Mapa Snu Onejromanty
#11
(23-07-2018, 10:49 )Rebeliusz napisał(a): Czy w tych miastach są jakieś zaskakujace architekturą budowle o ciekawych kształtach ? Jak wygląda rzeźba terenu ,czy cała płaska a może to miasta w górach ? Byłeś w metrze ,bardzo mnie ciekawi jego struktura a może jest tam podziemne miasto ? Na koniec powiem iż ten szpital katownia mnie intryguje. Wiecej szczegółów pls  :D
Tak jest dużo niezwykłych budowli, szczególnie w miastach na północnym wschodzie w muzeów i magii architektura jest piękna, ale wygląda jakby nie stworzył jej człowiek z kolei dalej w starożytnym mieście świątyń jest dużo monumentalnych budowli tchnących swą starożytnością choć wyglądają jak nowe.

Ogólnie teren miast jest równinny z pagórkami np. w sennym Rzeszowie naprzeciw głównego dworca trzeba się wydrapać na spore wzgórze gdzie jest osiedle mieszkaniowe z blokami, w sennym Krakowie jest identyczna struktura koło akademików AR itd.

Nie w metrze ani w podziemnym mieście nie byłem choć raz byłem w podziemiach pod kościołem jak sobie przypominam.

Szpital to grupa budynków otoczona zielenią, ale kiedy się tam wejdzie panuje atmosfera zagrożenia, w jednym śnie stoczyłem tam ciężką walkę aby uwolnić dziewczynę na której przerażający lekarz robił eksperymenty medyczne, ogólnie panuje tam przytłaczająca atmosfera rozpaczy, bezsilności i poczucia bycia ofiarą, najlepiej natychmiast wiać stamtąd jak się tylko da :D

Północny wschód. Jestem w miejscowości gdzie miałem letniskowy domek. Widzę, że sąsiad rozkradł wszystko nawet belki tak, że nie pozostało nic. Patrzę na jego dom. Widzę, że również popadł w ruinę, jedyni kuchnia wygląda schludnie i jasno. Ogólnie sen jest w ciemnych kolorach, jakby w pochmurny dzień, choć wszystko jest wyjątkowo wyraziste.
Wracam przez pola, kiedy zbliżam się do po PGR – owskich bloków otacza mnie grupa dziewczynek i zarzucają mi romans z żoną sąsiada, mówią jakieś wierszyki na ten temat i są coraz bardziej natarczywe. Oczywistym jest, że musieli tak nastawić je rodzice choć nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Zatrzymuję się i opieprzam dziewczynki, za brak wychowania i niewłaściwe zwracanie się do starszych, grożę im, że powiem o ich zachowaniu księdzu (bo w takiej sytuacji skarżyć się rodzicom nie ma sensu). Dziewczynki zostawiają mnie w spokoju i idę dalej.
 
W końcu docieram do remizy, jest tam grupa młodzieży, która również robi jakieś nieprzyjemne uwagi i zachowuje się wyzywająco. Podobnie jak poprzednio na początku próbuję ich ignorować, a kiedy robią się zbyt natarczywi grożę, że poinformuję o ich zachowaniu Bogdana, który mieszka tuż obok i trzęsie tą wsią. Większości to wystarczy, ale jeden najbardziej natarczywy wychodzi za mną. Zaczynam zgniatać rękę i ciągnę go w stronę domu Bogdana, ale po chwili młodzian zaczyna płakać i robi mi się go szkoda, więc go puszczam.
 
Idę w stronę swojego domu. Widzę szopę sąsiada a w niej fragmenty belek z mojego letniskowego domku. Idę dalej przez dzikie lasy, co jakiś czas widzę bardzo stare domy. Dochodzę do baru w lesie. Bar zrobiony jest w ogromnej starej beczce, byłby interesujący gdyby ta beczka nie była stara i zniszczona, a wokół nie stały kiczowate imitacje beczek ze stolikami. Nie zatrzymuję się tylko zmierzam w stronę domu.

Północny wschód
Idę z Jaśkiem do akademików od strony południowego zachodu. Mijamy sale wykładowe, jest tam dużo ludzi panuje jakiś chaos i rozprzężenie, jakby koniec roku akademickiego czy jakieś juwenalia. Mijamy sale wykładowe i idziemy alejką w stronę akademików. Tu jest spokojnie. Spotykamy trzech ludzi z roku Jaśka. Siedzą na jakiś schodach. Jasiek z nimi rozmawia, ja stoję boku. W pewnym momencie jeden z nich zabiera mi buta. Mówię mu, aby przestał się wygłupiać tylko oddał, ale jak grochem o ścianę. W końcu kiedy wszelkie próby porozumienia zawodzą obijam mu ryja.
Idziemy dalej i dochodzimy do akademika. Tu taki sam chaos i rozprzężenie, jak przy salach wykładowych. Nie ma szans by się zakwaterować. Kręcę się chwilę po czym wychodzę na taras i kładę się przykrywając kocem by się zdrzemnąć zanim się to wszystko ustabilizuje. Już prawie zasypiam, kiedy jeden ze studentów zrywa mi koc. Nie chce mi się wstawać i brać udziału w głupich żartach więc decyduję się leżeć dalej. Głupi żartowniś nie ustępuje i zaczyna mnie ciągnąć za szal jaki mam na szyi więc muszę wstać. Gość nie popuszcza więc musze mu obić ryja.
 
W drugim śnie znów idę do akademika, ale tym razem od strony północnego zachodu z Gapą. Idę przez jakieś futurystyczne miasto. Wszystko jest sterylne, dominuje biel i plastik. Gapa mówi, ze coś się zmieniło i nie może odnaleźć morza, ale to nieistotne. Dalej idziemy w stronę akademików, w pewnym momencie Gapa zostaje w tyle i się gubi. Idę teraz przez ulicę pomalowaną na różowo. Podchodzę do ściany i ciągnę po niej myszką komputerową. Myszka pokrywa się różowawą farbą, widać jest świeżo malowane. Mam nadzieje, że nie zniszczyłem myszki. Idę dalej i w końcu dochodzę do akademika. Akademik jest nowoczesny, przypomina raczej ekskluzywny hotel. Ide do swojego pokoju, ale okazuje się, że mieszka tam ktoś inny. Wychodzę i spotykam dziewczyny z roku. Mówię im, ze nie mogę znaleźć swojego pokoju, ale one tylko ogólnie pokazują mi kierunek. Po kolei sprawdzam pokoje i nadal nie mogę znaleźć swojego pokoju. W jednym z pokojów spotykam kolegę z roku więc pytam go o współspaczy, ale on mówi, że mieszka poza akademikiem i nie wie. Zastanawiam się co jest nie tak i szukam dalej. Idąc prosto korytarzem znów widzę tę różowawą farbę na podłodze, ale na szczęście ta jest wyschnięta choć nie pasuje tu zupełnie. Idę dalej i trafiam do części akademika gdzie są pralnie i łaźnie. Myślę, ze fajnie jeśli tu gdzieś jest mój pokój, ale nadal go nie znajduję. Wracam i widzę schody, barierka dochodzi niemal do ściany tak, ze trudno mi się przecisnąć, ale udaje się – idę nimi w górę.
 
Na piętrze trafiam na oddział psychiatryczny, gdzie łapie mnie dziwny psychiatra, ma głęboki mocny głos, wygląda na starszego, ale na grzbiecie ma płyty jak dinozaur. Upiera się aby aplikować mi jakieś środki, dyskutujemy jakiś czas, ale żadne argumenty do niego nie trafiają. W końcu orientuję się, ze to jakiś robot. Walczę z nim i po ciężkim boju za pomocą młotka udaje mi się zniszczyć układy scalone. Metodycznie rozbijam je na drobne elementy, pomaga mi ordynator tego oddziału, który był zastraszony i sterroryzowany przez robota.
 
W trzecim śnie znów jestem w akademiku, ale teraz jest to koniec roku akademickiego, jest luźno, spokojnie rozmawiam z kumplami z roku i zastanawiam się czy nie wrócić do domu. W końcu dochodzę do wniosku, że lepiej zostać bo i tak musiał bym wrócić. Kumple pytają po co miałbyś wracać to już koniec. Odpowiadam, że po odpis dyplomu, przyznają mi rację.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#12
(23-07-2018, 11:40 )incestus napisał(a): Tylko jedno miasto ? Jak bym miał robić mapę snów, to 30% powierzchni zajmowały by różne miasta, 30% kościoły / katedry i cmentarze, 20% różne wariacje lasów :)
Widzę drogi @incestus, że od początku kontestujesz mapę i założenia hakerów snu :)  Rozumiem Twoje wątpliwości, też na początku byłem sceptyczny i zdystansowany do tego, ale pomyślałem co mi zaszkodzi spróbować?

Kiedy zacząłem próbować przekonałem się, ze jest to gra warta świeczki co nie oznacza, że stałem się fanem mapy i łykam wszystko bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie ja z natury jestem mocno sceptycznie do wszystkiego nastawiony. Jako iż można powiedzieć iż reprezentuję starą dobrą szkołę Adama Bytofa przed laty, kiedy zaczynałem przygodę z ld uznałem za bzdurę koncepcję znaków snu, dopiero po kilku latach zrozumiałem jak jest to pożyteczna metoda chociaż sam jej nie stosowałem z założenia negując. Dlatego mimo iż od razu pojawił mi się sceptycyzm do mapy to postanowiłem ją zrobić i zobaczyć co z tego wyjdzie. Nawet gdyby mapa nie miała żadnej innej wartości to i tak już jest dla mnie genialnym środkiem pogrupowania snów i orientacji się w całości sennego materiału.

Teraz doszedłem do miasta choć to wydawało mi się trudne bo przecież bywałem w różnych miastach we śnie od New Deli przez Wiedeń do N.Yorku jednak coraz bardziej się przekonuję do koncepcji jednego miasta jako iż jest dużo zaskakujących podobieństw zarówno w topografii jak i nastroju emocjonalnym tych miast. Dlatego na razie przyjmuję roboczą tezę, ze jest jedno miasto, którego geografia to różne stany emocjonalne związane z kierunkami na sennej mapie. Uświadomiłem sobie, ze zdziwieniem, że moje miasto w snach to w sumie kilka punktów. Rzeszów to głownie dworzec i najbliższe okolice różne od jawy itd. Rzeszów czy Kraków to miasta, które we śnie dobrze mi się kojarzą i tam jest fajnie i ciekawie w przeciwieństwie do północy bo tam nie czuję się pewnie. Dlatego myślę, że spokojnie można to wszystko potraktować jako jedno miasto o różnych dzielnicach i dzięki tej mapie będę wiedział w którym kierunku się przemieszczać aby sen był przyjemniejszy i ciekawszy :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#13
Jak będziesz nadal tak ciekawie prowadził wątki to będzie plusowane i domyślam się, że w szybkim tempie wbijesz się w forumową topkę reputacyjna
Sen jest to skracanie sobie życia w tym celu, aby je wydłużyć.
LD - 5
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#14
Wpisy Onejronauty to jedne z ciekawszych i wartościowych wypowiedzi na forum jakie można znaleźć, niestety mało kto potrafi to docenić.
Psajczarnia - discord dla ludzi (nie)świadomie śniących
oceniam użytkownika, nie post
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#15
Rzecz działa się w przyszłości w jakimś podupadłym mieście, które pamiętało lepsze czasy a zarazem jest to moje miasto koło kościoła farnego.

Sen był długi i wiele szczegółów mi umknęło. W każdym razie na początku było coś o grach komputerowych i różnych dziwnych programach, akcja toczyła się w jakiś pomieszczeniach po czym wyszedłem na zewnątrz.
Idę sobie ogromnymi schodami w dół i widzę, że jacyś Niemcy – chłopak i dziewczyna - stoją przy straganach i czymś handlują. Na stoisku Niemca dostrzegłem zioła więc mnie to zainteresowało. Kiedy podszedłem bliżej zobaczyłem napis na szybie Calea, były tam piękne dorodne zioła z kawałkami czerwonych owoców w innych gablotkach były inne senne i halucynogenne zioła zastanawiałem się skąd ten Niemiec tyle tego wytrzasną. Zacząłem z nimi rozmawiać i Niemiec stwierdził, że tu powinny te zioła nieźle iść, chwilę pogadaliśmy, ale nie był ciekawym rozmówca więc podszedłem do straganu Niemki.

Ona miała bardzo piękne rzeczy, jakieś małe figurki z dziwnych materiałów i wiele innych ciekawych rzeczy. Była bardzo sympatyczna i dobrze się z nią rozmawiało. Z rozmowy wynikało, że jak i wszyscy bardzo obawia się jakichś stworów. Te stwory wyglądały jak ludzie, ale ludźmi nie były, górowały nad nimi siłą szybkością, przebiegłością i innymi przymiotami. Ich celem było wygubienie resztki ludzkości, aby to uczynić potrzebowały klucza, który strzeżony był w tym mieście. Mimo iż strzegli go najbardziej oddani i najsprawniejsi z ludzi wspierani przez wszystkich pozostałych szanse na ochronę klucza były bardzo mizerne.
Powiedziała mi, że jedyni ludzie, którzy zdolni byli do walki z tymi stworami to przeklęci. Tylko ich te stwory obawiały się i tylko oni dysponowali zdolnościami pozwalającymi im dorównać. Zacząłem ja pocieszać i z ciekawości zapytałem kim są owi przeklęci, ona przyjrzała mi się i powiedziała, że to potomkowie Polaków.

Ucieszyła się i wykrzyknęła, że ja jestem jednym z przeklętych i teraz jest nadzieja na zwycięstwo.
Miałem zapytać dlaczego nazywa Polaków przeklętymi i skąd jej przyszło do głowy, że mamy jakieś niezwykłe zdolności przewyższające resztę ludzkości, ale pomyślałem, że jeśli kogoś nazywa się przeklętym to może nie przypominać dlaczego, bo pewnie powód nie budzi sympatii, ponadto uświadomiłem sobie, że posiadam pewną kontrolę nad snem (znowu paradoks nie wiem, że śnię a jednak wiem, że to sen) faktycznie przekraczającą ich możliwości.
Dziewczyna poprosiła mnie abym wykorzystując swoje możliwości zaniósł, ją na szczyt miasta abyśmy mogli strzec klucza, udało mi się to dopiero za trzecim razem poprzez przyśpieszenie ruchów. Na górze zbliżyliśmy się do siebie i wielokrotnie kochali jak szaleni było ekstra.

W końcu jednak z podziemi wypadł stwór, którego wszyscy się obawiali i zanim ktokolwiek się zorientował zdobył klucz. Rzuciłem się na niego z pozostałymi strażnikami i po ciężkiej walce udało się go załatwić i odebrać mu klucz. Przy okazji zobaczyłem wiele niedopatrzeń w ochronie. Co prawda klucz ukryty był w telewizorze w równoległej przestrzeni, a telewizor stał na skale otoczonej przepaścią, ale nie chroniły go żadne zaklęcia przez co stwór zgarną go od razu.
Po drugie stwór nie został zniszczony tylko pozbawiony mocy i w każdym momencie mógł się ponownie zaktywizować. Postanowiłem się więc do niego dobrać i załatwić go na dobre. Niestety bestia się zorientowała i wskoczyła w podziemia, ja oczywiście za nią, jednak wykorzystując cenne sekundy przeniknęła przez kraty i dała nogę. Na szczęście domyśliłem się, że poszła z powrotem na górę i tam ją dopadłem pozbawiając ją resztek mocy. Teraz musiało upłynąć trochę czasu, aby bestia ponownie zebrała moc, który postanowiłem wykorzystać na ostateczne jej zniszczenie i z tym zmagałem się do końca snu, ale chyba mi się udało bo obudziłem się w świetnym nastroju;-)))

Do mapy snu inny stary sen też dziejący się koło fary:

Jestem w starym domu katechetycznym koło fary, z tym, że teraz jest to obszerne mieszkanie kolegi. Po pokoju biegają olbrzymie króliki i inne zwierzątka. Kolega mówi, że ma z nimi utrapienie – jest ubrany dziwnie – ma na głowie wieniec z kwiatów i jakąś luźna szatę; przypomina hippisa z lat 70-tych. Opowiadam mu o wczorajszym zakupie domu (z wczorajszego snu) jest bardzo podekscytowany gdyż pasjonują go tamtejsze tereny narciarskie. Po chwili niespodziewanie wychodzi na dwór. Z kąta wyłania się upiór i sunie w kierunku drzwi próbując mnie pocałować. Bawi mnie ten nieudolny podstęp, mówię o tym koledze ten jednak coś mętnie odpowiada po czym się zmywa. Domyślam się, że poszedł w konspiracji do kościoła co też mnie rozbawiło.

Ponieważ nie miałem nic lepszego do roboty poszedłem pokręcić się koło kościoła. Przed kościołem zobaczyłem dziwny karawan pełen robactwa powożony przez potwora, wszystko było potworne. Było jakieś wielkie święto wszędzie były szpalery odświętnie ubranych księży, mnóstwo ludzi, procesje itp. Nie chciałem wchodzić do kościoła spacerowałem więc wokół rozglądając się.
W bocznej nawie spotkałem znajomą z jakimś bardzo brzydkim dzieckiem chorym na coś. Kierowany współczuciem powiedziałem do niego kilka ciepłych słów. Dziecko podziękowało za współczucie i zostało uzdrowione dalej jednak pozostało brzydkie, chociaż już nie tak jak przedtem.

Idąc dalej natknąłem się na katechetę z ogólniaka, ucieszył się, że mnie widzi przywitaliśmy się i zaczął mi opowiadać o ceremonii która właśnie się odbywa. Pokazał mi gościa przebranego za potwora z olbrzymią płomienistą twarzą i trzema ognistymi stopami, robił niesamowite wrażenie. Mówił, że robią to pierwszy raz i nie są pewni jego wyglądu pokazując mi fragment tekstu. Ponieważ ciekawiła go moja opinia po zapoznaniu się z tekstem powiedziałem, że jak zwykle księża źle interpretują pismo święte i wskazałem na pomnik tłumacząc jak należy rozumieć ten opis. Ksiądz powiedział – no jasne, jak zwykle twoje interpretacje są trafne i oryginalne – po czym zaprosił mnie do kościoła. Pokręciliśmy się po kościele – w ramach ceremonii odbywał się tam też remont sufitu – wytłumaczyłem księdzu, że powinien pozwolić pracować ludziom samym skoro robią to za darmo i nie patrzeć im na ręce jak wtedy gdy płacił.

Później poszedłem do lewej nawy gdzie dwie dziewczyny pisały jakiś test, jak domyśliłem się na zakonnice. Mówiły, że teraz testy coraz bardziej przypominają testy na księgowe, odpowiedziałem, że jeśli nie widza w tym duchowości niech idą za głosem serca.

Skutkiem mojej działalności w kościele jeden z księży poszedł za głosem serca i odszedł z kościoła, za nim zaś ruszyły demony więc musiałem go bronić. Kiedy demony otoczyły go stanąłem w jego obronie z ametystowym biczem. Dwa z pięciu demonów pokonałem pozostałe trzy okazały się odporne i powiedziały, że tą bronią ich nie pokonam. Odparłem, że wcale nie muszę ich pokonywać wystarczy abym nie dopuścił żeby skrzywdziły tego człowieka. Dlaczego go bronisz - zapytały – przecież go nie znasz a on służył kłamstwu. Nie jest złym człowiekiem dlatego nie pozwolę go skrzywdzić – odparłem. Ktoś zapytał jak możesz pertraktować z demonami czy pozwalać im się do siebie zbliżać. Kiedy ktoś ma prawdziwe współczucie w sercu troszczy się nawet o demony a one nie mogą i nie chcą go skrzywdzić, nie skala go nawet kontakt z demonem – odparłem i pocałowałem przywódczynię demonów długim namiętnym pocałunkiem.
Był to bardzo miły, głęboki, tajemniczy i radosny sen.

Po powyższym wpisie czułem się senny, więc najpierw zrobiłem sobie 20min medytacji a potem postanowiłem zrobić sobie 20 minutową drzemkę:
Znów jestem na ulicy na północno wschodnim rogu mojego ogrodu jak przedwczoraj. Z uliczki wychodzi jakiś grubas w krótkich spodenkach. Kiedy mu się przyglądam widzę, że to potężny typ o wrednym wyglądzie z ruchów i postury przypomina kowala z diablo a do tego ma ogromny młot. Kiedy na niego patrzę bierze zamach i wali młotem w chodnik, pojawiają się pęknięcia. Uderzenie nie jest zbyt szybkie, ale nie mam wątpliwości, ze jak trzeba może być znacznie szybszy, budzi to mój niepokój.

Scena się zmienia. Jestem w mojej sypialni, siedzę na łóżku. Przez sypialnię przebiega jakaś dziewczynka, a za nią potężny typ z wredną gębą w koszulce w czerwone paski i kręconymi bląd włosami. Przechodzą do sąsiedniego pokoju i czegoś tam szukają w moim biurku. Nie podoba mi się to, ale siedzę i spokojnie sobie obserwuję. Patrzę na szafkę w sypialni i widzę tam wiele naczyń.

Znów scena się zmienia i jestem na dole w gabinecie ojca, wynoszę stare meble. Gabinet wygląda jak stara sala wykładowa na uczelni w Krakowie, ale bez cienia wątpliwości to gabinet. Kiedy udaje mi się wypchać jakąś szafkę na zewnątrz zrzucam ją ze schodów, a ona rozpada się na kuleczki, które toczą się ulicą w dół i wpadają do studzienki ściekowej. Przy którejś szafce wychodzi ojciec i już wiem, że koniec sprzątania bo przecież on nie pozwoli wyrzucić nawet najbardziej obleśnego grata irytuje mnie to, ale tak samo jest na jawie :-)
Zadzwonił budzik więc powoli zmobilizowałem się i wstałem. Rano sny są płytkie więc na cuda nie ma co liczyć 
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#16
W niedziele miałem przyjemne ld do którego nie przywiązałem specjalnej wagi, ale był w nim mój przyjaciel a akcja działa się w miejscu znanym mi z wcześniejszych snów, dopiero po dzisiejszym śnie wydaje się to nabierać znaczenia.
Miałem niezwykły sen. Stoję przed mostem i bardzo się śpieszę – chcę się dostać na górę, którą widzę na horyzoncie - niezbyt daleko. Wiem, że jest tam miejsce mocy, pamiętam je z innych snów. Podjeżdża autobus, wsiadam choć boję się, że mogę przejechać przystanek, ściskam nerwowo bilet. Przede mną siedzą dwie dziewczyny, które miło zagadują do mnie, ale jestem zdenerwowany i rozkojarzony bojąc się przeoczyć przystanek. W końcu udaje mi się wysiąść na właściwym przystanku i zadowolony rozluźniam się idę szybkim krokiem lecz już jestem spokojny. Idę przez piękne miasteczko wyrosłe wokół miejsca mocy, wychodzę za zakręt czując moc i widzę na wzgórzu drewniany kościół - to miejsce mocy, wokół niego rozciąga się biały cmentarz. Uświadamiam sobie, że pomyliłem zakręty jestem nie przy tym miejscu mocy do którego zmierzałem, tamto jest dalej na prawo w wyższych górach. To Północny wschód.
 
Pierwsza część tego snu jest odbiciem mojej sytuacji, śpieszę się intensywnie medytuję pragnąc uspokoić swój umysł, osiągnąć stabilizację jaką znam z przeszłości, tak jak w tym śnie znam z wcześniejszych snów miejsce mocy do którego chcę się dostać.
W moich snach wzgórza to był ciąg miejsc mocy do których wędrowałem w swoich snach, tak jak moja praktyka medytacyjna prowadziła do różnych doświadczeń stabilizacji umysłu.
 
Śpiesząc się w moim śnie zależało mi na tym aby dotrzeć do określonego miejsca mocy, tak jak teraz mam ogólną wizję jakiego rodzaju stabilizację chcę osiągnąć i tak jak we śnie śpieszę się i obawiam się, że mogę „przejechać” to miejsce – śpieszę się, ale jestem rozproszony - mimo, iż medytuję obawiam się, że mam mało czasu i może mi się nie udać. Ten pośpiech jest problemem samym w sobie.
W śnie kiedy docieram na miejsce, po pierwszym uniesieniu okazuje się, że nie jest to to miejsce do którego zmierzałem, przyczyną jest właśnie ten pośpiech. Jednym z przesłań tego snu było to, że powinienem zwolnić.
 
Miejsce do którego dotarłem czyli ten kościół znany z wcześniejszych snów był w nich miejscem mocy, ale miejscem mocy nie budzącym do końca mojego zaufania. Góra na której stał też jest mi znana z wcześniejszych snów. W jednym z nich żyło tu wiele węży. Było ich tak dużo, że strach było postawić krok i dlatego w tamtym śnie bałem się zejść z podestu aż w nocy węże zaczęły świecić i można było je zobaczyć.
 
W innym śnie, żyło tam magiczne zwierze coś w stylu Łasico – wężo-jaszczurki, świeciło ono własnym światłem i manifestowało się na innej płaszczyźnie istnienia nad tą górą. A w jeszcze innym śnie znalazłem zwłoki tego stworzenia koło starego ołtarza przy drodze co napełniło mnie smutkiem.
 
We wszystkich snach dotarcie na tą górę wiązało się z trudnościami i niebezpieczeństwami albo co najmniej trudną długotrwałą wędrówką. W dzisiejszym śnie było to blisko zaledwie jeden przystanek autobusem. Tylko, że nie do tego miejsca zdążałem.
 
W tym śnie miejsce to było odmienione przede wszystkim przez miasteczko jakie rozsiadło się wokół miejsca mocy, było ono bardzo przytulne, emanowało spokojem i radością. W innej sytuacji chętnie bym po nim wędrował napawając się jego atmosferą w tym śnie jednak śpieszyłem się do miejsca mocy. W pierwszym miejscu poczułem uniesienie kiedy odczułem moc, ale kiedy uświadomiłem sobie do jakiego miejsca dotarłem pojawił się zawód i zdziwienie jak mogłem się tak pomylić.
 
Wokół kościoła w innych snach była leśna polana i skały, było to opuszczone miejsce na odludziu. W tym śnie było to radosne i tętniące życiem miasteczko, ale było jeszcze coś – wokół kościoła rozciągał się cmentarz.
Obie te rzeczy nie spodobały mi się bo nie powinno tu być ani miasteczka ani cmentarza mimo, że tak naprawdę to liczył się tylko ten kościół.
Ten cmentarz nie spodobał mi się bo po pierwsze nie powinno go tam być – widząc go czułem niesmak, że wszędzie muszą wtrynić cmentarz. Po drugie ten cmentarz absolutnie nie pasował do tego kościoła bo był to nowoczesny cmentarz z białymi lśniącymi krzyżami, kolorowy a kościół był stary drewniany. Ten cmentarz wyglądał na tanią dekorację i był zupełnie nie na miejscu, jakby był z innej bajki. Moje emocje związane z tym cmentarzem też były z innej bajki i epoki jako, że z jednej strony śniłem o podobnych cmentarzach w dzieciństwie i były to miejsca pozbawione mocy, nieprzyjemne dla mnie, ale raczej, że tak powiem z definicji. Z drugiej strony ten cmentarz lśnił jak z lukierkowego holiwudzkiego snu i to on mnie odrzucił.
 
Myślę, że gdyby to miejsce wyglądało jak w innych snach to może zawód nie byłby tak wielki, ale szczególnie ten cmentarz mnie odrzucił i zniesmaczył. Nie chcę tego syfu tak można by określić myśl z jaką obudziłem się z tego snu i dotyczyła ona głównie tego cmentarza.
 
W tym śnie jednak interesuje mnie bardziej inna kwestia, dlaczego trafiłem do tego miejsca a nie do miejsca do którego zmierzałem i co to może oznaczać?
 
Z jednej strony to, że w ogóle trafiłem do miejsca mocy i poszło łatwiej niż sądziłem bo było ono blisko mogło by być bardzo pozytywne i świadczyć o tym, że moja medytacja da efekty szybciej niż przypuszczałem.
Z drugiej strony może to być wskazówka, że zmierzam nie w tym kierunku w jakim zamierzałem, że jak we śnie o jedną przecznicę za wcześnie skręciłem :-)
 
Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że to jednak ta druga odpowiedź jest istotniejsza bo co prawda dużo ostatnio medytuję, ale jednak powierzchownie. Więc sen wskazywał by, że czas zwolnić, przestać się śpieszyć skupiając się na pogłębianiu medytacji bo tylko wówczas może ona zaprowadzić we właściwe miejsce. A tym miejscem nie jest żadne z miejsc mocy występujących w tym śnie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#17
Znalazłem stary ciekawy sen do mapy:

17 listopad 2002
Dzisiaj w nocy po raz drugi udało mi się przekroczyć "geograficzną" granicę moich snów tym razem na pn-zach a było to tak:
 
Kręciłem się obok granicy znanej mi z wcześniejszych snów, tym razem kiedy znalazłem się na tych terenach postanowiłem zbadać co jest dalej. Kilkakrotnie wędrowałem przez bezkresne łąki granicy aż w końcu odkryłem jakąś miejscowość po drugiej stronie łąk. Pierwszym razem byłem w niej krótko, tylko tyle aby się rozejrzeć i zorientować w terenie. Za trzecim razem postanowiłem poznać dokładnie tą miejscowość.
 
 Na skraju stał dziwny intrygujący dom, był drewniany bielony i sprawiał wrażenie bardzo starego, był też nadzwyczaj duży i było w nim coś intrygującego. Początkowo pomyślałem, ze jest opuszczony i dobrze było by go kupić, kiedy jednak zacząłem go obchodzić przekonałem się, że ten budynek ma jakiś sakralny charakter.
 Z tył budynek łączył się z czymś co wyglądało mi na świątynię. Nie znając miejscowych obyczajów wolałem na razie za bardzo nie zbliżać się do tej budowli. Poszedłem na przystanek aby określić skąd i jak często przyjeżdżają tu autobusy. W pierwszej chwili dostrzegłem na rozkładzie tylko jeden autobus o północy - wydało mi się to podejrzane. Kiedy jednak przyjrzałem się uważnie zobaczyłem, że jest jeszcze kilka innych.
 
 Kiedy wracałem idąc o kulach pod górę na mojej drodze staną, krepy bardzo szeroki w barach osiłek o wyglądzie wiejskiego bosa - pomyślałem, że mogę mieć kłopot. Nie czekając aż zbierze się ich więcej śmiało szedłem dalej z nadzieją, że może odpuści kalece (tak naprawdę to bardziej udawałem chorego w rzeczywistości nic mi specjalnie nie było).
Niestety gość mnie zaczepił, powiedziałem aby poszedł ze mną na łąkę jeśli starczy mu odwagi (echa Lancelota) a tam przekonamy się kto ile wart.
Wyczułem, że nie jest on taki zły i jeśli będziemy z dala od innych jest szansa się dogadać, podczas gdyby pojawili się pozostali mogło by być niewesoło zwłaszcza, że gość nie wyglądał na mięczaka.
 
Poszliśmy i znaleźliśmy się w drewnianym domu na skraju wsi. Były tam dwie kobiety jedna stara, druga młoda, obydwie miały dużą charyzmę i wszyscy odnosili się do nich z uniżonym szacunkiem. Wyczułem ich mądrość i moc więc odniosłem się do nich z dużym szacunkiem, starsza początkowo popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, młodsza była bardziej życzliwa. W końcu i starsza uśmiechnęła się zaakceptowawszy mnie i rozpoczął się jakiś rytuał - być może wróżba, albo jakieś czary lub rytuał ochrony.
Wiązało się to z umieszczaniem wokół różnych kryształów, narastaniem ciepłych pozytywnych uczuć, oprócz kobiet i osiłka był tam jeszcze ktoś jakiś inny gość. Kobieta obejrzała moje biodro i powiedziała, że to tylko skurcz. Przyznałem się, że trochę symulowałem zademonstrowałem serię uderzeń, miałem tez pokazać kopnięcia, ale pomyślałem, że to już było by zarozumialstwo.
 
Kiedy ceremonia dobiegła końca podziękowałem im, zebrałem moje kryształy i zrozumiałem, że powinienem wracać. Poszliśmy z osiłkiem w stronę granicy do miejsca przypominającego stary amatorski klub sportowy gdzie zwykli zbierać się miejscowi młodzi rozrabiacy by wykazać się swoją siła i odwagą.
 
Kiedy już tam byliśmy niespodziewanie pojawili się miejscowi rozrabiacy, mój nowy przyjaciel pomógł nam się ukryć aby nie doszło do problemów po czym postanowiliśmy się przedrzeć przez granicę. Dołączył tez do nas dumny azjatycki wojownik, który miał coś z Sammo Hunga dzięki jego niezwykłej sprawności w miarę gładko udało nam się przekroczyć granicę - która przebiegała przez coś w rodzaju magazynu.
Sammo wskoczył na podest prowadzący do wyjścia zanim strażnicy (potężne byki w dziwnych kombinezonach sprawiający wrażenie azjatyckich zbirów) zdążyli zareagować. Później nas wciągną i niegroźnie obił czymś w rodzaju linijki jednego z nich bacząc by nie zrobić mu krzywdy.
 
Załatwiliśmy nasze sprawy i pozostało nam tylko znaleźć przejście przez granicę. Na początek spróbowaliśmy zwyczajnie autobusem aby rozpoznać teren. Kiedy dojechaliśmy do granicy odkryłem, że ochrona została wzmocniona do pilnujących granicę dołączył olbrzymi złoty metalowy paw.
Dziewczyna, która z nami jechała wysunęła rękę przez okno aby zbadać jego zachowanie paw uderzył ją łamiąc jej rękę. Zrozumiałem, że tedy nie przejdziemy gdyż jest to zbyt niebezpieczne. Kiedy autobus się wycofał wysiedliśmy z Sammo i moim przyjacielem z tamtej strony po czym podjęliśmy próbę obejścia granicy z lewej strony. Kiedy jednak weszliśmy na wzgórze przedzierając się przez zarośla okazało się, że rozciąga się tu duża, zamaskowana od naszej strony osada kontrolowana przez mafię. Postanowiliśmy spróbować z drugiej strony poprzez wzgórze porośnięte lasem.
 
Kiedy doszedłem do leśnej ścieżki byłem sam i byłem Sammo, gdy zacząłem się wspinać zobaczyłem na wzgórz budynek przypominający pagodę. Kiedy do niego zbliżyłem się zaatakowały mnie dwie wojowniczki mówiąc, ze nikt tędy nie przejdzie jeśli ich nie pokona. Jako Sammo stoczyłem z nimi piękną i wesołą walkę Kung Fu dowodząc swego mistrzostwa. Wojowniczki pogratulowały mi kunsztu i zapewniły, że teraz leśne przejście przez granicę jest już otwarte i całkowicie bezpieczne. Wówczas pojawił się mój towarzysz mówiąc, że chciałby znaleźć mistrza Kung Fu, który by go uczył wszyscy roześmialiśmy się ja wskazując na wojowniczki a one na mnie. Obudziłem się w doskonałym nastroju.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#18
I jeszcze jeden znaleziony sen do mapy tym razem Północny Wschód sfera druga

Osada czarownic
 
Jest u mnie impreza imieninowa dostałem jakiś fajny prezent. Ktoś pyta czego tak zachwycam się tym prezentem. Odpowiadam, że nie tylko ważne jest co dostałem, ale też od kogo. A tan prezent dostałem od Mariana Koniecznego. Patrzę po gościach i widzę, że nic im to nie mówi, jeden z nich nazywa się Konieczny, ale poza tym nic im to nie mówi - rezygnuje z tłumaczenia.
 
Jestem u Ewy. Mieszka w starym drewnianym domku. Przypomina on chatkę czarownicy. Jest tam jakieś białe magiczne światło, jego centrum znajduje się gdzieś wysoko, aby się doń dostać potrzebujemy drabiny.
Idę do szkoły pożyczyć drabinę, na piętrze znajduje ją biorę i idę z powrotem. Otwierają się drzwi i wychodzi z nich moja koleżanka ze studiów Renata - jestem zaskoczony, myślę czyżby tu uczyła?
Mówię jej cześć, a ona patrzy na mnie bardzo zdziwiona - jakby pytała jakim cudem tu się znalazłem. W tym wzroku jest coś co zniechęca mnie do rozmowy więc idę dalej, spotykam jeszcze jakaś kobietę, której też grzecznie mówię dzień dobry, chociaż nie jestem pewien czy ją znam.

Kiedy jestem już na dole zajeżdża samochód z którego wysiada "Mysza" i Ewa. Witam się z nimi serdecznie zaczynamy miłą pogawędkę. W końcu dziewczyny pytają co tu robię, w ich wzroku jest to samo co we wzroku Renaty mówiące, że jestem w miejscu w którym nie powinno mnie być. Jakby nigdy nic odpowiadam, że zaprosiła mnie tu znajoma - okazuje się, że to załatwia sprawę, a ja uświadamiam sobie, że jest to miejsce do którego te dwie jeździły kiedy znikały.
 
Znowu jesteśmy na piętrze szkoły, siedzimy przy długim stole jest fajna impreza. Obok mnie siedzi "Mysza", oglądam jej klejnoty, które zawiesiła na złotym kieliszku, są bardzo ładne. "Mysza" mówi mi, że tutaj liczy się tylko ile kto ma. Pytam forsy?
- Nie cukierków - odpowiada. Wyciągam torebkę cukierków i daję jej (mam ich cały wór) "Mysza" śmieje się i mówi, że druga zasada jest taka, że nikt nikomu nic nie daje, tylko każdy próbuje zabrać innym to co mają.
Wśród rzeczy myszy znajduje pudełko, w którym jest kulka zapewniająca jej pogodę ducha i powodzenie. Kradnę ją, ale szkoda mi się jej robi więc myślę zasady zasadami, ale oddam jej połówkę co też czynię.

Ewa mówi mi, że "Mysza" jest na czwartym roku medycyny, czuje się dotknięty, że nie powiedziała mi, że robi drugi fakultet bo mieliśmy go robić razem.
"Mysza" jest jakaś nienaturalnie zdenerwowana - pytam co się stało. Dowiaduję się, że pracowała gdzieś i kiedy chciała się zwolnić pracodawca wyrzucił ją dyscyplinarnie z wilczym biletem. Pytam o szczegóły, kiedy je podaje tłumacze jej, że było to bezprawne więc nie musi się przejmować. Mysza podaje różne szczegóły więc proponuję aby skontaktowała się z moim kumplem z PIP.

Jesteśmy z "Myszą" u kumpla, kumpel jak zwykle jest bardzo miły a "Mysza" jest w ciąży. Pytam gdzie jest jego żona, kumpel smutnieje i mówi, że był zbyt oddany pracy i przez to ma chwilowe kłopoty z żoną.
Rozkłada papiery "Myszy" i zaczyna je studiować - mówi, że zna tą firmę i jej machloje więc nie powinno być problemów.

W pewnym momencie widzę dwóch kumpli - jeden rozmawia ze mną drugi ogląda papiery, ale ten drugi zmienia się pojawiają się mu siwe wąsy i włosy, jakby ktoś nakładał na jego twarz inną. Orientuję się, że to czarna magia za pomocą której ten pracodawca chce ukryć swoje machloje.
Mówię kumplowi aby się nie przejmował - przyzywam swoją moc, która manifestuje się jak olbrzymia czarna łapa z pazurami zawisająca jak klatka nad kumplem rozpraszając wrogą magię. kumpel mówi, abym użył swojej mocy, aby całkowicie złamać ich moc.
Odpowiadam mu, że nie umiem posługiwać się swoja mocą i aby na zawsze złamać ich magię muszę skontaktować się z kimś biegłym w magii, póki co nie musi się przejmować bo upłynie trochę czasu zanim będą znów mogli użyć magii.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#19
Kolejny znaleziony sen do mapy - północny zachód sfera druga

Znajomy zabrał mnie ze sobą aby pokazać mi swoja działkę. Okazało się, ze leży ona blisko, zaraz za wzgórzem po drugiej stronie rzeki. Mimo, że była ona niemal na skraju miasta teren wyglądał na całkowicie dziewiczy - wzgórze porośnięte trawą, rzeka rząd drzew i polna droga pnąca się pod górę. Działka była duża porośnięta jęczmieniem.
 
Patrzyłem na ta działkę, zastanawiając się czy jej od niego nie kupić - wiedziałem, ze on chce się jej pozbyć. Z drugiej strony znając jego chciwość wiedziałem, że cena była by znacznie za duża w stosunku do wartości. Kiedy tak siedziałem zastanawiając się, zauważyłem, że przez rzekę ciągnie sznur ludzi idąc dalej polną droga w górę - uświadomiłem sobie, że jest to ważna trasa turystyczna. Spojrzałem w kierunku w którym szli ludzie i zauważyłem zapierający dech w piersiach widok.
 
Przy szczycie góry były wspaniałe formacje skalne, piękny las i cudowne stare budynki przypominające zamki i świątynie. Po drugiej stronie przełęczy dostrzegłem kilka innych równie niezwykłych budowli - pomyślałem, że to dziwne iż tak blisko mojego domu znajdują się tak wspaniałe rzeczy a ja do tej pory ich nie widziałem.
 
Podziwiając te widoki i próbując zlokalizować je w stosunku do mojego domu sięgnąłem po papierosa i uświadomiłem sobie, że został mi tylko jeden i odłamany kawałek drugiego. Zapytałem znajomego czy nie ma tu gdzieś w pobliżu sklepu. Znajomy wskazał kierunek, zeszliśmy ze skarpy i zauważyłem mały wiejski sklepik i kilka budynków zlokalizowanych w zagłębieniu terenu sprawiające sielskie wrażenie.
 
W sklepie poprosiłem o papierosy i karty do rozegrania tysiąca. Młoda dziewczyna, która tam sprzedawała potasowała karty i zaczęła rozdawać na trzy kupki - zastanawiałem się czy będę grał z sobą czy z nią, ale kiedy karty zostały rozdane podeszło dwóch starszych mężczyzn wzięło karty i zaczęliśmy licytację - przelicytował mnie ten z prawej mówiąc 200. Przyjrzałem się kartom i zrozumiałem, że nie jestem w stanie tyle ugrać, mogę jednak go złapać - co wkrótce potem nastąpiło.
 
Po wyjściu ze sklepu pomyślałem, że czas wracać do domu. Zaproponowałem znajomemu spacer na skróty on jednak powiedział, że niedaleko jest przystanek i ruszyliśmy w zupełnie innym kierunku. W chwilę potem doszliśmy do jakiegoś miasteczka - było to dla mnie zupełnym zaskoczeniem ponieważ nie wiedziałem, że jest tu jakieś miasto.
W zasadzie było to malutkie miasteczko jednak zbudowane z niezwykłym rozmachem. jakby ktoś wziął malutki fragment jakiejś metropolii i wkomponował w sielski krajobraz.

Zapytałem co to za miasto - to miasteczko Cud odpowiedział znajomy. Przeszliśmy przez olbrzymie skrzyżowanie z torowiskiem i po chwili znaleźliśmy się na wąskiej asfaltowej dróżce przy słupie przystanku.

Zaraz za przystankiem był duży stary drewniany dom. Czekając na autobus poszliśmy tam się rozejrzeć. Było tam pełno kurzu i pajęczyn - stara konstrukcja nie budziła zaufania więc wróciliśmy na przystanek. Były tam dwie miłe dziewczyny, z którymi chwile rozmawiałem. Wyciągnąłem z kieszeni kilka dziwnych monet - uświadamiając sobie, że nieświadomie pożyczyłem znajomemu znów pieniądze i jak zwykle z odzyskaniem ich będę miał kłopoty. Jedna z wyciągniętych monet okazała się niebieskim guzikiem chyba z modeliny z orzełkiem z jednej strony i kwiatem z drugiej - inna była bardzo niezwykła. Wyglądała jak z kamienia, kiedy się jej przyjrzałem okazało się, że jest tam coś w rodzaju kolorowego hologramu z białym gołębiem w okręgu w środku.
Kumplowi bardzo spodobała się tam moneta i zaczął coś mówić o sprzedaniu jej w Austrii - ubawiło mnie to zwłaszcza, że wiedziałem iż w rzeczywistości to nowy model dwuzłotówki - chociaż robił nieźle wrażenie.
 
Autobusy przejeżdżały, próbowałem czytać nazwy miejscowości na tabliczkach, jednak nazwy nic mi nie mówiły.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dziennik snów Onejromanty Onejronauta 104 3,379 15-09-2018, 18:48
Ostatni post: incestus

Skocz do:

UA-88656808-1