańcuch, w którym pozostać powinna
„W nim już płomienia znaleźć nie mogę!”
 Krzyczała bez łez, oślepiona bólem
„Ty, któryś poprzez Sposób jest zniszczenia królem,
Ty, któryś posiadł w mroku, żar upalny,
Ty, któryś, najgorętszym będąc, względy okazywał,
Nie zapomnij, żeś tego narzędzia używał,
Niecały metr, odcinek tej drogi,
Tej, którą wskazałam, w jedno się stapiając,
Widząc tę jedność, niszczycielu srogi,
Zstąpiłeś w otchłań, jak łańcuch pozwalał
Tyś miał, posiadł całą, a przy tym nie skalał!
Jakaż to żądza źródłem takiego działania,
Jakiż to cel źródłem takiego pragnienia!
Ja, słabe narzędzie, ofiara pożądania,
Gotowa jestem upaść na kolana
Przed taką wolą i przed taką siłą,
Jedynym świętym prawem płomienia
I przed tą, co wciąż zostaje mi nieznana,
Lecz bez niej – nic takiego by się nie zdarzyło!
To dla niej, tylko dla niej te starania!
Ty byłeś strumieniem i częścią całości,
Nim potęga stokroć większa od miłości
Wywiodła cię gdzieś, gdzie nie sięga kontrola,
Gdzie nie ma granic stawianych płomieniom
Czysta i chwalebna jest twoja wola
Chwała i cześć twoim dążeniom!
A tej, do której idziesz, jak mam nie szanować?
Jak mam kłam zadawać odwiecznym staraniom?
Ona, bezdenna studnia, ideał bez skazy,
Pewność niezachwiana, ty mnie do niej prowadź,
Okaż mi litość i względy mym błaganiom,
Ty, który powracałbyś do niej choćby milion razy,
Który posiadłeś ją aż Sposobem,
Bo dla niej właśnie Sposób istnieje
I nie wiem, dlaczego tak się z wami dzieje,
Że kochacie to, co jest wam śmiercią i grobem!
Kochacie ją, taką nieskończoną,
Która wiecznie głodna i nienasycona,
Która pochłonie i w nicość obróci
Odbierze moc, nigdy jej nie zwróci,
Lecz ja byłam drogą, celem była ona!
Ja ci pomogłam, niech mi będzie policzone
Tylko i aż tyle, już więcej nie mogę,
Dzięki mnie osiągnąłeś szczęście niezmierzone
Jak wysoko musisz cenić boczną drogę!”

Nie wiedziała już, czy prawdą, czy tylko złudzeniem
Było pojednanie z błękitnym płomieniem
Cóż z tego, że pismo, słowo z przeszłości?
Jakże puste słowo, przecież nic nie znaczy!
Niczym jest wobec ogromu niepewności
Nic nie ma oprócz pustki i tęsknoty,
A gdy to widzi, niszczy w ślepej złości
Nic oprócz siebie nie może zobaczyć
Żadnych pamiątek diabelskiej pieszczoty
Żadnego śladu – nic oprócz pragnienia,
Że kiedyś łańcuch powstanie z woli losu,
Że dusza rozpozna, bez pisma i głosu
Do wyschłego koryta – powrót strumienia
Chwila ponad wątpliwość prawdziwa
Ale jak mogłaby być, gdy go już nie ma,
Tylko inny może tej drogi używać,
Którą ona mu wskaże rękami obiema
Bo stamtąd, z otchłani, nie ma powrotu
Jak usta wiecznie spragnione, wsysa chciwie
Przyciąga z dziką pasją, pożądliwie
I wiecznie w swym pragnieniu niezaspokojona
Kusi, że znaleźć ją można bez kłopotu,
Że znajdą ją zawsze, wszak jest nieskończona
„I dla niej tak właśnie zatraciłeś się w bezwstydzie
Nie możesz nie kochać drogi, która ku niej idzie”
Szeptała, wierząc, że to nie jest bez znaczenia,
Gdy jej twarz całował ognistymi ustami,
Ramiona objął siłą ognistego ramienia,
Serce jej otoczył ognistej krwi strumieniami
A na koniec położył swoją dłoń ognistą
Na jej dłoni, którą wskazywała mu drogę
„Dlatego, że mnie posiadłeś, zostawiając czystą,
Tęsknię i pragnę, zapomnieć nie mogę!”

I poszła przed siebie, naprzeciw ciemności
Tak, jak mogła ją własna poprowadzić droga,
Choć lepiej niż podążać samemu być drogą,
Brzegiem rzeki, wciąż czekającym na kogoś
A oczekiwanie ją leczy z zazdrości
„Niech żyje wiecznie ta, której pożądają
I niech zawsze będzie zwycięstwa nagrodą
Niech tak zachłannie, choć ani chwili nie czekają,
Rzucają się, jakby do kosmicznej próżni
W akcie walki, który jest zakończony zgodą,
Po którym już się płomieni nie rozróżni,
Gdy nie jest już szkarłatny ani szafirowy,
Gdzie się zatracasz w boskim nieistnieniu
Podobny do prawdy niczym nie skalanej,
Tak jak ona nieskalany jesteś płomieniu,
Idąc na śmierć ku otchłani niezbadanej!
Ta śmierć jest właśnie źródłem starania,
Pierwszą przyczyną, początkiem i kresem działania,
Powodem, dla którego wszystko się stało
Ona mnogość pochłonęła, wciąż to dla niej mało
Nigdy nie ustaną wasze usilne dążenia
Tak właśnie niech pozostanie
Dziki bieg w stronę ujścia strumienia
I miłosne ze śmiercią pojednanie
A ja tylko pragnę, by szlak został wyznaczony
Przez wnętrze, które strumienia jest spragnione,
Abyś szedł tym szlakiem, Sposobie niezmierzony,
Abym była dla ciebie drogą w jedną stronę!
Abym w nim i nim była, część jedności,
Narzędzie, element jeden z wielu,
Byś ty, piorun, strumień wyrwany z całości
Mógł jeszcze raz dotrzeć do celu!

~Chwała Pani ujścia rzek, AANS, matce i kochance piorunów
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1