Kroniki Astralnych Motyli
#41
Dzień 21


Jeśli chodzi o projekcje astralne, istnieje kilka teorii na temat tego, czym właściwie jest to ciało (albo może ten duch) za pomocą którego poruszamy się po niefizycznych światach. A już na temat właściwości owego tworu można napisać kilka długich rozpraw, nie wyczerpując tematu. W każdym razie jedna z teorii – której zwolennikiem z jakichś względów był Ireasz – głosiła, iż owo ciało jest tworem jednorazowym, generowanym przez umysł (świadomość??) człowieka za każdym razem, kiedy wkracza się w wyższe Fokusy.
Teoria owa zapisana była w notatkach, po które Ireasz wysłał swoje tulpy, przywoławszy je wcześniej w jakiś sposób. Musiał wysłać im polecenie w myślach, bo nie słyszałam, żeby przywoływał je na głos. Po prostu zarówno dziwny zmutowany struś i rajski ptak znalazły się obok w momencie, kiedy były mu potrzebne. Potem tylko zwyczajnie powiedział im, czego chce. Stworzenia wytworzyły przed sobą coś w rodzaju owalnego portalu światła i przeszły przez niego, powodując rozpad przejścia w kaskadzie wielobarwnych iskier.
- One mogą się tak łatwo przemieszczać? - spytałam.
- Dajmony nie mają problemów z instynktownym wykorzystywaniem mechanizmów tego świata – wyjaśnił Ireasz – Nie muszą się zastanawiać, jak się poruszać, szukać czegoś albo wejść z czymś w interakcję.
Mój wyraz twarzy musiał w tym momencie zdradzać wielkie nadzieje, bo Ireasz zaczął się śmiać i pospieszył z kolejnym wyjaśnieniem.
- Ale nie licz na to, że one z automatu posiadają jakąś większą wiedzę. Są tobą i jako takie nie mają dostępu do jakiegoś cudownego źródła informacji, o którym ty nie wiesz. Nie znają więcej słów mocy od ciebie czy instrukcji obsługi jakiegoś astralnego mechanizmu. Chyba, że po prostu same nauczą się czegoś przez doświadczenie, podobnie jak my się tutaj uczymy.
Nie byłam właściwie pewna, czy miałam takie oczekiwania, ale i tak dobrze było wiedzieć.
- A da się je w jakiś sposób wykorzystać? - zapytałam. Kiedy wypowiedziałam to określenie na głos, nie spodobało mi się, chociaż obiektywnie nie musiało ono oznaczać nic złego.
- Są przedłużeniem twojego umysłu. Jeśli się uczą, ich wiedza jest twoja. To znaczy przechodzi do… powiedzmy… tej głównej świadomości. Możesz kazać tulpie szukać informacji w bibliotece, kiedy ty sama… ta główna część… jest zajęta czymś innym. Albo badać jakiś obiekt. Jakieś miejsce...
Przymknął oczy i odchylił się do tyłu. Pozwolił sobie opaść tak, że zawisł na nogach, głową w dół, na poziomej rurze, na której siedział.
Znajdowaliśmy się w miejscu, które widziałam poprzedniego dnia, daleko od lasu, kilka kilometrów w głąb połaci nagiej ziemi. Kiedy tu dotarliśmy, natrafiliśmy na nieznanego przeznaczenia wielką konstrukcję z metalowych rur i prętów, jakby niepokojący szkielet budynku zaprojektowanego wbrew wszelkim prawom geometrii. W centrum tego zbiorowiska metalu znajdowało się coś bardziej podobnego do budynku, twór z rozpiętego pomiędzy stalowymi rurami i filarami zgniłozielonego szkła, poprzecinanego nieregularnymi metalowymi żyłkami jak liść z unerwieniem. Nie weszłam do wnętrza, wśród załamań szklanych ścian nie znalazłam jeszcze wejścia. Jako że to zabarwione szkło było jeszcze dość przezroczyste, próbowałam zajrzeć do środka, ale widziałam tylko coś, co wyglądało na kolejne warstwy tej zielonawej tafli. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, iż ta bardziej lita część konstrukcji otoczona była przez mgłę albo dym, którego chmura w jakiś sposób utrzymywała się na tym ograniczonym obszarze. Dlatego ostatecznie cofnęłam się te kilkanaście metrów, wracając do Ireasza.
Kiedy rozmawialiśmy, w którymś momencie chłopak przeniósł się z ziemi na część konstrukcji znajdującą się prawie cztery metry nad ziemią. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam, jak Ireasz leci. I tak, wbrew pozorom byłam zaskoczona. Jakoś do tej pory bardziej wydawało mi się, że te jego skrzydła stanowią bardziej symbol, niż rzeczywiście umożliwiają lot.
Zebrałam leżące na ziemi luźne kartki w mniej więcej równy stos.
- Ale dlaczego właściwie zakładasz, że nasze ciała astralne są jednorazowe? - spytałam.
- Na przykład dlatego, że kiedy zachodzą w nich widoczne zmiany – gestem wskazał na swoje skrzydła – Nie następuje to jednorazowo, ale stopniowo. Ale nie w sposób płynny, tylko skokowy, tak, że zmiana następuje po każdym kolejnym wejściu do Astralu. Tak jakby to, co widoczne, efekt końcowy, było tylko odbiciem czegoś, pierwotnego procesu. Czegoś w rodzaju kodu źródłowego.
Zaczęłam się zastanawiać, ile razy do tej pory użyłam w obecności Ireasza określenia „Matrix”. A może po prostu astralni podróżnicy sami z siebie, niezależnie dochodzili do podobnych skojarzeń.
- Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz – ciągnął Ireasz – Jeśli spróbujesz to skanować umysłem. Nie na poziomie energii, tylko właśnie tego powiedzmy kodu źródłowego… Struktury jak to ktoś ładnie określił… to zauważysz, że samo ciało astralne, reprezentacja danej osoby, zawiera w sobie jakoś mało tych pierwotnych, determinujących czynników. Pierwotne źródło musi być gdzie indziej.
Odruchowo spróbowałam wejść w trans. Kiedy Ireasz nie patrzył wprost na mnie – co siłą rzeczy byłoby trudne, biorąc pod uwagę, że nadal zwisał głową w dół z tej grubej rury – nie sprawiło mi to większych problemów. Byłam też już w dość odpowiednim ku temu nastroju, poza tym nie musiałam od razu całkowicie zatrzymywać myśli. Kiedy uznałam, że poziom spokoju jest wystarczający i dociera do mnie więcej subtelnych bodźców, spróbowałam sięgnąć umysłem do Ireasza. Nie do jego umysłu, raczej do jego obecności tutaj.
Widziałam go. Niepowtarzalnego i określonego. Zdefiniowanego. W sposób, wskazujący jednoznacznie, iż jest on właśnie tą osobą, Ireaszem, tym, którego w prawdziwym świecie ostatecznie zweryfikowałam.
Tak, to chyba oczywiste, iż to zrobiłam. Nie zniosłabym dalszej niepewności. Nawiązałam kontakt z tym człowiekiem. Tego chciał mój logiczny umysł. A czucie wolało to, co badałam teraz.
Kiedy wyszłam z transu spytałam go o ten jego specyficzny marker, który chyba mogłabym rozpoznać już zawsze, niezależnie od tego, gdzie w Astralu znajdowałby się on albo ja sama.
- Sprawdzasz mój ident? - domyślił się Ireasz – Nieźle.
- Ident?
- Takiego określenia używali gdzieś na forach poświęconych projekcjom astralnym… To znaczy temu, co bywalcy takich stron najczęściej mylą z PRAWDZIWYMI podróżami do tego Fokusa. Z tego co się orientuję sporo osób tutaj jeszcze przede mną uznało, że to określenie jest wystarczająco dobre, żeby go używać.
Wydawał się lekko rozbawiony faktem, że na sposób myślenia bywalców innego wymiaru miały wpływ internetowe grupki pryszczatych nastolatków, próbujących wyskoczyć z ciała duchem, żeby móc podglądać pod prysznicem córki sąsiadów.
- Podstawowe słowo mocy do tego brzmi ird’ir – poinformował mnie Ireasz – Kombinacji jest tak dużo, że nigdy nie znałem na pamięć wszystkich. To akurat jest ten wyjątek od reguły, kiedy łatwiej jest używać tego intuicyjnie. Kiedy widzisz jakąś osobę w okolicy, starczy tylko to słowo albo skanowanie umysłem, jak zrobiłaś to teraz. Jedyne co dobrze pamiętam to ird’ir uun. Kieruje uwagę ku własnej osobie.
- Po co identyfikować siebie? - zdziwiłam się. Ireasz wzruszył ramionami, co wyglądało dziwnie, jako że nadal wisiał głową w dół.
- Podobno, kiedy w jakiś sposób nawiąże się więź z pewnymi częściami i mechanizmami tego świata, to się czasem przydaje. Ja takich powiązań nie mam i doświadczalnie tego nie testowałem.
Przyglądając mu się w zamyśleniu, zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej mam ochotę krzyknąć, żeby łaskawie raczył zejść na dół. Irytował mnie fakt, iż chłopak znajdował się w miejscu przynajmniej chwilowo dla mnie niedostępnym.
Nie odezwałam się jednak, pozwalając mu tłumaczyć dalej. Pokazywał mi
(wciąż wisząc głową w dół)
że kierując uwagę ku sobie, dobrze jest nakreślić palcem na środku swojej klatki piersiowej albo kilka centymetrów od ciała niewielki okrąg z punktem w środku. Identyfikując zaś innych, niezależnie od użytych kombinacji słów, mogliśmy wskazywać ich palcem. Powtarzając ruchy Ireasza, zwróciłam uwagę na to, że znak ze światła jaki na chwilę pojawił się na mojej koszulce przypomina symbol używany przy określaniu kierunku przepływu prądu.
- To jest symbol ak uun – zaśmiał się Ireasz – Oznacza zwrot ku wnętrzu. Używa się go przy operacjach oddziałujących na własną osobę, chociaż jestem prawie pewny, że ma jeszcze wiele zastosowań.
W zamyśleniu kreśliłam palcem w powietrzu przypadkowe wzory. Te znikały dużo szybciej. Odruchowo zaczęłam uwalniać coraz więcej energii. Światło nie tylko otaczało cienką warstewką moje palce, ale zaczynało tworzyć mgiełkę, rozpływającą się w powietrzu z pewną bezwładnością. Żółta mgiełka rozszerzała się stopniowo na moje dłonie i nadgarstki. Tą demonstracją niejako mimowolnie zdołałam w końcu skłonić Ireasza, aby sfrunął na dół. Chłopak usiadł obok i wyciągnął przed siebie ręce, w taki sposób, że pozostawił między nimi kilkanaście centymetrów przestrzeni. Mrużąc oczy, zaczął gromadzić między dłońmi energię. Zaczęłam się śmiać.
- Psi-balle? - zakpiłam – Zniżamy się do poziomu pryszczatych nastolatków z forów?
Ireasz spróbował udawać urażonego, ale jego spojrzenie wywołało u mnie koleją falę wesołości.
- Co w tym złego? Akurat w jednym te pryszczate nastolatki mają rację. To dobry wstępny trening kontrolowania energii. W fizycznym świecie to nie ma prawa działać, ale tutaj sprawdza się świetnie.
Spróbowałam zrobić to samo. Już za pierwszym razem osiągnęłam mniej więcej taki sam efekt. Na swoje szczęście wcześniej już trochę próbowałam bawić się swoją energią, więc przynajmniej się nie skompromitowałam. Ireasz przyglądał się temu z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Potem nieco oddalił dłonie od siebie i zebrał więcej energii, zwiększając średnicę kuli. Później oddalił je jeszcze bardziej. Kula wisiała przez chwilę przed nim, następnie powoli przepłynęła do jego prawej ręki, odbiła się od niej, przejawiając przy tym jakiś rodzaj sprężystości i już szybciej przemieściła się do lewej dłoni. I z powrotem. I znowu.
- Szpaner! - prychnęłam, gromadząc energię w prawej ręce, pomiędzy zgiętymi palcami. Kiedy uformowałam już w przybliżeniu kulisty kształt, usiłowałam rzucić tym w Ireasza. Nawet zdołałam w jakiś sposób lekko wypchnąć kulę do przodu, odrywając od wnętrza dłoni, ale kilkanaście centymetrów dalej energia rozproszyła się w powietrzu.
- Prawie dobrze – stwierdził Ireasz. Prawie. A prawie robi wielką różnicę. Przecież nie można być trochę w ciąży, czyż nie?
- Używaj UMYSŁU, Maddigan – poradził Ireasz – To nie jest fizyczne ciało stałe, którym rzucasz.
Spróbowałam robić to bardziej myślami. Spróbowałam. Nie byłam do końca pewna jak to robić, miałam dziwne wrażenie, że taka możliwość kontroli jest ściśle ograniczona przez odległość od mojego ciała. Czy tam ciała astralnego. Nieważne. Starałam się, bo nie chciałam, żeby mimo wszystko kompromitacja nastąpiła. Zdołałam odpychać kulki na odległość prawie pół metra od dłoni. Zauważyłam, że łatwiej wychodzi z mniejszymi kulkami, a najlepiej, kiedy koncentrowałam większe ilości energii w niewielkich objętościach. Nie miałam zbyt dużych możliwości obserwacji, bo w którymś momencie nie byłam w stanie tworzyć psi-balli i jedyne co z wielkim wysiłkiem mogłam osiągnąć to wypromieniowanie słabo świecącego obłoczka.
- Chyba baterie mi się rozładowały – stwierdziłam.
Wstaliśmy z ziemi. Otrząsnęłam się, usuwając ze spodni pył, grudki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Zdołałam oczyścić się całkowicie, ale i tak miałam wrażenie, że nie jest to tak efektowne jak wtedy, kiedy zdołałam w podobny sposób wysuszyć przesiąknięte wodą ubranie.
Cholera, niedobrze… Czyżbym usiłowała imponować Ireaszowi?
Przeszliśmy nieco bliżej lasu, potem odbiliśmy w lewo. Miałam wrażenie, że idziemy jakimś szerokim łukiem. Szukałam jakiegokolwiek znajomego punktu odniesienia, ale nic takiego nie znalazłam. Musiało mi na razie wystarczyć mgliste przeczucie, że w jakiś sposób zbliżamy się do miejsc, w których byłam w ostatnich dniach.
Kiedy mijaliśmy Mechaniczne Grzybki któryś już raz, zapytałam o nie.
- Myślisz, że ja wiem wszystko o wszystkim? - prychnął Ireasz – Znam trochę słów mocy, znaków i gestów, trochę się przez te dwa lata pobawiłem energią, ale w żadnym wypadku nie jestem ekspertem. Do niektórych rzeczy po prostu przywykłem, że są tu czymś zwyczajnym. A to coś może być tym, czym dla nas w fizycznym świecie są słupy elektryczne, anteny albo stacje transformatorów.
Pokiwałam głową, na razie zadowalając się tym wyjaśnieniem. Miało ono sens.
Ireasz co jakiś czas wzbijał się w powietrze na kilka metrów, rozglądał po okolicy i znów lądował. Oczywiście nie tam, skąd startował, ale kilkanaście albo kilkadziesiąt metrów dalej, zmuszając mnie do przyjęcia szybszego tempa marszu. Nie musiał się wysilać, żeby latać jakoś szczególnie szybko, ten sposób poruszania i tak był znacznie bardziej efektywny. Kilka razy, kiedy wyjątkowo złośliwie Ireasz zwiększył dystans, spróbowałam dogonić go, korzystając z tej dziwnej teleportacji. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udawało mi się to za każdym razem. Możliwe, że w tym również pewnej wprawy zdążyłam nabrać.
- No proszę, ale piąty wymiar już wyczuwasz całkiem dobrze – powiedział Ireasz z uznaniem. Otworzyłam usta, ale nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. No oczywiście… Jak mogłam na to nie wpaść? Idiotka, po prostu skończona idiotka.
Chciałam się zaśmiać, ale zdołałam jedynie wydać z siebie jakiś bliżej nieokreślony dźwięk. Ten zwariowany świat miał zdecydowanie zły wpływ na moją zdolność kojarzenia faktów. Czyli to było właśnie to, co na samym początku pobytu tutaj przypadkiem zdołałam zrobić i co widział Dudu… Teraz przynajmniej robiłam to celowo, chociaż nadal nie byłam do końca pewna JAK to robiłam.
Dotarliśmy do torów. Kolejne linie Pana Zgubnika. Osiągnęliśmy jakiś rodzaj milczącego porozumienia, automatycznie idąc dalej wzdłuż nich. Po jakimś czasie z niejaką ulgą stwierdziłam, że okolica wygląda nieco bardziej znajomo. Pewność zyskałam, gdy w oddali zobaczyłam stado różnokolorowych krów.
- No to jesteśmy w domu – mruknęłam. Ireasz najwyraźniej zinterpretował to na swój sposób.
- A co, masz ochotę na mleko?
W odpowiedzi tylko głośno i przeciągle westchnęłam.
Z jakiegoś powodu jednak weszliśmy pomiędzy krowy, które nie raczyły zaszczycić nas jakimkolwiek zainteresowaniem. Ireasz wszedł do przemyślnie ukrytej wiaty i wziął jedno ze stojących tam wiader. Wrócił do mnie i zachęcającym gestem wskazywał na kolejne krowy.
- Na co mamy ochotę dzisiaj? - spytał – Bananowe, truskawkowe, czekoladowe?
- To są różne smaki?! - kompletnie zbaraniałam.
- Owszem. I jak widzisz, w miarę czytelnie zaznaczone.
Oczywiście. Te kolory krowich łat! Kolejna rzecz, której być może powinnam od razu się domyślić.
Zdecydowałam się na mleko malinowe, od krowy z łatami barwy ciemnego różu. Ireasz przykucnął obok, chwycił wymiona i zaczął ją doić. Wyglądało na to, że wcześniej robił to już wielokrotnie.
- Umiesz doić krowy? - zdziwiłam się.
- Qiu mnie nauczyła, kiedy odkryliśmy to miejsce. Ona ma rodzinę na wsi… To znaczy w normalnym świecie.
Kiwałam głową w zamyśleniu. Patrzyłam na Ireasza, jak napełnia wiadro, po czym wstaje i idzie znów do tego tandetnie ludowego pomieszczenia pod wiatą. Ruszyłam za nim. Tym razem obeszło się już bez tanich tekstów na podryw nie będących naprawdę tekstami na podryw. Usiedliśmy po przeciwnych stronach małego stolika i napełniliśmy kubki. Malinowe mleko wyglądało trochę jak roztopione lody, w smaku przypominało bardziej jogurt, ale nie do końca. Całkiem smaczne.
Jednak teksty nie-na-podryw w umyśle nie dawały mi spokoju.
- To też jest po to, żeby z tego korzystać, tak? - spytałam.
- Na to wygląda.
- Ale nie możesz mieć pewności.
- W dużym stopniu mogę. Im coś tu jest łatwiejsze, tym większa szansa, że jest jak najbardziej dozwolone. Wyobraź sobie po prostu, że jesteśmy w raju.
No, to próbowałam wyobrażać sobie dwa dni wcześniej…
- Nie wiemy, czy to raj – zauważyłam.
- Pewnie nie w sensie religijnym – odrzekł Ireasz – Ale możemy bezpiecznie przyjąć taką roboczą hipotezę. Wszyscy, których miałem okazję spotkać w ciągu ponad dwóch lat, podchodzili do tego w podobny sposób.
Odchylając głowę w tył, opróżniłam do końca swój kubek. Sięgnęłam do wiadra po następną porcję. Nadal czułam się niepewnie.
- Nie wiem, czemu właściwie tak się przejmujesz – odezwał się Ireasz – Pomyśl sobie, czy my robimy coś złego?
- No… wydaje mi się, że nie.
Sama poczułam, jak mało przekonująco to zabrzmiało. Może to był właśnie główny problem, który tak ograniczał moje odczuwanie i rozumienie tego świata, a także zdolność logicznego myślenia. Moja podejrzliwość i nieufność.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#42
Dzień 22

Postanowiłam sobie robić psi-balle do momentu, kiedy będę w stanie swobodnie, bez problemów i odczuwalnego oporu manipulować energią. Usiadłam na wygiętym pniu drzewa w miejscu, gdzie las był stosunkowo rzadki i dobrze oświetlony przez nieokreślone źródła na niebie i zaczęłam się bawić.
Bawić? To nie zabrzmiało zbyt dobrze, jak marnowanie dla zabawy cennej, mistycznej astralnej energii. Znacznie lepiej byłoby nazwać to treningiem, zwłaszcza, jeśli pisałam ten dziennik z myślą o przyszłych pokoleniach astralnych podróżników, czytających go i szukających w nim wskazówek. Zatem trenowałam. Po jakimś czasie pojawiła się myśl, że może to i tak nie miało znaczenia, skoro nikt i tak nie zdoła mojego dziennika przejrzeć. Uświadomiłam sobie, że tutejsze zabezpieczenia, te same, które chroniły umysły i terytoria Prawdziwych Ludzi przed sobą nawzajem, najprawdopodobniej równie skutecznie uniemożliwiały innym dostęp do jakichkolwiek moich zapisków, będących w końcu dziełem moich rąk. Nie byłam pewna, czy istniało jakieś sensowne i bezpieczne rozwiązanie tego problemu. Nie miałam ochoty całkowicie się odsłaniać. Mogłabym spytać o to Ireasza, ale jak na złość nigdzie go nie było. Tutaj chyba było z tym trudniej niż przy umawianiu się ze znajomymi na wspólne granie w MMO. 
Szybko doszłam do wniosku, że tak może było lepiej. Czułabym się co najmniej dziwnie, gdyby Ireasz przyglądał się z boku moim zmaganiom z parującą z mojego astralnego ciała energią. Zdawałam sobie sprawę, że idzie mi to, delikatnie mówiąc, słabo. Czułam przepływ energii w ramionach, kiedy próbowałam skłonić ją do gromadzenia się wokół dłoni, ale wrażenie było słabe. Gdyby nie to, że jednak widziałam żółte światło wydobywające się ze skóry rąk, mogłabym uznać, że odczucia były jedynie wynikiem sugestii. Światło miało być potwierdzeniem, chociaż jednocześnie wydawało mi się, że przy tych ćwiczeniach bardziej istotne było skupianie się na tym, co CZUŁAM. Kiedy próbowałam robić to właśnie w ten sposób, mimowolnie napinałam się jak przy fizycznym wysiłku. Tutaj, w ciele astralnym, nie było to męczące, najwyżej po dłuższym czasie lekko niewygodne. I bezsensowne, zwłaszcza jeśli częściowo rozpraszało umysł.
Wykonałam pchnięcie, już w sposób prawie całkiem mentalny. Myślą i intencją wywołałam coś jakby falę, wypychającą energię z naczynia, którym w tym wypadku była moja uniesiona i wyciągnięta do przodu ręka. Chmura światła wypłynęła z dłoni, na razie jeszcze gęsta, mniej więcej skupiona w jednym miejscu , chociaż to mogło wkrótce się zmienić. Zdążyłam już się domyślić, że entropia w tym Fokusie jak najbardziej działała. Starałam się nie dopuścić do bezsensownego rozproszenia i zaczęłam poprzez intencję nadawać tej energii kształt. Było to trudniejsze niż w przypadku formowania kuli pomiędzy obiema dłońmi. Dolna część kuli, ta bliżej mojej ręki, była wyraźniejsza, od góry jej granice się rozmywały. Może dlatego, że łatwiej było mi skupić umysł (skupić swoje czucie?) bliżej ciała niż kilkanaście centymetrów wyżej w przestrzeni. Miałam spróbować przekonać samą siebie, że ta kula jest przedłużeniem mojej ręki? Może, biorąc pod uwagę, że jednak była to ręka astralna, takie założenie nie byłoby całkiem pozbawione sensu…
Pomyślałam znów o Ireaszu. Lekko irytowała mnie myśl, iż ten chłopaczek – tak, musiał być ode mnie młodszy, chociaż dotąd nie powiedział tego wprost, byłam tego pewna – miał w tym taką przewagę i w dodatku musiał być tego świadomy. Zupełnie szczerze mogłabym powiedzieć, że w żadnym wypadku nie chodziło tu o zazdrość. Odczuwałam raczej lekki wstyd i zażenowanie. Jeśli już miałabym być na kogokolwiek zła w tej sytuacji, to raczej nie na niego, ale na samą siebie. Że nie mogłam te parę lat wcześniej nawiązać skutecznego połączenia z tym światem.
Kula energii rozpadła się, pozbawiona mojej kontroli. Potrząsnęłam rękami, żeby się rozluźnić. Wyciągnęłam je przed siebie, zwrócone wnętrzami dłoni ku sobie, ale w odległości ponad pół metra. Zgromadziłam trochę energii przy prawej ręce, po czym posłałam nieforemną chmurę światła ku drugiej, pustej dłoni. Nie wyglądało to tak, jakbym przerzucała piłkę, światło rozmyło się raczej w długą smugę, w której środek o największym zagęszczeniu przemieszczał się mniej więcej z moją wolą. Efekt nawet mi się spodobał, mniej podobał mi się za to fakt, iż nie wyszło mi dokładnie to, co pierwotnie zamierzałam. W końcu to moja energia i mój umysł powinien ją KONTROLOWAĆ.
Przerwałam ćwiczenia jeszcze zanim utrata energii i tak by mnie do tego zmusiła. Wstałam i poszłam przed siebie, mając tylko niejasne przeczucie, że jestem coraz bliżej mojego astralnego domu. Sama nie byłam pewna, dlaczego tak kurczowo trzymałam się tej myśli. Przecież w każdym momencie mogłam bez problemu tam wrócić. Cholerny lęk przed opuszczeniem strefy komfortu… Nawet tutaj, w innym wymiarze, musiał infekować mój umysł.
Kątem oka prawie cały czas mogłam wychwycić tu i ówdzie jakiś ruch pomiędzy drzewami albo wśród  liści paproci. Możliwe, że próby wyczulenia się na energię stopniowo wzmacniały wszystkie moje astralne zmysły, ale równie dobrze mogło to być skutkiem mnóstwa innych czynników – włącznie z możliwością rzeczywistego zwabienia do siebie większej ilości jakichś stworzeń, których aktywność teraz mogłam obserwować. Nie miałam pojęcia, czy wskutek moich wytężonych prób jeszcze przez jakiś czas nie ulatniała się ze mnie energia. Możliwe, że ciało astralne mogło się robić w jakiś sposób mniej szczelne. Arthurze Powell, łajdaku, musiałeś te swoje książki tak naszpikować dziwnymi pojęciami i teoriami, że teraz uczciwy astralny podróżnik nie może wyłapać pośród nich tej odrobiny sensu?! W każdym razie w wielu źródłach pojawiał się motyw stworzeń, jakichś larw, wampirów, pożywiających się na nieostrożnych bywalcach nieco mniej fizycznych wymiarów.
Na wszelki wypadek przystanęłam na chwilę, odwróciłam się i pogroziłam pięścią domniemanym pasożytom. Niech nie myślą sobie bezczelnie, że natrafiły na nieświadomą bezbronną ofiarę.
Do obecności dziwnych maszyn z tworzywa kamieniopodobnego z różnymi dodatkami przywykłam, podobnie jak do wszędobylskich Mechanicznych Grzybków. Normalnie mijając coś takiego przyjrzałabym się, może obeszła dookoła, i poszła dalej, chwilowo i tak nie mając z nich większego pożytku. Tylko tym razem nie było normalnie. Tym razem (dzięki niech będą wszystkim niepoznanym bogom!) mogłam w końcu dostąpić zaszczytu przyglądania się, jak ktoś to cudo obsługuje. Tych ktosiów było nawet czterech, widocznie po długim okresie nieurodzaju bogowie postanowili wykazać się hojnością. Niech znam łaskę panów… Do konstrukcji, w tym wypadku składającej się z ażurowo rzeźbionych jasnych kamiennych brył, tworzących krąg wokół większego elementu w centrum, podeszły cztery gobliny o szarej skórze, w wytartych strojach mechaników.
Takie miałam szczęście, że zobaczyłam wszystko, będąc jeszcze w stosownej odległości od czarnomagicznej maszynerii. Mogłam zatrzymać się przy niewysokim drzewie i na wszelki wypadek się za nim ukryć. Nic nie wskazywało na to, że ze strony goblinów cokolwiek mi grozi, ale jakoś pewniej się czułam, oglądając spomiędzy gałęzi, jak podchodzą do kręgu w sposób niezwykle synchroniczny, zajmując miejsca w czterech równomiernie rozłożonych na okręgu punktach. Każdy miał przed sobą jeden z tych rzeźbionych kamieni z ostrymi wierzchołkami – teraz policzyłam, że tych tworów w kręgu było osiem. Gobliny wzniosły ręce. Mogły w tej chwili wypowiadać dowolne słowa, dopóki nie podniosłyby głosu do krzyku, nie usłyszałabym ich z takiej odległości. Gobliny nie krzyczały, zapewne doskonale świadome, że nie jest to konieczne. Ażurowe bryły z jasnego kamienia uniosły się. Wszystkie osiem, nie tylko te, przy których stali ci dziwaczni astralni mechanicy. Przez chwilę wisiały w powietrzu, połączone z ziemią dynamiczną siatką morskozielonych wyładowań, po czym wróciły na miejsca, gasząc ten blask. Gobliny opuściły ręce. Pozostały na miejscach jeszcze kilka sekund.
W tym momencie miałam ochotę z całej siły plasnąć się w czoło. Zrobiłabym to, gdybym nie obawiała się, że w ten sposób mogę zwrócić na siebie uwagę. Idiotka. Dlaczego, do najjaśniejszego licha, nie przyszło mi do tej astralnej łepetyny, żeby wcześniej spróbować przejść na myślowidzenie. Najlepiej kiedy to dopiero się zaczynało. Przeczuwałam – a bogowie jedni wiedzą, że mogłam równie dobrzez zupełnie się w tym mylić – że akcja goblinów wywołała jakieś zmiany wewnątrz. W tym kodzie Matrixa, jak to Ireasz określił, w Strukturze. Jakiś rodzaj dowodu, że coś się stało, że to działanie miało sens i odniosło skutek. Nie musiałam nawet rozumieć stanu owej Struktury przed i po, żeby zauważyć prosty fakt zmiany o ile takowa nastąpiła. Teraz mogłam jedynie spróbować wyczuć energię w okolicy, ale to, co mogłam dzięki temu dostrzec, nie było nadzwyczajne. Wokół kamiennego urządzenia odczuwałam energię silniej i wyraźniej niż kilkanaście metrów dalej. Takiego efektu właśnie się spodziewałam i znów pomyślałam, że równie dobrze odczucia mogły wynikać z moich oczekiwań.
Bez problemu byłam w stanie przyjąć fakt, iż przebywałam świadomością w tej cudownej Krainie Czarów, ale nie dawało to żadnych podstaw do wiary w moje własne w owym świecie możliwości.
Myśli pobiegły swoimi ścieżkami, na chwilę pozbawione mojego świadomego dozoru, jakby obdarzone własnym niezależnym życiem. Z jakichś mroków pod czaszką wypłynęło niejasne przypomnienie, że już od około tygodnia przebywałam z dala od swojej enklawy. Myśl zatruła mnie lekkim niepokojem, ale czy to był powód, żeby wracać? Czyż nie pozostawiłam w astralnym domu cząstki swojego umysłu? A jeśli tak, mogłam załatwić sprawę tak, jak robi się to w Astralu.
Przymknęłam oczy i zaczęłam się koncentrować. Nie miałam w tym takiej wprawy jak Ireasz, do tej pory połączenia telepatyczne na większe odległości za każdym razem inicjowała Kiri. W końcu jednak zdołałam sięgnąć do swojej tulpy – albo to ona sama jakoś wyczuła moją potrzebę nawiązania komunikacji i sięgnęła do mnie.
- Coś się stało?- usłyszałam srebrny głos, którego brzmienie natychmiast przyniosło mi ulgę.
- To ja powinnam pytać – odpowiedziałam. W końcu nadeszła ta chwila, nareszcie to ja miałam kontrolować połączenie ze swoją podświadomością.
- Do usług – odrzekła z lekkim rozbawieniem Kiri, pokazując swoim tonem, w jak dużym poważaniu ma mój świeżo wykluty autorytet.
- Jesteś w domu?
- Uznaj, że mogę być.
Bezgłośnie jęknęłam.
- Bądź tak miła i sprawdź…
- Miła? JA?! Przykro mi, skoro jestem tobą, to może być niemożliwe.
- Niech cię diabli… Chcę po prostu wiedzieć, czy w domu wszystko w porządku.
- Niby co miałoby być nie tak? - zdziwiła się.
- Nie wiem… Chociażby te wszystkie astralne stwory, które tam siedzą… Nie zrównały domu z ziemią? Albo nie wysadziły kuchni?
- W kuchni jak zawsze Sodoma i Gomora.
- Hej! Organizujecie sobie orgię, a ja nie jestem zaproszona?!
- Zaproszona jesteś zawsze. To ty gdzieś przepadłaś na parę dni. Chciałaś świętego spokoju, to ci głowy nie zawracałam.
Podziękowałam jej i przerwałam połączenie. Zauważyłam, że stoję tuż obok kamiennej konstrukcji, rozmawiając musiałam bezwiednie przejść te kilka metrów. Pogładziłam ręką jedną z ośmiu brył. Szorstka powierzchnia była przyjemna w dotyku, wycięte w jasnym kamieniu wzory miały w sobie niezwykłą fraktalną regularność, widoczną dopiero z bliska. Cóż, w odmiennych stanach świadomości można wszędzie dostrzegać fraktale. Miałam wrażenie, że cała maszyna emituje lekkie żółtozielone światło, pojawiające się i znikające w krótkich pulsach. Wrażenie, jedynie wrażenie. W pełnym świetle nie mogłam stwierdzić na pewno. Gdyby zrobiło się nieco ciemniej… Czy tutaj kiedykolwiek zapada noc?!
Obeszłam kamienną konstrukcję dookoła. Na chwilę uniosłam ręce, podobnie jak wówczas gobliny, ale nie wywołałam tym żadnej reakcji. Podejrzewałam, że to musi działać podobnie jak te sztuczki driad z drzewami, powodujące natychmiastowe dojrzewanie owoców. Pewnie powinnam się rozluźnić, oczyścić umysł i dobrze by było znać jeszcze jakieś słowa mocy. Właściwych słów nie znałam, bo i skąd, ale koncentrować się zaczęłam jak tylko o tym pomyślałam. Ładnych odruchów warunkowych człowiek mógł tu nabywać, profesor Pawłow byłby dumny… Czułam energię, z tak bliska bardzo wyraźnie, tak bardzo, że mogłam uchwycić w tym coś więcej. Zmiany. Niecierpliwość.
Cofnęłam się i uniosłam brwi. To nie było moje własne uczucie. Wyczułam je w jakiś sposób w otoczeniu. Wyczytałam. Od tej maszyny? To żyło? Czuło, myślało? Spróbowałam opanować nagłe zdumienie i skoncentrować się bardziej. Sięgnąć do Struktury i poznać, z czym mam do czynienia.
- ird’ir- wyszeptałam. Bo podświadomie uznałam, że takie rzeczy się szepcze. Nawet jak i tak nie podziałają.
I miałam rację. Nie podziałało.
Błąd nie leżał po mojej stronie, słowa mocy musiały wywrzeć skutek, bo poczułam odpowiedź od świata. Brzmiała ona tak, że te słowa nie mogły działać na takie obiekty i przyszła do mojego umysłu w postaci lekkiego wstrząsu i oporu. Zanim zostałam całkiem wytrącona z koncentracji, do moich rozbudzonych astralnych zmysłów doszła kolejna fala tej niecierpliwości i oczekiwania. To narastało. Coś nadchodziło.
Cofałam się dalej. Uniosłam wzrok, w pewnej odległości pomiędzy drzewami dostrzegłam driadę. Kilka metrów dalej pojawiła się kolejna. One chyba też to czuły, możliwe, że nawet z większych odległości.
- To nie ja – zaczęłam się głupio tłumaczyć. Bo one mogły przybywać tu właśnie z powodu tej maszyny. Dlatego, że została uruchomiona.
A przybywały kolejne. Za sobą słyszałam kroki na leśnej ściółce. Nie starały się poruszać bezgłośnie, chociaż, tego byłam całkiem pewna, gdyby chciały, przyszłoby im to bez problemu. Nie odwracałam się, próbowałam utrzymać kontakt wzrokowy z tymi przede mną. Kątem oka widziałam, jak inna driada obchodzi łukiem maszynę i mnie, aby pojawić się z prawej strony pola widzenia.
- To gobliny – bąknęłam. Gdyby było trzeba, uniosłabym ręce do góry.
- ird’ir ste – powiedziała driada po mojej prawej, celując palcem mniej więcej w moim kierunku. To naprawdę było skierowane we mnie, nie w tę konstrukcję. I tu powinien nastąpić moment, kiedy poczułam brutalny gwałt na moim umyśle, wówczas zaczęłabym zaciekle się bronić, pokazując, co myślę o takim wtargnięciu do mojej jaźni bez mojej zgody. W idealnym scenariuszu moja obrona okazałaby się skuteczna i zdołałabym ów podstępny atak odeprzeć, budząc w otaczających mnie driadach zdumienie i podziw. W rzeczywistości skończyło się tak, że nic nie poczułam a driada uzyskała to, czego chciała, bo uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. To może było potwierdzenie, bo wszystkie driady od razu straciły mną zainteresowanie. Zatem zmieniłam zdanie. Jeśli w taki sposób mogłam być uniewinniona, niech wszystkie astralne istoty atakują mój umysł, śmiało, zapraszam. To znaczy nawet nie umysł. Jakąś powiązaną ze mną cząstkę kodu Matrixa. Struktury. Czegokolwiek. Nieważne.
Zdałam sobie sprawę, że być może moje pierwsze wrażenie dotyczące obserwujących mnie driad okazało się mylne. To, co w pierwszej chwili uznałam za zarzut i wrogość zdawało się być jedynie zaciekawieniem. Które teraz przeszło w oczekiwanie, kiedy przestałam być w centrum ich uwagi. Zaczęłam się powoli wycofywać i w tym momencie poczułam na twarzy pierwsze, na razie pojedyncze, krople deszczu. Byłam ciekawa reakcji leśnych nimf na deszcz, miałam wrażenie, że spadające na nie krople sprawiały im jakąś przyjemność. Gdybym mogła się teraz skoncentrować, spróbowałabym odczytać promieniujące od nich uczucia, byłam jednak na to zbyt rozproszona. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co zamierzałam zrobić, miałam ochotę zaśmiać się w duchu. Jak szybko człowiek może przywyknąć do nowych wygodnych możliwości! A zwyczajnie wnioskować z mowy ciała to już nie łaska… Jakoś dwadzieścia lat z kawałkiem tak żyłam, zanim skutecznie połączyłam się z Astralem.
Mogłabym dalej snuć te rozważania, upodabniając się do staruszki narzekającej, że kiedyś to były czasy, ale deszcz przybierał na sile. Nie byłam driadą i nie zamierzałam moknąć, siedząc tak jak one teraz na podkulonych nogach, odchylając głowę w tył z wyrazem rozkoszy na twarzy. Odsunęłam się od kamiennej konstrukcji i zaczęłam się rozglądać po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Kątem oka dostrzegłam ciemny kształt, sylwetkę jakiegoś stworzenia. Szybko spojrzałam w tamtą stronę. W oddali, pomiędzy drzewami dostrzegłam COŚ. Chyba centaura. Nie miałam pewności, dopóki Coś się nie poruszyło, na chwilę odwracając do mnie bokiem. Centaur zaczął szybko się oddalać, miękko uderzając kopytami o ziemię. Czy to było w jakiś sposób zaprogramowane, żeby uciekł, kiedy tylko go dostrzegłam, czy po prostu on także chciał się gdzieś ukryć przed deszczem – nie byłam pewna. Ale odruchowo zaczęłam biec w stronę, gdzie centaur zniknął mi z oczu, nie myśląc, czy to ma jakikolwiek sens. Nie widziałam go, umknął mi, mając przewagę zarówno odległości jak i szybkości. Drzewa ograniczały widoczność tam, gdzie może w innym wypadku zdołałabym coś zobaczyć. Po tym jak kilka razy skróciłam sobie drogę przez piąty wymiar, pomyślałam, że centaur w którymś momencie również mógł skorzystać z podobnego skrótu albo w inny sposób teleportować się w jakieś całkiem odległe miejsce. 
Dlaczego właściwie go szukałam? Z ciekawości. W końcu był czymś nowym, z czym wcześniej nie miałam do czynienia. Sama jego ucieczka także mnie intrygowała. Spłoszyłam go? Driady ani żywiołaki nie bały się mojej obecności, ten tutaj też nie powinien się obawiać. 
Deszcz padał już na dobre, ubranie miałam mokre, ociekające wodą włosy lepiły mi się do szyi i twarzy. Zacisnęłam pięści, kilka razy z rzędu przeskoczyłam przez piąty wymiar. Zastanawiałam się, czy to w jakichkolwiek sposób mogło mi pomóc. Może jakbym się nie zatrzymywała, ograniczając w ten sposób kontakt z otoczeniem, ale to też nie było rozwiązaniem. Moja świecąca astralna energia mogłaby pomóc? Nawet jeśli, pewnie nie na tym poziomie (braku) umiejętności.
Byłam gotowa w tym momencie wejść każdymi drzwiami do pierwszej napotkanej kamiennej ruiny. Do diabła z czarną dziurą, która tylko czekała na nieostrożny krok pechowego astralnego podróżnika. Świat nie podjął mojego odważnego wyzwania, nigdzie nie natknęłam się na żaden budynek z drzwiami, za którymi mogłabym się schować. Zatrzymałam się w końcu na skraju niskiego uskoku, przed parą wyższych, najprawdopodobniej dużo starszych niż pozostałe, wyschniętych i martwych drzew. Były od siebie oddalone o prawie trzy metry, ale lekko nachylały się ku sobie, ich gałęzie w większości wzajemnie się przeplatały. Wyglądało to trochę tak, jakby celowo splątano korony tych drzew w chaotyczny, trudny do rozwikłania węzeł tworzący łuk. Z mniejszych gałęzi zwieszały się wstążki, sznury koralików, piór, niewielkie metalowe elementy na nitkach i laleczki z gałęzi i trawy.  Pozbawione kory gładkie pnie pokrywały runy i symbole, odciśnięte w drewnie i wypełnione niebieskim barwnikiem. Kiedy podeszłam jeszcze bliżej, znaki zaczęły lekko świecić. Zdecydowanie była to reakcja wywołana moim ruchem, bo efekt zniknął, kiedy cofnęłam się o krok. Odsłonięte korzenie tworzyły pomiędzy drzewami coś w rodzaju niskich stopni w dół, było to chyba jedyne w najbliższej okolicy wygodne zejście na ten nieco niżej położony grunt.
- Przekraczam bramę zaświatów – mruknęłam sama do siebie (i może trochę do również będącej mną Kiri), po czym zeszłam po prymitywnych stopniach na dół.
I wykrakałam. Naprawdę przekroczyłam jakąś granicę. Zanim stanęłam obiema stopami na niższym poziomie, poczułam coś podobnego jak przy przechodzeniu na mój teren. Las nagle zniknął, a przynajmniej tamten las, w którym przed chwilą byłam. Teraz przede mną rozciągała się łąka, mocno niejednorodna, od obszarów porośniętych wysoką trawą do prawie nagiej ziemi. Owa naga ziemia też nie była całkiem martwa, rosły tam częściowo skamieniałe rośliny o sztywnych liściach, gdzieniegdzie widziałam też drzewa. Te były inne od tych, które miała okazję widywać wcześniej, miały czarne pnie i niezwykle symetryczne gałęzie, tworzące kręgi, z których płynnie wyłaniały się żółtawe włókna i blaszki.
Szybko zerknęłam za siebie. Kwestie najważniejsze, czyli możliwość powrotu… W porządku. Widziałam za sobą tę bramę z drzew, przez którą tu przeszłam. Widziałam część tego urwiska, dalszy ciąg linii uskoku z obu stron ginął wśród gęstej szarawej mgły. Mogłam widzieć las, w którym wcześniej się znajdowałam, jedynie pomiędzy drzewami, jak przez otwarte drzwi. Spróbowałam nawet wejść w tę mgłę – wszak nie byłabym sobą, gdybym nie zbadała tego doświadczalnie – ale nie zdołałam dotrzeć do uskoku. Coś mnie zatrzymało, jakbym ugrzęzła w ścianie z półpłynnej gumy. Musiałam się cofnąć. Dla pewności spróbowałam w kilku miejscach, z takim samym rezultatem. Skoro drzwi nadal istniały, nie byłam tu uwięziona i nie miałam powodów, żeby wpadać w panikę. Mogłam cofnąć się w każdej chwili, ale teraz nie miałam na to ochoty. 
Chyba o tym jeszcze nie wspomniałam, ale tutaj nie padało, co stanowiło niezaprzeczalną zaletę. Mogłam poczekać aż deszcz skończy się po drugiej stronie bramy. Nie musiałam czekać bezczynnie siedząc w miejscu, skoro już tu byłam, równie dobrze mogłam się rozejrzeć. Tu miałam dobry widok na znaczną odległość, bez problemu mogłam wrócić, raczej nie zdołałabym się zgubić, nawet jakbym się celowo postarała. Ale najpierw musiałam zrobić coś ze sobą. 
Skoncentrowałam się i zrzuciłam z siebie całą tę wodę. Tak to się robi w Astralu, właśnie tak. Nawet, kiedy akurat nikt nie patrzy.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#43
Plusik za doznania syn-estetyczne.
clear light of insanity
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#44
Czekaj, które konkretnie? :P Ja pisałam to urywkami przez ileś dni, stąd nie pamiętam dokładnie wszystkiego w momencie publikacji.
Info dla mnie: chyba czas pisać szybciej, tak bardziej jednym ciągiem...
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#45
Tulpy głos srebrny.

Podoba mi się też fragment
Cytat:Cholerny lęk przed opuszczeniem strefy komfortu… Nawet tutaj, w innym wymiarze, musiał infekować mój umysł.
clear light of insanity
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#46
Dzień 23


Pojawiłam się tam, gdzie ostatnie połączenie zostało przerwane. Tutaj naprawdę mają doskonale dopracowaną funkcję automatycznego zapisu gry.
Ukryłam się w zagłębieniu w ziemi, pomiędzy kilkoma czarno-żółtawymi drzewami. Tak było bezpieczniej, na tej otwartej przestrzeni byłabym widoczna ze sporej odległości, gdybym miała zmaterializować się w innym, losowym miejscu. Nie żeby naprawdę coś poważnego mi tu groziło. Przecież już nieraz uzyskałam zapewnienie, czyż nie? To był tylko nawyk, atawistyczny odruch, nic więcej.
Wstałam. Zwieszające się z gałęzi włókna i włosy dotykały moich ramion i głowy. Powoli wyszłam spomiędzy nich i rozejrzałam się dookoła. W oddali widziałam leniwie poruszające się stworzenia o smukłych szyjach i jakiejś nielogicznej ilości nóg. Pasły się na łące, skubały trawę, pochylając ku ziemi głowy. Pomyślałam o centaurze – jeśli naprawdę to, co widziałam wtedy, było centaurem. Już poprzedniego dnia przeszło mi przez głowę, że to jego domniemane zniknięcie oznaczało właśnie to, iż przeszedł on przez tę samą bramę, która doprowadziła mnie do tego miejsca. Teraz ja byłam tutaj – i nic z tego nie wynikało. Żadnego śladu owej istoty. Mogłabym jeszcze uznać, że był tylko moim przywidzeniem, ale te ostatnie trzy tygodnie na planie astralnym kazały mi zmienić podejście. Tutaj, jeśli coś mi się wydawało, z bardzo dużym prawdopodobieństwem mogło okazać się prawdą. Zatem najbezpieczniej było uznać, że stwór, czymkolwiek był, miał nade mną przewagę czasu i może wiedzy o tym, jak tu się poruszać. Mógł chociażby mieć taką możliwość, jaką ja sama zyskałam dzięki amuletowi portalu, który nadal nosiłam na szyi, ukryty pod ubraniem.
Idąc, uparcie unikałam dróg. Pomiędzy łagodnymi krzywiznami wzgórz widziałam kilka lepiej albo gorzej zaznaczonych ścieżek. Nie potrzebowałam ich. Tutaj miałam znacznie większą swobodę ruchu – więcej stopni swobody jak nazwaliby to w matematyce albo chemii fizycznej – niż w lesie, gdzie ograniczały mnie krzaki, zagłębienia w ziemi i stosy martwych gałęzi. Dlaczegóż zatem miałabym z owych stopni swobody nie korzystać? Pozwalałam też dryfować swoim myślom. Obserwować nie oceniać. O ile dobrze pamiętałam, podobne rady pojawiały się czasem w poradnikach do praktyk medytacyjnych. Przyglądałam się. Wsłuchiwałam. Trochę myślowidziałam. Ale nie tak bardzo, bo starałam się utrzymać tempo marszu. Czasami tylko udawało mi się ZAJRZEĆ NIECO GŁĘBIEJ. Wewnętrzny wzrok. Oko umysłu. Zaraz, czy to przypadkiem to, co wyznawcy New Age z nabożną czcią nazywają Trzecim Okiem?
Aż odruchowo dotknęłam ręką czoła, żeby sprawdzić, czy jakiś dodatkowy narząd wzroku nie zaczął mi się tam materializować. Jednak nie. Moje ciało astralne nie zamierzało mutować, tak jak stało się to w przypadku Ireasza, a przynajmniej jeszcze nie teraz.
Bardziej subtelne bodźce docierały jednak nie do mojego astralnego wzroku, ale raczej do słuchu. Docierało do mnie pulsowanie dochodzące gdzieś z oddali, albo może bardziej z głębi. Z jądra planety, mogłabym powiedzieć, gdyby tutaj idea kulistej planety miała jakąkolwiek rację bytu. Mimo lekkiego niepokoju jaki budził we mnie ten nie całkiem regularny rytm, wyciszyłam się, nasłuchując. Było w tych potężnych, chociaż wytłumionych przez odległości w wielowymiarowej przestrzeni i percepcyjny szum mojego umysłu impulsach coś, co mnie przyciągało. Kusiło, drażniło, nie dawało spokoju tą swoją nieokreślonością. Przymknęłam oczy. Wbrew wcześniejszym postanowieniom jednak zwolniłam. Wzięłam głęboki oddech. Myśli jakoś same się uspokajały, odpływały. Medytacyjny stan przychodził niemal sam. Jak przy zasypianiu – chociaż nie sądziłam, że w tym Fokusie istnieje dla podróżników stan snu. Byłam gotowa… Rozpłynąć się, odłączyć, dostroić…
Gwałtownie potrząsnęłam głową, jakbym chciała wytrząsnąć ze środka motto zachwyconych LSD hippisów. Może i znajdowałam się w innym planie, ale był to mój świadomy wybór dokonany w chwili poczytalności. Tu nadal miałam nad sobą kontrolę i nie spieszyłam się zbytnio, aby to zmieniać. Czym u licha był ten zdradliwy mentalny narkotyk, któremu tak łatwo mogło ulegać ciało astralne – a przynajmniej MOJE ciało astralne…
Wznowiłam marsz energicznym krokiem, aby znów nie zbliżyć się do granicy tego dziwnego transu. Cały czas słyszałam to dudnienie, nierówne uderzenia monstrualnego serca, ale kiedy nie koncentrowałam się na nim, nie oddziaływało na mnie tak silnie.
Do przyszłych, zielonych jak ja w tym momencie, astralnych podróżników:
Nie stwierdziłam jednoznacznie, że rozmaite stany świadomości możliwe do osiągnięcia tutaj są czymś złym. Wręcz przeciwnie, nawet przy tak małym doświadczeniu zdążyłam odkryć, że niektóre rodzaje transu bywają bardzo przydatne. Tylko w takich przypadkach osiąga się je celowo i czuje się w owych aktach dobrowolność. To natomiast było czymś innym. Początkowo powolnym, ale nabierającym tempa dryfowaniem w stronę wodospadu. Po przekroczeniu krytycznego punktu da się w tym przypadku tylko spadać w przepaść, czy się tego chce, czy wręcz przeciwnie. A na dnie owej przepaści czekał sam Absolut, nirwana, nieopisane, owa pustka, w której nie mając wyboru, człowiek wyzbywa się ego, roztrzaskanego nagle na nieskończoną ilość nieskończenie małych kawałków. Tak właśnie i tylko w ten sposób osiąga się Transcendencję – poprzez unicestwienie jaźni.
Dlatego właśnie się wycofałam, licząc na to, iż nie zostanę osądzona jako hipokrytka i tchórz.
Szłam, badając otoczenie trochę astralnymi zmysłami, trochę myśloczuciem, odruchowo szukając w tym sielskim krajobrazie punktu zaczepienia, kiedy zauważyłam innego astralnego podróżnika. W tym wypadku konkretnie podróżniczkę. Nie, nie wyczułam jej przy pomocy jakiejś wyszukanej energetycznej telepatii, zwyczajnie prostacko ją zobaczyłam, kiedy szła (grzecznie, drogą!) wśród wzgórz i łąk. A była bardzo dobrze widoczna wśród tej jasnej zieleni w swoim czerwonym stroju. Na ile mogłam ocenić z tej odległości, miała na sobie szaty przypominające japońskie kimono, chociaż mogło to być indyjskie sari. Wydawała się młoda, ale – znów kwestia odległości – nie mogłam stwierdzić tego na pewno. Patrząc na jej sprężysty krok i bujne czarne loki opadające na plecy, poczułam gdzieś w głębi lekkie ukłucie. Tak, owszem, w wyższych wymiarach ludzki umysł nie zostaje w cudowny sposób oczyszczony z takiej małostkowej przyziemnej zazdrości. Uczucie jednak po dłuższej chwili ewoluowało, wysublimowało w coś trudniejszego do jednoznacznego określenia. Jej obecność tutaj, innej podróżniczki w Astralu, drażniła mnie. Wydawała się czymś niewłaściwym. Jakby prozaiczna rzeczywistość ścigała mnie tam, gdzie zdołałam się przebić poza jej granice, jakby ktoś bezczelnie ujawnił mój sekret, przywłaszczył sobie coś, co, jak wierzyłam, należało do mnie. Nie podobało mi się to.
Trochę wbrew sobie ruszyłam za nią. Bez żadnego planu ani celu. Co właściwie miałam zrobić, co sensownego mogłabym w tej sytuacji zrobić, zagadać do niej? Nie byłam pewna, jakie panują tu zasady, jeśli chodziło o kontakty pomiędzy ludźmi odwiedzającymi tę Krainę Czarów. Do tej pory spośród Prawdziwych Ludzi poznałam jedynie Ireasza.
- Skąd pewność, że ona jest Prawdziwym Człowiekiem? - zadźwięczało w mojej głowie, siejąc wątpliwości. Wątpliwości jak najbardziej w Astralu uzasadnione. Zasługujące na odpowiedź w iście astralnym stylu.
- Zawsze mogę sprawdzić – odpowiedziałam, a kolejne moje słowa były już słowami mocy – ird’ir.
Tylko słowa, nie podnosiłam przy tym ręki i nie celowałam palcem w postać w czerwieni. Tamta chyba jeszcze nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności, a gwałtownymi ruchami mogłam zwrócić na siebie uwagę. Efekt i tak uzyskałam, do mojego umysłu natychmiast dotarła informacja zwrotna. Tamta miała na imię Evandri. I jeśli byłam w stanie w ten sposób ją zidentyfikować, oznaczało to, że mam do czynienia z inną istotą ludzką, czy raczej emanacją ludzkiej świadomości na płaszczyźnie astralnej.
Dziękuję, Ireaszu.
Evandri. Kiedy zyskała imię, zyskała konkretną tożsamość. Czy była, podobnie do mnie, zagubiona w tym świecie i przytłoczona mnogością wrażeń i możliwości, czy może miała już większe doświadczenie? Nie miałam pojęcia, od jak dawna odwiedzała Astral. Teraz wydawała się podążać gdzieś w konkretnym celu, szła zdecydowanie, jak osoba dobrze znająca kierunek podróży. Nie błąkała się tak bez sensu jak ja obecnie. Może dlatego czułam potrzebę śledzenia jej, podążając w ten sposób za owego sensu namiastką, może licząc na to, że sens spłynie z niej na mnie, udzieli mi się, zarazi mnie jak jakaś astralna choroba.
Teraz, kiedy przeskanowałam ją umysłem, działałam ostrożnie. Nie byłam pewna, czy ona w jakiś sposób nie wyczuła tego mojego działania. Fakt, iż sama nie potrafiłam czegoś podobnego rozpoznać, jeszcze o niczym nie świadczył. Ja byłam tu zielona jak szczypiorek na wiosnę, dopiero zaczynałam się w tym wszystkim orientować. Na wszelki wypadek zwiększyłam dystans. Starałam się kryć za drzewami albo przypominającymi gigantyczne wysuszone koralowce rozgałęzionymi, porowatymi skałami. W ostateczności przykucałam za kępami wyższych traw, kiedy miałam wrażenie, że owa Evandri zaraz obejrzy się przez ramię. Byłam teraz jak drapieżnik, lwica na polowaniu. Mimowolnie napinałam całe astralne ciało, w stopniu który nie sprawiał mi dyskomfortu. Przeciwnie, było to nawet przyjemne. Gdzieś w głębi mnie budził się koci pomruk. Kiedy czaiłam się przykucnięta wśród wysokich traw, oczami wyobraźni widziałam za sobą długi ogon, powoli poruszający się na boki. Wizja wyzwoliła nieco głośniejszy pomruk. Zmrużyłam
(na razie tylko dwoje!)
oczy, obserwując jak Evandri znów nieznacznie się ode mnie oddala.
- Maddigan, co robisz?
Ireasz. Mogłam się spodziewać, że skoro ja byłam w stanie poruszać się względnie cicho, ktoś inny mógł równie bezszelestnie podążać za mną. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodził człowiek, który potrafił latać. Tropiący został wytropiony, drapieżnik stał się ofiarą. Alleluja, chwalmy wszystkich bogów niepojętych w swej sprawiedliwości! Chwalmy równowagę i tak dalej.
- Poluję – odpowiedziałam z irytacją – Może nie widać?
Ireasz nie wyczuł powagi sytuacji i zaśmiał się.
- Mogę wiedzieć na co?
- Na centaury.
Byłam pewna, że kobieta w czerwieni już nas zauważyła. Nie miało sensu spoglądać w jej stronę, aby się o tym przekonać.
Spodziewałam się, że taką odpowiedzią sprowokuję kolejne pytania Ireasza i tak właśnie się stało, nie podejrzewałam tylko, że będą one krążyć wokół szczegółów, o których naturalnie nie mogłam zbyt wiele powiedzieć. Do licha, to coś ledwie mignęło mi między drzewami! Spytałam, po to wszystko, wówczas Ireasz wyjaśnił, że jeśli chodzi o „coś w rodzaju centaura”, przychodzą mu do głowy dwie całkowicie odmienne istoty pasujące do takiego opisu i ja mogłam natknąć się na jedną z nich.
- A one są bardzo groźne?
- Nie mogą być – zaprzeczył szybko – Jedna jest po prostu potężna i tajemnicza a druga zwyczajnie wkurzająca.
- Jaki kontrast!
- Jak się możesz domyślić, ten drugi jest taki jak my. Astralny podróżnik.
Moja irytacja, która już częściowo odpłynęła, wróciła nieco silniejsza. Kolejny Prawdziwy Człowiek, psia jego mać. Niezły tłum zrobił się w tym Astralu, kiedy tylko trochę bardziej oddaliłam się od swojego małego poletka. Chyba nastąpił ten moment, w którym powinnam stwierdzić, iż na życzenia należy uważać, gdyż potrafią się spełniać. Zwłaszcza te wypowiadane jedynie w myślach.
- Ktokolwiek to był, zniknął – westchnęłam. Jeśli tamten centaur był człowiekiem, prawie na pewno potrafił przebijać się przez pięty wymiar i teleportować, korzystając z podobnego klucza portalu, powiązanego z jego ziemią.
- A ty, nie mając żadnych powodów, żeby wybrać konkretną drogę, jakoś znalazłaś się w Dhihrung-Jetter…
Zmrużyłam oczy. Nazwa pozornie nowa, ale wydała mi się dziwnie znajoma. Nie mogłam sobie tak z marszu przypomnieć, gdzie mogłam ją przypadkiem usłyszeć.
- Przeszłam przez tamtą szamańską bramę między drzewami – ręką wskazałam przybliżony kierunek. Poczułam się przy tym trochę niepewnie. Zarówno tego dnia jak i poprzedniego znacznie zwiększyłam dystans od bramy i nie potrafiłabym dokładnie odtworzyć pokonanej drogi. Mimowolnie zaczęłam iść w tamtą stronę, Ireasz automatycznie ruszył za mną.
- Co to właściwie było? - chciałam wiedzieć – Jakieś wrota między wymiarami?
- Dokładnie to – przytaknął Ireasz.
- Przesunięcie w piątym wymiarze, jak u mnie w Wieży?
- Nawet nie. W większości przypadków to akurat czwarty wymiar. Jak sama nazwa wskazuje, nieco bliższy naszej znanej i oswojonej trójwymiarowej przestrzeni.
No, oczywiście…
Ireasz w którymś momencie mnie wyprzedził. Idąc za nim, patrzyłam na jego plecy. I skrzydła, teraz prawie rozłożone. Przeszło mi przez głowę, że trzymanie ich przez dłuższy czas w takiej pozycji powinno być niewygodne. A przynajmniej byłoby w warunkach, w których moglibyśmy odczuwać fizyczne zmęczenie.
- Bardzo dużo jest takich przejść jak to? - spytałam po dłuższej chwili, kiedy mogłam już zobaczyć w oddali znajomą ścianę mgły.
- Poprzez czwarty wymiar? Owszem, praktycznie wszędzie można się na takie natknąć. Jak będziesz tu wpadać przez dłuższy czas, sama zobaczysz. Mam wrażenie, że prawie wszystko tu jest w ten sposób połączone.
Połączenia… Zatrzymałam się gwałtownie. W końcu mnie olśniło i przypomniałam sobie, w jakich okolicznościach usłyszałam o Jetter. Pan Zgubnik, krasnoludek od wesołej ciuchci, coś wspominał. Że tory prowadzą do okręgu Jetter. Spróbowałam wyobrazić sobie podobną bramę, przez którą przebiegają szyny. Dla pewności wolałam o to spytać.
- O niego się nie martw – Ireasz machnął ręką – On dostanie się wszędzie jak chce. Podobno ma jakieś szczególne uprawnienia czy coś, co daje mu szerokie pole manewru. Chyba jedynym co go ogranicza jest obecny zasięg jego sieci kolejowej. Coś słyszałem, że najbardziej boli go świadomość, że nie może tak łatwo tego zasięgu zwiększyć.
Znów wypłynęły na wierzch wspomnienia. Te kilka dni wędrówki z żywiołakami. Któryś z nich też coś o tym wspominał. Mogłam tylko mieć nadzieję, że gdzieś to zapisałam. W końcu po coś zaczęłam prowadzić te notatki.
Byliśmy już blisko bramy. Teraz, kiedy mogłam w każdej chwili wrócić na drugą stronę, nie byłam pewna, czy chcę to od razu zrobić. Przeważającym argumentem okazała się pozostawiona tam poprzedniego dnia maszyneria i te wszystkie związane z nią niewiadome. Przeszliśmy. Dobry las, oswojony las. Coś co mogłam już spokojnie nazwać znajomym – albo po prostu znowu strefa komfortu.
Ruszyłam w stronę maszyny, przy której poprzedniego dnia gobliny odprawiały swoje czary. Po drodze opowiedziałam wszystko, czego byłam świadkiem. Ireasz z uśmiechem kiwał głową. Wyjaśnił, że takie kamienne maszyny, rozrzucone po lasach i łąkach w zdumiewających ilościach, w rzeczywistości stanowiły odnogi, odgałęzienia zaledwie kilku większych układów. Były jedynie widocznymi w trójwymiarowej przestrzeni przełącznikami, dostępnymi dla astralnych istot albo podróżników takich jak my. Słysząc to ostatnie, od razu się ożywiłam.
- To znaczy, że my też możemy to obsługiwać? - spytałam.
- W jakimś stopniu tak. Ja kiedyś próbowałem się tym bawić, ale poza pewnym zrozumieniem, nie dało mi to większych profitów. Qiu bardziej się wkręciła…
W tym momencie musiałam wyglądać zupełnie jak dziecko, które nie może się doczekać prezentu. Chciałam, żeby Ireasz pokazał mi, jak uruchomić owo cudo tu i teraz.
- No, do tego też przydają się odpowiednie słowa mocy i symbole – mruknął Ireasz. Stał na tyle blisko, że mógłby dotknąć jednego z tych ażurowych głazów o ostrych krawędziach.
- Ty je znasz?
- Trochę znam. Tylko najpierw trzeba wiedzieć, z czym konkretnie ma się do czynienia. W tym przypadku mam praktycznie pewność. Twierdzisz, że po tym, jak gobliny wprawiły mechanizm w ruch, dość szybko zaczął padać deszcz…
Przytaknęłam, ale zajęło mi dłuższą chwilę, zanim wyciągnęłam właściwe wnioski. A jak już zrozumiałam, musiałam uważać na swoją szczękę, aby z wrażenia nie wylądowała na trawie pod moimi nogami.
- Próbujesz mi powiedzieć, że deszcz zaczął padać WŁAŚNIE DLATEGO, że gobliny to uruchomiły?
- A jak myślisz, do czego to wszystko służy? Te mechanizmy są tu po to, aby wpływać na pogodę.
Pokiwałam głową, powoli przyjmując to do wiadomości. Byłam ciekawa, czy fabrykę chmur też mogę tu znaleźć. Nie, o to chwilowo nie pytałam. Wolałam na razie dostać instrukcję obsługi do tego, co miałam w polu widzenia.
- To powoduje opady deszczu, zatem to Raunan – tłumaczył Ireasz – Zresztą zawsze możesz to sprawdzić.
Przymknął oczy i chwilę odczekał, aby wyciszyć umysł, następnie położył rękę na porowatej kamiennej krawędzi i wyszeptał coś, co brzmiało jak „yst’si”.
- Do tego istnieją specjalne słowa mocy – mruknęłam.
- Owszem. Do wszystkiego zapewne istnieją. Jak już mówiłem, nie znam ich zbyt wiele, tylko tyle ile potrzebuję albo ile przypadkiem poznałem.
- A jakie słowo mocy obudzi ten układ? Nie udało mi się tego podsłuchać.
- A jak myślisz? - odpowiedział Ireasz pytaniem – Główne słowo mocy to oczywiście Raunan. Żeby po prostu zwiększyć prawdopodobieństwo opadów w czasie najbliższych kilkudziesięciu godzin, ja i Qiu używaliśmy słów Raunan uhn tav.
Prawdopodobieństwo? Kilkadziesiąt godzin? Miałam wrażenie, że czwórka goblinów świadomie zrobiła to z efektem prawie natychmiastowym. Inna kombinacja słów? Na to Ireasz też miał odpowiedź i wyjaśnienie.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby używały trochę innych kombinacji słów. Ale nawet jeśli wpadlibyśmy na to, jakie to słowa, pewnie niewiele by nam z tego przyszło. Najbardziej efektowne rzeczy zawsze będą…
- Powyżej naszych kompetencji? - podsunęłam. Iresz zaczął się śmiać.
- Sam bym tego lepiej nie ujął. Po prostu ten świat nie daje ludziom pełnej kontroli i niektóre rzeczy zarezerwował dla siebie. Do wykonania rękami swoich istot. Swojej sztucznej inteligencji, komórek swojego zbiorczego organizmu, trybików ogromnej maszyny… Jakkolwiek to zwać, może dużo więcej niż my. Albo w dużo większym stopniu, jak w przypadku Raunan. Jak się nad tym zastanowić, ma to sens. Nadmierna ingerencja mogłaby naruszyć równowagę.
Naprawdę poczułam się jak w cholernym niebie. Witamy w raju, gdzie wszystko obite jest materacem jak pokoje w psychiatryku i owinięte bezpiecznie folią bąbelkową, żeby przypadkiem nieostrożny astralny podróżnik nie zrobił krzywdy sobie, innym, albo całemu światu. Witamy w krainie wiecznego szczęścia, gdzie nie ma zła i bólu z jednego prostego powodu – zostały one dawno technicznie wyeliminowane. Jeśli do tej pory dziwiłoby mnie, że Ireasz z czasem zyskał skrzydła, teraz uznałabym to za naturalną konsekwencję częstych wizyt tutaj. Mnie za dwa lata może czeka to samo, a po kolejnych kilku spokojnie doczekamy aureoli.
Podeszłam do maszyny.
(Raunan, nazywa się Raunan)
Położyłam rękę na jednym z rzeźbionych obiektów w kręgu, po stronie przeciwnej do tej, po której stał Ireasz. Coś przyszło mi do głowy.
- Czy gdyby zebrać się w kilka osób, to mogłoby pomóc? - spytałam – Nie wiem, jest może jakaś minimalna wymagana liczba? Gobliny były w czwórkę, więc może potrzeba nam kogoś więcej…
Ireasz zaprzeczył, potrząsając głową.
- To tak nie działa, nieważne ile osób zbierzemy.
- Nasza energia, astralna moc czy coś w tym stylu… nie skumuluje się?
- Problem polega na czymś zupełnie innym. Ograniczeniem jest sama Struktura.
- Kod Matrixa?
- Tutaj to obowiązujące prawa fizyki.
Westchnęłam i cofnęłam się o krok z rezygnacją. Nie było sensu w tym momencie nawet próbować uruchomić Raunan. Po tym, jak gobliny aktywowały mechanizm dzień wcześniej, nie miałam szans, żeby wywołać jakikolwiek efekt. Nie wobec tego, czego właśnie się dowiedziałam. Tylko na wszelki wypadek powtórzyłam te słowa mocy. Te od Raunan i to, którego użył wcześniej. Zapisałam je na końcu zeszytu, pod kilkoma innymi. Chciałam mieć wszystkie zebrane w jednym miejscu, tak było wygodniej. Ireasz przyglądał się temu z lekkim rozbawieniem. Kiedy uznał, że skończyłam, spytał, czy zamierzam wrócić do okręgu Jetter.
- Może – odpowiedziałam mu, myśląc o tym, że to może najwyższy czas, żeby wrócić do astralnego domu. Świadomość, że nie zaglądałam tam już tyle dni, powodowała coraz większy niepokój. Miałam na swoim terenie mnóstwo stworzeń, mogłam założyć, że większości do tej pory nie zdążyłam spotkać. Ile rzeczy mogło się wydarzyć przez ten czas pod moją nieobecność? Ireasz mógł w ciągu ostatnich dni kilka razy być u siebie, żeby zachować kontrolę nad sytuacją. Nie obserwowałam go nieprzerwanie, kontakt się urywał, w większości przypadków nie wiedziałam też, o ile wcześniej pojawił się w Astralu albo jak długo pozostawał po tym, jak ja zerwałam połączenie. Miał czas, żeby wrócić do swojej enklawy, upewnić się, że wszystko w porządku i znów lecieć w teren, na przykład po to, żeby mnie znaleźć. Może nawet nie musiał lecieć ani wędrować przez niefizyczne lasy i łąki, skoro mogliśmy teleportować się do domu, być może istniał sposób podróży w odwrotnym kierunku. Coś w stylu cofnięcia ostatniej teleportacji chociażby. Spytałam o to i moje przypuszczenia okazały się słuszne.
- To całkiem proste – stwierdził Ireasz – Jedno z najprostszych działań, powiedziałbym.
- Też wymaga użycia tego magicznego astralnego języka?
- A jak myślisz? Odpowiednie słowo w Języku Czynu już chyba znasz, skoro potrafisz się teleportować praktycznie od początku swoich podróży.
Otworzyłam szeroko oczy i powoli skinęłam głową. Owszem, miał rację.
- ziin tsir – powiedziałam – ziin.
Nie jestem pewna, czy właśnie w tym momencie zaczęłam patrzeć na słowa mocy inaczej. W każdym razie wyczułam, że jest w tym jakiś wzorzec. Słowa
(Język Czynu)
łączyły się ze sobą. Tworzyły określone kombinacje.
Ireasz kiwał głową. Potwierdzenie.
- W drugą stronę to będzie ziin ertro. To bardzo ułatwia życie. Zwłaszcza z tą cudowną dokładnością.
- Dokładnością?
- Praktycznie do dwóch, trzech metrów. Minie trochę czasu, zaczniesz używać teleportacji równie często jak pozostali, i sama się przekonasz, że to taki pozytywny wyjątek.
Powiedział to tonem człowieka pewnego, że mówi o rzeczach dla rozmówcy oczywistych. Moje odczucia były całkowicie odmienne.
- Może – odpowiedziałam zatem, bo nic innego nie mogłam chyba powiedzieć.
Potem cofnęliśmy się. Po raz kolejny tego dnia przekroczyłam szamańską bramę w czwartym wymiarze.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#47
Plusik za opisy bodźców i ową pustkę. I za świat obity materacem.
clear light of insanity
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 6 1,147 12-05-2018, 22:40
Ostatni post: Slavia

Skocz do:

UA-88656808-1